Monday, February 28, 2005

Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie. (Ef 4,32)


Usłyszałem niedawno słowa, że tak naprawdę Boga kochamy tylko tyle, ile kochamy najbardziej znienawidzoną przez nas osobę. Zdanie to jakoś zapadło mi w serce i myślę o nim od kilku dni. Najgorsze jest to, że im więcej o nim myślę, tym prawdziwsze mi się wydaje, a nie jest to wcale dobrym dla mnie znakiem. Zresztą co tam znienawidzeni przez nas wrogowie. Jakże często mamy problem z naszymi bliskimi, z osobami, które kochamy, z członkami naszych rodzin.

Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.
(1J 4,20)

Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, gdy wszystko jest dobrze. Wszyscy się uśmiechamy, mamy wspaniałe humory, pomagamy sobie wzajemnie i promieniejemy miłością. W takiej sytuacji każdy z nas jest aniołem. Ale nie zawsze tak jest. Czasem są złe dni. Czy to wina pogody, czy zmęczenia, złego samopoczucia czy hormonów- nie ważne. Czasem są dni takie, że czego nie powiemy, czego nie zrobimy, wszystko jest źle. Więc w złości wyrzucamy z siebie słowa, które ranią, kaleczą, zabijają miłość. A słowo raz wypowiedziane nie wróci. Albo wraca odbite w krzywym zwierciadle skrzywdzonej osoby, jeszcze cięższe, jeszcze okrutniejsze i bardziej raniące.


Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw.
(Jk 1,26)

I o co są te śmiertelne spory? Z jakiego powodu te ciężkie słowa wylatują, jak pociski z haubicy? Bo ukochana osoba się krzywo popatrzyła? Wycisnęła pastę z tubki ściskając ją w środku? Bo nie opuściła deski klozetowej? Czy zapomniała kupić papierosy? A może warto by przypomnieć sobie inną sytuację, kiedy to pewna znana nam wszystkim Osoba miała rzeczywiste prawo przygadać paru swoim oprawcom. Ale jednak powiedziała Ona te słowa:


Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.
(Łk 23,34a)

Jeżeli On wybaczył w takiej sytuacji, to czy nie znaczy to, że my nie powinniśmy wybaczać w KAŻDEJ sytuacji?


Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.
(Łk 6, 37-38)

Ile razy czytam ten werset, mam przed oczami przekupkę z Kleparza, sprzedającą maliny, czy inne owoce. Ma ona garnuszek i sprzedając, sypie do niego z kopką i jeszcze utrzęsie, żeby się więcej zmieściło. Zawsze lubiłem kupować u takich, bo człowiek miał poczucie, że za wyznaczoną cenę dostał uczciwą ilość towaru. I nie ma tu znaczenia, że to ona tę cenę wyznaczała. I tak się czułem lepiej, bo zgadzając się na cenę widziałem, że dostaję uczciwą miarę.

A my? Jakże często przypominamy tego kelnera ze starego dowcipu, który przyniósł klientowi setkę wódki. Klient wziął szklaneczkę, patrzy i mówi: „Panie kelner, tu jest włos!” „To nie jest włos, to jest miarka.” – Odpowiedział kelner. Klient na to: „To dolej pan, z łaski swojej, do miarki!

Nasza sprawiedliwość jest właśnie taka. Oszukać troszeczkę, nie dać za wiele. Znaleźć drzazgę w oku bliźniego, ignorując swoje belki. Niech on, czy ona daje nam utrzęsioną miarę, ja może dam, no… troszkę pod kreskę. Bo to nie była moja wina. Nie ja zacząłem. I ona zawsze… I ja nigdy… Sto razy już mieliśmy tę rozmowę…Więc i tak okazałem dość cierpliwości i serca, aż za dużo. Tylko… czy to była wina Jezusa, że był przybity do Krzyża? On jeden był naprawdę bez winy. A jednak przebaczył.


Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego…
(1 Kor 13,4-5)

Każdy z nas, nawet ten, co modli się niewiele, odmawia czasem modlitwę „Ojcze nasz”. Nawet ten, kto nie modli się w ogóle, ale jest czasem na mszy, odmawia ją w kościele. Warto byłoby się czasem zastanowić nad słowami tej modlitwy, bo kończy się ona słówkiem „Amen”, które jest zaprzysiężeniem. Mówiąc „Amen” mówimy: „Niech się tak stanie”. Zgadzamy się ze wszystkim, co powiedzieliśmy. A wśród siedmiu petycji do Boga Ojca, jedna jest warunkowa. Warto, żebyśmy nad tym warunkiem czasem pomyśleli.


[Ojcze nasz] przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili. […] Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.
(Mt 6,12,14-15)

Czy to znaczy, że nasze wybaczenie spowoduje, że ta osoba, której nie możemy ścierpieć i która nam taką wielką krzywdę wyrządziła, nie spuszczając tej deski klozetowej, uniknie ognia piekielnego? Cóż. Większą krzywdą były słowa przez nas wypowiedziane, większą krzywdę powoduje kłótnia, niż jej przyczyna, więc to i tak my na ten ogień bardziej zasługujemy. Uważajmy na to, co mówimy, język jest okrutną bronią.


Języka natomiast nikt z ludzi nie potrafi okiełznać, to zło niestateczne, pełne zabójczego jadu.
(Jk 3,8)

Nie naszą jest rzeczą sądzić. Sąd należy do Boga. I fakt, że my darowaliśmy, czy też nie, nie ma dla tamtej osoby żadnego znaczenia. Ma to znaczenie dla nas. To, że nie darujemy komuś win, rzeczywistych, czy urojonych, powoduje tylko to, że zamykamy drogę Bożemu Miłosierdziu do naszego serca. Odbieramy Bogu możliwość litości nad nami, nie nad naszym bliźnim. Nie domagajmy się więc aż tak sprawiedliwości, bo możemy ją otrzymać.


Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki.
(1J 1,8-10)

A jakie ja mam prawo tak tu truć i umoralniać innych? Już widzę paru moich wiernych czytelników, szykujących się do ataku, ze zjadliwym uśmiechem na ustach, zaczynających ironicznym „Piotrusiu…” Otóż chciałem ich i was wszystkich zapewnić, że nie mam żadnego. Ten felieton jest o mnie. To ja mam problem i ja chciałem tu teraz wszystkich, których skrzywdziłem, przeprosić.

Łatwo jest umoralniać i głosić różne prawdy na necie, trudniej żyć tymi prawdami. I nie mówię tu nawet o różnych osobach, z którymi miałem jakieś spięcia i zażarte dyskusje na tej stronie. Do tych osób nie mam żalu, modlę się za nie każdego dnia, tak, jak za wszystkich odwiedzających tą stronkę. Niektórych z nich nie zrozumiałem, niektóre mają może jakieś inne problemy, są pewnie i takie, co po prostu chcą mi zrobić na złość. Ale to normalne. Skoro zdecydowałem się na taki ekshibicjonizm, jaki tu uprawiam, to muszę się liczyć z jego skutkami.

Problemem jest mój stosunek do osób „realnych”. Moich bliskich w domu, moich szefów w pracy. Pisałem niedawno, nawet dwukrotnie, że powinniśmy tak żyć, żeby nasze życie było niezbitym dowodem na to, że jesteśmy chrześcijanami. Ja mam z tym czasem bardzo poważne trudności.

Oczywiście, że można się usprawiedliwiać. Jestem nerwus i jak „wyjdę z nerw”, to nie panuję nad sobą. Nie moja wina. Takiego mnie Bóg stworzył. Trudność jest tylko taka, że każdego z nas Bóg stworzył z jakąś bolączką. Albo raczej, że w konsekwencji grzechu pierworodnego każdy z nas ma jakieś skłonności do złego. Jeden do alkoholu, inny do pornografii, trzeci ma problem z kartami, czy innym hazardem, a są tacy, co mają problem z opanowaniem nerwów.

Dlatego też mamy nie oceniać innych. Łatwo jest mi potępić homoseksualistę, ja nie mam w tym kierunku żadnych skłonności. Łatwo mi potępić alkoholika, od lat jestem abstynentem. Równocześnie usprawiedliwiam moje wybuchy złości, „bo przecież takiego mnie Bóg stworzył”. Że też pozostaniemy przy tych tylko przykładach, pomijając inne skłonności milczeniem.

Nie porównujmy się więc do innych, każdy z nas ma swój krzyż do niesienia. I nie znaczy to wcale, że mamy być tolerancyjni w stosunku do grzechów innych ludzi. Biblia i Kościół, a raczej sam Bóg, wyraźnie nas uczą, co jest grzechem. I to musimy głośno powiedzieć. Także grzesznikowi. Zwrócić mu uwagę, gdy błądzi. Z miłością wskazać mu drogę. Ale nie oceniajmy jego duszy, nie odsądzajmy od czci i wiary i nie posyłajmy go do piekła. To nie nasza rola. Dziękujmy Bogu, że nie mamy jego krzyża do dźwigania i módlmy się za niego.

Jedyna osoba, jaką nam wolno oceniać i jaką oceniać powinniśmy jesteśmy my sami. A ocena musi być sprawiedliwa i surowa. Jedyny grzech, jakiego nam Bóg nie odpuści, „grzech przeciw Duchowi Świętemu”, to grzech odrzucenia Boga. A odrzucamy Go dlatego, że uważamy, że nie jest nam On potrzebny.


Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal.
(J 9,40-41)

Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.
(Mk 3,28-29)

Katechizm Kościoła Katolickiego tak wyjaśnia, czym jest ten grzech bluźnierstwa przeciw Duchowi Świętemu:


1864 "Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu nie będą odpuszczone" (Mt 12,31). Miłosierdzie Boże nie zna granic, lecz ten, kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego. Taka zatwardziałość może prowadzić do ostatecznego braku pokuty i do wiecznej zguby.


Nie zmieniajmy więc wszystkich naokoło i nie spowiadajmy się z grzechów żony, czy męża. Przypatrzmy się sobie. Pamiętajmy, że każdy z nas należy do jednej z dwóch grup ludzi: Albo jesteśmy grzesznikami, uważającymi się za świętych, albo świętymi, uważającymi się za grzeszników. Tak czy inaczej potrzebujemy Zbawiciela, sakramentu spowiedzi i odmiany naszych serc. Przynajmniej ja.

A wszystkich tych, których skrzywdziłem w swym życiu serdecznie przepraszam. Wybaczcie mi, a ja obiecuję, że postaram się poprawić. Wiem, ze to nie pierwsza taka obietnica, ale cóż. Nie jest to prosta sprawa. Ale nie jest to też wcale niemożliwe:


Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.
(Flp 4,13)

Ale czy to znaczy, że moje felietoniki będą już miały całkiem stępione ostrze satyry? Czy znaczy to, że nie będę już nigdy sarkastyczny i złośliwy? Nie obawiajcie się. Ja nie potrafię pisać inaczej, niż piszę. Więc albo będę pisał tak, jak do tej pory, albo biorę zabawki i idę do domu. Ale jest zasadnicza różnica między stosowaniem form literackich, czasem mających nawet na celu ośmieszenie kogoś, a powiedzeniem w złości słów, których nigdy powiedzieć nie powinniśmy.

Jak ktoś, kto jest osobą publiczną bredzi, to ja z chęcią mu to wypomnę. Jak ktoś mnie zarzuca, że to ja bredzę, to będę się bronił. Także stosując sarkazm i starając się oponenta ośmieszyć. Inna sprawa na ile mi się to udaje osiągnąć. Ale to jest zupełnie co innego, niż celowe, lub mimowolne ranienie kogoś bliskiego przez poniżanie, czy próbę ośmieszenia.

Jaka więc różnica? Spróbuję wytłumaczyć. Gdy ktoś ma problem i prosi mnie o pomoc, a ja go wyśmieję, to na pewno jest brak miłości i grzeszne działanie. Gdy zaślepiony złością rzucam kalumnie na bliskich, czy czytelników, to na pewno grzech. Ale dysputa publiczna, odpieranie zarzutów, publicznie postawionych, to coś zupełnie innego. Tak mi się wydaje.

Czy nie znaczy to, że mogę kiedyś przekroczyć granicę i naprawdę zranić kogoś? Na pewno. Ale nie mam takich intencji. Powróćmy do przykładów z poprzedniego akapitu. Wyśmiewanie tych, którzy mnie proszą o pomoc jest czysto akademickim przykładem i na pewno się to tu nie wydarzy. Ale w sytuacji złości na bliskich celem moim jest ich zranienie. Taka jest smutna rzeczywistość. W kłótni używamy takich słów i takich wyrażeń, intonacji głosu i gestów, żeby sprawić tym, z którymi się kłócimy, ból. I nie ma większego znaczenia, że robimy to w złości i bez zastanowienia. Tak, czy inaczej, kłótnia jest namiastką rękoczynów i rani często bardziej niż uderzenie. Zostawia też czasem blizny na całe życie.


A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.
(Mt 25:40)

Dyskusje na tej stronie nigdy nie mają na celu zranienie nikogo. Ośmieszenie? Zapewne czasami tak. A czy ośmieszenie nie może zranić? Może. Ale wydaje mi się, że ktoś, kto pierwszy stara się mnie ośmieszyć, zgadza się na taką „potyczkę słowną”. Jest to więc zupełnie inna sytuacja. Ale jeżeli kiedykolwiek kogoś skrzywdziłem tutaj użyciem słów, które raniły, przepraszam. Nie miałem takich intencji.

Czasem jednak granica jest płynna i zdaję sobie z tego sprawę, że mogłem ją przekroczyć. Zwłaszcza, że niektórzy z moich czytelników używali naprawdę chwytów poniżej pasa. Do dziś istnieje blog, który jest „antystroną” polonusa, z kopią linków, stacji radiowych itd., z moimi adresami, ale z jakimiś bzdurnymi tekstami, skopiowanymi niewiadomo skąd. Co i tak jest lepsze, niż stronki, o których pisałem już kiedyś, więc nie będę powtarzał. Tylko, że dochodzimy ponownie do tego samego pytania: Czy to, co mnie tu czasem spotyka jest gorsze od tego, co przeżył Jezus? Porównanie tak absurdalne, że aż śmieszne. A jeżeli On mógł wybaczyć, to czy ja nie powinienem?

Człowiek, czy ludzie, którzy mi starali się dokuczyć mają jakiś problem. A ja, jako chrześcijanin, mam obowiązek im pomóc. Choćby modlitwą. Nie wiem, dlaczego to robią i nie moja to sprawa. Może są chorzy. Może odebrali inne wychowanie. Może jest inna przyczyna. Ale celem nas wszystkich, skoro jesteśmy członkami tego samego Mistycznego Ciała, naszego Kościoła, którego głową jest Jezus, jest pomoc tym zbłąkanym owieczkom. Bo celem nas wszystkich musi być wspólne spędzenie wieczności.


Jezus usłyszał to i rzekł do nich: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.
(Mk 2,17)

Ten felieton jest jednak o czym innym. O krzywdzie wyrządzanej w złości najbliższym. Moje zachowanie w stosunku do nich nie może mieć usprawiedliwienia. Przynajmniej w moich oczach. Ja, znając Biblię na tyle, na ile ją znam, i naukę Jezusa, powinienem wiedzieć lepiej. I dlatego napisałem ten felieton. Głównie, żeby sobie samemu uświadomić pewien problem. I żebym mógł powrócić do niego i przeczytać, gdy następny raz stracę nad sobą panowanie. A was wszystkich proszę o modlitwę za mnie. I za wszystkich grzeszników, zmagających się ze swymi nawykami. Ja ze swej strony mogę to samo wam obiecać.


Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka.
(Rz 7,18-20)

1 comment:

  1. To bardzo szczere co napisałeś Hiobie ... i daje naprawdę dużo do myślenia. Czekam z niecierpliwością na nowy felieton. Pozdrawiam.

    ReplyDelete