Mój stary wirtualny przyjaciel, Ogólnik, wpisał mi się ponownie do księgi gości, mimo, że go już pożegnałem nie dawno na zawsze. Najwyraźniej jednak jest nam przeznaczone kontynuowanie naszej znajomości. Oto jego wpis:
Czy możesz mi polecić kogoś cierpliwszego i kogoś, kto nie będzie siebie stawiał w roli nauczyciela? Bo takie wywyższanie się jest nieco irytujące. Wiem ze każdy wyznawca ma swoja religię za najlepszą i bardzo logiczną, ( pewnie napiszesz ze "twoja jest obiektywnie najlepsza i logiczna" - słyszałem to już od wyznawców innych religii), ale to nie powód żeby się stawiać na piedestale względem niewierzących i innowierców. Może to bawi ciebie i niektórych twoich współwyznawców, ale chyba nie o to tylko Tobie chodzi?”
I moja odpowiedź:
Drogi Ogolniku! Nie bardzo rozumiem Twoje poirytowanie. Rozmawiamy ze sobą w jakiejś formie od roku chyba. Jeżeli to nie jest dowód na moją cierpliwość, to nie wiem, co nim może być.
Jeżeli odczuwasz, że się wywyższam w jakikolwiek sposób, to jest mi bardzo przykro z tego powodu. Nikogo nie traktuję tu z góry i nie uważam się za lepszego od nikogo. Nie raz mówiłem, i naprawdę tak myślę, że moja rola jest rolą osiołka. Środka transportu. W tym przypadku środka transportu Dobrej Nowiny.
Skoro wiesz, że „każdy wyznawca ma swoja religię za najlepszą i bardzo logiczną” to nie dziw się, że i ja tak uważam. Co więcej, uważam, że pełnia chrześcijaństwa, jaką jest katolicyzm wręcz nie jest „religią”, przynajmniej nie w takim sensie, w jakim jest nią, powiedzmy, buddyzm. Chrześcijaństwo jest Prawdą przez duże „P”. Jedyną pewną drogą do Boga i do naszego zbawienia.
Napisałeś: „ pewnie napiszesz ze „twoja jest obiektywnie najlepsza i logiczna”; słyszałem to już od wyznawców innych religii” i masz rację. Katolicyzm jest obiektywnie najlepszy i logiczny, bo jest prawdziwy. Fakt, że słyszałeś to od wyznawców innych religii niczego tu nie zmienia. Ja właśnie, między innymi, dlatego prowadzę tę stronkę, żeby wykazać prawdziwość katolicyzmu i błędy innych religii.
Piszesz: „to nie powód żeby się stawiać na piedestale względem niewierzących i innowierców. Może to bawi ciebie i niektórych twoich współwyznawców, ale chyba nie o to tylko Tobie chodzi?” Znowu nie rozumiem. Pokaż mi, proszę, konkretnie, gdzie to się „stawiam na piedestale względem niewierzących i innowierców?” Ani nigdy nie miałem takich intencji, ani tak świadomie nigdy nie robiłem, konsekwentnie idąc dalej muszę powiedzieć, że mnie to ani nie bawi, ani mi o to nie chodzi.
Widzę, że napisałeś ten list będąc czymś sfrustrowany. Zarzucasz mi coś, przed czym nie wiem jak się bronić, bo nie czuję się winny. Proszę Cię więc o konkrety. Masz więcej pytań o wiarę? Pytaj. Odpowiem, wiesz o tym. Odpowiadam zawsze i wiele tych tekstów powstało właśnie jako reakcja na wpisy do księgi gości.
Wiesz, że musiałem zlikwidować forum, ale może wróci. Może się uda założyć takie, na którym będą mogli się wpisywać tylko zarejestrowani goście. Wtedy nam łatwiej będzie prowadzić dyskusje. Gdy to się nie stanie, to będziemy kontynuować tu i w księdze gości. I nie zarzucaj mi braku cierpliwości, bo naprawdę nie masz do tego podstaw.
Święty Piotr napisał w swoim pierwszym liście:
Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest. (1P 3,15)
Greckie słowo „obrona” to „apologia”. Od tego słowa pochodzi słowo „apologetyka”, a ja właśnie staram się tu bawić w apologetę. Zawsze być gotowym do obrony tej nadziei, która we mnie jest. Nie obawiaj się więc, że stracę cierpliwość. Ta stronka, jak taka będzie wola Boga, będzie tu jeszcze lata.
A że ja czasem także ulegam frustracji? Że i mnie czasem irytują niektóre osoby? Cóż, jak już mówiłem, jestem apologetą, nie świętym. Nie raz musiałem przepraszać różnych urażonych. Nigdy nie mam intencji kogokolwiek obrażać, czy, broń Boże, poniżać, ale czasem mój język jest trochę szorstki, czasem sarkastyczny i czasem po prostu opadają mi ręce, że ktoś prostych rzeczy nie potrafi zrozumieć.
Ale, jak nieraz już mówiłem, tak już będzie. Na necie jest sporo stron prowadzonych przez osoby konsekrowane, przez osoby świeckie, ale święte, przez takie, które bardzo uważają na formy i na to, żeby ich język nie był dla nikogo ofensywny. Jak Ci przeszkadza forma, w jakiej ja prowadzę swą stronkę, to jest mi z tego powodu przykro, ale jedyne wyjście, jakie mógłbym Ci zasugerować, to nie zaglądanie tutaj. Poszukaj tych ugrzecznionych stronek. Tam na pewno nikt się nie będzie nawet pozornie wywyższał.
Nie brakuje też stron, na których autorowi wręcz przepraszają, że są katolikami. Apologetyka myli im się z „apology”, a to słowo, choć ma te same korzenie, oznacza „usprawiedliwiać się”, „przepraszać”, a nie „tłumaczyć”, czy „bronić”. Ale ja nie będę przepraszał, że jestem katolikiem. Ja jestem dumny z tego powodu. Jeżeli więc jakoś przeżyjesz mój sposób pisania, zapraszam do konkretnych pytań. Jak nie odpowiedziałem do tej pory na nie jeszcze, odpowiem w najbliższym wolnym czasie. Jak nie, szukaj dalej. Na necie jest podobno parę miliardów stron i na pewno uda Ci się znaleźć coś, co cię usatysfakcjonuje. Powodzenia.
Friday, September 02, 2005
Wednesday, August 31, 2005
Relikwie
Zapytał mnie ktoś niedawno dlaczego katolicy wierzą w takie rzeczy jak relikwie. Czemu niby jakieś kości zmarłych ludzi, nawet jak mieliby to być ludzie święci, miałyby mieć jakąś moc? Albo kawałki ubrań tych świętych? I gdzie w Biblii cokolwiek pisze o relikwiach?
Oczywiście my, jako katolicy, wcale nie uważamy, że w Biblii jest wyraźnie wytłumaczona każda doktryna, w którą wierzymy. Żadna doktryna nie może być z nauką Biblii sprzeczna, ale to nie jest przecież to samo. Wszyscy chrześcijanie wierzą przecież w to, że Bóg jest Trójcą Świętą. Że jest Jeden Bóg, ale są trzy Boskie Osoby. Ale tego także nie znajdziemy nigdzie w Biblii. A raczej nie „także”, bo akurat o relikwiach jest.
O samej nielogiczności stwierdzenia, że wszystko musi być w Biblii pisałem nie raz na tej stronce. Wystarczy przeczytać SOLA SCRIPTURA. Czy Biblia spadła z nieba? To przecież Biblia jest owocem depozytu wiary, Tradycji przez duże „T”. Ale o relikwiach możemy w niej przeczytać. I to nawet w Starym Testamencie. Oto zadziwiający i zapewne nieznany wrogom kultu relikwii fragment 2. Księgi Królewskiej:
Zdarzyło się, że grzebiący człowieka ujrzeli jeden oddział [nieprzyjacielski]. Wrzucili więc tego człowieka do grobu Elizeusza i oddalili się. Człowiek ten dotknął kości Elizeusza, ożył i stanął na nogi. (2 Krl 13,21)
No proszę, kości świętego spowodowały ożywienie zmarłego? Niesamowite! I to nie Kościół katolicki to wymyślił? To już zupełnie nieprawdopodobne! Ale to jeszcze wcale nie koniec. Nowy testament też nam daje przykłady relikwii:
Bóg czynił też niezwykłe cuda przez ręce Pawła, tak że nawet chusty i przepaski z jego ciała kładziono na chorych, a choroby ustępowały z nich i wychodziły złe duchy. (Dz 19,11-12)
Tutaj zresztą mamy od razu wytłumaczenie, skąd się bierze moc tych relikwii. To „Bóg czyni niezwykłe cuda” używając czasem pośrednictwa materii. Sam Jezus czasami tak czynił:
To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. (J 9, 6-7)
Czy Jezus musiał używać śliny i ziemi? Oczywiście, że nie. Tak, jak Bóg nie musiał używać prochu, aby stworzyć pierwszego człowieka. Ale ponieważ my nie jesteśmy duchami i składamy się z materii, to nic dziwnego, że Bóg, który nas stworzył i powiedział, że „wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”, nadal używa materii jako środka przekazu swych łask. Oddawanie czci relikwiom jest więc uznaniem tego, co Bóg nam daje. Jest wyrażeniem naszej wdzięczności za Jego łaski. A jeżeli jest czymś ponad to, to wtedy możemy mieć problem.
Być może znajdzie się wśród nas ktoś, dla kogo relikwia staje się bożkiem. Nie jest to wcale takie dziwne. Wielu z nas ma przecież z tym problem. Ja relikwiami pewnością mam. Nie z relikwiami może, tych nie jest tak wiele i nieliczni z nas je posiadają, ale z innymi przedmiotami. Nasze kolekcje znaczków i komputery, samochody i biżuteria i różne inne rzeczy mogą stać się przedmiotem obsesyjnej miłości. Nic dziwnego więc, że czasem gdy ktoś jest posiadaczem jakiejś wartościowej relikwii, może się zachowywać, jakby była ona jakimś bożkiem. Zdarzało się to zwłaszcza w czasach, gdy wiara była czymś naturalnym i popularnym. W dzisiejszych czasach nawet jak ktoś ma wartościową relikwię, pewnie się z tym za bardzo nie obnosi.
Powiedziawszy to muszę jednak zaznaczyć, że nie można porównać nawet najpiękniejszego pierścionka do relikwii. Pierścionek jest tylko kawałkiem metalu z doczepionym błyszczącym szkiełkiem. Relikwie są prawdziwym kanałem Bożych Łask. Dobrym przykładem może tu być oddawana cześć relikwiom Krzyża, na którym umarł za nasze grzechy nasz Pan. W naszym Kościele mamy zwyczaj i tradycję oddawania czci krzyżowi nawet, jak nie mamy prawdziwych fragmentów tamtego Krzyża. Każdy krzyż, jaki jest w kościele, czy przy drodze, czy na złotym łańcuszku na szyi darzymy szacunkiem. Nic dziwnego, że widząc prawdziwy fragment Krzyża, który był narzędziem dzięki któremu nasze zbawienie było możliwe, oddajemy mu cześć nadzwyczajną.
Mówiąc o Krzyżu warto wspomnieć, że często zarzucają nam, że nie są to prawdziwe relikwie, bo nikt nie może wiedzieć na którym tak naprawdę umarł Pan Jezus. Poza tym jest tyle tych relikwii, że jakby je pozbierać razem, to byłoby tyle drewna, że kilkadziesiąt krzyży by się z niego posklejało. Zarzuty te jednak są zupełnie bezpodstawne.
Po pierwsze ktoś rzeczywiście policzył ile mamy fragmentów Krzyża, ile jest tych relikwii na całym świecie. Okazuje się, że jest ich tyle, że można by złożyć z nich około jednej trzeciej typowego rzymskiego krzyża z pierwszego wieku. Nie ma więc wcale za dużo tych relikwii i większa część Krzyża zaginęła przez te wszystkie wieki.
A sama historia odkrycia tego Krzyża też jest dość znana. Dokonała tego cesarzowa Święta Helena, matka Konstantyna Wielkiego w 326. roku. Paradoksalnie było to możliwe dzięki temu, że wrogowie chrześcijaństwa starając się ukryć wszelkie ślady życia Jezusa i zlikwidować kult miejsca, na którym On umarł, zbudowali w tym miejscu pogańską świątynię. Zabezpieczyła ona zasypany Krzyż Jezusa i po przyjęciu przez Rzym chrześcijaństwa umożliwiło to odkopanie Krzyża. Znaleziono wszystkie trzy krzyże, ale zidentyfikowanie tego właściwego umożliwił fakt, że po dotknięciu nimi umierającej kobiety, jeden z nich spowodował to, że choroba całkowicie ustąpiła. Mamy więc i tu przykład cudownego działania relikwii.
Biblia jednak ciągle przestrzega przed myleniem Boga z jakimkolwiek stworzeniem. Oddawanie czci przedmiotom, nawet czci wielkiej, dlatego, że Bóg ich użył jako kanału swej Łaski, jest rzeczą godną, pożyteczną i miłą Bogu. Oddawanie im czci boskiej jest bardzo ciężkim grzechem i obrazą Boga. Przypatrzmy się innemu fragmentowi Biblii, scenie z Exodusu, z wędrówki Narodu Wybranego po pustyni:
I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi: Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła. Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc: Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże. I wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu. (Lb 21:5-9)
Znowu przykład użycia materialnego przedmiotu jako kanału Bożego Miłosierdzia. Czy mógł Bóg inaczej leczyć Izraelita? Oczywiście. Ale ten wąż na palu był nie tylko środkiem użytym przez Boga do uleczenia kąsanych, ale także, a może przede wszystkim, symbolem, archetypem Jezusa. Ukazywał, że prawdziwe wyleczenie z grzechu, z tego ukąsania przez węża, przyjdzie przez zawieszenie na drzewie naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
Co się jednak stało z tym miedzianym wężem? Trudno by przypuszczać, że tak niezwykłe „urządzenie” Izraelici po prostu porzucili, albo zagubili gdzieś na pustyni? Oczywiście, że tak się nie stało. Wiemy to z samej Biblii. Ale stała się rzecz znacznie gorsza, następne pokolenia zaczęły mylić Stworzyciela ze stworzeniem. Źródło i przyczynę uzdrowień z drogą i środkiem te uzdrowienia umożliwiającymi. Wąż miedziany uzyskał swe własne imię i zaczęto go czcić jak Boga:
W trzecim roku [panowania] Ozeasza, syna Eli, króla izraelskiego, Ezechiasz, syn Achaza, został królem judzkim. W chwili objęcia rządów miał dwadzieścia pięć lat i panował dwadzieścia dziewięć lat w Jerozolimie. Jego matce było na imię Abijja - córka Zachariasza. Czynił on to, co jest słuszne w oczach Pańskich, zupełnie tak jak jego przodek, Dawid. On to usunął wyżyny, potrzaskał stele, wyciął aszery i potłukł węża miedzianego, którego sporządził Mojżesz, ponieważ aż do tego czasu Izraelici składali mu ofiary kadzielne - nazywając go Nechusztan. (2 Krl 18, 1-4)
Widzimy więc wyraźnie, że słuszne w oczach Pana jest zniszczenie każdego kultu, którego celem jest bożek. Oddawanie czci przedmiotom używanym przez Boga dla okazania nam łask jest czymś zupełnie innym. To naprawdę jest proste i wyraźne rozgraniczenie. Podam może jednak inny przykład dla tych braci, którzy dalej tego nie widzą.
Gdy spędzam długie dni, a nawet tygodnie poza domem, zaczynam tęsknić za moimi bliskimi. Mam tu ze sobą laptopa i na nim mam wiele zdjęć rodziny. Mam też w portfelu zdjęcie mojej ukochanej żony, Grażynki. Czasem nawet zdarzy mi się, jak nikt nie widzi, pocałować to zdjęcie. Czy to znaczy, że w ten sposób sprawiam jej przykrość? Czy gdyby ona to widziała, obraziłaby się na mnie? Na pewno nie. Myślę, że byłaby zachwycona, bo jest to jakiś sposób wyrażania mojej miłości do niej. To zdjęcie jest tylko jej przypomnieniem, prawdziwy afekt mam do niej, nie do zdjęcia.
Ale będąc w trasie spotykam też inne kobiety. W pracy, w biurach, na przydrożnych parkingach. One też mi przypominają Grażynkę. Teoretycznie także mógłbym je zacząć całować… ale nie sądzę, żeby takie postępowanie zachwyciło moją żonę. Nawet, jakbym usiłował jej wytłumaczyć, że robię to tylko z powodu prawdziwej miłości do niej. A te przypadkowo spotkane dziewczyny tylko mi ją przypominają.
Jaka to różnica? Otóż taka, że inne dziewczyny są ludźmi, jak moja żona. Okazywanie im afektu, uczucia, jest zdradą mojej żony. Okazywanie afektu fotografii mojej żony jest potwierdzeniem uczucia do obiektu tej fotografii. Podobnie z relikwiami. Jak nie tracimy obrazu prawdziwego Boga z oczu, jak wiemy, że relikwie, rzeźby, obrazy mają nas do Niego tylko zbliżyć i nam Go przypominać, oddawanie im czci jest Bogu miłe. Prowadzi nas do głębszej wiary. Ale jak zaczynamy mylić te relikwie i rzeźby z Bogiem, jak zaczynamy im oddawać cześć niezależnie od Boga, jak one same stają się podmiotem czci, to zaczyna się zdrada, Zaczyna się flirt z kimś, z kim flirtować nie powinniśmy. Zaczyna się poważny problem grzechu idolatrii.
A czy Biblia pokazuje jakiś przykład oddawania czci przedmiotom? Tej poprawnej, miłej Bogu? Oczywiście, że tak. Wystarczy wspomnieć jaką czcią Izrael darzył Arkę Przymierza. I robili to na wyraźne polecenie Boga. Cześć oddawana Arce była tak wielka, że za dotknięcie jej przez nieuprawnioną osobą Bóg karał śmiercią:
Gdy przybyli na klepisko Nakona, Uzza wyciągnął rękę w stronę Arki Bożej i podtrzymał ją, gdyż woły szarpnęły.I zapłonął gniew Pana przeciwko Uzzie i poraził go tam Bóg za ten postępek, tak że umarł przy Arce Bożej. (2 Sm 6,6-7)
A król Dawid tak się radował z odzyskania utraconej Arki, że prowadząc ją w procesji składał sam przed nią ofiary co parę kroków, przebrany za kapłana:
Doniesiono królowi Dawidowi: Pan obdarzył błogosławieństwem rodzinę Obed-Edoma i całe jego mienie z powodu Arki Bożej. Poszedł więc Dawid i sprowadził z wielką radością Arkę Bożą z domu Obed-Edoma do Miasta Dawidowego. Ilekroć niosący Arkę Pańską postąpili sześć kroków, składał w ofierze wołu i tuczne cielę. Dawid wtedy tańczył z całym zapałem w obecności Pana, a ubrany był w lniany efod. Dawid wraz z całym domem izraelskim prowadził Arkę Pańską, wśród radosnych okrzyków i grania na rogach. (2 Sm 6:12-15)
Nie wiem, czy ten tekst wyjaśnił wszystkie wątpliwości. Ja czasem więcej zagmatwam, niż wyjaśnię w swych felietonikach. Ale nawet jak ktoś dalej nie widzi różnicy, niech poczyta, niech poszuka w innych źródłach. To rozróżnienie jest naprawdę wyraźne i nie musimy się obawiać przeżegnania się przed przydrożnym krzyżem czy ucałowania z szacunkiem relikwiarza. Musimy tylko pamiętać, że czcimy w ten sposób jedynego, prawdziwego Boga.
Oczywiście my, jako katolicy, wcale nie uważamy, że w Biblii jest wyraźnie wytłumaczona każda doktryna, w którą wierzymy. Żadna doktryna nie może być z nauką Biblii sprzeczna, ale to nie jest przecież to samo. Wszyscy chrześcijanie wierzą przecież w to, że Bóg jest Trójcą Świętą. Że jest Jeden Bóg, ale są trzy Boskie Osoby. Ale tego także nie znajdziemy nigdzie w Biblii. A raczej nie „także”, bo akurat o relikwiach jest.
O samej nielogiczności stwierdzenia, że wszystko musi być w Biblii pisałem nie raz na tej stronce. Wystarczy przeczytać SOLA SCRIPTURA. Czy Biblia spadła z nieba? To przecież Biblia jest owocem depozytu wiary, Tradycji przez duże „T”. Ale o relikwiach możemy w niej przeczytać. I to nawet w Starym Testamencie. Oto zadziwiający i zapewne nieznany wrogom kultu relikwii fragment 2. Księgi Królewskiej:
Zdarzyło się, że grzebiący człowieka ujrzeli jeden oddział [nieprzyjacielski]. Wrzucili więc tego człowieka do grobu Elizeusza i oddalili się. Człowiek ten dotknął kości Elizeusza, ożył i stanął na nogi. (2 Krl 13,21)
No proszę, kości świętego spowodowały ożywienie zmarłego? Niesamowite! I to nie Kościół katolicki to wymyślił? To już zupełnie nieprawdopodobne! Ale to jeszcze wcale nie koniec. Nowy testament też nam daje przykłady relikwii:
Bóg czynił też niezwykłe cuda przez ręce Pawła, tak że nawet chusty i przepaski z jego ciała kładziono na chorych, a choroby ustępowały z nich i wychodziły złe duchy. (Dz 19,11-12)
Tutaj zresztą mamy od razu wytłumaczenie, skąd się bierze moc tych relikwii. To „Bóg czyni niezwykłe cuda” używając czasem pośrednictwa materii. Sam Jezus czasami tak czynił:
To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. (J 9, 6-7)
Czy Jezus musiał używać śliny i ziemi? Oczywiście, że nie. Tak, jak Bóg nie musiał używać prochu, aby stworzyć pierwszego człowieka. Ale ponieważ my nie jesteśmy duchami i składamy się z materii, to nic dziwnego, że Bóg, który nas stworzył i powiedział, że „wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”, nadal używa materii jako środka przekazu swych łask. Oddawanie czci relikwiom jest więc uznaniem tego, co Bóg nam daje. Jest wyrażeniem naszej wdzięczności za Jego łaski. A jeżeli jest czymś ponad to, to wtedy możemy mieć problem.
Być może znajdzie się wśród nas ktoś, dla kogo relikwia staje się bożkiem. Nie jest to wcale takie dziwne. Wielu z nas ma przecież z tym problem. Ja relikwiami pewnością mam. Nie z relikwiami może, tych nie jest tak wiele i nieliczni z nas je posiadają, ale z innymi przedmiotami. Nasze kolekcje znaczków i komputery, samochody i biżuteria i różne inne rzeczy mogą stać się przedmiotem obsesyjnej miłości. Nic dziwnego więc, że czasem gdy ktoś jest posiadaczem jakiejś wartościowej relikwii, może się zachowywać, jakby była ona jakimś bożkiem. Zdarzało się to zwłaszcza w czasach, gdy wiara była czymś naturalnym i popularnym. W dzisiejszych czasach nawet jak ktoś ma wartościową relikwię, pewnie się z tym za bardzo nie obnosi.
Powiedziawszy to muszę jednak zaznaczyć, że nie można porównać nawet najpiękniejszego pierścionka do relikwii. Pierścionek jest tylko kawałkiem metalu z doczepionym błyszczącym szkiełkiem. Relikwie są prawdziwym kanałem Bożych Łask. Dobrym przykładem może tu być oddawana cześć relikwiom Krzyża, na którym umarł za nasze grzechy nasz Pan. W naszym Kościele mamy zwyczaj i tradycję oddawania czci krzyżowi nawet, jak nie mamy prawdziwych fragmentów tamtego Krzyża. Każdy krzyż, jaki jest w kościele, czy przy drodze, czy na złotym łańcuszku na szyi darzymy szacunkiem. Nic dziwnego, że widząc prawdziwy fragment Krzyża, który był narzędziem dzięki któremu nasze zbawienie było możliwe, oddajemy mu cześć nadzwyczajną.
Mówiąc o Krzyżu warto wspomnieć, że często zarzucają nam, że nie są to prawdziwe relikwie, bo nikt nie może wiedzieć na którym tak naprawdę umarł Pan Jezus. Poza tym jest tyle tych relikwii, że jakby je pozbierać razem, to byłoby tyle drewna, że kilkadziesiąt krzyży by się z niego posklejało. Zarzuty te jednak są zupełnie bezpodstawne.
Po pierwsze ktoś rzeczywiście policzył ile mamy fragmentów Krzyża, ile jest tych relikwii na całym świecie. Okazuje się, że jest ich tyle, że można by złożyć z nich około jednej trzeciej typowego rzymskiego krzyża z pierwszego wieku. Nie ma więc wcale za dużo tych relikwii i większa część Krzyża zaginęła przez te wszystkie wieki.
A sama historia odkrycia tego Krzyża też jest dość znana. Dokonała tego cesarzowa Święta Helena, matka Konstantyna Wielkiego w 326. roku. Paradoksalnie było to możliwe dzięki temu, że wrogowie chrześcijaństwa starając się ukryć wszelkie ślady życia Jezusa i zlikwidować kult miejsca, na którym On umarł, zbudowali w tym miejscu pogańską świątynię. Zabezpieczyła ona zasypany Krzyż Jezusa i po przyjęciu przez Rzym chrześcijaństwa umożliwiło to odkopanie Krzyża. Znaleziono wszystkie trzy krzyże, ale zidentyfikowanie tego właściwego umożliwił fakt, że po dotknięciu nimi umierającej kobiety, jeden z nich spowodował to, że choroba całkowicie ustąpiła. Mamy więc i tu przykład cudownego działania relikwii.
Biblia jednak ciągle przestrzega przed myleniem Boga z jakimkolwiek stworzeniem. Oddawanie czci przedmiotom, nawet czci wielkiej, dlatego, że Bóg ich użył jako kanału swej Łaski, jest rzeczą godną, pożyteczną i miłą Bogu. Oddawanie im czci boskiej jest bardzo ciężkim grzechem i obrazą Boga. Przypatrzmy się innemu fragmentowi Biblii, scenie z Exodusu, z wędrówki Narodu Wybranego po pustyni:
I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi: Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła. Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc: Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże. I wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu. (Lb 21:5-9)
Znowu przykład użycia materialnego przedmiotu jako kanału Bożego Miłosierdzia. Czy mógł Bóg inaczej leczyć Izraelita? Oczywiście. Ale ten wąż na palu był nie tylko środkiem użytym przez Boga do uleczenia kąsanych, ale także, a może przede wszystkim, symbolem, archetypem Jezusa. Ukazywał, że prawdziwe wyleczenie z grzechu, z tego ukąsania przez węża, przyjdzie przez zawieszenie na drzewie naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
Co się jednak stało z tym miedzianym wężem? Trudno by przypuszczać, że tak niezwykłe „urządzenie” Izraelici po prostu porzucili, albo zagubili gdzieś na pustyni? Oczywiście, że tak się nie stało. Wiemy to z samej Biblii. Ale stała się rzecz znacznie gorsza, następne pokolenia zaczęły mylić Stworzyciela ze stworzeniem. Źródło i przyczynę uzdrowień z drogą i środkiem te uzdrowienia umożliwiającymi. Wąż miedziany uzyskał swe własne imię i zaczęto go czcić jak Boga:
W trzecim roku [panowania] Ozeasza, syna Eli, króla izraelskiego, Ezechiasz, syn Achaza, został królem judzkim. W chwili objęcia rządów miał dwadzieścia pięć lat i panował dwadzieścia dziewięć lat w Jerozolimie. Jego matce było na imię Abijja - córka Zachariasza. Czynił on to, co jest słuszne w oczach Pańskich, zupełnie tak jak jego przodek, Dawid. On to usunął wyżyny, potrzaskał stele, wyciął aszery i potłukł węża miedzianego, którego sporządził Mojżesz, ponieważ aż do tego czasu Izraelici składali mu ofiary kadzielne - nazywając go Nechusztan. (2 Krl 18, 1-4)
Widzimy więc wyraźnie, że słuszne w oczach Pana jest zniszczenie każdego kultu, którego celem jest bożek. Oddawanie czci przedmiotom używanym przez Boga dla okazania nam łask jest czymś zupełnie innym. To naprawdę jest proste i wyraźne rozgraniczenie. Podam może jednak inny przykład dla tych braci, którzy dalej tego nie widzą.
Gdy spędzam długie dni, a nawet tygodnie poza domem, zaczynam tęsknić za moimi bliskimi. Mam tu ze sobą laptopa i na nim mam wiele zdjęć rodziny. Mam też w portfelu zdjęcie mojej ukochanej żony, Grażynki. Czasem nawet zdarzy mi się, jak nikt nie widzi, pocałować to zdjęcie. Czy to znaczy, że w ten sposób sprawiam jej przykrość? Czy gdyby ona to widziała, obraziłaby się na mnie? Na pewno nie. Myślę, że byłaby zachwycona, bo jest to jakiś sposób wyrażania mojej miłości do niej. To zdjęcie jest tylko jej przypomnieniem, prawdziwy afekt mam do niej, nie do zdjęcia.
Ale będąc w trasie spotykam też inne kobiety. W pracy, w biurach, na przydrożnych parkingach. One też mi przypominają Grażynkę. Teoretycznie także mógłbym je zacząć całować… ale nie sądzę, żeby takie postępowanie zachwyciło moją żonę. Nawet, jakbym usiłował jej wytłumaczyć, że robię to tylko z powodu prawdziwej miłości do niej. A te przypadkowo spotkane dziewczyny tylko mi ją przypominają.
Jaka to różnica? Otóż taka, że inne dziewczyny są ludźmi, jak moja żona. Okazywanie im afektu, uczucia, jest zdradą mojej żony. Okazywanie afektu fotografii mojej żony jest potwierdzeniem uczucia do obiektu tej fotografii. Podobnie z relikwiami. Jak nie tracimy obrazu prawdziwego Boga z oczu, jak wiemy, że relikwie, rzeźby, obrazy mają nas do Niego tylko zbliżyć i nam Go przypominać, oddawanie im czci jest Bogu miłe. Prowadzi nas do głębszej wiary. Ale jak zaczynamy mylić te relikwie i rzeźby z Bogiem, jak zaczynamy im oddawać cześć niezależnie od Boga, jak one same stają się podmiotem czci, to zaczyna się zdrada, Zaczyna się flirt z kimś, z kim flirtować nie powinniśmy. Zaczyna się poważny problem grzechu idolatrii.
A czy Biblia pokazuje jakiś przykład oddawania czci przedmiotom? Tej poprawnej, miłej Bogu? Oczywiście, że tak. Wystarczy wspomnieć jaką czcią Izrael darzył Arkę Przymierza. I robili to na wyraźne polecenie Boga. Cześć oddawana Arce była tak wielka, że za dotknięcie jej przez nieuprawnioną osobą Bóg karał śmiercią:
Gdy przybyli na klepisko Nakona, Uzza wyciągnął rękę w stronę Arki Bożej i podtrzymał ją, gdyż woły szarpnęły.I zapłonął gniew Pana przeciwko Uzzie i poraził go tam Bóg za ten postępek, tak że umarł przy Arce Bożej. (2 Sm 6,6-7)
A król Dawid tak się radował z odzyskania utraconej Arki, że prowadząc ją w procesji składał sam przed nią ofiary co parę kroków, przebrany za kapłana:
Doniesiono królowi Dawidowi: Pan obdarzył błogosławieństwem rodzinę Obed-Edoma i całe jego mienie z powodu Arki Bożej. Poszedł więc Dawid i sprowadził z wielką radością Arkę Bożą z domu Obed-Edoma do Miasta Dawidowego. Ilekroć niosący Arkę Pańską postąpili sześć kroków, składał w ofierze wołu i tuczne cielę. Dawid wtedy tańczył z całym zapałem w obecności Pana, a ubrany był w lniany efod. Dawid wraz z całym domem izraelskim prowadził Arkę Pańską, wśród radosnych okrzyków i grania na rogach. (2 Sm 6:12-15)
Nie wiem, czy ten tekst wyjaśnił wszystkie wątpliwości. Ja czasem więcej zagmatwam, niż wyjaśnię w swych felietonikach. Ale nawet jak ktoś dalej nie widzi różnicy, niech poczyta, niech poszuka w innych źródłach. To rozróżnienie jest naprawdę wyraźne i nie musimy się obawiać przeżegnania się przed przydrożnym krzyżem czy ucałowania z szacunkiem relikwiarza. Musimy tylko pamiętać, że czcimy w ten sposób jedynego, prawdziwego Boga.
Friday, August 26, 2005
Wiara czy uczynki? Jak jesteśmy zbawieni?
W Biblii i Święty Paweł i Święty Jakub piszą o zależności między wiarą i uczynkami, a tym, jak jesteśmy zbawieni. Pozornie mogłoby się wydawać jednak, że zaprzeczają sobie. Paweł w Liście do Rzymian pisze bowiem:
Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa. (Rz 3,28)
natomiast Jakub pisze w swoim liście:
Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary. (Jk 2,24)
Ja już nie raz pisałem o doktrynie „Sola Fide” i o tym, w jaki sposób jesteśmy zbawieni. Jednak nawiązała się na ten temat ostatnio interesująca dyskusja na jednym z for między mną i bratem należącym do innego kościoła. Ponieważ skończyłem właśnie odpowiedź na jego pytanie jak ja widzę zależność między tymi, pozornie sprzecznymi wersetami, postanowiłem i tutaj ją zamieścić:
„Dla mnie te wypowiedzi nie są nawet pozornie sprzeczne ze sobą. Dotyczą one bowiem zupełnie innych zagadnień.
Paweł w obydwu tych listach, do Rzymian i Efezjan zajmuje się poważnym problemem dla pierwszych chrześcijan, znanym jako „judaizerstwo”. Nie jestem pewien, pod jaką nazwą ta herezja jest znana w języku polskim, znam to zagadnienie tylko z angielskojęzycznych źródeł. Ale nie jest ważna nazwa, ale problem. A ten polegał na tym, że część pierwszych chrześcijan, konwertytów z Judaizmu, uważała, że każdy chrześcijanin musi przestrzegać wszystkich przepisów prawa żydowskiego.
Był to bardzo rozpowszechniony problem w pierwszych latach chrześcijaństwa. Musimy bowiem pamiętać, że to byli głównie Żydzi, którzy uznali Jezusa za mesjasza. Minęło zapewne około 10 lat od śmierci i zmartwychwstania naszego Pana do momentu przyjęcia do Kościoła pierwszego nie-Żyda, a dużo więcej lat do czasu, gdy Żydzi nie byli większością w Kościele. Stąd właśnie problem z zagadnieniem przestrzegania praw starotestamentowych.
Jak wiemy z Dziejów Apostolskich Żydzi godzili stare z nowym. Głosili na przykład naukę o Jezusie w dzień Szabatu w synagogach, a w Dniu Pańskim spotykali się na łamaniu chleba. Ale problemem było co zrobić z poganami przyjmującymi naukę o Jezusie. Paweł właśnie o tym problemie pisze w swych listach.
Skąd o tym wiemy? Z kontekstu. Każdy tekst bez kontekstu jest co najwyżej pretekstem do udowodnienia z góry założonej tezy. Zobaczmy więc na zacytowane przez Ciebie wersety w szerszym kontekście:
Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa. Bo czyż Bóg jest Bogiem jedynie Żydów? Czy nie również i pogan? Zapewne również i pogan. Przecież jeden jest tylko Bóg, który usprawiedliwia obrzezanego dzięki wierze, a nieobrzezanego - przez wiarę. (Rz 3,28-30)
Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili. Dlatego pamiętajcie, że niegdyś wy - poganie co do ciała, zwani "nieobrzezaniem" przez tych, którzy zowią się "obrzezaniem" od znaku dokonanego ręką na ciele - (Ef 2,8-11)
Myśl Pawła widać dobrze w tym cytacie z Listu do Galatów:
Natomiast na tych wszystkich, którzy polegają na uczynkach Prawa, ciąży przekleństwo. Napisane jest bowiem: Przeklęty każdy, kto nie wypełnia wytrwale wszystkiego, co nakazuje wykonać Księga Prawa. A że w Prawie nikt nie osiąga usprawiedliwienia przed Bogiem, wynika stąd, że sprawiedliwy z wiary żyć będzie. Prawo nie opiera się na wierze, lecz /mówi/: Kto wypełnia przepisy, dzięki nim żyć będzie. (Ga 3,10-12)
Te „uczynki Prawa” to nie są uczynki wynikające z przykazania miłości, ale zwyczaje, jakie Żydom nakazywało wykonywać Prawo. Głównie chodziło tu o obrzezanie, które, według wielu z nich, nie tylko gwarantowało im zbawienie, ale uważali oni, że nikt nieobrzezany nie może osiągnąć zbawienia.
Paweł polemizuje z tym poglądem, zauważając między innymi, że Abraham uwierzył Bogu i to zostało mu to poczytane za sprawiedliwość zanim otrzymał nakaz obrzezania. Wiara usprawiedliwiająca została mu dana wcześniej, a sam rytuał obrzezania był skutkiem wiary ojca Abrahama.
Oczywiście nakaz obrzezania obowiązywał chłopców ośmiodniowych, którzy jeszcze nie mieli ani wiary, ani pojęcia, że są członkami narodu wybranego, ale właśnie do tego zmierza Święty Paweł. Argumentuje on, że sam rytuał bez tej wiary, jaką miał Abraham nie jest wiele wart, a więc trudno nakazywać chrześcijanom przestrzegania przepisów Starego Przymierza, skoro wchodzą oni do doskonalszego, Nowego Przymierza z Bogiem. Stary Testament tylko przygotowywał na przyjście Mesjasza. Skoro Mesjasz przyszedł, nie ma sensu zmuszanie nikogo do obrządków, których cel już się wypełnił w Jezusie.
Święty Jakub także w swym argumentowaniu przywołał przykład Abrahama. Ale Jakub mówi o czymś zupełnie innym. Mówiąc, że wiara nam jest potrzebna do zbawienia i tu zgadzając się z Pawłem, pokazuje co to znaczy „mieć wiarę”. Pokazuje, że Abraham, jak uwierzył, natychmiast zabierał się do czynu. Nie przytakiwał i nie teoretyzował, ale działał. Jakub argumentuje, że właśnie takie działanie jest obrazem i dowodem wiary.
Wiara, aby mieć moc zbawczą musi być pokazana w czynach. Wiara bez uczynków, pisze Jakub, jest jak ciało bez duszy. Jest korpusem bez życia. Wiara żywa to wiara działająca, bo działanie jest duchem wiary.
Pośrednio nawet ci chrześcijanie, którzy uważają, że praktykują doktrynę „Sola Fide”, czyli „Tylko wiara”, w praktyce też coś robią poza samą czystą, abstrakcyjną wiarą. W ich kościołach popularny i częsty jest zwyczaj tzw. „Altar call”. Pastor pyta, czy ktoś nie chce przyjąć Jezusa jako swego osobistego Pana i Zbawiciela i gdy taka owieczka się na nabożeństwie znajdzie, maszeruje w stronę ołtarza. Tam pastor prowadzi delikwenta w modlitwie grzesznika i po zmówieniu tej modlitwy i przyjęciu Pana za swego osobistego Zbawiciela jest on uznany za zbawionego.
Może to się nazywać zbawieniem bez uczynków, ale jakby nie uczynił on tego rytuału z przyjęciem Jezusa, nie byłby zbawiony. Nawet, jakby to przyjęcie było w cichości swego serca, to ciągle jest działanie. Prawdziwa doktryna „Sola Fide” byłaby logiczna tylko wtedy, jakby to sam Bóg, bez naszej woli, wszczepiał nam wiarę i bez względu na to, czy ją przyjmujemy, czy nie, dawał nam zbawienie. Inaczej każdy inny scenariusz jest zaprzeczeniem tego „Sola” w „Sola fide”.
Dlatego to, skoro już musimy jednak cos zrobić, aby wiara miała moc zbawiającą, to wydaje mi się, że lepiej robić to, co nakazuje Biblia, a nie pastor. Biblia uczy jednak jasno i klarownie, że to okazywanie miłości bliźnim, karmienie i ubieranie i głoszenie im Słowa Bożego jest dowodem, ze uwierzyliśmy, a nie „altar call” i przyjęcie Jezusa do serca.
Nie chcę być źle zrozumiany, nie ma nic złego w takim osobistym zawierzeniu się Jezusowi. Jest to praktyka znana także z Kościoła Katolickiego. Wiele rodzin oddało się Najświętszemu Sercu Jezusa. Ja sam przyjąłem Jezusa za mego Pana i Zbawiciela, w najczystszej „ewangelicznej” formie. Ale Biblia mówiąc o tym ,że czynienie dobra innym jest obowiązkiem każdego chrześcijanina nie pozostawia cienia wątpliwości. Takie działanie jest konieczne nie dla naszego dobrego samopoczucia, ale dla naszego zbawienia.
Nie ma więc żadnej sprzeczności między tym, co pisze Paweł i Jakub. Człowiek jest zbawiony przez wiarę. Ale wiara, aby miała moc zbawczą, musi być wiarą żywą. Wiara bez uczynków jest martwa i nie ma żadnej mocy zbawczej.
Niemniej jednak musimy tu podkreślić inny aspekt, w którym zgadzamy się z większością protestantów. Uczynki bez wiary także nie mają żadnej wartości. Nie można sobie zapracować na zbawienie. Nieważne, jak ciężko i jak dużo będziemy pomagać innym i czynić dobrze. Jak naszą motywacją jest tylko humanitarna pomoc innym, to zbawienia nam to nie przyniesie.
Oczywiście ludzie, którzy nie spotkali Boga, a którzy odpowiadają swym działaniem na glos Prawa Naturalnego wyrytego w swych sercach właśnie przez uczynki pokazują swą wiarę. O tym także Jakub i Paweł mówią jednym głosem:
Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. (Jk 2,18 )
Nie ci bowiem, którzy przysłuchują się czytaniu Prawa, są sprawiedliwi wobec Boga, ale ci, którzy Prawo wypełniają, będą usprawiedliwieni. Bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające. (Rz 2,13-15)
Nie zmienia to faktu, że ludzie, którzy świadomie odrzucają Boga i chrześcijaństwo, ale starają się postępować w życiu „dobrze”, cokolwiek by to znaczyło, narażają się na to, że z odrzuceniem wiary i Boga mogli się pozbawić drogi do zbawienia. Same ich czyny na pewno do Nieba ich nie zaprowadzą.
Spory o to więc, jak jesteśmy zbawieni, często są sporami o słowa i definicje, a nie o sam sposób postępowania. Gdy katolik mówi, że czynienie dobra, jako odpowiedź na inicjującą to działanie wiarę jest konieczne do zbawienia, a protestant, że gdy człowiek naprawdę jest zbawiony, to i tak będzie czynił dobrze, to praktyce mówią oni to samo. Czasem przeszkadza tradycja używania słów-haseł. Jak choćby to nieszczęsne „Sola fide”.
Na szczęście zgadzamy się wszyscy, że jesteśmy zbawieni tylko przez Łaskę i wszyscy wyznajemy zasadę „Sola Gratia”. A jak wykazały toczące się od lat rozmowy między Kościołem Katolickim, a potomkami Marcina Lutra, tak naprawdę bardzo niewielkie są różnice w rozumieniu doktryny zbawienia między naszymi kościołami.
Ja jestem optymistą i wierzę, że skandal rozbicia chrześcijaństwa się zakończy kiedyś. Zbyt wstrząsająca dla mnie jest modlitwa Jezusa z 17. rozdziału Ewangelii Jana. Zawsze jak czytam ten rozdział mam wrażenie, że On widział nasze czasy i za nimi prosił. I wierzę, że Ojciec go wysłuchał. A ta fala powrotów do Kościoła, jakiej jesteśmy świadkami w Stanach chyba to potwierdza.”
Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa. (Rz 3,28)
natomiast Jakub pisze w swoim liście:
Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary. (Jk 2,24)
Ja już nie raz pisałem o doktrynie „Sola Fide” i o tym, w jaki sposób jesteśmy zbawieni. Jednak nawiązała się na ten temat ostatnio interesująca dyskusja na jednym z for między mną i bratem należącym do innego kościoła. Ponieważ skończyłem właśnie odpowiedź na jego pytanie jak ja widzę zależność między tymi, pozornie sprzecznymi wersetami, postanowiłem i tutaj ją zamieścić:
„Dla mnie te wypowiedzi nie są nawet pozornie sprzeczne ze sobą. Dotyczą one bowiem zupełnie innych zagadnień.
Paweł w obydwu tych listach, do Rzymian i Efezjan zajmuje się poważnym problemem dla pierwszych chrześcijan, znanym jako „judaizerstwo”. Nie jestem pewien, pod jaką nazwą ta herezja jest znana w języku polskim, znam to zagadnienie tylko z angielskojęzycznych źródeł. Ale nie jest ważna nazwa, ale problem. A ten polegał na tym, że część pierwszych chrześcijan, konwertytów z Judaizmu, uważała, że każdy chrześcijanin musi przestrzegać wszystkich przepisów prawa żydowskiego.
Był to bardzo rozpowszechniony problem w pierwszych latach chrześcijaństwa. Musimy bowiem pamiętać, że to byli głównie Żydzi, którzy uznali Jezusa za mesjasza. Minęło zapewne około 10 lat od śmierci i zmartwychwstania naszego Pana do momentu przyjęcia do Kościoła pierwszego nie-Żyda, a dużo więcej lat do czasu, gdy Żydzi nie byli większością w Kościele. Stąd właśnie problem z zagadnieniem przestrzegania praw starotestamentowych.
Jak wiemy z Dziejów Apostolskich Żydzi godzili stare z nowym. Głosili na przykład naukę o Jezusie w dzień Szabatu w synagogach, a w Dniu Pańskim spotykali się na łamaniu chleba. Ale problemem było co zrobić z poganami przyjmującymi naukę o Jezusie. Paweł właśnie o tym problemie pisze w swych listach.
Skąd o tym wiemy? Z kontekstu. Każdy tekst bez kontekstu jest co najwyżej pretekstem do udowodnienia z góry założonej tezy. Zobaczmy więc na zacytowane przez Ciebie wersety w szerszym kontekście:
Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa. Bo czyż Bóg jest Bogiem jedynie Żydów? Czy nie również i pogan? Zapewne również i pogan. Przecież jeden jest tylko Bóg, który usprawiedliwia obrzezanego dzięki wierze, a nieobrzezanego - przez wiarę. (Rz 3,28-30)
Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili. Dlatego pamiętajcie, że niegdyś wy - poganie co do ciała, zwani "nieobrzezaniem" przez tych, którzy zowią się "obrzezaniem" od znaku dokonanego ręką na ciele - (Ef 2,8-11)
Myśl Pawła widać dobrze w tym cytacie z Listu do Galatów:
Natomiast na tych wszystkich, którzy polegają na uczynkach Prawa, ciąży przekleństwo. Napisane jest bowiem: Przeklęty każdy, kto nie wypełnia wytrwale wszystkiego, co nakazuje wykonać Księga Prawa. A że w Prawie nikt nie osiąga usprawiedliwienia przed Bogiem, wynika stąd, że sprawiedliwy z wiary żyć będzie. Prawo nie opiera się na wierze, lecz /mówi/: Kto wypełnia przepisy, dzięki nim żyć będzie. (Ga 3,10-12)
Te „uczynki Prawa” to nie są uczynki wynikające z przykazania miłości, ale zwyczaje, jakie Żydom nakazywało wykonywać Prawo. Głównie chodziło tu o obrzezanie, które, według wielu z nich, nie tylko gwarantowało im zbawienie, ale uważali oni, że nikt nieobrzezany nie może osiągnąć zbawienia.
Paweł polemizuje z tym poglądem, zauważając między innymi, że Abraham uwierzył Bogu i to zostało mu to poczytane za sprawiedliwość zanim otrzymał nakaz obrzezania. Wiara usprawiedliwiająca została mu dana wcześniej, a sam rytuał obrzezania był skutkiem wiary ojca Abrahama.
Oczywiście nakaz obrzezania obowiązywał chłopców ośmiodniowych, którzy jeszcze nie mieli ani wiary, ani pojęcia, że są członkami narodu wybranego, ale właśnie do tego zmierza Święty Paweł. Argumentuje on, że sam rytuał bez tej wiary, jaką miał Abraham nie jest wiele wart, a więc trudno nakazywać chrześcijanom przestrzegania przepisów Starego Przymierza, skoro wchodzą oni do doskonalszego, Nowego Przymierza z Bogiem. Stary Testament tylko przygotowywał na przyjście Mesjasza. Skoro Mesjasz przyszedł, nie ma sensu zmuszanie nikogo do obrządków, których cel już się wypełnił w Jezusie.
Święty Jakub także w swym argumentowaniu przywołał przykład Abrahama. Ale Jakub mówi o czymś zupełnie innym. Mówiąc, że wiara nam jest potrzebna do zbawienia i tu zgadzając się z Pawłem, pokazuje co to znaczy „mieć wiarę”. Pokazuje, że Abraham, jak uwierzył, natychmiast zabierał się do czynu. Nie przytakiwał i nie teoretyzował, ale działał. Jakub argumentuje, że właśnie takie działanie jest obrazem i dowodem wiary.
Wiara, aby mieć moc zbawczą musi być pokazana w czynach. Wiara bez uczynków, pisze Jakub, jest jak ciało bez duszy. Jest korpusem bez życia. Wiara żywa to wiara działająca, bo działanie jest duchem wiary.
Pośrednio nawet ci chrześcijanie, którzy uważają, że praktykują doktrynę „Sola Fide”, czyli „Tylko wiara”, w praktyce też coś robią poza samą czystą, abstrakcyjną wiarą. W ich kościołach popularny i częsty jest zwyczaj tzw. „Altar call”. Pastor pyta, czy ktoś nie chce przyjąć Jezusa jako swego osobistego Pana i Zbawiciela i gdy taka owieczka się na nabożeństwie znajdzie, maszeruje w stronę ołtarza. Tam pastor prowadzi delikwenta w modlitwie grzesznika i po zmówieniu tej modlitwy i przyjęciu Pana za swego osobistego Zbawiciela jest on uznany za zbawionego.
Może to się nazywać zbawieniem bez uczynków, ale jakby nie uczynił on tego rytuału z przyjęciem Jezusa, nie byłby zbawiony. Nawet, jakby to przyjęcie było w cichości swego serca, to ciągle jest działanie. Prawdziwa doktryna „Sola Fide” byłaby logiczna tylko wtedy, jakby to sam Bóg, bez naszej woli, wszczepiał nam wiarę i bez względu na to, czy ją przyjmujemy, czy nie, dawał nam zbawienie. Inaczej każdy inny scenariusz jest zaprzeczeniem tego „Sola” w „Sola fide”.
Dlatego to, skoro już musimy jednak cos zrobić, aby wiara miała moc zbawiającą, to wydaje mi się, że lepiej robić to, co nakazuje Biblia, a nie pastor. Biblia uczy jednak jasno i klarownie, że to okazywanie miłości bliźnim, karmienie i ubieranie i głoszenie im Słowa Bożego jest dowodem, ze uwierzyliśmy, a nie „altar call” i przyjęcie Jezusa do serca.
Nie chcę być źle zrozumiany, nie ma nic złego w takim osobistym zawierzeniu się Jezusowi. Jest to praktyka znana także z Kościoła Katolickiego. Wiele rodzin oddało się Najświętszemu Sercu Jezusa. Ja sam przyjąłem Jezusa za mego Pana i Zbawiciela, w najczystszej „ewangelicznej” formie. Ale Biblia mówiąc o tym ,że czynienie dobra innym jest obowiązkiem każdego chrześcijanina nie pozostawia cienia wątpliwości. Takie działanie jest konieczne nie dla naszego dobrego samopoczucia, ale dla naszego zbawienia.
Nie ma więc żadnej sprzeczności między tym, co pisze Paweł i Jakub. Człowiek jest zbawiony przez wiarę. Ale wiara, aby miała moc zbawczą, musi być wiarą żywą. Wiara bez uczynków jest martwa i nie ma żadnej mocy zbawczej.
Niemniej jednak musimy tu podkreślić inny aspekt, w którym zgadzamy się z większością protestantów. Uczynki bez wiary także nie mają żadnej wartości. Nie można sobie zapracować na zbawienie. Nieważne, jak ciężko i jak dużo będziemy pomagać innym i czynić dobrze. Jak naszą motywacją jest tylko humanitarna pomoc innym, to zbawienia nam to nie przyniesie.
Oczywiście ludzie, którzy nie spotkali Boga, a którzy odpowiadają swym działaniem na glos Prawa Naturalnego wyrytego w swych sercach właśnie przez uczynki pokazują swą wiarę. O tym także Jakub i Paweł mówią jednym głosem:
Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. (Jk 2,18 )
Nie ci bowiem, którzy przysłuchują się czytaniu Prawa, są sprawiedliwi wobec Boga, ale ci, którzy Prawo wypełniają, będą usprawiedliwieni. Bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające. (Rz 2,13-15)
Nie zmienia to faktu, że ludzie, którzy świadomie odrzucają Boga i chrześcijaństwo, ale starają się postępować w życiu „dobrze”, cokolwiek by to znaczyło, narażają się na to, że z odrzuceniem wiary i Boga mogli się pozbawić drogi do zbawienia. Same ich czyny na pewno do Nieba ich nie zaprowadzą.
Spory o to więc, jak jesteśmy zbawieni, często są sporami o słowa i definicje, a nie o sam sposób postępowania. Gdy katolik mówi, że czynienie dobra, jako odpowiedź na inicjującą to działanie wiarę jest konieczne do zbawienia, a protestant, że gdy człowiek naprawdę jest zbawiony, to i tak będzie czynił dobrze, to praktyce mówią oni to samo. Czasem przeszkadza tradycja używania słów-haseł. Jak choćby to nieszczęsne „Sola fide”.
Na szczęście zgadzamy się wszyscy, że jesteśmy zbawieni tylko przez Łaskę i wszyscy wyznajemy zasadę „Sola Gratia”. A jak wykazały toczące się od lat rozmowy między Kościołem Katolickim, a potomkami Marcina Lutra, tak naprawdę bardzo niewielkie są różnice w rozumieniu doktryny zbawienia między naszymi kościołami.
Ja jestem optymistą i wierzę, że skandal rozbicia chrześcijaństwa się zakończy kiedyś. Zbyt wstrząsająca dla mnie jest modlitwa Jezusa z 17. rozdziału Ewangelii Jana. Zawsze jak czytam ten rozdział mam wrażenie, że On widział nasze czasy i za nimi prosił. I wierzę, że Ojciec go wysłuchał. A ta fala powrotów do Kościoła, jakiej jesteśmy świadkami w Stanach chyba to potwierdza.”
ORĘDZIE Z MEDJUGORIE - 25 sierpnia 2005
Drogie dzieci! Również dzisiaj wzywam was, abyście żyli moimi orędziami. To jest czas, który Bóg darował wam jako czas łaski. Dlatego, dziatki, wykorzystajcie każdą chwilę i módlcie się, módlcie się, módlcie się. Błogosławię was wszystkich i oręduję przed Wszechmogącym za każdym z was. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.
Monday, August 22, 2005
Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. (Mt 16,18b)
Kościół „od zawsze” twierdził, że Nowy Testament zawiera się w Starym, a Stary wyjaśnia przez Nowy. Typologia jako metoda interpretacji Biblii jest nam znana z samej Biblii. Stosował ją Święty Paweł, gdy mówił:
Tak też jest napisane: Stał się pierwszy człowiek , Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym. (1 Kor 15,45)
Paweł oczywiście porównuje Adama i Jezusa. Ten pierwszy był archetypem Jezusa. Podobnie Ewa była archetypem Maryi. Przykładów takich są setki w całej Biblii.
Konstytucja Dogmatyczna o Objawieniu Bożym, „Dei Verbum”, dokument II Soboru Watykańskiego tak o tym mówi:
KO 16. Bóg, sprawca natchnienia i autor ksiąg obydwu Testamentów, mądrze postanowił, by Nowy Testament był ukryty w Starym, a Stary w Nowym znalazł wyjaśnienie. Bo choć Chrystus ustanowił Nowe Przymierze we krwi swojej (por. Łk 22,20, 1 Kor 11,25), wszakże księgi Starego Testamentu, przyjęte w całości do nauki ewangelicznej, w Nowym Testamencie uzyskują i ujawniają swój pełny sens (por. Mt 5,17, Łk 24,27, Rz 16,25-26, 2 Kor 3,14-16) i nawzajem oświetlają i wyjaśniają Nowy Testament.
W czytaniach mszalnych bardzo często mamy takie „pary” nawzajem się uzupełniające. W czasie niedzielnej mszy jest to pierwsze czytanie i Ewangelia. Codzienne msze mają tylko dwa czytania (nie licząc Psalmu), więc one wzajemnie się uzupełniają.
Piszę ten tekst w niedzielną noc, bo właśnie skłoniła mnie do tego wczorajsza msza. Czytania z ostatniej niedzieli były doskonałym przykładem tego, co chcę tu zilustrować. Były też doskonałym wyjaśnieniem, dlaczego to Piotr jest Skałą, dlaczego Kościół ma autorytet, dlaczego i dzisiaj Papież ma ten sam dar nieomylności, jaki otrzymał Piotr przed niemal dwoma tysiącami lat.
Przypomnę interesujące nas fragmenty:
Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem. (Mt 16,13-20)
Jeden z moich nauczycieli, były baptysta, Stephen Ray, zawsze powtarza: Ilekroć czytasz Biblię, zawsze zadawaj jak najwięcej głupich pytań. Na przykład: Dlaczego Jezus zabrał uczni do Cezarei Filipowej? Właśnie. Dlaczego? Po co otrzymaliśmy taką informację? Cezarea Filipowa jest daleko od Jerozolimy. Jakieś 200 km na północ w linii prostej. Od Galilei, która także leży na północ od Jerozolimy ciągle jest tam około 60 kilometrów. Na dodatek taka wyprawa jest w „złą stronę”. Nie ma, pozornie, żadnego dobrego powodu, żeby Żyd wybierał się w taką podróż. Nie tylko bowiem w pogańskim terytorium trudno było zachować wszystkie przepisy prawa, jakich musieli przestrzegać Żydzi, ale dodatkowo jeszcze samo miasto Cezarea Filipowa było miejscem kultu bożka Pana.
Samo miasto rozbudował tetrarcha Herod Filip i nazwał je Cezareą na cześć cesarza Augusta Oktawiana. Tradycyjnie nazywało się ono Paneas od bożka Pana, który miał tam 14 miejsc kultu.
Świątynia bożka Pana stoi na olbrzymiej skale, mającej kilkadziesiąt metrów szerokości i kilkanaście wysokości. Ma także szczelinę, która uważana była za bramę piekielną, niemającą dna. Jedną z form kultu tego bożka było wrzucanie dzieci do tej szczeliny. Gdy nie wypłynęła z niej krew, wierzono, że bożek przyjął ofiarę. Współczesnym Jezusa musiało się wydawać, że taka świątynia będzie stała wiecznie. Taki fundament wydawał się nie do ruszenia.
Właśnie do tej skały Jezus przywiódł swych apostołów i zapytał ich, za kogo go uważają. Piotr odpowiedział, że za Syna Bożego i otrzymał w zamian niesamowitą, niewiarygodną obietnicę. Ale to wcale nie był pierwszy raz, że apostołowie uznali w Jezusie Syna Bożego. Święty Mateusz sam wcześniej nam przytacza taki fragment, mówiący o burzy na Jeziorze Genezaret i spacerze Piotra po wodzie:
A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym. (Mt 14,29-33)
Podobnie w Ewangelii Jana czytamy:
Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! (J 1,49)
Czemu więc słowa Piotra w Cezarei wywołały inną reakcję Jezusa? Najwyraźniej chodziło o lokalizację. Jedna z przyczyn, zapewne uboczna, ale może nawet ważniejsza dla nas dzisiaj, w XXI wieku, to fakt, że trudniej na terenach pogańskich uznać Jezusa za naszego pana, za Boga i dać temu głośne świadectwo. Trudniej to uczynić u wrót pogańskiej świątyni, niż w Jerozolimie, czy na łodzi, wśród swoich. My sami nie mamy przecież problemu z głośną modlitwą, z gestami takimi, jak przeżegnanie się, czy przyklęknięcie, gdy jesteśmy na pielgrzymce, albo wewnątrz kościoła. Ale ilu z nas żegna się przechodząc koło kościoła na ulicy? Ilu z nas odmawia modlitwę przed posiłkiem w restauracji? Ilu z nas nie wstydziłoby się iść ulicą z różańcem w ręku?
Nie to jednak było przyczyną, dla której Jezus przywiódł swych apostołów do skały, na której była świątynia bożka Pana. Przyprowadził on ich tam, aby koło tej fałszywej świątyni fałszywego boga powiedzieć Piotrowi, że On, Jezus na Skale, którą jest Piotr, zbuduje swój prawdziwy Kościół, którego bramy piekielne, nieodłączna część kultu fałszywego bożka Pana, nie przemogą.
Osoby negatywnie nastawione do Kościoła wysuwają tu zarzuty, że to było inaczej. Że skalą jest Jezus, nie Piotr, bo w greckim wydaniu NT jest użyte inne słowo. Jezus mówi: Ty jesteś „Petros” i na tej „petra” zbuduję swój Kościół. Zarzut dalej brzmi tak: Petra, Jezus, to wielka skała, a petros to tylko mały kamyczek. Jezus nie nadaje tu więc wcale żadnej znaczącej roli Piotrowi, ale wprost przeciwnie, upomina go i przywołuje do porządku. Zwłaszcza, że po chwili sam nazywa Piotra szatanem.
Te zarzuty dziś można słyszeć już tylko z ust naprawdę niedouczonych i wyjątkowo negatywnie nastawionych wrogów Kościoła. I nie mówię tego, aby obrazić kogokolwiek, jest to tylko stwierdzenie faktu. Ci protestanci, czy „niezależni chrześcijanie”, którzy cokolwiek studiują w dziedzinie współczesnej egzegezy tego tekstu (mówię o egzegetach protestanckich, nie katolickich), muszą wiedzieć, że tak już nikt z pośród liczących się nie uważa. Osoby uważane za jakiekolwiek autorytety w środowisku protestanckim dawno porzuciły ten zarzut. Wynika to z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze Jezus i apostołowie rozmawiali po aramejsku, a nie po grecku, a w tym języku jest tylko jedno słowo na określenie skały, „kefa”. Nie jest to tylko spekulacja z mojej strony, ma to także potwierdzenie w Biblii. Święty Paweł nazywa Piotra ośmiokrotnie Kefasem, a Jan w 1. rozdziale swej Ewangelii przytacza słowa Jezusa: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas - to znaczy: Piotr.
Druga przyczyna to fakt, że w ówczesnej grece nie było żadnego rozróżnienia, poza rodzajem, w znaczeniu słów „petros” i „petra”, „Petros” po prostu jest słowem rodzaju męskiego utworzonym z żeńskiego słowa „petra”. Gdybyśmy czytali Biblię we francuskim tłumaczeniu, uniknęlibyśmy tych problemów, bo przeczytalibyśmy: Ty jesteś Pierre i na tej pierre zbuduję swój Kościół. Nie jesteśmy pewni, czy oryginał Ewangelii Mateusza był napisany po aramejsku lub hebrajsku, jak wielu uważa, czy od razu po grecku. Ale niezależnie od tego, jak było, słowa Jezusa wypowiedziane po aramejsku autor Ewangelii musiał jakoś przetłumaczyć. Nazwanie mężczyzny słowem rodzaju żeńskiego jest obraźliwe. W Polsce wiemy, że nie można nazwać faceta ani Kasią, ani Zosią, ani Petrą. Zarzuty te jednak przychodzą do Polski głównie zza oceanu, a tam nikogo nie dziwi, gdy tak samo brzmiące imię jest używane przez osoby obu płci. Dlatego nie rozumieją często, czemu koniecznością było zmienienie końcówki słowa „petra”, aby mogło być ono użyte jako imię mężczyzny.
Trzecią przyczyną, może najważniejszą i najbardziej przekonywującą, jest kontekst wypowiedzi Jezusa. Zaraz po tym, jak nazwał Piotra Skałą, dał mu klucze i niesamowitą obietnicę. Do kluczy jeszcze wrócę, zobaczmy jednak teraz, co takiego Jezus obiecał Piotrowi:
I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16,19)
Zauważmy, że jest to obietnica dana tylko Piotrowi, nie wszystkim apostołom. Ale, gdy się nad tym zastanowić, jest ona doprawdy niesamowita. Sam Bóg związuje sobie ręce, powierzając losy zbawienia świata i porządek w Niebie jednemu człowiekowi. I to jakiemu? Takiemu, który niczego nie rozumie, wyskakuje z czymś co chwilę jak Filip z konopi, i już za moment Jezus musi go upominać, ostro nazywając „szatanem”. Przecież taki człowiek, jak Piotr, zaraz namiesza tak, że zbawienie nie będzie dla nikogo możliwe. Poprzekręca całą Ewangelię, pozmienia zamiary Jezusa i będziemy mieli problem, prawda?
Nieprawda. Byłaby to prawda, gdyby zarządzanie Królestwem Bożym polegało tylko na ludzkiej naturze. Ale nie możemy zapomnieć obietnicy Jezusa, prawdziwego Boga, który nie tylko nigdy nie skłamał, ale skłamać po prostu nie może. Boże Słowo ma moc, Bóg przez wypowiedzenie Słowa stworzył świat. Gdy Bóg mówi, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła i że co Piotr zwiąże na ziemi, będzie związane w niebie, to tak na pewno się stanie. Nie musimy się obawiać. Tym bardziej, że mamy tego potwierdzenie historyczne. Po dwóch tysiącach lat, mimo wielu kryzysów, wielu naprawdę ciężkich okresów w dziejach Kościoła, herezji tak rozpowszechnionych, jak Arianizm, gdy ortodoksyjni chrześcijanie byli w mniejszości, także wśród hierarchów Kościoła, po takich okresach jak wiek X, który dal początek chrześcijaństwu w Polsce, ale był raczej trudnym okresem w dziejach naszej wiary, po kilku papieżach, którzy nie mieli czasu na zajmowanie się Kościołem, bo zajmowali się swoimi karierami i majątkami, mamy ciągle Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski Kościół.
Dla porównania, aby zobaczyć jak to mogło się rozwinąć bez obietnicy Jezusa, bez nadzwyczajnej opieki Ducha Świętego, wystarczy spojrzeć na chrześcijaństwo w wydaniu protestanckim. 500 lat po reformacji, (czy może raczej należałoby powiedzieć „deformacji"?) mamy ponad 30 tysięcy różnych zborów, wyznań, denominacji i odłamów chrześcijaństwa. Okazuje się bowiem, że z samej ludzkiej natury, bez autorytatywnej postaci, bez widocznego namiestnika Chrystusowego, nie da się osiągnąć zgody, jedności, jednoznacznej interpretacji Biblii.
Ale powróćmy do symbolu kluczy i do tego, co napisałem na samym początku. Że zrozumieć Biblię można tylko wtedy, gdy rozumiemy zależności między Starym i Nowym Testamentem. Nie było bowiem przypadkiem, że Piotr otrzymał klucze. Wszyscy o tym wiemy i w ludowych, czy dziecięcych wyobrażeniach Piotra widzimy go stojącego przy bramie Nieba i otwierającego Je, by wpuścić zbawionych. Ale taka interpretacja nie jest zgodna z tym, czego naucza Kościół i Biblia. Piotr nie w tym znaczeniu jest klucznikiem.
Pierwsze czytanie w dniu wczorajszym przypomniało nam tekst z proroka Izajasza, bardzo podobny do Ewangelii Mateusza i nie był to przypadek. Przypomnę tutaj ten fragment:
(Iz 22,19-23)
To mówi Pan do Szebny, zarządcy pałacu: Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. Wbiję go jak kołek na miejscu pewnym; i stanie się on tronem chwały dla domu swego ojca. (Iz 22,19-23)
Jest to scena pokazująca nam, jak Szebna zostaje usunięty z urzędu zarządcy pałacu i zostaje powołany jego następca, Eliakim. Eliakim otrzyma klucze, władzę, stanie się ostoją, jak skała i będzie ojcem dla narodu wybranego. Co za głębia, jakie bogactwo symboli.
O ile antykatolicko nastawieni egzegeci nie negują już, że to Piotr jest skałą, to nadal negują fakt, że obietnica dana Piotrowi była „dziedziczna”. Uważają często, że to prawda, że Piotr był głową Kościoła, prawda, że przewodził apostołom, ale po jego śmierci każdy spadkobierca duchowy apostołów jest równy swym braciom. Siebie także uważają za takich spadkobierców. Ale oni nie często robią takie porównania tekstów, jak my. To zestawienie, jakie nam Kościół przypomniał we wczorajszej liturgii, wcale nie jest tak jasne i jednoznaczne dla nich. Scott Hahn będąc jeszcze protestantem i intensywnie studiując Biblię odkrył wiele takich „kwiatków” i był z siebie niezwykle dumny. Słusznie, bo wśród „Evangelical Christians” był on wyjątkiem. Bardzo się zdziwił, gdy po zostaniu katolikiem zobaczył, że te jego niezwykle odkrycia są częścią zwykłej liturgii Kościoła.
Symbol kluczy ma właśnie takie znaczenie: Pokazuje nam, że Piotr otrzymał urząd w Królestwie. Takie samo stanowisko, jak Eliakim. Jak wcześniej Józef na dworze faraona. A cechą każdego urzędu tego rodzaju jest to, że gdy odchodzi jeden zarządca, musi być wyznaczony na jego miejsce następca. Dodatkowo te szczegóły: Tron chwały dla domu ojca swego, ojciec dla mieszkańców Jeruzalem.
Nic dziwnego więc, że nazywamy Papieża Ojcem Świętym. To jego „ojcostwo” jest właśnie wyrazem i odbiciem chwały Ojca w Niebie. Nic dziwnego, że mamy takiego Zarządcę, który ma autorytet i władzę, a równocześnie jest chroniony przez Ducha Świętego przed popełnieniem błędu. Nic dziwnego, że gdy wszystkie kościoły protestanckie idą za zmianami społecznymi współczesnego świata, zmieniając swe doktryny, wierzenia i interpretacje, glosując często w demokratyczny sposób nad tym, co jest, co nie jest moralne, jeden tylko Kościół nadal stoi jak Skała. (Mam na myśli choćby fakt, że antykoncepcja, uważana za niemoralną przez wszystkie odłamy chrześcijaństwa aż do 1931. roku, teraz uważana jest za zwykłą i nawet zalecaną praktykę przez wszystkie denominacje. Niewiele lepiej wygląda kwestia rozwodów i ponownego małżeństwa.)
Bądźmy więc dumni z faktu, że jesteśmy katolikami. Dumni z naszego „Papy”. Nie dajmy się nabierać na zarzuty typu: Czemu nazywamy Papieża ojcem, skoro Biblia, sam Jezus, mówi: Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. (Mt 23,9). To są naprawdę głupie i dziecinne zarzuty, wynikające z nieznajomości Biblii i z tego, że takie wersety wyrywane są najczęściej z kontekstu. Każdy przecież nazywa swego biologicznego tatę ojcem, prawda? Ale nawet jakby i to nie przekonywało, to przecież Biblia pełna jest przykładów nazywania ojcem Abrahama, przywódców Izraela, sam Święty Paweł nazywa siebie ojcem, podobnie jak ojcami nazywa swych przodków, itd., itp. Przykładów są dosłownie dziesiątki. Sam Jezus nazywa ojcem Abrahama, w przypowieści o Łazarzu i żebraku. Mówi też o ojcu w przypowieści o powrocie syna marnotrawnego.
Ten ostatni przykład najlepiej może ilustruje jak rozumieć zakaz nazywania kogokolwiek ojcem, poza Ojcem w Niebie. Właśnie ojciec z przypowieści o synu marnotrawnym jest obrazem Ojca Niebieskiego. Postępuje miłosiernie tak, jak uczy, jak nakazuje Bóg Ojciec. I o tym mówi nam Jezus. Wszelkie ojcostwo musi pochodzić od Prawdziwego Boga. Nie możemy naszym ojcem nazwać Buddy, innych guru, nie może być nim materializm, ani relatywizm. Dlatego właśnie nazywamy ojcami kapłanów i Papieża. Bo oni są dla nas odbiciem Ojca. A Biblia wyraźnie w czytaniach z ostatniej niedzieli nam to potwierdza.
Tak też jest napisane: Stał się pierwszy człowiek , Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym. (1 Kor 15,45)
Paweł oczywiście porównuje Adama i Jezusa. Ten pierwszy był archetypem Jezusa. Podobnie Ewa była archetypem Maryi. Przykładów takich są setki w całej Biblii.
Konstytucja Dogmatyczna o Objawieniu Bożym, „Dei Verbum”, dokument II Soboru Watykańskiego tak o tym mówi:
KO 16. Bóg, sprawca natchnienia i autor ksiąg obydwu Testamentów, mądrze postanowił, by Nowy Testament był ukryty w Starym, a Stary w Nowym znalazł wyjaśnienie. Bo choć Chrystus ustanowił Nowe Przymierze we krwi swojej (por. Łk 22,20, 1 Kor 11,25), wszakże księgi Starego Testamentu, przyjęte w całości do nauki ewangelicznej, w Nowym Testamencie uzyskują i ujawniają swój pełny sens (por. Mt 5,17, Łk 24,27, Rz 16,25-26, 2 Kor 3,14-16) i nawzajem oświetlają i wyjaśniają Nowy Testament.
W czytaniach mszalnych bardzo często mamy takie „pary” nawzajem się uzupełniające. W czasie niedzielnej mszy jest to pierwsze czytanie i Ewangelia. Codzienne msze mają tylko dwa czytania (nie licząc Psalmu), więc one wzajemnie się uzupełniają.
Piszę ten tekst w niedzielną noc, bo właśnie skłoniła mnie do tego wczorajsza msza. Czytania z ostatniej niedzieli były doskonałym przykładem tego, co chcę tu zilustrować. Były też doskonałym wyjaśnieniem, dlaczego to Piotr jest Skałą, dlaczego Kościół ma autorytet, dlaczego i dzisiaj Papież ma ten sam dar nieomylności, jaki otrzymał Piotr przed niemal dwoma tysiącami lat.
Przypomnę interesujące nas fragmenty:
Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem. (Mt 16,13-20)
Jeden z moich nauczycieli, były baptysta, Stephen Ray, zawsze powtarza: Ilekroć czytasz Biblię, zawsze zadawaj jak najwięcej głupich pytań. Na przykład: Dlaczego Jezus zabrał uczni do Cezarei Filipowej? Właśnie. Dlaczego? Po co otrzymaliśmy taką informację? Cezarea Filipowa jest daleko od Jerozolimy. Jakieś 200 km na północ w linii prostej. Od Galilei, która także leży na północ od Jerozolimy ciągle jest tam około 60 kilometrów. Na dodatek taka wyprawa jest w „złą stronę”. Nie ma, pozornie, żadnego dobrego powodu, żeby Żyd wybierał się w taką podróż. Nie tylko bowiem w pogańskim terytorium trudno było zachować wszystkie przepisy prawa, jakich musieli przestrzegać Żydzi, ale dodatkowo jeszcze samo miasto Cezarea Filipowa było miejscem kultu bożka Pana.
Samo miasto rozbudował tetrarcha Herod Filip i nazwał je Cezareą na cześć cesarza Augusta Oktawiana. Tradycyjnie nazywało się ono Paneas od bożka Pana, który miał tam 14 miejsc kultu.
Świątynia bożka Pana stoi na olbrzymiej skale, mającej kilkadziesiąt metrów szerokości i kilkanaście wysokości. Ma także szczelinę, która uważana była za bramę piekielną, niemającą dna. Jedną z form kultu tego bożka było wrzucanie dzieci do tej szczeliny. Gdy nie wypłynęła z niej krew, wierzono, że bożek przyjął ofiarę. Współczesnym Jezusa musiało się wydawać, że taka świątynia będzie stała wiecznie. Taki fundament wydawał się nie do ruszenia.
Właśnie do tej skały Jezus przywiódł swych apostołów i zapytał ich, za kogo go uważają. Piotr odpowiedział, że za Syna Bożego i otrzymał w zamian niesamowitą, niewiarygodną obietnicę. Ale to wcale nie był pierwszy raz, że apostołowie uznali w Jezusie Syna Bożego. Święty Mateusz sam wcześniej nam przytacza taki fragment, mówiący o burzy na Jeziorze Genezaret i spacerze Piotra po wodzie:
A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym. (Mt 14,29-33)
Podobnie w Ewangelii Jana czytamy:
Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! (J 1,49)
Czemu więc słowa Piotra w Cezarei wywołały inną reakcję Jezusa? Najwyraźniej chodziło o lokalizację. Jedna z przyczyn, zapewne uboczna, ale może nawet ważniejsza dla nas dzisiaj, w XXI wieku, to fakt, że trudniej na terenach pogańskich uznać Jezusa za naszego pana, za Boga i dać temu głośne świadectwo. Trudniej to uczynić u wrót pogańskiej świątyni, niż w Jerozolimie, czy na łodzi, wśród swoich. My sami nie mamy przecież problemu z głośną modlitwą, z gestami takimi, jak przeżegnanie się, czy przyklęknięcie, gdy jesteśmy na pielgrzymce, albo wewnątrz kościoła. Ale ilu z nas żegna się przechodząc koło kościoła na ulicy? Ilu z nas odmawia modlitwę przed posiłkiem w restauracji? Ilu z nas nie wstydziłoby się iść ulicą z różańcem w ręku?
Nie to jednak było przyczyną, dla której Jezus przywiódł swych apostołów do skały, na której była świątynia bożka Pana. Przyprowadził on ich tam, aby koło tej fałszywej świątyni fałszywego boga powiedzieć Piotrowi, że On, Jezus na Skale, którą jest Piotr, zbuduje swój prawdziwy Kościół, którego bramy piekielne, nieodłączna część kultu fałszywego bożka Pana, nie przemogą.
Osoby negatywnie nastawione do Kościoła wysuwają tu zarzuty, że to było inaczej. Że skalą jest Jezus, nie Piotr, bo w greckim wydaniu NT jest użyte inne słowo. Jezus mówi: Ty jesteś „Petros” i na tej „petra” zbuduję swój Kościół. Zarzut dalej brzmi tak: Petra, Jezus, to wielka skała, a petros to tylko mały kamyczek. Jezus nie nadaje tu więc wcale żadnej znaczącej roli Piotrowi, ale wprost przeciwnie, upomina go i przywołuje do porządku. Zwłaszcza, że po chwili sam nazywa Piotra szatanem.
Te zarzuty dziś można słyszeć już tylko z ust naprawdę niedouczonych i wyjątkowo negatywnie nastawionych wrogów Kościoła. I nie mówię tego, aby obrazić kogokolwiek, jest to tylko stwierdzenie faktu. Ci protestanci, czy „niezależni chrześcijanie”, którzy cokolwiek studiują w dziedzinie współczesnej egzegezy tego tekstu (mówię o egzegetach protestanckich, nie katolickich), muszą wiedzieć, że tak już nikt z pośród liczących się nie uważa. Osoby uważane za jakiekolwiek autorytety w środowisku protestanckim dawno porzuciły ten zarzut. Wynika to z co najmniej trzech powodów.
Po pierwsze Jezus i apostołowie rozmawiali po aramejsku, a nie po grecku, a w tym języku jest tylko jedno słowo na określenie skały, „kefa”. Nie jest to tylko spekulacja z mojej strony, ma to także potwierdzenie w Biblii. Święty Paweł nazywa Piotra ośmiokrotnie Kefasem, a Jan w 1. rozdziale swej Ewangelii przytacza słowa Jezusa: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas - to znaczy: Piotr.
Druga przyczyna to fakt, że w ówczesnej grece nie było żadnego rozróżnienia, poza rodzajem, w znaczeniu słów „petros” i „petra”, „Petros” po prostu jest słowem rodzaju męskiego utworzonym z żeńskiego słowa „petra”. Gdybyśmy czytali Biblię we francuskim tłumaczeniu, uniknęlibyśmy tych problemów, bo przeczytalibyśmy: Ty jesteś Pierre i na tej pierre zbuduję swój Kościół. Nie jesteśmy pewni, czy oryginał Ewangelii Mateusza był napisany po aramejsku lub hebrajsku, jak wielu uważa, czy od razu po grecku. Ale niezależnie od tego, jak było, słowa Jezusa wypowiedziane po aramejsku autor Ewangelii musiał jakoś przetłumaczyć. Nazwanie mężczyzny słowem rodzaju żeńskiego jest obraźliwe. W Polsce wiemy, że nie można nazwać faceta ani Kasią, ani Zosią, ani Petrą. Zarzuty te jednak przychodzą do Polski głównie zza oceanu, a tam nikogo nie dziwi, gdy tak samo brzmiące imię jest używane przez osoby obu płci. Dlatego nie rozumieją często, czemu koniecznością było zmienienie końcówki słowa „petra”, aby mogło być ono użyte jako imię mężczyzny.
Trzecią przyczyną, może najważniejszą i najbardziej przekonywującą, jest kontekst wypowiedzi Jezusa. Zaraz po tym, jak nazwał Piotra Skałą, dał mu klucze i niesamowitą obietnicę. Do kluczy jeszcze wrócę, zobaczmy jednak teraz, co takiego Jezus obiecał Piotrowi:
I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16,19)
Zauważmy, że jest to obietnica dana tylko Piotrowi, nie wszystkim apostołom. Ale, gdy się nad tym zastanowić, jest ona doprawdy niesamowita. Sam Bóg związuje sobie ręce, powierzając losy zbawienia świata i porządek w Niebie jednemu człowiekowi. I to jakiemu? Takiemu, który niczego nie rozumie, wyskakuje z czymś co chwilę jak Filip z konopi, i już za moment Jezus musi go upominać, ostro nazywając „szatanem”. Przecież taki człowiek, jak Piotr, zaraz namiesza tak, że zbawienie nie będzie dla nikogo możliwe. Poprzekręca całą Ewangelię, pozmienia zamiary Jezusa i będziemy mieli problem, prawda?
Nieprawda. Byłaby to prawda, gdyby zarządzanie Królestwem Bożym polegało tylko na ludzkiej naturze. Ale nie możemy zapomnieć obietnicy Jezusa, prawdziwego Boga, który nie tylko nigdy nie skłamał, ale skłamać po prostu nie może. Boże Słowo ma moc, Bóg przez wypowiedzenie Słowa stworzył świat. Gdy Bóg mówi, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła i że co Piotr zwiąże na ziemi, będzie związane w niebie, to tak na pewno się stanie. Nie musimy się obawiać. Tym bardziej, że mamy tego potwierdzenie historyczne. Po dwóch tysiącach lat, mimo wielu kryzysów, wielu naprawdę ciężkich okresów w dziejach Kościoła, herezji tak rozpowszechnionych, jak Arianizm, gdy ortodoksyjni chrześcijanie byli w mniejszości, także wśród hierarchów Kościoła, po takich okresach jak wiek X, który dal początek chrześcijaństwu w Polsce, ale był raczej trudnym okresem w dziejach naszej wiary, po kilku papieżach, którzy nie mieli czasu na zajmowanie się Kościołem, bo zajmowali się swoimi karierami i majątkami, mamy ciągle Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski Kościół.
Dla porównania, aby zobaczyć jak to mogło się rozwinąć bez obietnicy Jezusa, bez nadzwyczajnej opieki Ducha Świętego, wystarczy spojrzeć na chrześcijaństwo w wydaniu protestanckim. 500 lat po reformacji, (czy może raczej należałoby powiedzieć „deformacji"?) mamy ponad 30 tysięcy różnych zborów, wyznań, denominacji i odłamów chrześcijaństwa. Okazuje się bowiem, że z samej ludzkiej natury, bez autorytatywnej postaci, bez widocznego namiestnika Chrystusowego, nie da się osiągnąć zgody, jedności, jednoznacznej interpretacji Biblii.
Ale powróćmy do symbolu kluczy i do tego, co napisałem na samym początku. Że zrozumieć Biblię można tylko wtedy, gdy rozumiemy zależności między Starym i Nowym Testamentem. Nie było bowiem przypadkiem, że Piotr otrzymał klucze. Wszyscy o tym wiemy i w ludowych, czy dziecięcych wyobrażeniach Piotra widzimy go stojącego przy bramie Nieba i otwierającego Je, by wpuścić zbawionych. Ale taka interpretacja nie jest zgodna z tym, czego naucza Kościół i Biblia. Piotr nie w tym znaczeniu jest klucznikiem.
Pierwsze czytanie w dniu wczorajszym przypomniało nam tekst z proroka Izajasza, bardzo podobny do Ewangelii Mateusza i nie był to przypadek. Przypomnę tutaj ten fragment:
(Iz 22,19-23)
To mówi Pan do Szebny, zarządcy pałacu: Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. Wbiję go jak kołek na miejscu pewnym; i stanie się on tronem chwały dla domu swego ojca. (Iz 22,19-23)
Jest to scena pokazująca nam, jak Szebna zostaje usunięty z urzędu zarządcy pałacu i zostaje powołany jego następca, Eliakim. Eliakim otrzyma klucze, władzę, stanie się ostoją, jak skała i będzie ojcem dla narodu wybranego. Co za głębia, jakie bogactwo symboli.
O ile antykatolicko nastawieni egzegeci nie negują już, że to Piotr jest skałą, to nadal negują fakt, że obietnica dana Piotrowi była „dziedziczna”. Uważają często, że to prawda, że Piotr był głową Kościoła, prawda, że przewodził apostołom, ale po jego śmierci każdy spadkobierca duchowy apostołów jest równy swym braciom. Siebie także uważają za takich spadkobierców. Ale oni nie często robią takie porównania tekstów, jak my. To zestawienie, jakie nam Kościół przypomniał we wczorajszej liturgii, wcale nie jest tak jasne i jednoznaczne dla nich. Scott Hahn będąc jeszcze protestantem i intensywnie studiując Biblię odkrył wiele takich „kwiatków” i był z siebie niezwykle dumny. Słusznie, bo wśród „Evangelical Christians” był on wyjątkiem. Bardzo się zdziwił, gdy po zostaniu katolikiem zobaczył, że te jego niezwykle odkrycia są częścią zwykłej liturgii Kościoła.
Symbol kluczy ma właśnie takie znaczenie: Pokazuje nam, że Piotr otrzymał urząd w Królestwie. Takie samo stanowisko, jak Eliakim. Jak wcześniej Józef na dworze faraona. A cechą każdego urzędu tego rodzaju jest to, że gdy odchodzi jeden zarządca, musi być wyznaczony na jego miejsce następca. Dodatkowo te szczegóły: Tron chwały dla domu ojca swego, ojciec dla mieszkańców Jeruzalem.
Nic dziwnego więc, że nazywamy Papieża Ojcem Świętym. To jego „ojcostwo” jest właśnie wyrazem i odbiciem chwały Ojca w Niebie. Nic dziwnego, że mamy takiego Zarządcę, który ma autorytet i władzę, a równocześnie jest chroniony przez Ducha Świętego przed popełnieniem błędu. Nic dziwnego, że gdy wszystkie kościoły protestanckie idą za zmianami społecznymi współczesnego świata, zmieniając swe doktryny, wierzenia i interpretacje, glosując często w demokratyczny sposób nad tym, co jest, co nie jest moralne, jeden tylko Kościół nadal stoi jak Skała. (Mam na myśli choćby fakt, że antykoncepcja, uważana za niemoralną przez wszystkie odłamy chrześcijaństwa aż do 1931. roku, teraz uważana jest za zwykłą i nawet zalecaną praktykę przez wszystkie denominacje. Niewiele lepiej wygląda kwestia rozwodów i ponownego małżeństwa.)
Bądźmy więc dumni z faktu, że jesteśmy katolikami. Dumni z naszego „Papy”. Nie dajmy się nabierać na zarzuty typu: Czemu nazywamy Papieża ojcem, skoro Biblia, sam Jezus, mówi: Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. (Mt 23,9). To są naprawdę głupie i dziecinne zarzuty, wynikające z nieznajomości Biblii i z tego, że takie wersety wyrywane są najczęściej z kontekstu. Każdy przecież nazywa swego biologicznego tatę ojcem, prawda? Ale nawet jakby i to nie przekonywało, to przecież Biblia pełna jest przykładów nazywania ojcem Abrahama, przywódców Izraela, sam Święty Paweł nazywa siebie ojcem, podobnie jak ojcami nazywa swych przodków, itd., itp. Przykładów są dosłownie dziesiątki. Sam Jezus nazywa ojcem Abrahama, w przypowieści o Łazarzu i żebraku. Mówi też o ojcu w przypowieści o powrocie syna marnotrawnego.
Ten ostatni przykład najlepiej może ilustruje jak rozumieć zakaz nazywania kogokolwiek ojcem, poza Ojcem w Niebie. Właśnie ojciec z przypowieści o synu marnotrawnym jest obrazem Ojca Niebieskiego. Postępuje miłosiernie tak, jak uczy, jak nakazuje Bóg Ojciec. I o tym mówi nam Jezus. Wszelkie ojcostwo musi pochodzić od Prawdziwego Boga. Nie możemy naszym ojcem nazwać Buddy, innych guru, nie może być nim materializm, ani relatywizm. Dlatego właśnie nazywamy ojcami kapłanów i Papieża. Bo oni są dla nas odbiciem Ojca. A Biblia wyraźnie w czytaniach z ostatniej niedzieli nam to potwierdza.
Subscribe to:
Posts (Atom)