Friday, September 11, 2009

Fronda mi brzydnie? Eee, może jednak nie. Chyba mi tylko brzydną niektórzy blogerzy.

Dzisiaj będą „odpowiedzi na listy czytelników”, czyli moje komentarze do komentarzy pod postem tłumaczącym dlaczego „Fronda” mi brzydnie. Przede wszystkim jednak chciałem coś wyjaśnić, co może nie dla wszystkich jest jasne.

Pisząc poprzedni post nie sugerowałem wcale tego, że mam ochotę, czy też zamiar opuszczać „Frondę”. Pisałem jedynie o tym, że zauważyłem, że nie jestem „jednym z nich”. Po prostu kiedyś, przed laty, gdy „Frondę” odkryłem (na moim „starym” blogu, www.polonus.alleluja.pl link do „Frondy” jest od niemal sześciu lat), uważałem, że znalazłem ludzi myślących identycznie jak ja. Teraz jednak widzę, że albo wtedy byli tu inni ludzie, albo ja nieuważnie czytałem, albo może to ja się zmieniłem. Nie wiem. Jakby nie było, to teraz raczej spostrzegam „Frondę” jako pole dla misyjnej działalności, niż jako miejsce, gdzie spotkam ludzi myślących identycznia jak ja.

Nie zmienia to zresztą w niczym faktu, że ludzi myślących podobnie do mnie jest tu bardzo wielu. Muszę także uczciwie przyznać, że kilkakrotnie moje posty były promowane jako „komentarz dnia” mimo, że ani nie jestem „człowiekiem <>”, ani nie wyrażam „popularnych” poglądów. Zatem daleki jestem od głoszenia teorii spiskowych, mówiących, że cała "Fronda" dąży do obalenia Soboru Watykańskiego, czy podobnych nonsensów. To zresztą nadal jest mocną stroną tego portalu, że nie boi się on przedstawiać felietonów i postów autorów o dość zróżnicowanym wachlarzu poglądów. Dodaje to „Frondzie” obiektywności i wiarygodności i świadczy o braku kompleksów.

To tyle ogólnych uwag, a teraz szczegóły:

Elfi napisał/a:

Hiobie, nie wszyscy tak myślą, ale jednym głosem się nie da. Nie rejteruj, bo faktycznie sami"faryzeusze" zostaną, pogadaj czasem z nami poszukującymi, nie wyrokującymi. Pozdrawiam serdecznie.

Ja także pozdrawiam i zapewniam, że nie zrejteruję. Piszę znacznie dłużej, niż jestem widoczny na "Frondzie", bo od 2003. roku. To tutaj jestem „nowy”, ale blogowanie stało się już moją drugą naturą i nie wyobrażam sobie wręcz możliwości przestania. Ja tylko, jak wspomniałem wyżej, zauważyłem, że to nie tylko „innym” trzeba głosić Dobrą Nowinę, ale także wielu spośród nas, „frondowiczów”.

Anzelm napisał/a:

Jak ci sie nie podoba to spadaj i po problemie,a nie przynudzaj tu przez cala strone.

Widzisz, Anzelm, rejterada nigdy nie rozwiązuje żadnych problemów. A co do przynudzania przez całą stronę, to niewiele mogę poradzić. Ja nie potrafię pisać haseł i sloganów i nie potrafię rzucać wykrzykników. Ja muszę uzasadniać to, co mam do powiedzenia. I choć wiem, że robię to rozwlekle i może zbyt szczegółowo, to i tak połowa ludzi nic z tego nie może (albo nie chce) zrozumieć.

Romeus de Livia napisał/a:

[…] Czasem też wzdycham ciężko, widząc jak niektórzy dyskutanci – oględnie pisząc – nie są zbyt dobrze wychowani, o Chrystusowej łagodności i cierpliwości nie wspominając. Jednak wielu z nich nie brak inteligencji, a nierzadko i sporej wiedzy, w konfrontacji z którą trzeba nieraz na nowo przemyśleć wiele ze swych poglądów. To niezaprzeczalna wartość! Wszak chodzi o Prawdę, a nie dobre samopoczucie, że "mam rację".

Masz absolutną rację. I nigdy nie miałem problemu z nikim, kto ma inne od moich poglądy, jeżeli tylko potrafi je jakoś uzasadnić. Stąd pomysł mojego forum, gdzie każdy może się tymi poglądami podzielić. Jednak forma także dla mnie jest istotna. Pan Jezus wspomina o tym nie bez przyczyny w „Kazaniu na Górze”. Jakoś nie bardzo mogę sobie pogodzić nienawiść i „dołowanie” innych z katolicyzmem. Słowa Jezusa: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: "Bezbożniku", podlega karze piekła ognistego” coś znaczą. Święty Jan naucza: „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.” To są dość proste i zrozumiałe słowa. Jednak, mam wrażenie, zupełnie nieznane wielu z braciom obecnym tu, na blokowisku.

Romeus de Livia napisał/a:

Jesteśmy ludźmi, więc co jakiś czas ktoś tu narzeka, zniechęca się, a czasem nawet odchodzi (zwykle na krótko). Twój blog jest moim zdaniem jednym z ciekawszych na tym portalu (choć nie zawsze zgadzam się z Twoimi poglądami) i byłoby szkoda, gdybyś zaniechał pisania. Przecież jeśli jesteś tak mocno pewien swojej wizji chrześcijaństwa to powinieneś niestrudzenie ją lansować, a jeśli okaże się, że jakieś jej punkty nie wytrzymują krytyki to będzie okazja je zrewidować. Same plusy!

Nie obawiaj się, nigdzie nie pójdę, choć pewnie jeszcze nie raz będę krytycznie pisał o innych. A co do rewizji mojej wizji chrześcijaństwa, to zawsze jestem na to otwarty. W końcu to „przegrywający” dyskusję jest zawsze zwycięzcą, bo to tylko on się czegoś dowiedział i nauczył. Jednak rewizja musi być następstwem argumentów, a nie takich uwag, jak powyższa Anzelma, czy parę innych, jakie tu padły.

Shork napisał/a:

nawet nie jestem w stanie policzyć, który raz to piszę.

NIE PODOBA SIĘ? TO TO ZMIEŃ!

Nie tylko Tomasz Terlikowski, także Ty jesteś częścią frondy.pl. I to od Ciebie zależy jaka będzie.

A osobiście napiszę, że ostatni fragment bardzo wybiórczo opisuje Tego, który pasie rózgą żelazną i kazał wziąć ze sobą miecz. Wiem, że trudno pogodzić dobro i męstwo. Ale przynajmniej możemy się postarać.

Toteż, drogi Shorku, zmieniam. Robię co mogę. A co do rózgi i miecza, to rózgę trzyma mocno w ręce nasz Pan. Ten, który nakazuje nam nastawiać drugi policzek. Nie my. A miecz? Gdy został użyty, Pan skarcił Piotra: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów?»

Marguar napisał/a:

Problem polega na tym, że na Frondzie dominują tradycjoci – fanatyczni i agresywni zwolennicy "trydentu" – ludzikowie o mentalności sekciarskiej. Tworzą oni swego rodzaju panopticum portalowe. Nie należy się zrażać. To taki miejscowy koloryt.

To prawda, tylko że ja to dość późno spostrzegłem. Albo raczej dostrzegałem to od początku, ale nie jako „dominującą frakcję”. Jednak to tym bardziej sprawia, że czuję się wręcz zobowiązany do pisania tutaj.

1Artek napisał/a:

Panie Hiobie, jedna uwaga, którą niech pan spokojnie przemyśli. Czy źródłem pana irytacji Frondą nie jest aby brak możliwości "wywalania" (jak to ma miejsce na pańskim autorskim forum-portalu) współbraci, zmieniania tematów po zabraniu głosu przez dyskutantów, dzielenie tych tematów na odrębne wątki tematyczne i przez to diametralnie wypaczające sens wypowiedzi.

Nie, panie Artku. A co do dzielenia wątków na forach, gdy się tworzą potężne off topy, czy innych spraw jakie Pan tu porusza, to myślę, że nie jest to ani miejsce, ani czas. Pan, panie Artku wyleciał z mojego forum za naruszenie prostego regulaminu. Nikt Pańskich postów nie edytował, są tam nadal obecne. Nic nie wypacza sensu Pańskich wypowiedzi.

Np taka sytuacja miała miejsce przy dyskusji na temat Intronizacji Chrystusa Króla (pan hiob jest przeciwnikiem tej idei, czego nie ukrywa-to informacja dla innych forumowiczów)

Czy jestem przeciwnikiem idei Intronizacji, każdy może przeczytać na moim forum. Napisałem tam między innymi:

„a co do samej Rozalii Celakówny, to byłem dwa lata temu na jej grobie na Cmentarzu Rakowickim. Jej przesłanie jest bliskie mojemu sercu. Czytałem już parę lat temu jakieś książki na jej temat. Ale jej przesłanie nie jest polityczne, jest wezwaniem do nawrócenia. Z tego co Ty piszesz, ksiądz Natanek interpretuje to inaczej, mieszając do tego sprawy polityki, a to nie pomaga wcale przesłaniu Celakówny.”

…czy tutaj:

„Jeszcze raz powtórzę. Nie mam żadnego problemu z uznaniem Jezusa za naszego Króla. Jak długo nikt nie miesza tego z polityką i z wymyślaniem, która bestia jest odpowiednikiem której partii politycznej, to jestem cały "za".

Cały wątek jest do prześledzenia TUTAJ, jakby ktoś miał ochotę.

[…] Taka wypowiedź jaką pan zaprezentował powyżej niczemu dobremu niesłuży, tylko podziałom, awanturom- służy złemu. Pan najlepiej się chyba czuje w swoim sosie, czyli swoim "hiobocentrycznym" forum, wśród zafascynowanych pana osobą klakierów. W związku z tym zgadzam się z powyższą wypowiedzią Anzelma na temat spadania.

Hehe, rozumiem, że Twoja (sorry, Pańska) wypowiedź służy zgodzie, jedności i Dobremu. A co do spadania, to już wcześniej się na ten temat wypowiedziałem.

Miedźbrzęcząca napisał/a:

Hiob,

Z drugiej strony wazne jest jak widzisz swoje powołanie. Jeśli czujesz się w jakis sposób powołany do prezentowania swojego punktu widzenia tutaj, to zostań.

;-)

Jaacek2 napisał/a:

przyłączam się do opinii, że należy skończyć z apologetyką posoborowia, której hiob hołduje; Kościół katolicki ma trochę więcej niż 40 lat; także, bez żalu, liczę, że dotrzymasz hiobie słowa i spadniesz.

Drogi Jaacku2, nie przypominam sobie, bym takie słowo kiedykolwiek dawał. I prawdą jest, że Kościół ma trochę więcej, niż 40 lat. Problem z Twoją „logiką” polega na tym, że zdajesz się zapominać, że ma dużo więcej, niż 40 lat. Ma dużo więcej niż 400 lat.

Ja jestem wierny nauczaniu Kościoła, który ma 2000 lat. I każdy sobór i każdy papież, są dla mnie autorytatywni. Nie będę wybierał, który sobór jest „be”, a który „cacy”, bo mi się tak podoba.

Tradycjonaliści często określają siebie jako „zawsze wiernych”, ale to ja jestem zawsze wierny. Wierny nauczaniu Biblii, wierny każdemu soborowi i wierny każdemu papieżowi. Nie jestem liberałem, nie jestem konserwatywny i na pewno jestem tradycyjny. Tylko tradycja to nie jest Trydent, albo ściśle mówiąc nie tylko to, lecz Jezus i apostolski depozyt wiary przechowywany przez Kościół. Kościół, który nigdy nie zbłądzi, nawet, gdy czasem jest miotany falami burz.

Miedźbrzęcząca napisał/a:

Posłuchajcie dobrze Hioba; jemu nie tyle chodzi o to jak ta Fronda będzie wyglądała , ale decydujące jest to, że Bóg którego na niej spotyka, to nie jest jego Bóg. Mój też nie.

Każdy ma prawo do wyboru własnej wspólnoty, a poszukiwanie nie jest rejteradą.

Cieszę się, że jednak czasem mnie ktoś rozumie. Ale, jak już wspomniałem, nigdzie stąd (jeszcze) nie uciekam.

Romeus de Livia napisał/a:

[…] Róbmy swoje[…]

Amen. I pamiętajmy, że Bóg nie wymaga od nas sukcesów, ale wierności.

Jaacek2 napisał/a:

"Kościół nas – nietradycjonalistów wiernych Kościołowi…"

.

- w kwestii formalnej, bo popadamy już w absurdy: jak można być wiernym bez zachowania tradycji? to następny językowy wytwór posoborowej nowomowy podobny do katolewackiego "wierzący niepraktykujący"

To zależy w jaki sposób używamy słowa „nietradycjonalista”. Jeżeli jako określenie kogoś, kto sam siebie uważa za „tradycjonalistę”, to akurat to z samą Tradycją nie ma nic wspólnego. Tym bardziej, że jak wyżej wspomniałem, „tradycjonaliści” są bardzo wybiórczy w swoim kulcie tradycji i przypomnienie im na przykład, że pierwsi chrześcijanie ani się nie modlili po łacinie, ani nie przyjmowali Eucharystii na język, ani nie mieli balustradek w kościołach – hej, co tam balustradek. Nawet kościołów nie mieli. Coś mi to wygląda jak wspólnota Neo…

A ja mam taką tradycję, że pozostaję wierny Kościołowi. Dzisiejszemu Kościołowi, bo, naiwny, uwierzyłem w słowa Pana Jezusa, że bramy piekielnie nigdy Kościoła nie przemogą.

Marguar napisał/a:

[…]

Ps. Nie jestem żadnym fanatykiem "nomu". Jak już gdzieś napisałem: cieszę się, że ryt "trydencki" został przywrócony.

Ja także nie raz podkreślałem potrzebę nabożnego traktowania liturgii. Gdy mam okazję, zawsze idę na Mszę Trydencką. Jednak moim "przestępstwem” jest to, że nie odrzucam NOM-u i wręcz jestem w nowej liturgii zakochany. Gdyby tylko była częściej odprawiana nabożnie…

Powtarzałem tu wiele razy, że wszystko się sprowadza do nawrócenia serc. Czy to będzie sprawa Intronizacji, czy taka, czy inna liturgia. I to nie jest moja opinia, to jest jasna, jednoznaczna nauka Biblii. Pan Jezus powtarzał to przez trzy lata, a św. Paweł przez kolejne kilkadziesiąt. Cała nauka Jezusa sprowadza się do tego, że nie ważne są formy, gdy nasze serca nie są na właściwym miejscu.

Dlatego porównywałem tu czasem tradycjonalistów do faryzeuszy. Oni naprawdę podobnie myślą. Nie interesują ich intencje, nie interesują ich serca innych, są gotowi wysłać papieża do diabła, bo ołtarz jest zwrócony nie w tą stronę co trzeba.

I nie zrozumcie mnie źle. Formy są ważne. Liturgia jest istotna. Ale zawsze jako konsekwencja, wynik tego, co jest w naszych sercach, nigdy odwrotnie. Wiem także, o czym już tu także często mówiliśmy, że nie tylko serce wpływa na formę, ale i forma nasze serca. Piękna muzyka sakralna, piękne modlitwy, wspaniałe świątynie (tak jak piękne krajobrazy) przybliżają nas do Boga. A w kościele wyglądającym jak magazyn zbożowy, w którym gra jakaś rockowa kapela i to na dodatek gra źle, bardzo trudno odnaleźć Boga. Jednak to, by nasze kościoły wyglądały ponownie jak średniowieczne katedry, a muzyka brzmiała jak przed wiekami możemy osiągnąć tylko poprzez nawrócenie, a nie poprzez wymachiwanie szabelką i rozpoczynanie krucjaty przeciw każdemu, kto ośmiela się nie potępiać Soboru Watykańskiego Drugiego.

Elfi napisał/a:

Pomyślmy szanowni dyskutanci:

Hehe, nie chciałby być złośliwy, ale to jest zbyt wielkie wyzwanie dla niektórych z nas. ;-)

3 Raczej wykształceni

Z tym także różnie bywa. ;-)

Obrońcy NOM" dla nas rada Romusa de…:

"Fanatyków" zanim się fanatykami określi warto czasem uważnie przeczytać i przemyśleć,".

To prawda. Tylko, że chyba żaden z nas nie jest wrogiem Mszy Trydenckiej i wszyscy także tę Mszę kochamy. Ja się zgadzam w większością pozytywnych argumentów tradycjonalistów. Nigdy przeciw nim nie występowałem. Problem mam z twierdzeniem, że to NOM i SV II są winne temu, co się często dzieje w Kościele. Problem mam z mieszaniem skutków z przyczynami. Mam też problem z naiwną wiarą, że gdyby nie było Soboru i nowej liturgii, to kościoły byłyby pełne, w szyscy wierni byliby aniołami. Także mam problem z niezauważaniem przez nich faktu, że wykroczenia liturgiczne nie są „wynalazkiem posoborowym”. Istniały zawsze.

Geoffrey napisał/a:

@Hiob: Nie jesteś sam, poczytaj choćby ostatni wpis Krisa. Jest sporo ludzi, którzy szczerze poszukują prawdy. Dla nich Twoje wpisy są bezcenne. Dla mnie też.

Dziękuję i zdaję sobie z tego sprawę. To znaczy nie z bezcenności wpisów, ale z tego, że nie jestem sam. Co więcej, wierzę, że nas jest zdecydowana większość.

@Marguar: Zgadzam się z Twoimi poglądami, ale absolutnie nie akceptuję Twojego języka. Nienawiść aż w nim kipi. Twoje wypowiedzi skierowane przeciw tradsom przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Z bólem serca muszę Ci, Geoffrey, przyznać rację. Nic tak mnie zresztą nie rani, jak hipokryzja i ueganie podszeptom kudłatego wśród „nas”. Żeby skutecznie głosić Ewangelię musimy przede wszystkim Nią żyć. Jeżeli nam przeszkadza ton wypowiedzi naszych adwersarzy, musimy być jeżeli nie serdeczni i mili, to przynajmniej „profesjonalni” w swoich wypowiedziach.

Marguar napisał/a:

Geoffrey, jaka nienawiść? Ja szukam nowych słów, aby język wzbogacić. Nawet "słowniczek antytradycjotyczny" napisałem.

Hmm…

KrisRuminski napisał/a:

@Hiob:

Odwagi, […]

I zasłużyłeś na swoje odsłony.

Bez "pornograficznych" albo "chemicznych" plakatów.

Tak trzymaj.

I nie pękaj!

Dziękuję.

KrisRuminski napisał/a:

Swoją drogą, nie mogę aż uwierzyć, że tak spokojny i wyważony wpis, pomijając jego słuszność, przy dzisiejszej "demokracji", pożal się Boże, wzbudził tak zawstydzające reakcje.

Oni się po prostu pogrążają. […]

Czytają a nie rozumieją. Znają ale nie wiedzą.

Walczą o niebo a tworzą piekło na ziemi.

Kompromitują się a są coraz bardzie bezczelni.[…]

Amen.

KrisRuminski napisał/a:

Trochę mnie poniosło, przepraszam wszystkich, wychodzę trochę z roli. Ale może niektórzy w końcu uwierzą, że potrafię przylutować.

Przeczytałem komentarz Romeus de Livia.

Ze względu na Ciebie, Czcigodny Blogerze, którego wpisy uważam za najwyższego lotu, pokajam się.

Burak byłem. Przepraszam jeszcze raz, kto się poczuł urażony.

Już będę dalej misiaczkował.

Taki gest zawsze świadczy o klasie człowieka. Albo o jego prawdziwej pokorze serca. Co w sumie jest tym samym.

Polipid napisał/a:

[…] No widzicie dla katolewaków "Kościół jakby się zaczął się wraz z Vaticanum II …" to prawda "dla tradycjotów (chamskie! tym samym nazywasz tak wielu świętych i papieży KK) […]

Wybacz, ale to jest nadużycie. Nie znam żadnego świętego, ani papieża KK, który by odrzucał Sobór tego Kościoła i liturgię przez Kościół i prawowitego papieża zatwierdzoną.

Chamku modelowy wykształciuchu w stylu PO :)

Cóż, jak ktoś sam się chce skompromitować swoimi wpisami, to nie ma potrzeby tego komentować.

Coldcut napisał/a:

Prawda z definicji wyklucza wszelki błąd. Jeśli istnieje jakaś prawda to nie może istnieć inna która dotyczy tego samego a która jeśli istnieje – jest błędem .

Amen.

Moderniśći posiadają hegeliański umysł który kanalizuje sprzeczności. Tradycyjny umysł tego nie potrafi. Modernista sprzeczność jednoczy w nowej formie z owej sprzeczności powstałej. Traycjonalista będzie bronił jednej, jedynej prawdy przed jakąkolwiek sprzecznością.

No dobrze, ale co ten elaborat ma wspólnego z moim poprzednim postem? O jakich modernistach mówisz? Czy ja jestem jednym z nich? Czy mój błąd polega na tym, że jestem wierny Kościołowi? Kościołowi, który jest synonimem Jezusa? I to nie moje wymysły, to są Jego, Jezusa, słowa? Słowa skierowane do świętego Pawła, który od tego momentu zaczyna uczyć o Kościele wszędzie, gdzie się pojawia.

Chcesz tradycji? Zacznijmy zatem od początku. Czego nas uczy Biblia? „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łk 10, 16). „Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18,17) „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”. (Mt 16, 18) „Gdybym zaś się opóźniał, [piszę], byś wiedział, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy” (1 Tm 3,15) Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16, 13-15) To jest moja Tradycja.

I na koniec słowa Świętego Piotra, który mówi o „apologetyce”. O wyjaśnianiu tej nadziei, która w nas jest…Bardzo ważne słowa, bo mówiące nam jak to należy czynić. Podkreślenie moje, bo mam wrażenie, że tej części nakazu naszego pierwszego papieża jakoś niektórzy z nas nie mogą dostrzec. Wszyscy znamy i pamiętamy piętnasty wers, ale ten szesnasty także jest Słowm Bożym. Dwa tłumaczenia, by lepiej oddać to, co chce nam święty Piotr przekazać:

Natomiast Pana, Chrystusa, poświęcajcie w waszych sercach, zawsze gotowi do obrony przed każdym, kto domaga się od was zdania sprawy z nadziei, która jest w was, czyńcie to jednak z łagodnością i bojaźnią, mając dobre sumienie, aby w tym, w czym jesteście oczerniani, zawstydzeni byli ci, którzy znieważają wasze dobre codzienne życie w Chrystusie. (1 P 3, 15-16, Przekład Dosłowny 2002)

lecz Pana – Chrystusa pobożnie czcijcie w sercach waszych, zawsze gotowi do obrony przed każdym, kto żąda od was uzasadnienia waszej nadziei. Ale (czyńcie to) z łagodnością i z szacunkiem. Zachowujcie czyste sumienie, aby ci, którzy obrzucają obelgami wasze uczciwe życie w Chrystusie, musieli się wstydzić swoich oszczerstw. (1 P 3, 15, Biblia Poznańska 1975)

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze i serdecznie pozdrawiam.

Thursday, September 10, 2009

Fronda mi brzydnie.

Nie jestem na „Frondzie” zbyt długo. Zaledwie na początku tego roku zamieściłem swój pierwszy post. Jednak jestem wystarczająco długo, by sobie wyrobić swoje zdanie na temat tego portalu. I coraz mniej mi się on podoba.

Dlaczego? Dlatego, że Jezus jakiego znam z „Biblii” i Jezus, jakiego widzę w wielu braciach uważających się za katolików nie są, że tak brzydko powiem, kompatybilni. A ja jestem zakochany w tym biblijnym Jezusie, nie w tym lansowanym przez Frondę.

Pan Tomasz Terlikowski, którego zawsze darzyłem szacunkiem i podziwiałem za celność spostrzeżeń i ostrość pióra, pisze na swym blogu w tekście zatytułowanym „Międzyreligijne pitu pitu”, że „Asyż w Krakowie – to kolejna z cyklu wielkich, kosztownych, i nikomu niepotrzebnych (poza organizatorami) imprez międzyreligijnych.” No nie wiem. Może jednak są one komuś potrzebne?

I kosztowne? Nie rozumiem dlaczego zawsze jest podnoszony argument kosztów, gdy tylko ktoś chce skrytykować jakąkolwiek imprezę niezgodną z jego przekonaniami. Tak było np. zawsze z okazji każdej papieskiej pielgrzymki do Polski. Zwłaszcza "za komuny". Ale jeżeli nawet ten argument wtedy miał swoją wagę, bo w czasach nieudolnej gospodarki było to obciążenie dla niewydolnego systemu, to w dzisiejszych czasach wszystkie miasta wolnego świata prześcigają się w pomysłach jak ściągnąć do siebie choćby najmniejszą grupę ludzi na konferencję, zjazd, konwencję czy w ogóle cokolwiek. Takie imprezy nie kosztują, one zarabiają na siebie. Promują miasto, dają zarobić hotelarzom, restauracjom, a ci z kolei płacą podatki i zarabia na tym także miasto

Pan Terlikowski pisze dalej, że „wcale nie chodzi to, że mam coś przeciwko takim spotkaniom. Nie mam. Ale mają one sens, gdy są rzeczywiście dialogiem, gdy podejmuje się na nich kwestie ważne dla wyznawców różnych religii, także wtedy gdy są one trudne. A w Krakowie (i gdzie indziej także) zwyczajnie się tego nie robi. Z muzułmanami nie rozmawia się o tym, że ich współbracia w wierze mordują i prześladują chrześcijan (w Arabii Saudyjskiej, Sudanie, Egipcie itd.), a ich religia wciąż karze (i na nic zdają się zapewnienia islamskich dialogistów, że tak nie jest, bo są ofiary) konwersję na chrześcijaństwo śmiercią. Nie zadaje się także pytania o to, czy i kiedy w Arabii Saudyjskiej (której król jest jednym z liderów dialogu międzyreligijnego) wydana zostanie zgoda na budowę kościoła, i kiedy przestanie się karać więzieniem za noszenie krzyżyka czy wspólne czytanie Pisma Świętego. Takie pytania nie padają. Zamiast tego chrześcijanie biją się w piersi za nieodpowiednie traktowanie muzułmanów w Europie…”

…tylko co to ma wspólnego z czymkolwiek? Jeżeli muzułmanie karzą śmiercią za konwersję na chrześcijaństwo, to tym bardziej należy budować mosty i współpracować z tymi, którzy pragną wspólnie modlić się o pokój. Nie rozwiąże się każdego problemu zaczynając kolejną wojnę krzyżową. Powiem więcej: Nie rozwiąże się żadnego problemu w taki sposób.

Spotkanie w Krakowie nie ma na celu rozwiązanie wszystkich problemów i różnic między chrześcijanami i muzułmanami, więc nie róbmy mu z tego powodu zarzutów. Cel takiego spotkania jest inny. Gdy byłem w tym roku w Ziemi Świętej, widziałem wspólnie pracujących studentów chrześcijan, żydów i muzułmanów, razem tworzących jakieś rzeźby mające ozdobić park na jeziorem Genezaret. Niby niewiele, ale jak dużo. Ci ludzie już są „wygrani”. Im już będzie bardzo trudno nienawidzić, bo wyznawcy innych religii to nie są jacyć abstrakcyjni „obcy”, ale koledzy i koleżanki ze wspólnych wakacji. I taki też cel mają krakowskie spotkania. Wspólny krok w kierunku cywilizacji miłości, cywilizacji życia.

Jednak nie jest moim celem dokładna analiza tekstu pana Terlikowskiego. To nie chodzi tylko o niego, choć on jest na „Frondzie” teraz szefem, więc jego poglądy będą w jakiś sposób kształtowały profil wydawnictwa. Chodzi także o „tradycjonalistów” i w ogóle o „ducha Frondy”.

Czasem bardzo trudno uchwycić co to jest. Nie wiem. Może ten brak miłości, czy miłosierdzia. Gdyby ktoś np. chciał sobie wyrobić zdanie o pontyfikacie Jana Pawła Wielkiego na podstawie forum i blokowiska Frondy, to mógłby pomyśleć, że jedyne, co się wtedy stało to incydent z pocałowaniem Koranu i wspólne modlitwy „z poganami” w Asyżu. Jakże odmienny obraz od tego, jaki np. przedstawia EWTN, gdzie praktycznie nie ma tygodnie, by co najmniej dwie audycje nie byłyby poświęcone jego nauczaniu. W USA powszechnie się uważa, że Jan Paweł II będzie doktorem Kościoła, nikt go nie nazywa inaczej, niż „wielkim” i tylko wśród swoich, w Polsce, coraz więcej ludzi uważa niemal za „znak honoru” opluć go i zdołować.

„Ewa_t_”, z której wieloma poglądami się nie zgadzam i która sama siebie określa jako agnostyczkę napisala na swoim blogu w tekście zatytułowanym "o sztuce prowadzenia sporu" coś, czemu trudno nie przyznać racji: „Dam Wam dobrą radę- NIE wyzywajcie nikogo od masonów, Żydów i głupków. To samo tyczy się tekstów, sugerujacych, że ktoś ma jakies sympatie np proradzieckie czy socjalistyczne. Stosując taki argument sami sobie wystawiacie laurkę. Ja np nie uważam, że jeśli ktoś mówi mi, że jestem lewakiem ,postępowcem, ateuszem, a żyję bo mama zapomniała włożyc zarodek, który stał się mną, do lodówki, itp itd- nie uważam, że ta osoba jest w stanie mnie obrazić.

To w zasadzie wszystko. Trzeba rozmawiać, ale uważajmy jak się do siebie zwracamy. Uważam bardzo by kogoś (zbytnio) nie urazić i nie stosować argumentów poniżej pasa. Tego samego oczekiwałabym od innych.”

Smutne słowa, ale niestety prawdziwe. I nie bardzo można się dziwić tym, którzy tu (na Frondę) przychodzą jako agnostycy i ateiści, że nimi pozostają. Chrześcijaństwo, jakiego są tu świadkami wcale nie zachęca. I jeżeli jedyne ich wyobrażenie o Jezusie powstanie na podstawie tego, co tu zobaczyli, to są bardzo niewielkie szanse na to, by kiedykolwiek tymi chrześcijanami zostaną.

A Jezus? Cóż. On jadał z grzesznikami, przyjaźnił się z celnikami, podawał rękę cudzołożnicy, zrywał kłosy w szabat, jadł niemytymi rękami, nie rzekł słowa o okropnej politycznej sytuacji swojej ojczyzny i krytykował faryzeuszy. Czyli tych, którzy byli bez skazy. Bez zarzutu. Doskonali. Jak on śmiał? Nic dziwnego, że się doigrał. Zawsze wierni nie mogli znieść takiego czegoś i pokazali Mu czyje na wierzchu. Prawda? Czy może jednak nie? Hmmm.

Friday, September 04, 2009

Do braci liturgistów.

Dyskusja na „Frondzie” na temat liturgii nie słabnie. Blogowisko pełne jest komentarzy „za” i „przeciw” i nawet „jestem za, a nawet przeciw”. A ja chciałbym, zainspirowany jednym z komentarzy przypominającym fragment książki Hahna, opowiedzieć właśnie o nim. O nim i o Stevie Rayu.

Oczywiście pisałem już o obydwu tych gentlemanach. Poznałem ich osobiście i w tym roku byłem z nimi na pielgrzymce w Ziemi Świętej. Nie będę więc powtarzał tego, co wspominałem przy innych okazjach, ale przypomnę jaką rolę odegrała Msza Święta w ich drodze do Kościoła Katolickiego. Obaj bowiem są konwertytami na katolicyzm.

Scott Hahn, były pastor kościoła prezbiteriańskiego, sam opisał, co przeżył pierwszy raz uczestnicząc w Mszy Świętej. Zatem po prostu przytoczę jego własne słowa, jakie wypowiedział w wywiadzie z 1998 roku z Rafałem Smoczyśnkim i zamieszczonym we „Frondzie” numer 15/16, s. 222-233:

„Tak naprawdę nigdy przedtem nie byłem na Mszy. I kiedy zdecydowałem się pójść, postanowiłem, że pójdę na Mszę w tygodniu, w południe, do kaplicy w podziemiach, gdzie, jak myślałem, będę sam. Poszedłem więc pewnego dnia na tę Mszę w południe, usiadłem z tyłu, nie wstawałem, nie klękałem, byłem tylko obserwatorem. Patrzyłem jak schodzi się sporo osób, biznesmenów, gospodyń domowych, wszystkie typy ludzi. Klękali, siadali, skłonili się, kiedy wszedł kapłan, a ja tylko przyszedłem, żeby przyjrzeć się i posłuchać z bliska. Podczas Liturgii Słowa natychmiast uderzyło mnie, jak bardzo antyfony i modlitwy nasycone były Pismem. Nie mieli jednego czy dwóch, ale trzy czytania Pisma.

W trakcie liturgii zauważałem, jak wiele było tam Biblii. Miałem poczucie, że to naprawdę jest dom Pisma, właściwe dla niego miejsce. Potem zaczęła się Liturgia Eucharystii. Znowu nie wstałem jak inni, nie klękałem siedziałem, patrzyłem i słuchałem. Ale kiedy usłyszałem, że kapłan doszedł do słów konsekracji, kiedy usłyszałem jak mówi: „To jest Ciało moje", kiedy podniósł Hostię, poczułem jak wysycha gdzieś we mnie ostatnia kropla wątpliwości. Usłyszałem swój szept: „Panie mój i Boże mój, to naprawdę Ty!" Nagle stwierdziłem, że dotarłem do domu. Patrzyłem na tych obcych ludzi jak na braci i siostry będących częścią Rodziny Boga! Patrzyłem na nich przystępujących do Komunii św. i miałem poczucie, że to naprawdę Chrystus, dający samego siebie Swojemu Kościołowi.

Kiedy się już skończyło, kiedy zostało udzielone błogosławieństwo i wszyscy się rozeszli wciąż tam siedziałem. Nie mogłem uwierzyć w to, czego właśnie byłem świadkiem. Jednak wiedziałem, że było to prawdziwe. Nie miałem komu o tym powiedzieć. Zatrzymałem to więc dla siebie, ale następnego dnia, w południe, powróciłem na to samo miejsce. Drugiego dnia już stałem i klęczałem. I wiedziałem, że jest to rzeczywiście Ciało i Krew, Dusza i Bóstwo Jezusa Chrystusa. To było Nowe Przymierze. To była Rodzina Boga, którą Jezus założył na całym świecie. Na przestrzeni wieków On karmił nas samym sobą, obdarowywał swoim życiem… W ciągu następnego tygodnia codzienny udział we Mszy nawet jeśli nie mogłem przyjąć Komunii św.! stał się dla mnie światłem wskazującym drogę i źródłem siły.”

Steve Ray wychował się w rodzinie fundamentalistów chrześcijańskich. Jego rodzice byli „poganami”, jak to sam określa, ale pod wpływem nauki Billy Grahama przyjęli Jezusa jako swego Pana i Zbawiciela. Przez 12 lat jego mama miała serię poronień i obiecała Bogu, że jak jej da syna, to go Mu poświęci, jak Hanna Samuela. 10 miesięcy później urodził się Steve i w kościele baptystów, do którego rodzice uczęszczali, ofiarowała go Jezusowi.

Nie będę opisywał całej jego duchowej drogi, wspomnę tylko, że był on przekonany (bo tak go nauczali rodzice i pastor i nauczyciele w szkółce niedzielnej), że papież to antychryst, Kościół Katolicki to Nierządnica Babilonu o której mówi Apokalipsa, a sam Kościół jest taką samą sektą jak Mormoni, czy Świadkowie Jehowy.

Jednak u baptystów nie wszystko było, jego zdaniem, tak, jak trzeba. Steve miał w domu raczej dość pokaźną bibliotekę, ponad 20 tysięcy tomów. Głównie na temat Biblii. Nie zawsze więc się zgadzał z tym, czego naucza pastor. Co więcej, nie bardzo rozumiał dlaczego godzinne kazanie ma być tym, co po angielsku nazywa się „worship”. Słowo raczej trudne do przetłumaczenia, ale jedna z definicji, jaką podaje Słownik Fundacji Kościuszkowskiej, to „czcić, wielbić, brać udział w nabożeństwie”.

On sam, by nie narażać się na słuchanie czasem nie najlepszych kazań, zabierał po prostu ze sobą jakąś książkę z kazaniami najlepszych kaznodziei. Później stwierdził, że lepiej będzie po prostu zostać w domu, zaprosić inne rodziny myślące podobnie jak on i zacząć własny, domowy kościół. W końcu jego własne kazania były na znacznie lepszym poziomie, więc… co za różnica, gdzie się spotkają? „Gdzie dwóch, albo trzech…” Wierzyli, że Jezus jest wśród nich i że dokładnie tak samo wyglądały nabożeństwa w pierwszych wiekach.

Jednak gdy serdeczny przyjaciel Raya, Al Kresta, pastor i człowiek o wielkiej wiedzy został katolikiem, Steve nie mógł tego zrozumieć. Wręcz powiedział mu: „Al, ty jesteś za mądry, by zostać katolikiem.” Wierzył, że coś go musiało opętać, zamroczyć. Al najpierw pożyczył mu książkę Thomasa Howarda „Evangelical is not Enough” (wywiad z Howardem także zamieszczała kiedyś Fronda), a potem zaproponował mu, że zabierze go kiedyś na Mszę.

Ray zgodził się, choć bez entuzjazmu. Kresta był dla niego zbyt wielkim autorytetem, by go po prostu zbyć. Powiedział tylko: „Dobrze, ale przyjdziemy późno, siądziemy z tyłu i wcześnie wychodzimy”. Potem się śmiał: „Nie wiedziałem, jak bardzo już wtedy byłem katolikiem”. Jednak prawda jest taka, że nie przyszli późno i nie siedzieli z tyłu. Co prawda nie zabrali dzieci (Ray powiedział, że się bał, bo naprawdę nie wiedział, czego się spodziewać), ale siedzieli z przyjaciółmi blisko ołtarza.

Steve Ray potem powiedział, że płakał całą Mszę. Mówił parę lat później, że ciągle nie może powstrzymać łez i płacze na każdej Mszy. A jego drobna i łagodna żona była zła i nie ukrywała tego. Była wręcz wściekła i powiedziała im to zaraz po Mszy. „Dlaczego?” –Zapytał Steve. –„Co się stało?” „Jestem zła, na baptystów i na katolików, bo okłamywali mnie całe moje życie. Dlaczego nikt nam nie powiedział, że tak wygląda Msza? Dlaczego nikt nam nie powiedział, że można tak oddawać cześć Bogu?”

To tyle wspomnień dwóch byłych antykatolików, których Msza Święta „wygrała” dla Kościoła. Msza, przypomnę, posoborowa. Ta "okropna" Msza nowego rytu (za którą i ja jestem bardzo Kościołowi wdzięczny). Dedykuję te historyjki wszystkim tym, których oburza to, co Kościół zrobił. Przypomnę także, że w Kościele jest znacznie więcej rytów, niż Novus Ordo i Msza Trydencka. Gdy jestem w Miami odwiedzam czasem unicki Ukraiński Kościół Grecko-Katolicki, który ma naprawdę przecudną liturgię. "Zwykła", codzienna Msza trwa półtorej godziny i cała jest śpiewana (często tylko głosami księdza, jego żony i teściowej, bo poza nimi i mną nikogo więcej nie ma, a ja nie chcę zbyt głośno podnosić głosu, by nie zepsuć tej cudownej harmonii dźwięków). To także „nasza Msza”, a sama parafia jest częścią Kościoła Katolickiego. Ojciec Pacwa z EWTN, poza tym, że jest jezuitą w obrządku rzymsko-katolickim, jest kapłanem w Kościele Maronickim, w którym nadal liturgia jest odprawiana w języku aramejskim. Wszystkich rytów jest podobno 83, choć niektórzy twierdzą, że to są tylko warianty, a samych rytów jest tylko dwadzieścia kilka. Jednak nie jest to istotne. Dlaczego? Dlatego, że Msza jest tylko jedna.

Czytałem kiedyś broszurkę napisaną przez siostrę Elwirę pod tytułem „Najpiękniejsza Msza na świecie”. (Cytuję z pamięci, więc może to być parafraza tytułu). W książeczce tej pisze ona, całkiem słusznie, że najpiękniejszą Mszą jest ta, na której jesteśmy.

Bo tak naprawdę to, czy Msza jest piękna nie zależy od rytu, czy formy. Podczas tej historycznie pierwszej Mszy, 2000 lat temu, nie grały organy, nie śpiewał chór. Podczas pierwszej Mszy Jezus przelewał za nas swą Krew. Zaczęła się w Wieczerniku, jako wieczerza paschalna, zakończyła się na Krzyżu, gdy Jezus powiedział: „Wykonało się”. I w pewnym sensie każda Msza: I ta grecko-katolicka i ta maronicka i trydencka i posoborowa to jest ta sama pierwsza Msza.

Żaden z dzisiejszych rytów Mszy nie jest identyczny z tym, jak to się odbywało, gdy zmartwychwstały Jezus dawał się poznać uczniom „przy łamaniu chleba”. Żaden nie przypomina tych Mszy, jakie się odbywały w katakumbach. Ale też każdy z tych rytów ma zachowane te elementy, które są ważne. Które powodują, że Msza jest Ofiarą, że kapłan „In persona Christi” biorąc w ręce chleb i kielich z winem wypowiada słowa: „To jest moje ciało… To jest moja krew.” A jeżeli któryś z rytów jest zbliżony do tego, czego świadkami byli piersi chrześcijanie, to na pewno nie będzie to Msza Trydencka i na pewno nie będzie to liturgia po łacinie.

Zupełnie nie rozumiem tradycjonalistów, choć liturgia jest dla mnie bardzo ważna. Oczywiście, że mi przeszkadza, gdy Msza jest odprawiona niedbale. Jasne, że mam problem z niektórymi kapłanami, którzy stawiają się ponad Kościół. Co tydzień jestem w innej diecezji, w innej parafii i różne rzeczy widziałem. Nie raz musiałem interweniować, bo sumienie nie pozwalało mi na pozostawienie tego, co widziałem bez odpowiedzi. Tylko… tylko, że to nie liturgia ponosi tu winę, ale człowiek.

Jest taki amerykański dowcip. Śmieszny, bo niestety prawdziwy:

„Pytanie: Jaka jest różnica między terrorystą a liturgistą? Odpowiedź: Z terrorystą można pertraktować.” ;-)

„Liturgiści” są zaślepieni. Skupiają się na tym, co nieistotne i przecedzając muchę połykają wielbłąda. A tacy "ślepi" antykatolicy jak Hahn i Ray z powodu tej liturgii, która podobno jest tak okropna i skażona, że trzeba poświęcać całe swoje życie, czasem aż do spowodowania schizmy, by ją odrzucić, zostają katolikami. Mimo tego, że cale życie byli wychowywani w bardzo antykatolickim duchu. Kto tu zatem jest "anty"?

I jasne jest, że wszystko można i trzeba poprawiać. Dlatego liturgia zmienia się przez wieki. Dlatego mamy tyle rytów i tyle modlitw eucharystycznych. Dlatego mamy ciągłą troskę Kościoła o piękno liturgii. Dlatego niedługo w amerykańskim Kościele będziemy mieli nowe, poprawione tłumaczenie Mszy. Jednak jeżeli Kościół coś zatwierdzi, to ja, szeregowy katolik, przyjmuję to zawsze z pokorą. Czasem czegoś nie rozumiem, to staram się więcej nauczyć. A jak dalej nie rozumiem, to naginam swoją wolę i podporządkowuję się Kościołowi. Dlaczego? Bo to nie mnie Jezus obiecał, że da Ducha, który będzie mnie prowadził. Obietnica była dla Kościoła. A ja Mu po prostu wierzę. I nawet, jakbyśmy przyjęli, że nie wszystko stało się tak, jak Duch Święty zamierzał, to zapewniam wszystkich, że On nie machnie ręką i nie powie: „Niech im będzie”.

Jak zmiany są potrzebne, to będą. Spokojna głowa. Ja jednak nie mogę sam decydować, co jest dobrem, a co złem. Już niejaka Ewa ze swym oblubieńcem Adamem postanowili tak zrobić wynikło z tego troszkę zamieszania, którego skutki odczuwamy wszyscy do dzisiaj. Przypomnę zatem tylko na zakończenie parę wersetów z Biblii, która jest, w co moi bracia „liturgiści” z pewnością nie wątpią, Słowem Bożym:

Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie». (Mt 16, 18-19)

Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10, 16)

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. (J 13, 20)

Nie wiem kto posłał domorosłych liturgistów, którym tak się nie podoba akurat jeden z dziesiątków rytów Mszy. Przypominają mi zresztą oni moich sąsiadów, fundamentalistów, którzy mają nalepki na zderzakach: "If it ain't KJV, it ain't Bible", co oznacza mniej więcej tyle: „Jeżeli nie jest to Biblia Króla Jakuba, to nie jest to Biblia”. A „jak nie jest to Msza Trydencka, to nie jest to Msza”, prawda? Otóż nie prawda. Mam dla Was, bracia, wiadomość: Biblia Króla Jakuba ani nie jest oryginałem, ani nawet nie jest pierwszym tłumaczeniem na angielski. Katolicy wcześniej przetłumaczyli Biblię!. A później było i jest wiele znacznie lepszych tłumaczeń. I liturgia Mszy Trydenckiej ani nie była pierwsza, ani nie będzie ostatnia.

Bracia liturgiści! (nie będę Was nazywał „tradycjonalistami, bo cóż to za tradycja? Msza Trydencka, jak mawia ojciec Pacwa, to też nowinka. Tradycja to jest u niego, gdzie liturgia pochodzi z siódmego wieku, a język liturgiczny pochodzi z czasów Jezusa). Zatem bracia liturgiści! Liturgia zmieniała się wiele razy, zanim powstała „ta jedyna”. I zmieni się jeszcze wiele razy. Bo ta prawdziwa „jedyna” to jest liturgia w Niebie. Liturgia, którą opisał święty Jan w Apokalipsie. I może dobrze, że nasze ziemskie ryty nie do końca ją przypominają. Jednak na każdej Mszy, w każdym rycie, łączymy się z tą ponadczasową liturgią niebieską, w której kapłanem jest Jezus i jest On Ofiarą za nasze grzechy. I to jest istotne, a nie to, że Modlimy się teraz po polsku, a ołtarz jest zwrócony do wiernych.

Cały wywiad ze Scottem Hahnem można przeczytać np. TUTAJ, a wywiad z Thomasem Howardem TUTAJ. Zdjęcia z mojej pielgrzymki z nimi do Ziemi Świętej są TUTAJ. Strona internetowa Hahna TUTAJ, a Raya TUTAJ. Ciekawy esej o rytach w Kościele Katolickim TUTAJ.

Wednesday, September 02, 2009

Re: forma liturgii, czy reforma liturgii?

Mam wrażenie, że w ostatnim czasie wszędzie widzę jakieś teksty gloryfikujące przedpoborowy kościół, Mszę Trydencką, czy też Bractwo św. Piusa X. Czy to jest blokowisko „Frondy”, czy moje własne forum, toczą się zażarte dyskusje na temat „ducha Soboru Watykańskiego” i liturgii w Kościele Katolickim. Co więcej, na „Frondzie” posty na ten temat są niemal zawsze promowane przez jej redakcję, a czytelnicy nie skąpią swych opinii i komentarzy.

Ja sam, nie ukrywam, stałem się podświadomie „liturgicznym policjantem”. Ponieważ cały czas podróżuję i zazwyczaj co niedzielę jestem w innej parafii, w innej diecezji, zawsze z lekkim niepokojem spoglądam na to, co kapłan robi przy ołtarzu. Wiem, że tak być nie powinno i wiem, że w takim momencie moje myśli powinny się kierować w zupełnie inną stronę, ale nie bardzo mogę coś poradzić. Po prostu samo życie nauczyło mnie ostrożności.

Jednak te wszystkie posty na temat liturgii, potrzeby reformy i powrotu do Mszy Trydenckiej wcale mnie nie cieszą. Wcale się nie zgadzam z opiniami tam zawartymi. Na pewno nie ze wszystkimi. Dlaczego? Proste. Brakuje mi tam paru rzeczy.

Przede wszystkim brakuje mi tam miłości. Mam wrażenie, że ci wszyscy wojujący o lepszą liturgię bracia gotowi są zaczynać wyprawę krzyżową, gdzie będą palić i ścinać. Palić na stosach i ścinać głowy każdemu, kto się ośmieli im sprzeciwić.

Po drugie brakuje mi tam logiki. Bracia ci najwyraźniej nie potrafią odróżnić skutków od przyczyn. Spędzają długie godziny na opisywaniu recepty na naprawę Kościoła, nie wiedząc, że zajmują się poprawianiem nie tego co trzeba. I gdyby nawet im się udało osiągnąć to, co zamierzyli, bardzo by ich zdziwiło, że to absolutnie niczego nie zmieniło.

Ojciec Benedict Groeschel w swej audycji radiowej „Sundem Night Live” w amerykańskiej rozgłośni EWTN w dniu 23. sierpnia odpowiadał na otrzymane listownie pytania. Jedno z nich brzmiało tak:

„Chciałabym, by powróciły w kościele balustradki, by Komunię przyjmowano na klęcząco i na język. Myślę, że to by pokazało wszystkim jak święta jest Eucharystia. Czy taka tradycja może kiedyś wrócić do Kościoła?”

Ojciec Groeschel odpowiedział, że oczywiście, może. Skoro Kościół coś zmienił, zawsze może zmienić ponownie. To, jak liturgia jest odprawiana, zawsze się zmieniało w historii Kościoła i zapewnie zmieni się jeszcze nie raz. Dodał jednak coś, o czym zdaje się wszyscy zapominają. Powiedział on, cytuję, albo raczej parafrazuję jego odpowiedź:

„Ja się wychowałem w kościele z balustradkami. Były one tam także przez 10 lat, po tym, gdy zostałem księdzem. Potem stopniowo zaczęły być usuwane. […] Msza po łacinie często nie była prawidłowo odprawiana. Często bardzo szybko i niezbyt nabożnie. Prawdę mówiąc jest dużo bardziej prawdopodobne, że ksiądz teraz odprawi Mszę nabożnie po angielsku, niż dawniej po łacinie. Ludzie, którzy dzisiaj pragnął łacińskiej Mszy, należą do tych, którzy są bardzo oddani Kościołowi, więc zwykle teraz Msza łacińska jest bardzo nabożna, ale nie zawsze tak było, wierzcie mi.”

I myślę, że jest to bardzo ważna wypowiedź. Pokazuje bowiem, że to nie zmiana liturgii jest źródłem wszelkiego zła. To jest tylko skutek, owoc pewnych postaw, pewnego sposobu myślenia, pewnych aspiracji i wierzeń. I dopóki tych przyczyn nie zmienimy, nic nie da nam zmiana liturgii. Gdy jednak zmienimy nasze serca, nieważne będzie, czy będziemy odprawiali Mszę Trydencką, czy Novus Ordo. Zresztą patrząc z szerszej perspektywy, oba te ryty są nowinkami. Żadna z tych liturgii nie przypomina bowiem w swej formie wieczerzy paschalnej z udziałem naszego Pana, która była pierwszą Mszą Świętą. A zatem, jak ktoś naprawdę pragnie powrotu do tradycji, to czemu konsekwentnie nie dąży do źródeł?

Podczas Mszy w ostatnią niedzielę usłyszeliśmy takie słowa:


"Zebrali się u Niego faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nie obmytymi rękami. Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I /gdy wrócą/ z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych /zwyczajów/, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami? Odpowiedział im: Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, /dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie/. Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym."
(Mk 7,1-8.14-15.21-23)

Gdy usłyszałem tę Ewangelię, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że to są właśnie słowa dla tych, którzy w powrocie do innego rytu Mszy widzą lekarstwo na każdą bolączkę Kościoła. Oni także, jak faryzeusze z Markowej Ewangelii, czepiają się form i praw i zewnętrznych atrybutów, gdy problem tkwi w czymś zupełnie innym. Problem tkwi w sercach. Nie w tym, że liturgia jest zła, ale w tym, że my wszyscy nie jesteśmy świętymi.

Ja bardzo lubię „nową” Mszę. Jestem niezmiernie wdzięczny Kościołowi za to, że Msza jest w zrozumiałym dla wszystkich języku, że jest tak dużo czytań i że homilie są tych czytań wyjaśnieniem. Czy nie mam żadnych krytycznych uwag? Oczywiście, że mam. Ja mam krytyczne uwagi na każdy temat. Jak nie wierzycie, zapytajcie mojej żony. Ale nie zmienia to faktu, że bardzo bym nie chciał, by „nadzwyczajna forma” liturgii stała się zwyczajna. By powróciła Msza Trydencka w takiej formie, jaką pamiętam z mojego dzieciństwa.

Można przecież wprowadzić łacinę w stałych elementach Mszy. Nikogo nie dziwi, gdy mówimy „Kyrie eleison, Christe eleison”, choć to pozostało nam z czasów jeszcze starszych, gdy językiem liturgicznym była greka. Zatem możemy odmawiać Gloria, Credo, Pater Noster i „Agnus Dei…” i inne stałe części liturgii po łacinie. Jasne, że nam zajmie trochę czasu nauczenie się tego, ale przecież to nie jest żadna przeszkoda. Można przywrócić odprawianie Mszy "ad orientem". Tyłem do wiernych. Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. To są tylko formy, które mają swoje symboliczne znaczenie, ale i to, co widzimy w kościele dzisiaj ma swoją symbolikę. Msza posoborowa jest wspaniałym darem dla nas wszystkich i z pewnością większość wiernych nie chciałaby, by ją zlikwidowano.

Gdyby każdy z tych, którzy tyle czasu poświęcają na krytykę Soboru, papieża, czy liturgii poświęcił połowę tego czasu na modlitwę za Kościół i kapłanów, to z pewnością wszyscy byśmy na tym zyskali. Bowiem reforma w Kościele jest niezbędnie konieczna i bardzo pilna. Stwierdzenie to jest prawdziwe każdego dnia, od dwóch tysięcy lat. Ale reforma ta musi polegać na zreformowaniu naszych serc. I każdy musi zacząć od siebie. Bo to, jak jest Msza odprawiana jest zależne tylko od tego jacy my jesteśmy. Kapłani, biskupi, cały Kościół – to przecież my. To nasi bracia, nasi synowie.

Biblia nas uczy, że najważniejsze przykazanie to przykazanie miłości. Uczy nas, żebyśmy najpierw pozbyli się belki we własnym oku, zanim się zajmiemy drzazgą w oku brata. Uczy nas, że Bóg od nas żąda raczej miłosierdzia, niż ofiary. Uczy nas też, że mamy być doskonali, jak doskonały jest nasz Ojciec w Niebie. Nie wiem czemu, ale mam nieodparte wrażenie, że wszyscy ci „reformatorzy liturgiczni” jakoś pozapominali o tych naukach.

Usuńmy zatem przyczynę zła, a zło samo odejdzie. Zostawmy skutki w spokoju, jak usuniemy przyczyny, one same się naprawią. Czyli stańmy się święci. Zamieńmy posty na blogach na posty pokutne, zamieńmy lamentacje na forach na modlitwy, zamieńmy wpatrywanie się w ekrany laptopów na adorację Najświętszego Sakramentu. To pewna, niezawodna recepta na skuteczną i wspaniałą liturgiczną reformę.

I wcale nie mówię tutaj, żeby całkiem zostawić Internet i stać się kontemplacyjnym pustelnikiem. Aż takim hipokrytą nie jestem. Ale musimy wszyscy, jako chrześcijanie, jako katolicy, inaczej ustawić nasze hierarchia ważności. Mniej aktywizmu, więcej świętości. Bo gdy zaczniemy od modlitwy, to i na pisanie na „Frondzie” znajdzie się czas. Lecz gdy zaczynamy od pisania, to najczęściej na modlitwę tego czasu zaczyna brakować. A wtedy i nasze pisanie staje się mało skuteczne, stajemy się ślepcami, zaczynamy błądzić i wszystko zaczyna się sypać.

Thursday, August 27, 2009

Karl Keating i Matt Dula

Co ma ze sobą wspólnego młody sierżant US Marines, Matt Dula, stacjonujący w bazie piechoty morskiej gdzieś w Virginii i pewien adwokat imieniem Karl Keating, praktykujący w San Diego na zachodnim wybrzeżu? W zasadzie niewiele, choć na tyle dużo, że postanowiłem o nich napisać jeden felieton. Obydwaj bowiem są katolikami, obydwaj znają swoją wiarę i obydwóm nie było obojętne to, w co wierzą. Poświęcili swój czas na obronę wiary i przyniosło to skutki niesamowicie przekraczające to, czego wtedy mogli się spodziewać.

Karl Keating był młodym adwokatem, niczym nie wyróżniającym się katolikiem, regularnie uczestniczącym w niedzielnych Mszach Świętych. Pewnej niedzieli wychodząc z nabożeństwa w swojej parafii w San Diego zobaczył za wycieraczką samochodu paszkwil atakujący i oczerniający naukę Kościoła Katolickiego. Nie tylko on, każdy samochód na przykościelnym parkingu miał włożony podobny tekst za wycieraczkę.

Większość ludzi po prostu wyrzuciła to, czytając wcześniej, albo nie. Ale Karl, być może sprowokowany swym prawniczym wykształceniem, a może miłością do Kościoła, postanowił odpowiedzieć na zarzuty. Paszkwile zachęcały do odwiedzenia kościoła baptystów na tej samej ulicy, więc nie trudno było się domyśleć, kto był inspiratorem takiej „parkingowej ewangelizacji”. Keating zatem odpowiedział na wszystkie zarzuty, powielił to w kilkuset egzemplarzach, wynajął na poczcie skrytkę, podał adres i powsadzał swoją odpowiedź pod wycieraczki braci baptystów.

Kilka tygodni potem przypomniał sobie o całej sprawie i poszedł na pocztę sprawdzić swoją skrytkę. Okazało się, że nie mieściła odpowiedzi. Setki osób chciały się dowiedzieć więcej. Okazało się, że wielu z nich to byli katolicy, którzy opuścili Kościół i zostali baptystami. Pierwszy raz w życiu usłyszeli odpowiedzi tłumaczące doktryny Kościoła Katolickiego, których nie rozumieli wcześniej. I te odpowiedzi im się bardzo podobały.

Matt Dula był zwykłym żołnierzem, który odbywał służbę z sierżantem imieniem Tim Staples. Tim wychował się jako baptysta i marzył od dziecka, by zostać kaznodzieją. Potem skierował się w stronę kościoła zielonoświątkowców i rzeczywiście po zakończeniu swej służby w Marines został pastorem w Assembly od God. Wcześniej jednak spotkał sierżanta Dulę.

Tim każdą konwersację z nowo poznaną osobą zaczynał mniej-więcej tak: „Nazywam się Tim Staples i jestem chrześcijaninem. A ty? Jak umrzesz dzisiaj, skąd wiesz, czy nie będziesz potępiony? Pozwól, że opowiem Ci o Jezusie”. Troszkę się zdziwił, gdy na takie powitanie usłyszał od Matta odpowiedź: „Witam. Nazywam się Matt Dula i także jestem chrześcijaninem. Jestem katolikiem i Bóg dał mi nadzieję, że …” I tak zaczęła się teologiczna dyskusja, która trwała przez dwa lata.

Matt był „dobrym katolikiem”, ale na pewno nie teologiem i nie apologetą. Nie na wszystkie zarzuty znał odpowiedzi. Ale zawsze ich poszukał. Nieraz, jak później wspominał, musiał pytać kapelana, bo po prostu nie wiedział, co odpowiedzieć. Jednak po dwóch latach takiego dialogu Matt został ekspertem.

Przez całe dwa lata tej służby Tim ani okiem nie mrugnął, że coś z odpowiedzi Matta do niego dociera. Wyszukiwał jeden zarzut za drugim, odrzucając wszystkie kontrargumenty. Sierżant Matt Dula wcale się tym specjalnie nie zrażał. Być może wiedział to, co nieraz powtarzała Matka Teresa z Kalkuty, że Bóg nie oczekuje od nas sukcesów, ale wierności. I wierny pozostał on do końca.

Tymczasem ziarenko zasiane w sercu Tima rosło i zaczynało przynosić owoce. Tim dla „detoksykacji” od katolicyzmu wstąpił nawet do bardzo antykatolickiego seminarium Jimmiego Swaggarda w Baton Rouge w Luizjanie. Tam jednak łapał się na tym, że bez przerwy korygował nauczycieli fałszywie przedstawiających to, czego rzekomo, ich zdaniem, naucza, lub co praktykuje Kościół Katolicki.

Minęło kolejnych kilka lat i Tim sam został katolikiem. Nawet, jak wielu konwertytów, myślał o kapłaństwie i przez sześć lat kształcił się w seminarium. Jednak po upewnieniu się, że nie jest to powołanie, został świeckim apologetą. Przekonał także całą swoją rodzinę i np. brat Tima jest teraz katolickim księdzem.

I tu się łączą losy sierżanta Dulli i mecenasa Keatinga, choć tylko pośrednio. Pośrednim ogniwem jest właśnie Tim. Karl Keating w końcu zrezygnował z pracy jako adwokat i założył organizację „Catholic Aswers”, zajmującą się wyjaśnianiem religii katolickiej. Tim Staples jest dziś jednym z pracowników tej organizacji i jest jednym z najbłyskotliwszych apologetów amerykańskich.

Mamy dziś w amerykańskim kościele niesamowitą odnowę. Katolicy, dzięki telewizji EWTN i dzięki radiu, które także transmituje codzienną, dwugodzinną audycję Catholic Answers Live, (Tim zwykle we wtorki), po raz pierwszy od wielu lat naprawdę poznają swoją wiarę. Setki tysięcy katolików, którzy opuścili Kościół powraca do Niego, właśnie dzięki takim organizacjom jak Catholic Answers i dzięki takim apologetom, jak Tim Staples. A wszystko to dlatego, że pewnego dnia chciało się jednemu adwokatowi dać odpowiedź na zarzuty pod adresem kościoła, a na drugim końcu Ameryki jakiś sierżant postanowił odpowiedzieć na zarzuty przedstawione przez kolegę-protestanta.

Dlaczego o tym piszę? To chyba jasne. Każdy z nas ma takie samo zadanie. Każdy z nas wcześniej czy później spotka się z zarzutami pod adresem Kościoła. Nie przytakujmy im bezmyślnie, ale odpowiedzmy. A jak nie znamy na nie odpowiedzi, poszukajmy. Te odpowiedzi są. Nigdy nie wiemy, jaki wpływ może to mieć na losy naszego adwersarza, czy czasem nawet całego Kościoła. Pamiętajmy, czego nas uczył nasz pierwszy papież, św. Piotr:

Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest. A z łagodnością i bojaźnią [Bożą] zachowujcie czyste sumienie, ażeby ci, którzy oczerniają wasze dobre postępowanie w Chrystusie, doznali zawstydzenia właśnie przez to, co wam oszczerczo zarzucają. (1 P 3, 15-16)