Ostatnie parę dni zajmowałem się wymianą wpisów w księdze gości z Tadeuszem. Sprowokowało mnie to do paru przemyśleń na temat ludzkiej natury. Sama nasza wymiana poglądów dotyczyła pana Szczypiorskiego i fragmentu jego książki pod tytułem „Z pamiętnika stanu wojennego”. Fragment, który przytaczam na swojej stronie mówi o antysemityzmie, a Tadeusz, jako argument za tym, że nie powinienem go rozpowszechniać, podaje różne fakty, (czy też mity), z życia pana Andrzeja.
Nie będę tu pisał o tym, czy przytoczone przez niego przykłady są prawdziwe, czy nie. Nie jest to tutaj wcale istotne. Ja nie pisałem o panu Szczypiorskim, nie zajmowałem się wcale jego osobą i dalej nie zamierzam tego robić. Trudno zresztą oceniać czyjeś postępowanie, jeżeli znamy jego życie tylko z różnych, mniej lub bardziej prawdziwych notek biograficznych znalezionych na Internecie. Mnie chodzi jednak o coś zupełnie innego.
W ostatnią niedzielę w Ewangelii mogliśmy usłyszeć następujące słowa Jezusa:
Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami:
Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. (Mt 23, 2-3)
Pan Jezus ostrzega przed mieszaniem różnych rzeczy: Oceną życia faryzeuszy i ich nauczaniem. Oni, jako spadkobiercy Mojżesza, nauczali autorytatywnie. Żydzi byli zobowiązani do wykonywania tego, co mówili im przełożeni synagogi. Wynikało to z ich urzędu. Osobiste grzechy faryzeuszy nie miały tu nic do rzeczy. Co więcej, wiemy, że czasem sam Bóg przez nich przemawiał, niejako nawet wbrew ich woli, czy też zamiarom. Widzimy to w tym fragmencie Ewangelii:
Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród. Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród. (J 11,49-51)
Oczywiście pan Szczypiorski nie ma autorytetu Mojżesza i nie ma autorytetu Piotrowego. Być może nie ma go w ogóle. Nie przepisywałem jego książki dlatego, że jest ona w jakimkolwiek stopniu autorytatywna. Zrobiłem to tylko dlatego, że akurat z tym fragmentem, który przytaczałem, zgadzam się całkowicie. Argumentowanie Tadeusza, że Szczypiorski jest taki, siaki, czy zupełnie inny, nie ma w tym kontekście za bardzo ani sensu, ani specjalnej wagi.
Niemal każdy z nas jest w jakimś stopniu hipokrytą. Bardziej lub mniej świadomie. Osoby, które naprawdę zawsze potrafią dokładnie tak samo postępować, jak nakazują głoszone przez nich poglądy, są tak rzadkie, że stają się znane na całym świecie. Są autorytetami moralnymi i zostają świętymi. Od razu nasuwają się przykłady Matki Teresy z Kalkuty i Jana Pawła Wielkiego. Ale na tak heroiczną świętość stać naprawdę niewiele osób.
Podczas ostatniego pobytu w Polsce spotkałem się z przeorem zakonu Dominikanów w Krakowie i podczas naszej rozmowy wspomniałem o swoich problemach z życiem tak, jak tutaj głoszę, że żyć się powinno. O tym, że sam nie zawsze postępuję tak, jak nakazuję innym. On jednak zapewnił mnie, że jest to normalne i on także czasem głosi co innego z ambony, a co innego robi. Nie w tym sensie, rzecz jasna, że cynicznie nakazuje innym coś, czego sam nie ma zamiaru robić, ale czasem jest trudno postępować tak, jak się postępować powinno. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy czasem upadamy.
Fakt ten jednak nie może powodować zaprzestania mówienia innym, jak postępować trzeba. Kapłan głosząc kazanie nie ma nam się spowiadać ze swoich grzechów, bo od tego ma swojego spowiednika. Nie może też zmieniać depozyt wiary, by usprawiedliwić swoje upadki. Ma nam przekazać naukę Jezusa i apostołów w niezmienionej formie, takiej, jaką usłyszał od swych poprzedników. Niezależnie od swych potknięć i słabości.
Bardzo łatwo nam przychodzi ocenianie innych. Zwłaszcza tych, którzy żyli w czasach rządów komunistycznych. Każdy teraz jest bezgrzesznym, czystym, doskonałym rycerzem, który przyjeżdża na białym koniu i robi na około czystki. Niestety, w tamtych czasach wybory wcale nie były takie proste, jednoznaczne i łatwe.
Teraz, gdy Polska jest częścią Europy, gdy każdy może mieć paszport w kieszeni i jechać kiedy chce na zachód, gdy podczas wyborów naprawdę nasz głos może coś zmienić, trudno niektórym zrozumieć jak wyglądało życie w tamtym okresie. Co się wtedy działo z osobami, które nie zgadzały się na współpracę z reżimem. Ilu wybitnych intelektualistów pracowało czy to jako taksówkarze, czy kierowcy autobusów miejskich, czy też gdy pisali, to co najwyżej w takich periodykach, jak „Cement, Wapno, Gips”. Ile osób nie mogło dostać paszportu z „innych ważnych przyczyn państwowych”, bo ktoś na nie doniósł, bo nie poszły na fikcyjne wybory, czy odmówiły współpracy z reżimem.
Pan Szczypiorski może nie był jednym z tych, którzy należeli do najodważniejszych. Nie wiem. Nie był też zawsze pupilkiem władzy, bo w stanie wojennym był jednak internowany. Jakby nie było z jego życiem, nie mnie to oceniać. Ja byłem prostym, fizycznym pracownikiem w prywatnej firmie, a w okresie stanu wojennego już byłem za granicą w wolnym kraju, więc na pewno nie mam żadnego prawa do oceny motywów i przyczyn, dla których ktoś postępował tak, a nie inaczej. Nie musiałem odmawiać współpracy, bo nikt mi jej nie proponował. Pan Sobiesław Zasada, który był moim pracodawcą w okresie przed samym wyjazdem, także miał to w „największym poważaniu”, że nie jestem i nie mam zamiaru być członkiem partii komunistycznej. Nie tego wymagał od swoich pracowników.
Moja rodzina jest stosunkowo nieliczna. Osób o nazwisku „Jaskiernia” jest na całym świecie niewiele ponad sto. Wszyscy jesteśmy głęboko wierzącymi, praktykującymi katolikami. Jest jednak jeden członek naszej rodziny, który został komunistą. Jurek jednak został nim w dość interesujących czasach.
Pod koniec lat siedemdziesiątych w Krakowie istniała grupa członków PZPR, którzy naprawdę myśleli, że komunizm można zreformować. Przede wszystkim mam tu na myśli pana Szumowskiego, naczelnego Gazety Krakowskiej, organu KW PZPR i jego zespołu redakcyjnego, ale także właśnie Jurka. Od własnej nauczycielki w szkole wiedziałem, że gdy przychodził on jako lektor partyjny na obowiązkowe dla nauczycieli prelekcje, nikt nie poprawiał klasówek i nie nadrabiał zaległych wpisów do dziennika, ale wszyscy słuchali go ze sporym zainteresowaniem. Gdy członkowie partii i innych organizacji nauczyli się mówić ludzkim głosem i uwierzyli w możliwość demokratycznych zmian, zaczęli wywalać starych, zmurszałych działaczy i właśnie Jurek na tej fali odnowy został wybrany w tajnych, demokratycznych wyborach przewodniczącym partii na UJ-cie i później szefem ZMS-u. To wtedy było naprawdę coś.
W roku 80. można było całkiem nieźle żyć z wożenia Gazety Krakowskiej do Warszawy. Za jeden egzemplarz, który kosztował złotówkę w każdym kiosku Ruchu w Krakowie, można było na Warszawskim dworcu dostać nawet 50 złotych. Krakowska była lepsza niż Radio Wolna Europa. Ale ten przykład podaje, jaki był głód wiedzy, głód prawdy w tamtych czasach. Wszyscy mieli nadzieję, ale nadzieja ta wiązała się raczej z reformą komunizmu, niż z jego obaleniem. Raczej celem był „komunizm z ludzką twarzą”, a nie demokracja w stylu zachodnim. Naprawdę nikt nie przypuszczał wtedy, że nie minie nawet 10 lat i odbędą się wolne wybory do dwuizbowego parlamentu. Przykład ten także podaje, że można było być członkiem PZPR i uczciwym, odważnym człowiekiem.
Wcześniej jednak niż przyszły wolne wybory, przyszedł stan wojenny. Nadzieje upadły, a społeczeństwo się zupełnie spolaryzowało. Nagle wszystko zostało albo białe, albo czarne. Nie było kompromisów, każdy musiał się opowiedzieć za czymś: Albo z komuną i przeciw narodowi, albo przeciwnie. Ja osobiście byłem przekonany, że Jurek wtedy przejdzie do opozycji. Że odda legitymacje partyjną. Całe jego dotychczasowe postępowanie wskazywało, moim zdaniem, na taką decyzję. Jednak, gdy wpatrzony w ekran telewizora w obozie dla uchodźców w Austrii, śledziłem rozwój wypadków w Polsce, zobaczyłem go, siedzącego koło Hermaszewskiego na jakimś spotkaniu WRONy. Okazało się, że wybrał współpracę z rządem.
Nawiasem mówiąc jedyny powód, dla którego był on wtedy pokazywany, to fakt, że zachód gubił się w domysłach, co się stało z Lechem Wałęsą. Zachodni dziennikarze przypuszczali, że te zdjęcia z obrad WRONy były pokazane w Dzienniku TVP dlatego, żeby pokazać światu, że rząd prowadzi rozmowy z Wałęsą. Jurek by dość podobny do Lecha w tamtych czasach. Przynajmniej mieli podobne wąsy, a on sam nie był znany wtedy na zachodzie. Koło Hermaszewskiego siedział dla tego, że Hermaszewski był członkiem WRONy do spraw młodzieży, a Jurek był wtedy szefem ZMS-u.
Stan wojenny jednak minął i minęły tak ostre podziały społeczeństwa. PZPR, która nie zdobyła ani jednego miejsca w senacie w pierwszych do niego wyborach, parę lat później wygrała i poczęła ponownie rządzić Polską. Kwaśniewski przez lata był najpopularniejszym polskim politykiem, mimo swej komunistycznej przeszłości i przyłapania na kpinach z pięknego gestu Papieża, całującego ziemię odwiedzanych krajów. Nagle nic już nie było ani białe ani czarne, wszystko się stało znowu szare i nijakie.
Ja sam raz w życiu poprosiłem o coś Jurka. Przekazałem mu prośbę kalekiego chłopca, poznanego przez Internet, któremu kończyła się specjalna renta przyznana przez premiera. Chłopiec ten, znając moje nazwisko, poprosił mnie o pośrednictwo w dotarciu do premiera, a ja, choć bez wielkiej nadziei, zwróciłem się do Jurka, który był wtedy przewodniczącym klubu parlamentarnego rządzącej partii. Jurek zna moje poglądy polityczne i wie, że jesteśmy tu na zupełnie przeciwnych biegunach, a próśb o pomoc dostaje zapewne setki, więc byłem przekonany, że delikatnie odmówi mojej prośbie. Tymczasem gdy dowiedział się, że chodzi o pomoc kalekiemu studentowi, bardzo życzliwie mnie wysłuchał i wytłumaczył, co i jak mam zrobić, aby podanie dotarło do premiera za pośrednictwem jego sekretariatu. Obiecał też, że dopisze na nim pozytywną opinię, że popiera i prosi o pozytywne rozpatrzenie. Wszystko to w okresie, gdy nad jego polityczną karierą zbierały się czarne chmury i naprawdę pomoc innym nie była chyba wtedy jego największym problemem. Miał dość swoich. Pokaza jednak w tym przypadku klasę.
Dlaczego opowiadam tę historię? Bo my wszyscy do pewnego stopnia tacy jesteśmy. Nikt nie jest albo całkiem zły, albo całkiem dobry. W pewnych okresach naszego życia podejmujemy takie, a nie inne decyzje, bo tak nam się wydaje najlepiej. Czasem jesteśmy bohaterami, herosami. Czasem się mylimy. Czasem ulegamy presji. Czasem jesteśmy po prostu tchórzami. Ale to tchórzostwo także wynika z czegoś. Z naszego strachu i naszych słabości.
W Polsce nie brakuje krytyków każdego i wszystkiego. Każdy ma swoją opinię na temat każdej osoby publicznej. Najczęściej przy tym nie zna zbyt wielu faktów. Równocześnie w kraju, który nominalnie jest w niemal 100 % katolicki, takie szmaty jak „NIE” osiągają całkiem niezłe nakłady. Pan Urban, człowiek, który od wielu lat opluwa Polskę i Polaków, cieszy się sporym majątkiem i niezłym życiem, zafundowanym mu przez samych opluwanych. Nie mówię już o fakcie, że przez lata partia komunistyczna, z takim trudem odsunięta od władzy w okresie rodzenia się Solidarności i w pierwszych wolnych wyborach, powróciła do tej władzy na kolejne długie lata. To jest jakaś schizofrenia narodowa, albo masowa hipokryzja. Co prawda w ostatnich wyborach, tak jak w tych pierwszych, ani jeden komunista nie załapał się na służbę w senacie, ale jak tak dalej pójdzie z dogadywaniem się między partiami, które wybory wygrały, nie zdziwię się, jak komuniści powrócą wkrótce do władzy. W wyniku kolejnych, wolnych wyborów.
Cały ten wywód ma na celu jedno: Wykazać, że bardzo trudno jest ocenić człowieka. Jego serce, jego motywy. Każdy nasz krok ma swoje przyczyny, zazwyczaj nikomu szerzej nieznane. Nie wiem, czemu Jurek nie wystąpił z PZPR po ogłoszeniu stanu wojennego. Może wiedział więcej niż ja i inaczej to oceniał. Wtedy, jak mówiłem, każdy kolaborant był jednoznacznie negatywnie oceniany przez większość społeczeństwa. Teraz coraz częściej słychać głosy, że Jaruzelski był bohaterem, co samo w sobie jest niezwykłym kuriozum.
Wiem też, jakie metody stosowała komuna, aby wymusić współpracę. Na przykład dowiedziałem się kiedyś od nauczycielki języka polskiego z XIII LO w Krakowie, pani Sierotwińskiej, że gdy była internowana w stanie wojennym, wezwano ją na przesłuchanie i powiedziano, że jej córka, Berenika, ma białaczkę. Mogłaby jej pomóc oddając swój szpik, ale nie zezwolą jej, jak nie poda nazwisk osób, jej uczni, działających z nią w ruchu wolnościowym mającym na celu obalenie reżimu.
Zastanówcie się, co wy byście w takiej sytuacji zrobili? Jak postąpić? Założyć, że to blef? A jeżeli nie? Czy można ryzykować życie własnego, jedynego dziecka dla ochrony swych uczniów? To nie są łatwe decyzje. A wielu musiało wtedy takie decyzje podejmować. Pani Sierotwińska znała komunistów i znała swoją córkę. Odmówiła współpracy i nie powiedziała niczego. Dostała paszport, bez możliwości powrotu i wyjechała z Polski. Z mężem i córką, która była zdrowa jak rydz. Komuniści blefowali. Nie miała innego wyboru, bo nie mogła uczyć w Polsce, a to jedyne, co potrafiła robić. Po przyjeździe do Kalifornii zaraz przerobili napis nad Los Angeles z HOLLYWOOD na SOLIDARNOŚĆ, cudem unikając aresztowania, a jak tylko mogła ponownie uczyć dzieci w Polsce, zostawiła Amerykę i wróciła do ukochanego Krakowa.
Jurek pozostał wierny partii komunistycznej. Zmieniała ona kilka razy nazwę, ale zawsze była to partia lewicy. Ale teraz był on posłem wybieranym demokratycznie i ministrem w rządzie utworzonym na skutek demokratycznych wyborów. Trudno więc komuś zarzucać, że jest przy władzy, jeżeli to w wolnym kraju i na drodze wolnych wyborów do tej władzy doszedł. A do tego, jak zilustrowany przykład z pomocą dla kalekiego chłopca ilustruje, nigdy nie przestał być człowiekiem życzliwym i pomocnym tam, gdzie to się naprawdę liczy. Gdy chodzi o konkretnego człowieka.
Tekst pana Szczypiorskiego pozostanie na mojej stronie. Nadal się z nim zgadzam całkowicie i nadal jestem gotów podpisać się pod nim obiema rękami. Można go znaleźć TUTAJ. Jest on, moim zdaniem, prawdziwy i mądry, niezależnie od tego, jakim naprawdę człowiekiem był pan Andrzej Szczypiorski. Opinie o nim są krańcowo różne i można znaleźć takie, które nie pozostawiają na nim suchej nitki i takie, które gotowe ogłosić go świętym. Dla mnie jednak nie ma to znaczenia, bo mnie chodziło tylko o jego opinię w jednej, konkretnej sprawie. A tam zgadzam się z nim w 100%.
Ja po prostu bardzo nie lubię uogólnień. Nie lubię stwierdzę, że żydzi to, Polacy tamto, murzyni trzecie, a cyganie co innego. Czym innym jest dyskusja o konkretnym człowieku, a czym innym takie uogólnianie. Co prawda mógłby ktoś mi zarzucić, że w cytowanym fragmencie książki Szczypiorskiego on właśnie uogólnia, ale nie zgodzę się z tym. Nie pisze on przecież, że „wszyscy Polacy” są antysemitami. Nie zarzuca niczego całemu narodowi. Opisuje pewne zjawisko, a więc pewnych uogólnień nie da się uniknąć, ale jest bardzo ostrożny i wyraźnie pisze, że jest to zjawisko marginalne. Pisze on: „I oto nie ma Żydów, ale zostali antysemici. Niewielu ich, lecz są tak krzykliwi, że słychać ten bełkot na wszystkich kontynentach.” Jest spora różnica między powiedzeniem, że „wszyscy Polacy są antysemitami” a zdaniem, że jest ich niewielu. To pierwsze stwierdzenie powoduje, że zaczyna mi się burzyć krew, to drugie jest wyważone i prawdziwe.
Natomiast gdy jakaś osoba bredzi, to ja sam bardzo chętnie ją skrytykuję. Niezależnie od tego, jakiego jest ona pochodzenia. Nie jestem tu niesprawiedliwy i nie dyskryminuję nikogo. Przypominam, że gdy rabin gminy żydowskiej w Niemczech, Paul Spiegel, bełkotał na temat aborcji, to napisałem o nim jeden z felietonów i wspomniałem go w jeszcze innym. Ten pierwszy można znaleźć TUTAJ. Przypomnę tylko, że nie oceniam tam samego pana Spiegla. Może on być najcudowniejszym, najwspanialszym człowiekiem na świecie. Ale nie zmienia to w najmniejszym stopniu faktu, że w przypadku krytyki biskupa za to, że porównał aborcję do holokaustu, pan Spiegel się po prostu skompromitował i wygłupił. Mam więc nadzieję, że Tadeusz z księgi gości rozumie moje motywy zamieszczenia teksty Szczypiorskiego. Nie zmienię zapewne jego poglądów, ale wklejanie mi czyichś opinii o Szczypiorskim do księgi gości mija się z celem. Gdy będą mnie one interesowały, sam potrafię je znaleźć na Internecie.
Tuesday, November 01, 2005
Tuesday, October 25, 2005
Orędzie z Medjugorie, 25.X.2005
"Dziatki, wierzcie, módlcie się i kochajcie, a Bóg będzie blisko was. Obdarzy was wszystkimi łaskami, o które Go prosicie. Jestem darem dla was, bowiem Bóg, z dnia na dzień, pozwala mi być z wami i kochać każdego z was niezmierną miłością. Dlatego, dziatki, w modlitwie i pokorze otwórzcie wasze serca i bądźcie świadkami mojej obecności. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie."
Monday, October 24, 2005
Prawdziwa wolność
Czym jest prawdziwa wolność? Gdyby przeprowadzić badanie opinii społecznej na ten temat, jestem przekonany, że większość ludzi odpowiedziałaby, że prawdziwa wolność polega na tym, że nie istnieją żadne ograniczenia, prawa i bariery i każdy robi to, na co ma ochotę. Każde ograniczenie bowiem zniewala człowieka.
Jest to dość powszechny pogląd i taka forma wolności zapewne istnieje, ale jest ona niedoskonała. Jest to taka „gorsza”, niższa forma wolności. Co więcej, nie może być powszechna, dostępna dla każdego, gdyż powoduje niewolę pewnej grupy ludzi. To taka pułapka logiczna, jak w przypadku tolerancji. Ludzie tolerancyjni tolerują teoretycznie wszystko i wszystkich, z wyjątkiem osób, które mówią im, że to, co robią jest obiektywnie złe i niemoralne. Wtedy nagle ich tolerancja znika i zaciekle atakują osobę o takich „nietolerancyjnych” poglądach. Udowadniają przy okazji, że sami też wcale tolerancyjni nie są.
Podobnie jest z wolnością. Gdyby tak rozumieć wolność, to musiałoby to doprowadzić do sytuacji, gdy jedna grupa ludzi wykorzystywałaby inną, słabszą i mniej przebojową. Historia ludzkości pełna jest przykładów takiego rozwoju wypadków. Dlatego to właśnie państwa mają prawa broniące interesów wszystkich swych obywateli. Prawdziwa wolność to musi być taka forma wolności, która po zastosowaniu jej w praktyce, przynosiłaby korzyści każdemu bez wyjątku człowiekowi.
Do tej pory chyba wszystko jest jasne i logiczne. Jest naturalną rzeczą, że mniejszości narodowe, ludzie o innym kolorze skóry, kobiety czy osoby w podeszłym wieku muszą mieć ochronę prawną państwa. Nikomu nawet nie przychodzi do głowy, że jest to ograniczenie wolności. Bez takich praw mielibyśmy po prostu do czynienia z anarchią.
Niestety, gdy chodzi o inne aspekty naszego życia, już nie widzimy tak łatwo potrzeby istnienia praw. Mam tu na myśli prawa dotyczące naszej moralności. Te, jeżeli coś ograniczają, uważamy bezwarunkowo za ograniczenie wolności. Uważamy, że to, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami naszej sypialni, nie powinno nikogo ani obchodzić. Zwłaszcza polityków, ale także Kościoła. Niestety jednak to, co robimy za tymi drzwiami, wcale nie jest tylko naszą sprawą. Ma to wpływ na cale społeczeństwo. Jednak nawet, gdyby miało tylko wpływ na nas samych, ciągle Kościół miałby obowiązek uczyć nas o tym negatywnym wpływie.
Mówienie, że jest inaczej, to trochę tak, jak by powiedzieć, że nie życzymy sobie, żeby nas budzono, gdy jesteśmy w nim sami i śpimy w płonącym domu, Co kogo obchodzi, że zginę? To moja sprawa. Tym bardziej, że mam cudowny sen i strażacy mogliby mi go przerwać. Bez sensu? Oczywiście. Tak, jak bez sensu jest mówienie, żeby się nie wtrącać do życia grzesznika. On jeszcze bardziej „śpi w płonącym domu” i nawet, jak jego sen może rzeczywiście być bardzo przyjemny, to przerwanie go wyjdzie mu naprawdę na zdrowie.
Dwa bardzo często używane przykłady dla zilustrowania prawdziwej wolności, to rybka i pociąg. Rybka widząc ludzi chodzących po pokoju mogłaby pomyśleć, ze akwarium jest wiezieniem i tak naprawdę będzie wolna dopiero wtedy, gdy wyskoczy z wody. Oczywiście, gdyby tego spróbowała, przepłaciłaby to życiem. Pociąg także, zazdroszcząc innym pojazdom, gdyby opuścił „ograniczające” go tory, utknąłby bezużytecznie w piachu. Ani woda więc nie ogranicza rybki, ani tory pociągów. Są to niezbędne rzeczy, umożliwiające im szczęśliwe egzystowanie.
W dziedzinie naszego fizycznego świata widzimy to wszystko. Latanie jak ptak jest może pociągające dla wielu, ale ci, którzy chcą tego spróbować, sami się zupełnie dobrowolnie „zniewalają”. Czy to będzie spadochron, czy lotnia, gumowa linka przyczepiona do nogi, czy szybowiec, każdy z tych, którzy zazdroszczą ptakom sam sobie robi ograniczenia. Nikt, poza samobójcami, nie wychodzi po prostu na wysoki budynek i nie skacze machając szybko rękami.
Konstruktor pociągu wie, że jego dzieło, aby funkcjonować prawidłowo, musi mieć odpowiednie tory. Inne urządzenia także mają swoje instrukcje obsługi, pełne wskazówek mających za zadanie pomóc nam jak najwięcej skorzystać z możliwości tych urządzeń. Nie negujemy zakazu wrzucania podłączonej do prądu suszarki do włosów do wanny pełnej wody. Zwłaszcza, gdy my w tej wodzie siedzimy. Ani suszarka, ani my nie przeżylibyśmy takiego eksperymentu.
Dlaczego więc nas zawsze tak dziwią prawa w dziedzinie moralności? Dlaczego z uporem godnym lepszej sprawy upieramy się, że są one ograniczeniem naszej wolności? Człowiek składa się z ciała i duszy. Ciało podlega prawom fizycznym, ale i dusza podlega pewnym prawom. Są one ważniejsze nawet od tych fizycznych, bo determinują gdzie spędzimy wieczność. W naszym więc interesie poznanie tych praw, zrozumienie ich i stosowanie w naszym życiu.
Bóg jest naszym „konstruktorem”. Stworzył nas i cały otaczający nas wszechświat. Przez swe objawienie na przestrzeni wieków, Biblię i Kościół dał nam „instrukcję obsługi”, żebyśmy mogli funkcjonować bez zgrzytów i zgodnie z naszym przeznaczeniem. Wszystkie te przepisy i nakazy w dziedzinie moralnej nie są po to, żeby nam zepsuć zabawę, ale żebyśmy mogli być szczęśliwi. Jako indywidualne osoby i jako całe społeczeństwa.
Zobaczmy tylko, do czego doprowadziła cała ta „rewolucja seksualna”. Rozbite domy, rozwody, miliony dzieci bez ojca, przemysł pornograficzny, przynoszący miliardy dolarów zysku i niszczący miliony istnień. Pornografia nie jest niewinną zabawą. Nikt „ normalny” nie postanawia, że zostanie gwiazdą filmów porno. Są to osoby złamane, zmuszone do tego szantażem, głodem narkotykowym, zastraszeniem. Osoby zdesperowane, niepotrafiące zobaczyć innego wyjścia ze swej sytuacji. A osoby oglądające porn ponoszą za to moralną odpowiedzialność. Gdyby bowiem nie było odbiorców pornografii, nie byłoby i samej produkcji.
Z drugiej strony miliony rodzin cierpi, gdy mają ojca, brata czy syna uzależnionego od pornografii. Kosztuje to rodzinę finansowo i powoduje problemy w pozamaterialnej sferze. Żona mająca męża uzależnionego od pornu nie tylko jest zdradzana wirtualnie, ale najczęściej także faktycznie mąż jej nie jest jej wierny i traktuje ją jak przedmiot, nie jak człowieka. Pornografia upadla ludzi.
Jeżeli zaś chodzi o całe społeczeństwa, to sami widzimy skutki tej „rewolucji”. Europa się wynaradawia i staje się Eurabią. Miasta, gdzie jeszcze 20 lat temu za każdym czlowiekiem o innym kolorze skóry wszyscy się oglądali, stają się miastami, gdzie biali zaczynają być mniejszością. Włosi, naród o najmniejszym przyroście naturalnym spośród krajów europejskich, przestanie istnieć za 150 lat. Inne narody zaraz po nich. Powstaną inne, nie wątpię. Ale nasza, judeochrześcijańska cywilizacja rozpada się na naszych oczach.
Co dziwniejsze i smutniejsze zarazem, my sami jesteśmy tego przyczyną. To kraje europejskie głośno i wyraźnie domagają się wyrzucenia Boga z życia publicznego. Domagają się „praw człowieka”, które tego człowieka unicestwiają. Równocześnie napływa ludność arabska mająca silne poczucie istnienia Boga, dla której nie tylko nie ma „rozdzielności” wiary i życia codziennego, ale także dla tej wiary gotowi są zginąć.
Co zatem się stanie? Nie wiem. Nie jestem prorokiem. Jestem zresztą umiarkowanym optymistą. Uważam, że Bóg kontroluje wszystko. Święty Paweł napisał:
Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. (Rz 5, 20b-21)
Ostatnie wybory są też chyba tego przykładem. Tylu było „pewnych” kandydatów. Kandydat komunistów, jak wreszcie ogłosił, że jednak wystartuje, miał takie poparcie, że niemalże był już mieszkańcem pałacu prezydenckiego. Nie dotrwał nawet do samych wyborów. I później, gdy już było wiadomo, że będzie to rozgrywka między Kaczyński i Tuskiem, temu pierwszemu też nie dawano wielu szans. Wygrał jednak zdecydowanie.
Uważam więc, że wszystko jest możliwe. Ja nie piszę o polityce. Ja piszę o wierze. Przykład wyborów podałem tylko jako ilustracje, że w życiu często niemożliwe staje się rzeczywistością. Historia jest pełna takich przykładów. I nawet, jak historia tak naprawdę nigdy się nie powtarza, to z pewnością lubi się ona rymować.
Prawdziwa wolność zatem to wolność do wyboru tego, co moralne. Tylko taki wybór uniezależni nas od ograniczeń, skaleczeń, chorób i śmierci. Tylko taki wybór uczyni nas naprawdę wolnymi. Nie jest jeszcze za późno na zmianę i jestem przekonany, że Łaska rozlewa się obficie nad nami. Młodzi ludzie są wspaniali i rośnie nam cała rzesza radykalnych chrześcijan. A tylko radykalny chrześcijanin może być człowiekiem wolnym i szczęśliwym.
Natomiast wolność z tej popularnej definicji tego słowa, wolność prowadząca do anarchii, gdy zaaplikowana do naszego życia duchowego, musi doprowadzić do łez, rozczarowań, rozpadu rodziny i całych społeczeństw i w końcu do samounicestwienia. Musimy więc zaufać Bogu. On dokładnie wie, jak zrobić człowieka szczęśliwym. Zna nas dużo lepiej, niż my sami i na zaufaniu do Niego na pewno nie stracimy. A zyskać możemy prawdziwą wolność, szczęście i życie wieczne przy Jego boku.
Jest to dość powszechny pogląd i taka forma wolności zapewne istnieje, ale jest ona niedoskonała. Jest to taka „gorsza”, niższa forma wolności. Co więcej, nie może być powszechna, dostępna dla każdego, gdyż powoduje niewolę pewnej grupy ludzi. To taka pułapka logiczna, jak w przypadku tolerancji. Ludzie tolerancyjni tolerują teoretycznie wszystko i wszystkich, z wyjątkiem osób, które mówią im, że to, co robią jest obiektywnie złe i niemoralne. Wtedy nagle ich tolerancja znika i zaciekle atakują osobę o takich „nietolerancyjnych” poglądach. Udowadniają przy okazji, że sami też wcale tolerancyjni nie są.
Podobnie jest z wolnością. Gdyby tak rozumieć wolność, to musiałoby to doprowadzić do sytuacji, gdy jedna grupa ludzi wykorzystywałaby inną, słabszą i mniej przebojową. Historia ludzkości pełna jest przykładów takiego rozwoju wypadków. Dlatego to właśnie państwa mają prawa broniące interesów wszystkich swych obywateli. Prawdziwa wolność to musi być taka forma wolności, która po zastosowaniu jej w praktyce, przynosiłaby korzyści każdemu bez wyjątku człowiekowi.
Do tej pory chyba wszystko jest jasne i logiczne. Jest naturalną rzeczą, że mniejszości narodowe, ludzie o innym kolorze skóry, kobiety czy osoby w podeszłym wieku muszą mieć ochronę prawną państwa. Nikomu nawet nie przychodzi do głowy, że jest to ograniczenie wolności. Bez takich praw mielibyśmy po prostu do czynienia z anarchią.
Niestety, gdy chodzi o inne aspekty naszego życia, już nie widzimy tak łatwo potrzeby istnienia praw. Mam tu na myśli prawa dotyczące naszej moralności. Te, jeżeli coś ograniczają, uważamy bezwarunkowo za ograniczenie wolności. Uważamy, że to, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami naszej sypialni, nie powinno nikogo ani obchodzić. Zwłaszcza polityków, ale także Kościoła. Niestety jednak to, co robimy za tymi drzwiami, wcale nie jest tylko naszą sprawą. Ma to wpływ na cale społeczeństwo. Jednak nawet, gdyby miało tylko wpływ na nas samych, ciągle Kościół miałby obowiązek uczyć nas o tym negatywnym wpływie.
Mówienie, że jest inaczej, to trochę tak, jak by powiedzieć, że nie życzymy sobie, żeby nas budzono, gdy jesteśmy w nim sami i śpimy w płonącym domu, Co kogo obchodzi, że zginę? To moja sprawa. Tym bardziej, że mam cudowny sen i strażacy mogliby mi go przerwać. Bez sensu? Oczywiście. Tak, jak bez sensu jest mówienie, żeby się nie wtrącać do życia grzesznika. On jeszcze bardziej „śpi w płonącym domu” i nawet, jak jego sen może rzeczywiście być bardzo przyjemny, to przerwanie go wyjdzie mu naprawdę na zdrowie.
Dwa bardzo często używane przykłady dla zilustrowania prawdziwej wolności, to rybka i pociąg. Rybka widząc ludzi chodzących po pokoju mogłaby pomyśleć, ze akwarium jest wiezieniem i tak naprawdę będzie wolna dopiero wtedy, gdy wyskoczy z wody. Oczywiście, gdyby tego spróbowała, przepłaciłaby to życiem. Pociąg także, zazdroszcząc innym pojazdom, gdyby opuścił „ograniczające” go tory, utknąłby bezużytecznie w piachu. Ani woda więc nie ogranicza rybki, ani tory pociągów. Są to niezbędne rzeczy, umożliwiające im szczęśliwe egzystowanie.
W dziedzinie naszego fizycznego świata widzimy to wszystko. Latanie jak ptak jest może pociągające dla wielu, ale ci, którzy chcą tego spróbować, sami się zupełnie dobrowolnie „zniewalają”. Czy to będzie spadochron, czy lotnia, gumowa linka przyczepiona do nogi, czy szybowiec, każdy z tych, którzy zazdroszczą ptakom sam sobie robi ograniczenia. Nikt, poza samobójcami, nie wychodzi po prostu na wysoki budynek i nie skacze machając szybko rękami.
Konstruktor pociągu wie, że jego dzieło, aby funkcjonować prawidłowo, musi mieć odpowiednie tory. Inne urządzenia także mają swoje instrukcje obsługi, pełne wskazówek mających za zadanie pomóc nam jak najwięcej skorzystać z możliwości tych urządzeń. Nie negujemy zakazu wrzucania podłączonej do prądu suszarki do włosów do wanny pełnej wody. Zwłaszcza, gdy my w tej wodzie siedzimy. Ani suszarka, ani my nie przeżylibyśmy takiego eksperymentu.
Dlaczego więc nas zawsze tak dziwią prawa w dziedzinie moralności? Dlaczego z uporem godnym lepszej sprawy upieramy się, że są one ograniczeniem naszej wolności? Człowiek składa się z ciała i duszy. Ciało podlega prawom fizycznym, ale i dusza podlega pewnym prawom. Są one ważniejsze nawet od tych fizycznych, bo determinują gdzie spędzimy wieczność. W naszym więc interesie poznanie tych praw, zrozumienie ich i stosowanie w naszym życiu.
Bóg jest naszym „konstruktorem”. Stworzył nas i cały otaczający nas wszechświat. Przez swe objawienie na przestrzeni wieków, Biblię i Kościół dał nam „instrukcję obsługi”, żebyśmy mogli funkcjonować bez zgrzytów i zgodnie z naszym przeznaczeniem. Wszystkie te przepisy i nakazy w dziedzinie moralnej nie są po to, żeby nam zepsuć zabawę, ale żebyśmy mogli być szczęśliwi. Jako indywidualne osoby i jako całe społeczeństwa.
Zobaczmy tylko, do czego doprowadziła cała ta „rewolucja seksualna”. Rozbite domy, rozwody, miliony dzieci bez ojca, przemysł pornograficzny, przynoszący miliardy dolarów zysku i niszczący miliony istnień. Pornografia nie jest niewinną zabawą. Nikt „ normalny” nie postanawia, że zostanie gwiazdą filmów porno. Są to osoby złamane, zmuszone do tego szantażem, głodem narkotykowym, zastraszeniem. Osoby zdesperowane, niepotrafiące zobaczyć innego wyjścia ze swej sytuacji. A osoby oglądające porn ponoszą za to moralną odpowiedzialność. Gdyby bowiem nie było odbiorców pornografii, nie byłoby i samej produkcji.
Z drugiej strony miliony rodzin cierpi, gdy mają ojca, brata czy syna uzależnionego od pornografii. Kosztuje to rodzinę finansowo i powoduje problemy w pozamaterialnej sferze. Żona mająca męża uzależnionego od pornu nie tylko jest zdradzana wirtualnie, ale najczęściej także faktycznie mąż jej nie jest jej wierny i traktuje ją jak przedmiot, nie jak człowieka. Pornografia upadla ludzi.
Jeżeli zaś chodzi o całe społeczeństwa, to sami widzimy skutki tej „rewolucji”. Europa się wynaradawia i staje się Eurabią. Miasta, gdzie jeszcze 20 lat temu za każdym czlowiekiem o innym kolorze skóry wszyscy się oglądali, stają się miastami, gdzie biali zaczynają być mniejszością. Włosi, naród o najmniejszym przyroście naturalnym spośród krajów europejskich, przestanie istnieć za 150 lat. Inne narody zaraz po nich. Powstaną inne, nie wątpię. Ale nasza, judeochrześcijańska cywilizacja rozpada się na naszych oczach.
Co dziwniejsze i smutniejsze zarazem, my sami jesteśmy tego przyczyną. To kraje europejskie głośno i wyraźnie domagają się wyrzucenia Boga z życia publicznego. Domagają się „praw człowieka”, które tego człowieka unicestwiają. Równocześnie napływa ludność arabska mająca silne poczucie istnienia Boga, dla której nie tylko nie ma „rozdzielności” wiary i życia codziennego, ale także dla tej wiary gotowi są zginąć.
Co zatem się stanie? Nie wiem. Nie jestem prorokiem. Jestem zresztą umiarkowanym optymistą. Uważam, że Bóg kontroluje wszystko. Święty Paweł napisał:
Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. (Rz 5, 20b-21)
Ostatnie wybory są też chyba tego przykładem. Tylu było „pewnych” kandydatów. Kandydat komunistów, jak wreszcie ogłosił, że jednak wystartuje, miał takie poparcie, że niemalże był już mieszkańcem pałacu prezydenckiego. Nie dotrwał nawet do samych wyborów. I później, gdy już było wiadomo, że będzie to rozgrywka między Kaczyński i Tuskiem, temu pierwszemu też nie dawano wielu szans. Wygrał jednak zdecydowanie.
Uważam więc, że wszystko jest możliwe. Ja nie piszę o polityce. Ja piszę o wierze. Przykład wyborów podałem tylko jako ilustracje, że w życiu często niemożliwe staje się rzeczywistością. Historia jest pełna takich przykładów. I nawet, jak historia tak naprawdę nigdy się nie powtarza, to z pewnością lubi się ona rymować.
Prawdziwa wolność zatem to wolność do wyboru tego, co moralne. Tylko taki wybór uniezależni nas od ograniczeń, skaleczeń, chorób i śmierci. Tylko taki wybór uczyni nas naprawdę wolnymi. Nie jest jeszcze za późno na zmianę i jestem przekonany, że Łaska rozlewa się obficie nad nami. Młodzi ludzie są wspaniali i rośnie nam cała rzesza radykalnych chrześcijan. A tylko radykalny chrześcijanin może być człowiekiem wolnym i szczęśliwym.
Natomiast wolność z tej popularnej definicji tego słowa, wolność prowadząca do anarchii, gdy zaaplikowana do naszego życia duchowego, musi doprowadzić do łez, rozczarowań, rozpadu rodziny i całych społeczeństw i w końcu do samounicestwienia. Musimy więc zaufać Bogu. On dokładnie wie, jak zrobić człowieka szczęśliwym. Zna nas dużo lepiej, niż my sami i na zaufaniu do Niego na pewno nie stracimy. A zyskać możemy prawdziwą wolność, szczęście i życie wieczne przy Jego boku.
Friday, October 21, 2005
On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? (Mt 22,20)
W ostatnią niedzielę była interesująca Ewangelia. Opisuje jedną z tych scen, kiedy to faryzeusze przypuszczali, że znaleźli doskonałą zasadzkę, w którą złapią Jezusa. Wymyślili pytanie tak skonstruowane, że bez względu na to, jak On odpowie, myśleli, wpadnie w zastawione sidła. Cóż, nie wierzyli oni, że Jezus jest Bogiem, nie wiedzieli więc, że nie mają szans na odniesienie sukcesu.
Samo pytanie brzmiało: Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? (Mt 22,17b). Myśleli, że jak Jezus powie, żeby płacić, oskarżą go o kolaborację z okupantem i straci wiele w oczach ortodoksyjnych Żydów, a jak powie, że nie, to doniosą przedstawicielom Rzymu, że namawia do rebelii. Czyli sytuacja bez wyjścia: Tak źle i tak niedobrze. To jest takie „standardowe” tłumaczenie tego tekstu. Używa się go także czasem do uzasadnienia obowiązku płacenia podatków przez chrześcijan. Jezus bowiem odpowiedział tak:
Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga. (Mt 22, 19-21)
Ja jednak uważam, że ta historia wcale nie jest o podatkach. W ogóle nie mówi o finansach, pieniądzach i obowiązkach wobec Ojczyzny. Mówi ona o tym, kto jest naszym Panem. Komu służymy. Czyim dzieckiem jesteśmy. Czyj obraz my w sobie nosimy.
Jestem przekonany, że Jezus mówiąc o „obrazie i napisie”, a raczej obrazie i imieniu, bo to właśnie mówił ten napis, nawiązuje do Księgi Rodzaju. To właśnie tam, na samym początku, czytamy, że: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rdz 1,27).
Wątek „obrazu” i „imienia” przewija się później przez całą Biblię. Mamy jakby dwie rodziny ludzkie, dwie gałęzie rodzaju ludzkiego: Bożą i człowieczą. Tych, którzy są dziećmi Bożymi i tych, którzy sami sobie są bogami.
Pierwszy raz spotykamy się z tym już wśród dzieci Adama. Kain, mordując swego brata, odrzuca Boga. Służy tylko sobie. Adam, stworzony na obraz Boga, zbliża się ponownie do żony i Bóg mu daje jeszcze jednego syna, Seta. Set z kolei, mając swego syna, wzywa imienia Pana:
Setowi również urodził się syn; Set dał mu imię Enosz. Wtedy zaczęto wzywać imienia Pana. (Rdz 4,26)
Widzimy więc wątek rodziny Bożej. Tymczasem wygnany Kain buduje miasto i nazywa je imieniem… Zobaczmy sami:
Kain zbliżył się do swej żony, a ona poczęła i urodziła Henocha. Gdy Kain zbudował miasto, nazwał je imieniem swego syna: Henoch. (Rdz 4,17)
Troszkę później znowu mamy wątek imienia. W historii z wierzą Babel ludzie postanowili:
Nuże, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi! (BW, Gen 11,4)
Użyłem tłumaczenia Biblii Warszawskiej, gdyż Tysiąclatka zastąpiła słowo “imię” “znakiem”. Ludzie odrzucają Boga i chcą sami uczynić sobie imię. Chcą mieć swój, a nie Boży, „napis” na wierzy.
Przykładów jest więcej i pisałem już o tym w „Rozważaniach o Biblii”. Myślę jednak, że te, które podałem, wystarczająco ilustrują moją myśl.
Jak więc widzimy, Jezus, nawiązując do Tory, odwraca zupełnie pułapkę założoną na niego przez faryzeuszy. Pyta ich niejako: Co wam do tego, czy należy płacić, czy nie? Czemu mnie o to pytacie? Moje Królestwo nie jest z tego świata. Dlaczego martwicie się podatkami? Spójrzcie w swoje serca: Czyje imię jest w nich wypisane? Czy waszym bogiem jest Cezar, czy mamona, czy też Bóg prawdziwy? Czy za imieniem cesarza podążacie, czy za wołaniem Boga, które powinno być w waszych sercach?
Podatki trzeba płacić i ja na pewno nikogo do rebelii nie namawiam. Sam Święty Paweł powiedział:
Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy - przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia.[…] Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek - podatek, komu cło - cło, komu uległość - uległość, komu cześć - cześć. (Rz 13,1-2,7)
Jezus jednak, jestem przekonany, miał zupełnie co innego na myśli. Gdy faryzeusze myśleli o podatkach, a raczej o przyłapaniu Jezusa, On chciał im ukazać, że martwią się nie tym, czym powinni. Każdy bowiem, kto chce to Królestwo osiągnąć, musi mieć „obraz i napis” prawdziwego Boga w swoim sercu. Gdyby byli oni obywatelami Królestwa Niebieskiego, dojrzeliby w Jezusie Mesjasza, a nie próbowaliby łapać Go w zasadzki i zgładzić.
A nauczka dla nas jest taka, że i my powinniśmy się bardziej martwić osiągnięciem Królestwa Bożego, niż naszymi codziennymi troskami. Bo one to właśnie bardzo często przesłaniają nam naszego Boga. A jeżeli bierzemy udział w glosowaniu, co każdy z nas powinien bezwarunkowo uczynić, głosujmy tak, jakby to Jezus był naszym prawdziwym Panem i Królem. Pamiętajmy i o tych Jego słowach:
Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. (Mt 6:31-33)
Sama zaś niedzielna Ewangelia, przypominam, brzmiała tak:
„Wtedy faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Go w mowie. Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.” (Mt 22,15-21)
Samo pytanie brzmiało: Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? (Mt 22,17b). Myśleli, że jak Jezus powie, żeby płacić, oskarżą go o kolaborację z okupantem i straci wiele w oczach ortodoksyjnych Żydów, a jak powie, że nie, to doniosą przedstawicielom Rzymu, że namawia do rebelii. Czyli sytuacja bez wyjścia: Tak źle i tak niedobrze. To jest takie „standardowe” tłumaczenie tego tekstu. Używa się go także czasem do uzasadnienia obowiązku płacenia podatków przez chrześcijan. Jezus bowiem odpowiedział tak:
Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga. (Mt 22, 19-21)
Ja jednak uważam, że ta historia wcale nie jest o podatkach. W ogóle nie mówi o finansach, pieniądzach i obowiązkach wobec Ojczyzny. Mówi ona o tym, kto jest naszym Panem. Komu służymy. Czyim dzieckiem jesteśmy. Czyj obraz my w sobie nosimy.
Jestem przekonany, że Jezus mówiąc o „obrazie i napisie”, a raczej obrazie i imieniu, bo to właśnie mówił ten napis, nawiązuje do Księgi Rodzaju. To właśnie tam, na samym początku, czytamy, że: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rdz 1,27).
Wątek „obrazu” i „imienia” przewija się później przez całą Biblię. Mamy jakby dwie rodziny ludzkie, dwie gałęzie rodzaju ludzkiego: Bożą i człowieczą. Tych, którzy są dziećmi Bożymi i tych, którzy sami sobie są bogami.
Pierwszy raz spotykamy się z tym już wśród dzieci Adama. Kain, mordując swego brata, odrzuca Boga. Służy tylko sobie. Adam, stworzony na obraz Boga, zbliża się ponownie do żony i Bóg mu daje jeszcze jednego syna, Seta. Set z kolei, mając swego syna, wzywa imienia Pana:
Setowi również urodził się syn; Set dał mu imię Enosz. Wtedy zaczęto wzywać imienia Pana. (Rdz 4,26)
Widzimy więc wątek rodziny Bożej. Tymczasem wygnany Kain buduje miasto i nazywa je imieniem… Zobaczmy sami:
Kain zbliżył się do swej żony, a ona poczęła i urodziła Henocha. Gdy Kain zbudował miasto, nazwał je imieniem swego syna: Henoch. (Rdz 4,17)
Troszkę później znowu mamy wątek imienia. W historii z wierzą Babel ludzie postanowili:
Nuże, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi! (BW, Gen 11,4)
Użyłem tłumaczenia Biblii Warszawskiej, gdyż Tysiąclatka zastąpiła słowo “imię” “znakiem”. Ludzie odrzucają Boga i chcą sami uczynić sobie imię. Chcą mieć swój, a nie Boży, „napis” na wierzy.
Przykładów jest więcej i pisałem już o tym w „Rozważaniach o Biblii”. Myślę jednak, że te, które podałem, wystarczająco ilustrują moją myśl.
Jak więc widzimy, Jezus, nawiązując do Tory, odwraca zupełnie pułapkę założoną na niego przez faryzeuszy. Pyta ich niejako: Co wam do tego, czy należy płacić, czy nie? Czemu mnie o to pytacie? Moje Królestwo nie jest z tego świata. Dlaczego martwicie się podatkami? Spójrzcie w swoje serca: Czyje imię jest w nich wypisane? Czy waszym bogiem jest Cezar, czy mamona, czy też Bóg prawdziwy? Czy za imieniem cesarza podążacie, czy za wołaniem Boga, które powinno być w waszych sercach?
Podatki trzeba płacić i ja na pewno nikogo do rebelii nie namawiam. Sam Święty Paweł powiedział:
Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy - przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia.[…] Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek - podatek, komu cło - cło, komu uległość - uległość, komu cześć - cześć. (Rz 13,1-2,7)
Jezus jednak, jestem przekonany, miał zupełnie co innego na myśli. Gdy faryzeusze myśleli o podatkach, a raczej o przyłapaniu Jezusa, On chciał im ukazać, że martwią się nie tym, czym powinni. Każdy bowiem, kto chce to Królestwo osiągnąć, musi mieć „obraz i napis” prawdziwego Boga w swoim sercu. Gdyby byli oni obywatelami Królestwa Niebieskiego, dojrzeliby w Jezusie Mesjasza, a nie próbowaliby łapać Go w zasadzki i zgładzić.
A nauczka dla nas jest taka, że i my powinniśmy się bardziej martwić osiągnięciem Królestwa Bożego, niż naszymi codziennymi troskami. Bo one to właśnie bardzo często przesłaniają nam naszego Boga. A jeżeli bierzemy udział w glosowaniu, co każdy z nas powinien bezwarunkowo uczynić, głosujmy tak, jakby to Jezus był naszym prawdziwym Panem i Królem. Pamiętajmy i o tych Jego słowach:
Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. (Mt 6:31-33)
Sama zaś niedzielna Ewangelia, przypominam, brzmiała tak:
„Wtedy faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Go w mowie. Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.” (Mt 22,15-21)
Faust
W ostatni weekend miałem „randkę” z moją córeczką. Pojechaliśmy sobie razem do opery. Wiktoria jest miłośniczką tego typu muzyki. Ja także chętnie słucham muzyki poważnej. Mało kto wie, ale jako dziecko sam śpiewałem w chórze chłopięcym krakowskiej filharmonii. Byłem nawet na tournee w Budapeszcie, Bratysławie i Wiedniu z „Pasją” Krzysztofa Pendereckiego. Do tego z powodu charakteru mojej pracy spędzam z dziećmi o wiele za mało czasu, więc była doskonała okazja, żeby troszeczkę to nadrobić.
Wiktoria wybrała „Fausta” Charlesa Gounoda, operę napisaną na podstawie sztuki Goethego pod tym samym tytułem. Ja, prawdę mówiąc, nie byłem zachwycony tym wyborem. Ona czytała Goethego, ja nie. Faust kojarzył mi się z jakimś diabłem, który dal komuś młodość w zamian za duszę. Coś tam słyszałem, że dzwoniło, ale nie wiedziałem, w którym kościele. Nawet kiedyś nie mogłem się pogodzić z faktem, że święta Faustyna ma takie „szatańskie” imię. Nie wiedziałem, czemu tak ją nazwano, a nie jakoś bardziej „po chrześcijańsku”.
Ponieważ jednak Wiktorii zależało na tej operze, zdecydowałem się jechać z nią i zobaczyć samemu, jak to z tym Faustem jest. Ewentualnie, pomyślałem, będzie temat do dyskusji po samym przedstawieniu. A czasu na dyskusję będziemy mieć wiele, bo opera była w Nashville. 700 kilometrów od naszego domu. Na szczęście w Nashville mieszkają nasi dobrzy znajomi, więc przynajmniej po samym spektaklu nie musieliśmy wracać, ale zostaliśmy u nich do następnego dnia.
Co do samej opery, to okazało się, że wszystkie moje wątpliwości wynikały tylko z mojego nieuctwa. „Faust” okazał się być nie tylko piękny muzycznie, co wiedziałem już wcześniej, ale samo libretto daje nam cudowne chrześcijańskie przesłanie. Co więcej, jest ono właśnie na temat Bożego Miłosierdzia. Nic dziwnego zatem, że żeńską formę imienia Faust dostała „sekretarka Bożego Miłosierdzia”. Teraz wszystko mi dokładnie pasuje.
Opera jest o starym lekarzu imieniem Faust, który pod koniec życia stwierdza, że nie miało ono żadnego sensu, nie znalazł dowodu na istnie nie Boga i wzywa szatana, jeżeli on tylko istnieje, aby się zjawił i spełnił jego życzenie. Pojawia się Mefistofeles i w zamian za duszę Fausta oferuje mu młodość, swoją służbę i piękną Małgorzatę.
Szatanowi nie chodziło wcale o Fausta. Wierzył on, że Faust i tak będzie jego. Ale Małgorzata była dobrą, kochającą Boga dziewczyną i szatan chciał użyć Fausta do złamania jej życia i pozbawienia jej możliwości zbawienia.
Dziewczyna odtrąca najpierw Fausta, teraz już młodego, przystojnego chłopca, ale skuszona klejnotami, zostaje po pewnym czasie jego kochanką. Gdy zostaje matką nieślubnego dziecka, w akcie rozpaczy zabija je. W więzieniu odwiedza ją Faust, wprowadzony przez Mefistofelesa i namawia do ucieczki, ona jednak nie widzi go nawet, rozmawiając z Bogiem i błagając Go o miłosierdzie. Małgorzata umiera i Mefistofeles triumfalnie pragnie porwać jej duszę, ale chór aniołów ogłasza, że została zbawiona.
Oczywiście nie zamieściłem w tym skrócie wszystkich wątków opery. Jest jeszcze motyw jej brata, żołnierza, który chcąc pomścić hańbę siostry wyzywa Fausta, ale ginie w pojedynku. Jest też wspaniała aria Mefistofelesa na temat służenia mamonie, jest parę innych cudownych scen. Główne przesłanie tej opery jest jednak takie: Bez względu na to, jak bardzo namieszamy w naszym życiu, jak wiele złego wyrządzimy, ciągle możemy uzyskać zbawienie. Musimy tylko uznać, że jesteśmy grzesznikami i prosić naszego Zbawiciela o litość.
Mefistofeles popełnił błąd w swej ocenie, bo oceniał to, co Małgorzata zrobiła. Bóg jednak jest miłosierny. Nie waży na wadze dobrych i złych uczynków i która strona „cięższa”, ta zwycięża. Całe szczęście. Bóg szuka niemalże pretekstu, żeby nas zbawić. Nie znaczy to, że odbiera nam wolną wolę, gdy Go świadomie odrzucamy, będziemy mieli to, na co zasługujemy. Ale Małgorzata błagała o miłosierdzie i to Bogu wystarczyło.
Piękna opera, a sama sztuka Goethego, która zawiera więcej jeszcze wątków, mówi nam nawet, że i Faust został zbawiony. W operze umiera on tuż po Małgorzacie i Mefistofeles dostaje jego duszę. Przynajmniej tak było w tej, którą widziałem w Nashville. Polecam więc serdecznie wszystkim Fausta. Mnie tak ta opera zafascynowała, że nawet nie wiedziałem, kiedy te 3 godzinki minęły.
Dodatkową zaletą był fakt, że w operze w Nashville nad sceną jest mały ekran, gdzie cale libretto było tłumaczone na angielski. Opera ta bowiem, jak to jest w zwyczaju, była śpiewana w oryginalnym języku, czyli po francusku. Można więc było dokładnie śledzić akcję, nie odrywając oczu od sceny i nie szukając w programie, co teraz się dzieje na scenie. Bardzo dobry pomysł. Jak oglądanie obcojęzycznego filmu z napisami. A libretto tej opery jest chyba nawet piękniejsze od samej muzyki, bo mówi nam o Bożym Miłosierdziu.
Wiktoria wybrała „Fausta” Charlesa Gounoda, operę napisaną na podstawie sztuki Goethego pod tym samym tytułem. Ja, prawdę mówiąc, nie byłem zachwycony tym wyborem. Ona czytała Goethego, ja nie. Faust kojarzył mi się z jakimś diabłem, który dal komuś młodość w zamian za duszę. Coś tam słyszałem, że dzwoniło, ale nie wiedziałem, w którym kościele. Nawet kiedyś nie mogłem się pogodzić z faktem, że święta Faustyna ma takie „szatańskie” imię. Nie wiedziałem, czemu tak ją nazwano, a nie jakoś bardziej „po chrześcijańsku”.
Ponieważ jednak Wiktorii zależało na tej operze, zdecydowałem się jechać z nią i zobaczyć samemu, jak to z tym Faustem jest. Ewentualnie, pomyślałem, będzie temat do dyskusji po samym przedstawieniu. A czasu na dyskusję będziemy mieć wiele, bo opera była w Nashville. 700 kilometrów od naszego domu. Na szczęście w Nashville mieszkają nasi dobrzy znajomi, więc przynajmniej po samym spektaklu nie musieliśmy wracać, ale zostaliśmy u nich do następnego dnia.
Co do samej opery, to okazało się, że wszystkie moje wątpliwości wynikały tylko z mojego nieuctwa. „Faust” okazał się być nie tylko piękny muzycznie, co wiedziałem już wcześniej, ale samo libretto daje nam cudowne chrześcijańskie przesłanie. Co więcej, jest ono właśnie na temat Bożego Miłosierdzia. Nic dziwnego zatem, że żeńską formę imienia Faust dostała „sekretarka Bożego Miłosierdzia”. Teraz wszystko mi dokładnie pasuje.
Opera jest o starym lekarzu imieniem Faust, który pod koniec życia stwierdza, że nie miało ono żadnego sensu, nie znalazł dowodu na istnie nie Boga i wzywa szatana, jeżeli on tylko istnieje, aby się zjawił i spełnił jego życzenie. Pojawia się Mefistofeles i w zamian za duszę Fausta oferuje mu młodość, swoją służbę i piękną Małgorzatę.
Szatanowi nie chodziło wcale o Fausta. Wierzył on, że Faust i tak będzie jego. Ale Małgorzata była dobrą, kochającą Boga dziewczyną i szatan chciał użyć Fausta do złamania jej życia i pozbawienia jej możliwości zbawienia.
Dziewczyna odtrąca najpierw Fausta, teraz już młodego, przystojnego chłopca, ale skuszona klejnotami, zostaje po pewnym czasie jego kochanką. Gdy zostaje matką nieślubnego dziecka, w akcie rozpaczy zabija je. W więzieniu odwiedza ją Faust, wprowadzony przez Mefistofelesa i namawia do ucieczki, ona jednak nie widzi go nawet, rozmawiając z Bogiem i błagając Go o miłosierdzie. Małgorzata umiera i Mefistofeles triumfalnie pragnie porwać jej duszę, ale chór aniołów ogłasza, że została zbawiona.
Oczywiście nie zamieściłem w tym skrócie wszystkich wątków opery. Jest jeszcze motyw jej brata, żołnierza, który chcąc pomścić hańbę siostry wyzywa Fausta, ale ginie w pojedynku. Jest też wspaniała aria Mefistofelesa na temat służenia mamonie, jest parę innych cudownych scen. Główne przesłanie tej opery jest jednak takie: Bez względu na to, jak bardzo namieszamy w naszym życiu, jak wiele złego wyrządzimy, ciągle możemy uzyskać zbawienie. Musimy tylko uznać, że jesteśmy grzesznikami i prosić naszego Zbawiciela o litość.
Mefistofeles popełnił błąd w swej ocenie, bo oceniał to, co Małgorzata zrobiła. Bóg jednak jest miłosierny. Nie waży na wadze dobrych i złych uczynków i która strona „cięższa”, ta zwycięża. Całe szczęście. Bóg szuka niemalże pretekstu, żeby nas zbawić. Nie znaczy to, że odbiera nam wolną wolę, gdy Go świadomie odrzucamy, będziemy mieli to, na co zasługujemy. Ale Małgorzata błagała o miłosierdzie i to Bogu wystarczyło.
Piękna opera, a sama sztuka Goethego, która zawiera więcej jeszcze wątków, mówi nam nawet, że i Faust został zbawiony. W operze umiera on tuż po Małgorzacie i Mefistofeles dostaje jego duszę. Przynajmniej tak było w tej, którą widziałem w Nashville. Polecam więc serdecznie wszystkim Fausta. Mnie tak ta opera zafascynowała, że nawet nie wiedziałem, kiedy te 3 godzinki minęły.
Dodatkową zaletą był fakt, że w operze w Nashville nad sceną jest mały ekran, gdzie cale libretto było tłumaczone na angielski. Opera ta bowiem, jak to jest w zwyczaju, była śpiewana w oryginalnym języku, czyli po francusku. Można więc było dokładnie śledzić akcję, nie odrywając oczu od sceny i nie szukając w programie, co teraz się dzieje na scenie. Bardzo dobry pomysł. Jak oglądanie obcojęzycznego filmu z napisami. A libretto tej opery jest chyba nawet piękniejsze od samej muzyki, bo mówi nam o Bożym Miłosierdziu.
Subscribe to:
Posts (Atom)