Jedną z zasadniczych różnic między nauczaniem Kościoła Katolickiego a wieloma innymi kościołami chrześcijańskimi jest nauka o gwarancji zbawienia. Wiele z nich uważa i uczy tak swych wiernych, że gdy człowiek raz uwierzy, że Jezus jest Panem i naszym Zbawicielem, odda Mu swe życie, zostaje zbawiony i nie może już tego zbawienia utracić.
Marcin Luter miał wiele problemów i jednym z nich była trudność uwierzenia, że Bóg odpuścił mu wszystkie grzechy w sakramencie spowiedzi. Odchodząc od konfesjonału był gotowy zawrócić i zacząć spowiedź od początku. Cały czas zmagał się z tym, że jest grzesznikiem, niegodnym spotkania z Jezusem, czy to sakramentalnie, czy też, w przypadku śmierci, osobiście.
Ja go w pewnym sensie rozumiem, też mam zawsze wątpliwości czy zamknąłem drzwi i sprawdzam po kilka razy. Ale spowiedź to co innego, tu potrzebna jest nam nadzieja i zaufanie. Do drzwi natomiast potrzebujemy tylko dobrych zamków.
Luter wybrnął ze swego problemu wymyślając zupełnie nową ekonomię zbawienia. Nie polegającą na odmianie naszych serc, ale na „legalnej fikcji”. Co prawda, mówił, jesteśmy jak kupa gnoju, ale przyjmując Jezusa za swego Zbawiciela, okrywa on nas swą świętością jak śnieg i Ojciec patrząc na nas widzi tylko Syna, a nie nasze grzechy.
Kalwin posunął się jeszcze dalej twierdząc, że jak człowiek raz osiągnął zbawienie, może nawet wymordować swoją rodzinę, nie będzie to miało żadnego wpływu na miejsce w którym spędzi wieczność. Takim „standartowym” wersetem, na którym oni bazowali jest ten:
Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie. (Rz 10,9)
Są też inne, pozornie potwierdzające taką naukę, jak choćby ten fragment Listu do Hebrajczyków:
Mamy więc, bracia, pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa. (Hbr 10,19)
Nie można jednak bazować swej teologii na wersetach. Nasza nauka musi być zakorzeniona w całej Tradycji, całym depozycie wiary. Żaden poszczególny werset nie może być wyciągnięty z kontekstu, aby stać się podstawą jakiejś doktryny. Zwłaszcza w tak ważnej dziedzinie jak nasze zbawienie. Protestanci bardzo często właśnie tak podchodzą do Biblii: Albo ten werset, albo tamten. Albo mamy gwarancję, albo możemy ją utracić. Albo osiągamy zbawienie z wiary, albo przez uczynki. Katolicka interpretacja jest inna: I to i to. I przez wiarę i przez uczynki. I mamy gwarancję i możemy ją utracić.
Każdy z nas chciałby być pewien zbawienia. Nic w tym złego. Te wersety potwierdzają pozornie, że taką pewność możemy mieć. Jest jednak mały problem. Ani nie można takiej interpretacji pogodzić z innymi wersetami Biblii, ani też nawet sam Święty Paweł tej pewności nie miał:
Mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będąc osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał ludzki Co więcej, nawet sam siebie nie sądzę. Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią. (1 Kor 4,3-4)
Innym wersetem podawanym często jako dowód, że nie można utracić raz uzyskanego zbawienia są te słowa Świętego Pawła:
I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym. (Rz 8,38-39)
Nikt jednak nie zauważa, że wśród tych rzeczy wymienionych przez apostoła nie ma grzechu. Nic zewnętrznego więc nie pozbawi mnie odczuwania Bożej Miłości, ale nie znaczy to wcale, że ja sam nie mogę się od niej, przez mój grzech, odciąć.
Do napisania tych słów skłoniły mnie słowa Ewangelii z ostatniej niedzieli. Przypowieść o królu rozliczającym się ze swymi sługami. Jeden z nich był winien królowi olbrzymią sumę pieniędzy. Niemożliwą wprost to oddania przez prostego człowieka. Sprawiedliwy król chciał go wtrącić do więzienia, ale dłużnik zaczął błagać o litość. Król okazał się być także miłosiernym i darował mu i karę i dług. Niemniej jednak gdy doszło do niego, że ten, który otrzymał tak wiele, nie przebaczył swemu współsłudze drobnego długu, kazał go ponownie zatrzymać i przywrócił mu poprzednią karę.
Żeby nie było wątpliwości sam Jezus mówi, że Królestwo Niebieskie jest do tego podobne. Bóg jest miłosierny, ale Miłosierdzie Boże będzie udzielone tym, którzy także są miłosierni dla innych. Raz uzyskane zbawienie możemy utracić, gdy okażemy się takimi sługami, jak ten z przypowieści. Ani ten, ani wiele innych wersetów w Biblii nie pozostawiają co do tego żadnej wątpliwości.
Co więc z tą pewnością? Cóż, należy ją prawidłowo rozumieć. Jak ja zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby spełnić warunki, jakie dał mi Bóg, mam nadzieję, graniczącą z pewnością, że zbawienie osiągnę. Bóg nie jest kłamcą ani oszustem. Jego obietnicom możemy wierzyć. Pewność biblijna oznacza, że obietnice Boże są ważne przez wieki, do końca świata. W przeciwieństwie do planów emerytalnych, książeczek systematycznego oszczędzania, czy ubezpieczeń na samochody, które także obiecują cuda,, a często okazują się gruszkami na wierzbie, obietnicy Jezusa możemy zaufać. Nie jest to jednak żaden „kruczek prawny”. Nie można uważać, że jak powiemy jakąś tajemną formułkę, jak dokonamy jakiegoś rytuału, to związaliśmy ręce Bogu i teraz możemy grzeszyć do woli, a On nam musi dać zbawienie.
Przecież wybór i tak jest nasz. To my przyjmujemy, albo odrzucamy Boga. Ale nie słowami. Słowa niewiele znaczą. Sam Jezus ostrzega:
Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. (Mt 7, 21)
To swym życiem, swoją postawą i czynami pokazujemy, czy przyjęliśmy Jezusa za swego Pana i Zbawiciela. Czynami także pokazujemy, czy Go nie odtrąciliśmy. Deklaracje słowne, aczkolwiek na pewno ważne, nie są tu wcale decydujące.
Mówiąc o tym kto zostanie zbawiony nie sposób pominąć słowa Modlitwy Pańskiej. Każdy z nas, od dziecka, codziennie ją odmawia. Recytujemy ją uroczyście na każdej mszy. Kończymy ją słowem „Amen”, co oznacza „Niech się tak stanie”, „taka jest prawda”. To „amen” to słowa przysięgi. Nawet w potocznej mowie, gdy chcemy zapewnić o czymś ,używamy sformułowania „jak amen w pacierzu”. A sama modlitwa, znana nam jako „Ojcze nasz” ma siedem próśb do naszego Ojca w Niebie. Sześć zwykłych i jedną warunkową. Na dodatek ta warunkowa prośba jest w pewnym sensie dla nas najważniejsza, bo dotyczy całej naszej przyszłości.
Mówimy: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Czyli, inaczej mówiąc, prosimy Boga o odpuszczenie naszych win pod warunkiem, że my odpuścimy innym. Idąc dalej tym tokiem rozumowania można wysnuć wniosek, że prosimy: Boże, jak ja nie odpuszczę innym tego, co mnie uczynili, wybieram sam dla siebie piekło. Potępienie”. Myślicie, że za daleko się posunąłem? Zobaczmy więc jak sam Jezus komentuje tę modlitwę:
Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6,14-15)
Trudno o prostszą naukę. Nie ma tu żadnej filozofii. Nie ma żadnych warunków. Mamy przebaczać naszym bliźnim. Bóg i tak ich osądzi. Nasze przebaczenie nie oznacza wcale, że sprawiedliwości nie stanie się zadość. A że może i im Bóg wybaczy, gdy Go poproszą o wybaczenie? Cóż, mam nadzieję, że tak się stanie. Nie są oni wcale gorsi ode mnie, więc mam nadzieję, że każdy, który poprosi otrzyma tę łaskę. Sąd należy do Boga i do niego należy prawo Łaski. A ja mam wybaczać współsłudze, żebym nie został wrzucony do więzienia, aż nie oddam całego swego długu. Obawiam się, że spędziłbym tam całą wieczność.
Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)
Wednesday, September 14, 2005
Friday, September 09, 2005
Jeszcze o konwertytach i ich motywach.
Mówiąc o ludziach zmieniających swą przynależność do danego kościoła, można zauważyć jeszcze jedną, bardzo ciekawą prawidłowość. Wszystkie spotkane przeze mnie osoby, które zostały katolikami przechodząc z innych chrześcijańskich zgromadzeń, bez jednego wyjątku, bardzo ciepło wyrażają się o swych wcześniejszych doświadczeniach. Podkreślają, że umożliwiły im one poznanie Jezusa, nauczyły ich szacunku i miłości do Biblii, pozwoliły poznać wielu wspaniałych, życzliwych chrześcijan. Dla wielu z nich przejście na katolicyzm było wielkim wyrzeczeniem. Często stracili tych przyjaciół, gdyż zaczęto uważać ich za kogoś, kto wstąpił do organizacji uważanej za kult. Nie zmieniło to jednak ani ich decyzji, ani pewności, że ta decyzja była słuszna, ani też radości z faktu, że odkryli w Kościele Katolickim pełnię prawdy. Zwłaszcza przekonanie o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii jest dla nich skarbem, jakiego nie dadzą sobie już nigdy odebrać.
Zupełnie inne odczucia mają osoby opuszczające Kościół Katolicki. Bardzo wielu z nich nie tylko nie chce powiedzieć dobrego słowa na temat swych wcześniejszych doświadczeń, ale często wręcz uciekają się do oczywistych kłamstw. Posługując się nimi aktywnie zaczynają namawiać innych do opuszczenia Kościoła. Ja sam kilkakrotnie spotkałem się z pytaniem, dlaczego zabronione jest czytanie przez katolików Biblii, dlaczego oddajemy boską cześć zmarłym ludziom i obrazom itd., itp. Zawsze pytam wtedy, skąd takie wnioski? Przecież to nieprawda? Odpowiedzią jest zawsze to samo: „Członek naszej kongregacji, naszego kościoła, były katolik, nam to powiedział.” Czytałem nawet książkę będącą zbiorem świadectw księży, którzy opuścili Kościół i tam jeden po drugim oświadczali, że dopiero teraz, jak opuścili Kościół, poznali Biblię.
U nas zapewne wzbudza to uśmieszek politowania. Wiemy przecież, że kapłan, nawet jakby zapomniał swoje biblijne studia z seminarium, w trzyletnim cyklu czytań niemal całą Biblię usłyszy i przeczyta na codziennych mszach. Ale osoby, które swą znajomość o Kościele czerpią z takich wydawnictw i kłamliwych świadectw byłych katolików są często przekonane, że jest to prawda.
Marcus Grodi, prowadzący audycję „The Journey Home”, sam będący pastorem, zanim został katolikiem, niejednokrotnie podkreślał, że dla niego było szokiem, jak bardzo Biblia jest obecna na mszy. Nie tylko czytania i psalm, ale całe fragmenty liturgii są albo cytatami z Biblii. Także wiele wyobrażeń w niej użytych jest zapożyczonych z tekstów biblijnych. Nie mówiąc już o tym, że przez to, że ksiądz musi użyć tych czytań, jakie są na dany dzień przeznaczone, „przerobi” dokładnie całą Biblię. Wersety „wygodne” i „niewygodne”. Protestanci, zwłaszcza spośród tych niezależnych, bardzo często mają swe ulubione fragmenty Biblii, a inne nie są przez nich w ogóle dotykane. Ja, zanim miałem możliwość słuchania katolickiego radia w aucie, regularnie, przez kilka lat, słuchałem różnych rozgłośni „Evangelical Christians”. Nadal od czasu do czasu słucham swych byłych ulubionych pastorów. W sumie musiałem słyszeć kilkanaście tysięcy tych nauk, ale nigdy nie słyszałem ani jednej na temat rozdziału szóstego lub siedemnastego Ewangelii Jana, na temat Listu Św. Jakuba, czy też roli Najświętszej Maryi Panny opisanej czy to w 1. rozdziale Ewangelii Łukasza, czy epizodzie na weselu w Kanie Galilejskiej lub pod Krzyżem z Ewangelii Jana.
Uogólnienie to, jak każde, zapewne kogoś krzywdzi. Zawsze tak jest z uogólnieniami. Wiem, że niektóre z tradycyjnych protestanckich kościołów korzystają z rozkładu czytań Kościoła Katolickiego. Zwłaszcza kościoły Episkopalne, Anglikańskie. Niektóre z nich darzą dużym szacunkiem Matkę Jezusa. Ale spośród tych tysięcy odłamów chrześcijaństwa, naprawdę są to wyjątki.
Jaka jest tego przyczyna? Jaki możemy wyciągnąć wniosek z takiego zachowania się osób zmieniających swą przynależność? Moim zdaniem taki, że byli protestanci przechodzą na katolicyzm niemalże wbrew sobie. Często bronią się przed tym jak mogą, bo jest im dobrze w swym zborze. Jeżeli mamy do czynienia z pastorami, dochodzi dodatkowy problem utraty pracy i zmiany kariery zawodowej w wieku, w którym się naprawdę nie chce zaczynać wszystkiego od początku. Wszystko to jednak nie jest wystarczającą przyczyną, aby zrezygnować. Są to zazwyczaj ludzie bardzo uczciwi i oddani całkowicie Jezusowi. Odkrywszy raz, że Kościół Katolicki jest tym, który On założył, odkrywszy Jego prawdziwą obecność w Najświętszym sakramencie, muszą przejść na katolicyzm. Inaczej byliby hipokrytami, żyliby zakłamane życie. Na pewno jednak przejścia te nie są z błahych powodów i dla własnej wygody.
Osoby, które odbyły drogę przeciwną bardzo często, moim zdaniem, świadomie, lub nie, zaczynają oczerniać Kościół, żeby się usprawiedliwić i zagłuszyć głos sumienia. Gdzieś tam w głębi wiedzą, że opuścili prawdziwy Kościół Jezusa, choć nigdy się do tego nie przyznają. Gdy zaczną opowiadać na lewo i prawo, jaki to okropny kult, jak ma on niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, jakie pogańskie praktyki prowadzi, sami zaczynają wierzyć w te bzdury i uspokajają swe sumienie. Oczywiście dotyczy to takich osób, jak ci byli księża, o których wcześniej wspominałem. Zresztą czytając o autorach takich rewelacji odkryłem, że często są to osoby, które miały poważne problemy dyscyplinarne, problemy z dochowaniem ślubu czystości, czy z gospodarnym zarządzaniem majątkiem Kościoła.
Trochę inaczej jest z osobami, które zmieniły Kościół Katolicki na inny z powodów, powiedzmy, terytorialnych i nieznających za dobrze doktryn Kościoła i różnicy między Nim, a innymi denominacjami. Takie osoby jednak ani nie były tak naprawdę chrześcijanami przedtem, ani teraz nimi nie są. Dla nich uczestnictwo w nabożeństwie jest raczej tylko społeczno-kulturalnym wydarzeniem i sami nie potrafią powiedzieć, dlaczego miałoby być ważne, do jakiego kościoła się należy.
Zupełnie inne odczucia mają osoby opuszczające Kościół Katolicki. Bardzo wielu z nich nie tylko nie chce powiedzieć dobrego słowa na temat swych wcześniejszych doświadczeń, ale często wręcz uciekają się do oczywistych kłamstw. Posługując się nimi aktywnie zaczynają namawiać innych do opuszczenia Kościoła. Ja sam kilkakrotnie spotkałem się z pytaniem, dlaczego zabronione jest czytanie przez katolików Biblii, dlaczego oddajemy boską cześć zmarłym ludziom i obrazom itd., itp. Zawsze pytam wtedy, skąd takie wnioski? Przecież to nieprawda? Odpowiedzią jest zawsze to samo: „Członek naszej kongregacji, naszego kościoła, były katolik, nam to powiedział.” Czytałem nawet książkę będącą zbiorem świadectw księży, którzy opuścili Kościół i tam jeden po drugim oświadczali, że dopiero teraz, jak opuścili Kościół, poznali Biblię.
U nas zapewne wzbudza to uśmieszek politowania. Wiemy przecież, że kapłan, nawet jakby zapomniał swoje biblijne studia z seminarium, w trzyletnim cyklu czytań niemal całą Biblię usłyszy i przeczyta na codziennych mszach. Ale osoby, które swą znajomość o Kościele czerpią z takich wydawnictw i kłamliwych świadectw byłych katolików są często przekonane, że jest to prawda.
Marcus Grodi, prowadzący audycję „The Journey Home”, sam będący pastorem, zanim został katolikiem, niejednokrotnie podkreślał, że dla niego było szokiem, jak bardzo Biblia jest obecna na mszy. Nie tylko czytania i psalm, ale całe fragmenty liturgii są albo cytatami z Biblii. Także wiele wyobrażeń w niej użytych jest zapożyczonych z tekstów biblijnych. Nie mówiąc już o tym, że przez to, że ksiądz musi użyć tych czytań, jakie są na dany dzień przeznaczone, „przerobi” dokładnie całą Biblię. Wersety „wygodne” i „niewygodne”. Protestanci, zwłaszcza spośród tych niezależnych, bardzo często mają swe ulubione fragmenty Biblii, a inne nie są przez nich w ogóle dotykane. Ja, zanim miałem możliwość słuchania katolickiego radia w aucie, regularnie, przez kilka lat, słuchałem różnych rozgłośni „Evangelical Christians”. Nadal od czasu do czasu słucham swych byłych ulubionych pastorów. W sumie musiałem słyszeć kilkanaście tysięcy tych nauk, ale nigdy nie słyszałem ani jednej na temat rozdziału szóstego lub siedemnastego Ewangelii Jana, na temat Listu Św. Jakuba, czy też roli Najświętszej Maryi Panny opisanej czy to w 1. rozdziale Ewangelii Łukasza, czy epizodzie na weselu w Kanie Galilejskiej lub pod Krzyżem z Ewangelii Jana.
Uogólnienie to, jak każde, zapewne kogoś krzywdzi. Zawsze tak jest z uogólnieniami. Wiem, że niektóre z tradycyjnych protestanckich kościołów korzystają z rozkładu czytań Kościoła Katolickiego. Zwłaszcza kościoły Episkopalne, Anglikańskie. Niektóre z nich darzą dużym szacunkiem Matkę Jezusa. Ale spośród tych tysięcy odłamów chrześcijaństwa, naprawdę są to wyjątki.
Jaka jest tego przyczyna? Jaki możemy wyciągnąć wniosek z takiego zachowania się osób zmieniających swą przynależność? Moim zdaniem taki, że byli protestanci przechodzą na katolicyzm niemalże wbrew sobie. Często bronią się przed tym jak mogą, bo jest im dobrze w swym zborze. Jeżeli mamy do czynienia z pastorami, dochodzi dodatkowy problem utraty pracy i zmiany kariery zawodowej w wieku, w którym się naprawdę nie chce zaczynać wszystkiego od początku. Wszystko to jednak nie jest wystarczającą przyczyną, aby zrezygnować. Są to zazwyczaj ludzie bardzo uczciwi i oddani całkowicie Jezusowi. Odkrywszy raz, że Kościół Katolicki jest tym, który On założył, odkrywszy Jego prawdziwą obecność w Najświętszym sakramencie, muszą przejść na katolicyzm. Inaczej byliby hipokrytami, żyliby zakłamane życie. Na pewno jednak przejścia te nie są z błahych powodów i dla własnej wygody.
Osoby, które odbyły drogę przeciwną bardzo często, moim zdaniem, świadomie, lub nie, zaczynają oczerniać Kościół, żeby się usprawiedliwić i zagłuszyć głos sumienia. Gdzieś tam w głębi wiedzą, że opuścili prawdziwy Kościół Jezusa, choć nigdy się do tego nie przyznają. Gdy zaczną opowiadać na lewo i prawo, jaki to okropny kult, jak ma on niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, jakie pogańskie praktyki prowadzi, sami zaczynają wierzyć w te bzdury i uspokajają swe sumienie. Oczywiście dotyczy to takich osób, jak ci byli księża, o których wcześniej wspominałem. Zresztą czytając o autorach takich rewelacji odkryłem, że często są to osoby, które miały poważne problemy dyscyplinarne, problemy z dochowaniem ślubu czystości, czy z gospodarnym zarządzaniem majątkiem Kościoła.
Trochę inaczej jest z osobami, które zmieniły Kościół Katolicki na inny z powodów, powiedzmy, terytorialnych i nieznających za dobrze doktryn Kościoła i różnicy między Nim, a innymi denominacjami. Takie osoby jednak ani nie były tak naprawdę chrześcijanami przedtem, ani teraz nimi nie są. Dla nich uczestnictwo w nabożeństwie jest raczej tylko społeczno-kulturalnym wydarzeniem i sami nie potrafią powiedzieć, dlaczego miałoby być ważne, do jakiego kościoła się należy.
Wednesday, September 07, 2005
Dlaczego zaczęły się powroty do Kościoła Katolickiego?
W jednej kamienicy mieszkało kilka katolickich rodzin i jeden baptysta. Współpraca układała się im doskonale, nie mieli żadnych problemów, z wyjątkiem jednego: Piątkowego obiadu. Gdy katolicy musieli zadowolić się postnym jedzeniem, a co najwyżej jakąś rybką, baptysta ze smakiem zajadał się wspaniałymi stekami, których zapach rozchodził się na całą klatkę schodową. Postanowili więc z tym skończyć. Wysłali delegację do baptysty, i powiedzieli mu: -Musisz zastać katolikiem. -Nie ma problemu, odparł, powiedzcie tylko jak się to robi. –Och, nic prostszego, pójdziesz do księdza, ten cię pokropi wodą święconą i powie: „Byłeś baptystą, teraz jesteś katolikiem.”. Tak też się stało, ale następnego piątku znowu rozchodzi się zapach cebulki i smażonego steku na całą kamienicę. Znowu delegacja odwiedziła byłego już baptystę, mówiąc: -Bracie, teraz, jak jesteś katolikiem, nie możesz jeść w piątki steków. –To nie jest wcale stek, odpowiedział. -Pokropiłem mięso wodą święconą i powiedziałem: „Byłeś stekiem, teraz jesteś rybą”. :)
Oczywiście jest pewien powód, dlaczego opowiadam tu głupawe dowcipy. Chciałbym napisać o tym, czemu ludzie zmieniają swą przynależność do danego kościoła. W Polsce nie jest to jeszcze może zbyt duży problem, gdyż w praktyce Polacy są narodem jednowyznaniowym. Zdecydowana większość uważa się za katolików. Ale widząc na Internecie aktywność członków kościołów protestanckich i tych, znanych tu jako „Evangelical Christian”, baptystów i fundamentalistów nie trudno przewidzieć, że coraz więcej ludzi będzie opuszczało Kościół dla tych sekt.
W samych Stanach Zjednoczonych katolicy są największą grupą chrześcijan. Jest nas około 60 milionów. Tyle, ilu wszystkich protestantów. Tych należących do „tradycyjnych” kościołów poreformacyjnych. Luterańskiego, Kalwińskiego, Anglikańskiego itd. Natomiast „Evangelical Christians” jest około 80 milionów, należących do tysięcy różnych denominacji. To są chrześcijanie nieuważający się za żadnych protestantów. Uważają, że ich „duchowe korzenie” sięgają czasów Jezusa, choć nie bardzo potrafią to uzasadnić historycznie. Często podają przykłady różnych ruchów heretyckich, jako swych przodków, ale gdy sprawdzić, czy wierzą w to, w co wierzyli ci heretycy, okazuje się, że jedyna rzecz łącząca ich z nimi, to opozycja do Kościoła Powszechnego. Wielu z nich to byli katolicy. Ktoś nawet policzył, że gdyby uznać byłych katolików za osobną denominację, za osobną grupę, była by to druga największa grupa chrześcijan w Stanach Zjednoczonych.
W historii chrześcijaństwa, praktycznie od samej reformacji zapoczątkowanej przez Lutra, zjawisko zmiany swej przynależności było niemal zawsze jednokierunkowe. Zawsze ludzie, mniej lub bardziej masowo, opuszczali Kościół Katolicki. Powroty były zazwyczaj tylko sporadyczne. Na przykład z powodu zawarcie małżeństwa między katolikiem, a chrześcijaninem innego wyznania. Choć i w takich przypadkach najczęściej małżonkowie pozostawali przy swej wierze, lub czasem katolik opuszczał Kościół. Pomijam tu zjawisko znane jako „church hopping”, zmianę jednego nie-katolickiego kościoła na inny. Jest to tak normalne wśród protestantów i fundamentalistów, jak wśród nas odwiedzenie innego katolickiego kościoła. Szukają oni często bardziej interesujących kazań, albo jak znajdą niezgodność między ich interpretacją Biblii, a tym, co głosi pastor, szukają bardziej „biblijnego” kościoła.
Jedynym wyjątkiem, jaki ja znam, była połowa XIX w Anglii, „Oxford Movement”, gdzie można było zauważyć masowe powroty do Kościoła Katolickiego, na skutek przejścia na katolicyzm kardynała Johna Henry’ego Newmana. Była to jednak specyficzna sytuacja. Doktrynalnie nie ma wielkich różnic między tymi kościołami, a John Henry Newman był postacią bardzo znaną w Anglii i cieszącą się wielki autorytetem wśród swych anglikańskich braci. Gdy więc postanowił on zostać katolikiem, wielu zaczęło się przyglądać przyczynom takiego kroku.
Od tamtego czasu minęło jednak ponad sto i niewielu pamięta Johna Newmana. Jednak nagle jesteśmy tu, w Stanach, świadkami bardzo podobnego zjawiska: Masowe przejścia na łono Kościoła Katolickiego. W czasie, gdy prasa rozpisuje się o skandalach w Kościele, gdy wydawałoby się, że ucieczki z Kościoła powinny się nasilać, okazuje się, że mamy do czynienia ze zjawiskiem zupełnie odwrotnym.
Parę słów o samym skandalu i o pedofilii wśród księży. Otóż prawda jest taka, że żadnego skandalu pedofilii nie ma. Jest problem homoseksualizmu. Niemal wszystkie udowodnione i nieudowodnione przypadki skandalicznego zachowania się księży, to przypadki stosunków z młodymi mężczyznami. Nie dziećmi. Każdy grzech jest naganny i po kapłanach mamy prawo się spodziewać takiego zachowania, aby świecili na przykładem, ale przekręcaniem faktów i kłamstwami do niczego nie dojdziemy.
Prasa dlatego unika mówienia, że chodzi o problem homoseksualizmu, bo na co dzień udowadnia nam, że homoseksualizm żadnym problemem nie jest. Do tego okazuje się, że statystycznie problem ten wcale nie jest gorszy wśród kleru katolickiego, niż wśród innych grup społecznych. Takich jak nauczyciele, trenerzy młodzieżowi, harcmistrze, pastorzy innych kościołów i inni. Problemem jest to, że od Kościoła najłatwiej wygrać pieniądze w sądzie, więc Kościół stał się „chłopcem do bicia”.
Ludzie, którzy śledzą to bliska, zwłaszcza katolicy, wiedzą, jaka jest prawda. Ludzie widzą niezgodność tego, co pisze prasa z tym, co sami obserwują. W naszej parafii, liczącej ponad 6 tysięcy rodzin, a więc pewnie ponad 20 tysięcy osób, mamy dwóch księży. Zapracowanych, cudownych kapłanów. Bez przerwy słyszę o tym, co nasz proboszcz dobrego uczynił. Na przykład ostatnio koleżanka mojej żony z pracy opowiedziała jej, że jak przyszła poradzić się proboszcza w sprawie męża mającego problem z nałogowym hazardem, nie tylko uzyskała poradę, ale otrzymała czek na 3 tysiące dolarów na zapłacenie zaległych rachunków i kosztów leczenia męża. Nie mówiąc już o misjach naszej parafii na Jamajce i biednych regionach Appalachów. O takich sprawach prasa nie jest skłonna pisać, ale wierni widzą, jakim człowiekiem jest ich ksiądz.
Dlaczego więc odchodzą? Dlaczego ludzie zmieniają swą przynależność do danego kościoła? Każdy ma zapewne inną przyczynę, ale pewne uogólnienia można zrobić. Najpierw przypatrzmy się tym, którzy opuszczają Kościół Katolicki. Przede wszystkim, jestem tego pewien, przyczyną jest nieznajomość naszej wiary. Nikt, kto wie i wierzy, że w Eucharystii przyjmujemy Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo samego Jezusa, nie opuści Kościoła. Problem polega na tym, że podobno tylko 1/3 katolików w to naprawdę wierzy.
Nauczanie Kościoła jest trudne i wymagające. Przyjęcie go, gdy się go nie rozumie, jest niemalże niemożliwe. Większość katolików buntuje się i odrzuca naukę o zakazie stosowania środków antykoncepcyjnych. W kraju, gdzie jest tak wiele rozwodów i ponownych małżeństw, także wśród katolików, wielu z nich buntuje się przed tym, że nie mają prawa przystępować w pełni do Stołu Pańskiego i przyjmować Jezusa. Część ludzi po prostu uważa Kościół Katolicki za jedną z wielu denominacji i jak przeprowadzą się w regiony, gdzie katolików jest niewielu, a do kościoła daleko, zaczynają odwiedzać najbliższy zbór.
Są osoby, które szukają czegoś więcej, niż uczestnictwa w nabożeństwie, Więcej nie teologicznie, bo nigdzie więcej nie otrzymamy, niż na mszy. Więcej socjalnie. Ludziom brakuje kontaktu z innymi, podobnie myślącymi. Brakuje spokojnego spotkania, porozmawiania. Nabożeństwo w kościele baptystów trwa dłużej, kazanie jest bardzo często zdecydowanie lepsze, pieśni bardziej porywające za serce i ludzie życzliwsi. Sam kościółek mniejszy, więc łatwiej się poznać i zaprzyjaźnić z innymi wiernymi.
Kościoły katolickie stają się coraz większe. Ludzie nie czekając nawet na ostatnie błogosławieństwo lecą na parking, żeby wyjechać, zanim się zakorkuje wyjazd. Nikt nie myśli o odnalezieniu człowieka, poszukującego pocieszenia, przyjaźni, uśmiechu. Ja to zresztą zrobić, gdy na mszy jest parę tysięcy osób?
Inną przyczyną opuszczania Kościoła jest aktywna praca ewangelizacyjna innych chrześcijan. Wielu z nich uważa Kościół Katolicki za sektę, a wszystkich jego członków za zmierzających prosto do piekła. Uważają więc za swój obowiązek uratować nas od niechybnej zguby. Z kilku powodów, a jednym z nich było świadectwo papieża Jana Pawła II, osób tak uważających jest coraz mniej, ale ciągle są to miliony. Gdy taki „gorący” chrześcijanin spotka katolika słabo znającego wiarę, bardzo łatwo może namówić go na opuszczenie Kościoła. Dużo prościej mu idzie „nawracanie” katolików, niż ludzi niewierzących i nie uznających Jezusa za Boga. Dlatego to katolicy są ich ciągłym celem, a ich kościoły często składają się głownie z byłych katolików.
Czy jest jakieś rozwiązanie tego problemu? Oczywiście. W naszej parafii mamy bardzo wiele grup sąsiedzkich, gdzie można zaspokoić swój głód kontaktu z ludźmi podobnie myślącymi. Mamy ponad setkę różnego rodzaju „apostolatów”, zajmujących się nauką, pomocą, zabawą a nawet gimnastyką i troską o nasze cielesne powłoki. Każdy coś dla siebie znajdzie.
Jakie jednak mogą być motywy przejścia kogoś na katolicyzm? Co może spowodować, że taki baptysta, „Evangelical Christian”, fundamentalista zostanie katolikiem? Jest to tak niezrozumiałe, że wielu z nich po prostu nie wierzy, że takie sytuacje się w ogóle zdarzają. Tymczasem nie tylko się zdarzają, ale stały się już masowym zjawiskiem.
Jest to tym bardziej dziwne, że w przeciwieństwie do procesu odchodzenia od Kościoła powroty są dużo trudniejsze. Może nie dla katolika, bo temu wystarczy spowiedź, ale dla kogoś, kto nigdy katolikiem nie był, to proces trwający kilka miesięcy. Co więcej, oprócz tego traci on trochę ze swego prestiżu. Katolicy nadal są uważani w pewnym sensie za obywateli drugiej kategorii. Nikt więc nie zostanie katolikiem, żeby podnieść się w rankingu społecznej drabiny na wyższy szczebel. Nie mówiąc już o tym, że jedyna grupa społeczna, z której można bezkarnie kpić, wyśmiewać i szydzić, to katolicy.
Nikomu by nawet nie przyszło do głowy robić filmy okpiwające Żydów, Murzynów, nawet Mahometan. Gdy jakaś firma przypadkiem zrobi logo przypominające literę z Koranu, podnosi się taki protest, że musi to natychmiast zmienić. Gdy sprawozdawca sportowy w telewizji powie, że Murzyni są tak sprawni fizycznie, bo kiedyś właściciele niewolników specjalnie dobierali pary małżeńskie, aby wyhodować najsprawniejszych robotników (co jest historycznym faktem), traci pracę. Przykłady można mnożyć. Ale jak powstanie film okpiwający chrześcijaństwo, a zwłaszcza katolicyzm, gdy ktoś napisze książkę, jak choćby ostatnio „Kod da Vinci” niemającą nic wspólnego z historyczną prawdą, a promowaną we wszystkich stacjach telewizyjnych jako najprawdziwsza rzeczywistość, to nikomu w tym anglosaskim kraju to nie przeszkadza.
Czemu więc te nawrócenia? Skąd to się wzięło? Jeżeli bym się miał pokusić o jakąś analizę tego zjawiska, mógłbym podać tych kilka przyczyn:
Przede wszystkim organizacja znana pod nazwą „Catholic Answers”. Założona przez Karla Keatinga, byłego protestanta, autora doskonałej książki „Catholicism and Fundamentalism” i wielu innych. Organizacja ta działająca od ponad 20 lat, od ponad pięciu ma codzienną audycję radiową tłumaczącą wiarę katolicką. Wielu konwertytów ostatnich lat nie ukrywa, że to właśnie kontakt z tą organizacją spowodował, że zdecydowali się oni na przejście na katolicyzm.
Inną znaczącą postacią w tym zjawisku jest Scott Hahn. U góry tej stronki są linki do wywiadu z nim i dwóch rozdziałów jego książki, opisującej jego zmagania i drogę do Kościoła Katolickiego. Scott był wschodzącą gwiazdą wśród teologów protestanckich. Mimo młodego wieku miał propozycję zostania dziekanem w seminarium kształcącym pastorów. Otwierała się przed nim błyskotliwa kariera. Zrezygnował z niej jednak, aby pozostać w zgodzie ze swym sumieniem. Odkrywszy w swych intensywnych studiach, że to jednak Kościół Katolicki jest tym, który założył Jezus, musiał zrezygnować z kariery, pracy, pozbawić się środków do życia i zostać katolikiem. katolikiem jego sytuacji było to o tyle dodatkowo trudne, że jego żona, także z ukończonymi studiami teologicznymi i córka pastora, nie chciała wtedy nawet słyszeć o tym, żeby zostać katoliczką. Jak to się skończyło, możecie się dowiedzieć z wywiadu z Hahnem.
Taśma z nagranym świadectwem Hahna została wydana w milionach egzemplarzy i krążą one do dziś po Stanach. Słuchając świadectw innych konwertytów, jego nazwisko powtarza się w niemal każdym z nich, tak wielki jest wpływ tej niezwykłej osoby na opisywane przeze mnie zjawisko.
Kolejną postacią jest Marcus Grodi. Kolega Scotta Hahna z seminarium, sam także pastor, pod jego wpływem zaczął studiować katolicyzm i sam został katolikiem. Założył też organizację „Coming Home Network” pomagającą pastorom w trudnym procesie zaczynania nowego życia jako katolicy. Prowadzi też on bardzo popularną audycję radiową „The Journey Home”, gdzie co tydzień spotyka się z kimś, kto przeszedł na katolicyzm, słucha jego świadectwa i następnie odpowiadają na pytania osób dzwoniących do studia.
Takich osób jest znacznie więcej: Tim Staples, Steven Ray, Thomas Howard, Peter Kreeft i wielu, wielu innych. Najwspanialsi katolicy w Stanach to byli protestanci. Być może dlatego, że tak trudną drogę przeszli. Ale jest też wielu katolików, którzy odgrywają w tym zjawisku rolę. Przede wszystkim ojciec Mitch (Mieczysław) Pacwa, syn polskiego emigranta, kierowcy i handlarza używanymi samochodami. Wychowany w Chicago, w raczej ubogiej rodzinie, został jednym z najlepiej wykształconych Jezuitów amerykańskich. A na pewno najbardziej znanym i widocznym. Zna kilka języków, łącznie z aramejskim, hebrajskim, arabskim, starożytną greką i łaciną. Zna też doskonale Biblię i zawsze wyjaśnia jej znaczenie z oryginalnych tekstów. Prowadzi wiele audycji w katolickim radiu EWTN. W Polsce jest wydana co najmniej jedna książka jego autorstwa: „Katolicy wobec New Age”.
Żeby jednak wszystkie te osoby mogły dotrzeć do nas, potrzebny jest środek przekazu. Tym została stacja telewizyjna matki Angeliki. O niej samej napiszę ponownie niedługo, gdyż jutro ukazuje się jej biografia, którą z przyjemnością przeczytam. Dziś tylko powiem, że 24 lata temu założyła ona w garażu swego konwentu studio telewizyjne, które nadawało kilka godzin dziennie katolickie audycje za pośrednictwem kilku lokalnych kablowych sieci. Dziś jej imperium dociera do ponad stu milionów ludzi na całym świecie, w języku angielskim i hiszpańskim, w programach radiowych i telewizyjnych. A są to programy doskonałe, wspaniale tłumaczące naszą wiarę. Dzięki nim nie tylko tysiące chrześcijan przychodzi do kościoła przyjąć pełnię wiary, ale także wielu katolików poznaje swą wiarę lepiej, co powoduje, że przestają oni od Kościoła odchodzić.
Sługa Boży arcybiskup Fulton Sheen, żyjący w Stanach w połowie XX wieku, powiedział kiedyś, że w Ameryce nie ma nawet stu osób, które by nienawidziły Kościół Katolicki. Są natomiast miliony nienawidzące to, co mylnie uważają za Kościół Katolicki. Dzięki medialnemu imperium matki Angeliki, dzięki takim osobom jak Hahn, Keating i inni, coraz mniej osób ma mylne pojęcie o naszym Kościele. Coraz więcej osób widzi bezsens rozbicia chrześcijaństwa. I co najważniejsze, wszystkie te powroty do Kościoła są zawsze głęboko przemyślane. Nikt nie zostaje katolikiem z niskich pobudek. To są bardzo wartościowe, głębokie decyzje. I mam wrażenie, że to dopiero początek. Jestem przekonany, że będziemy świadkami nasilania się tego zjawiska, w miarę, jak więcej ludzi będzie poznawało prawdę o Kościele Katolickim.
Jeżeli ktoś zna angielski, może słuchać radia EWTN na żywo. Może też korzystać z tysięcy zarchiwizowanych audycji. Linki do archiwum EWTN i do archiwum audycji organizacji Karla Keatinga są u góry strony www.polon.us. Aby odnaleźć audycję Marcusa Grodi wystarczy wpisać jego nazwisko, albo tytuł „The Journey Home” do wyszukiwarki. Na stronie Catholic Answers najciekawsze są wtorkowe i czwartkowe audycje typu „otwarty mikrofon”, gdzie sami słuchacze decydują na jaki temat pytać. Polecam i zapraszam. Naprawdę warto.
Tuesday, September 06, 2005
A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! (Mt 18,17b)
Ewangelia z ostatniej niedzieli:
Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy [przeciw tobie], idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Mt 18,15-20)
Dziś będzie o Kościele. O tym Jednym, Świętym, Powszechnym i Apostolskim i o tych tysiącach sekt i denominacji, jakie powstały od czasu Reformacji w XVI wieku. Ewangelia z ostatniej niedzieli mówi nam o Kościele, ale mówi także o tym, że Jezus jest obecny zawsze wśród nas. Te słowa Jezusa wielu chrześcijan wykorzystuje jako pretekst, zgodę na utworzenie nowej denominacji. Mówią: „Widzisz? Sam Jezus powiedział: „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.”. Czyli jak się zbierzemy w parę osób, założymy zbór, zaczniemy nowy kościół, taki naprawdę biblijny, bez korupcji, grzechu, błędów i wypaczeń, to On będzie wśród nas.”
Szkoda tylko, że cytując ten werset, który akurat nic z zakładaniem Kościołem nie ma wspólnego, nie zauważają tego, który jest zaraz obok i właśnie o Kościele mówi. A mówi dziwną rzecz:
Gdy brat twój zgrzeszy [przeciw tobie], idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!
Jaki sens ma ten werset, gdy mamy ponad 30 tysięcy denominacji? I na dodatek żadna z nich nie uznaje autorytetu innej? Jakiemu Kościołowi mamy donieść? Baptystom? Prezbiterianom? Ewangelikom? Kalwinom? Kościołowi Luterańskiemu? Episkopalnemu? Anglikańskiemu? Niezależnemu kościołowi wolnych chrześcijan? W moim mieście tylko jest ponad 800 kościołów. Ponad setka różnych denominacji. Bo przecież i Baptystów i Prezbiterian i wszystkich innych są dziesiątki, setki odłamów. Jak się nie podoba pastor, jak się nie podoba nauczanie, cóż stoi na przeszkodzie założyć nową denominację? „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.”
Kościół od samego początku był pomyślany jako coś, co jest nie tylko niewidzialnym zbiorem owieczek, zjednoczonych podobną wiarą. Gromadą duszyczek kochających Jezusa. Z Biblii wyraźnie widać obraz organizacyjnego, instytucyjnego Kościoła. Kościoła, który przede wszystkim głosi Słowo Boże, ale także karze swe błądzące owieczki, nie zaniedbuje wdów i rozstrzyga spory doktrynalne. Ale to jest możliwe tylko wtedy, jak mamy Jeden Kościół. Inaczej musi się stać to, co się właśnie stało. Tysiące różnych sekt. I choć każda z nich, (mam nadzieję), pragnie tylko odnalezienia prawdy, to jednak fakty są takie, że pełnię prawdy ma jeden Kościół, a pozostałe 37999 denominacji błądzi. I choć wiem, że choć niemal wszyscy członkowie każdej z tych tysięcy sekt są przekonani, że to właśnie ich pastor, ich kościół i ich interpretacja jest prawdziwa, to jednak trudno nie zauważyć, że jest to po prostu niemożliwe.
Jezus powiedział: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. To niezwykłe słowa. Sam Bóg uzależnił się od decyzji omylnego człowieka. Jak mógł On postąpić tak nierozważnie? Widocznie mógł, skoro postąpił. Widocznie wie, że Kościół nie zbłądzi i nie zacznie głosić herezji. Widocznie opiekuje się swym Kościołem do dzisiaj. Ale obietnica ta była skierowana nie do każdego człowieka, ale do Apostołów. Nawet więcej, przede wszystkim do Piotra, który otrzymał klucze. Symbol urzędu i władzy w Królestwie. Wiemy to z wcześniejszych słów Jezusa, wypowiedzianych konkretnie do Piotra w Cezarei Filipowej:
Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16, 18-19)
Jak więc to jest? Kto może „związywać i rozwiązywać”? Tylko ten, co ma klucze, czy wszyscy uczniowie? Odpowiedź brzmi „I tak i tak”. I Piotr i wszyscy uczniowie. Ale nie którykolwiek z uczni. Wszyscy następcy apostołów, jako ciało, jako grupa, jako „Magisterium”, Urząd Nauczycielski Kościoła mają dar nieomylnych decyzji w Kościele. Nie mają go indywidualni biskupi. Indywidualnie dar taki ma tylko ten, kto trzyma w swym ręku klucze. Namiestnik Chrystusowy i następca Piotra. Jest to nauka jak najbardziej zgodna z Biblią i zawsze Kościół ją tak rozumiał.
A co z tymi spoza Kościoła Katolickiego? Niezależnymi pastorami? Cóż, co z nimi to widzimy po owocach. Tysiące sekt, uczących czasem takich rzeczy, że włos staje na głowie. Są co prawda kościoły bardzo bliskie Katolickiemu w swym nauczaniu. Ale jeżeli nie ma między nami różnic doktrynalnych, to czemu jesteśmy osobno? Komu służy skandal rozbicia chrześcijaństwa? Jedyna osoba, jaka na tym korzysta, to krętacz, książę ciemności. Czy w ich Biblii nie ma tych słów Jezusa:
Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. (J 17, 20-23)
A jeżeli mają takie słowa, to co robią, aby skandal rozbicia i podziału chrześcijaństwa się zakończył?
Powiecie mi: Dobrze, to bardzo ładna teoria, ale popatrz na praktykę. Jakie skandale w tym Kościele, ile zła. Może teoretycznie uczy On tego wszystkiego, może Jan Paweł II był chodzącym świętym, może tacy ludzie jak matka Teresa z Kalkuty czy Padre Pio są współczesnymi świętymi, ale co z resztą? Odpowiem na to, że z resztą wcale nie jest tak źle. Są miliony świętych katolików. Że nie wszyscy? Zapewne. Ale w którym zborze są sami święci? A czy spośród wybranych uczni przez samego Jezusa byli sami święci? O ile sobie przypominam, to raczej wprost przeciwnie. Biblia nam pozostawia dość nieszczególny obraz apostołów. Nie oceniajmy więc Jezusa po Judaszu. Sam Jezus zresztą mówiąc o swym Królestwie, którym tu, na ziemi jest Jego Kościół, mówi:
Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 13,47-50)
Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy [ich], pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,2-14)
Inną przypowieść im przedłożył: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza. (Mt 13, 24-30)
Nie martwmy się więc, że Kościół nie może być tym, który Jezus powołał, bo w nim pełno grzeszników. Jakby w Kościele nie było grzeszników, ja pierwszy bym wyleciał. Jezus w swych przepowiedniach wyraźnie uczy, że grzesznicy zawsze będą. Kościół na ziemi jest po to, żeby z nas dopiero zrobić świętych. Dlatego mamy sakramenty, spowiedź, nieomylne nauczanie, przekazywanie depozytu wiary. Starajmy się własnym życiem i pomocą innym sprawić, żeby tych grzeszników było jak najmniej, ale fakt, że oni są, że nimi jesteśmy, wcale nie świadczy o tym, że Kościół Jezusa jest zły, skorumpowany i czas założyć nowy, lepszy i bez grzeszników. Kolejny, z numerkiem 38 001. O naiwności ludzka! Ten też rozpadnie się za rok, za dzień, za chwilę, bo komuś się coś znowu nie będzie podobało. A Jezus dalej będzie się modlił, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.
Friday, September 02, 2005
Kim jest Jezus?
„My, chrześcijanie, wierzymy, że Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Kościół nas uczy, że jest On Boską Osobą mającą dwie natury: Ludzką i Boską. Jednak wiele osób, nawet nie negując faktu, że Jezus jest postacią historyczną i żył naprawdę w Palestynie przed dwoma tysiącami lat, nie zgadza się z takim stwierdzeniem. Celem tego tekstu jest wykazanie, że tylko interpretacja Kościoła jest możliwa do zaakceptowania. Każda inna jest nielogiczna i wewnętrznie sprzeczna.”
W całej historii ludzkości tylko dwie osoby wywoływały pytanie: „Kim on tak naprawdę jest?” w takim stopniu. Byli to Budda i Jezus. Wszyscy się zgadzają się, że byli to ludzie żyjący w pewnym okresie historycznym, prawdziwe historyczne postaci. Ten fakt jest raczej dobrze udokumentowany i jeżeli nie negujemy faktu, że Aleksander Wielki, czy Juliusz Cezar są prawdziwymi osobami, nie możemy negować istnienia Buddy, czy Jezusa.
Ale w przypadku tych osób, założycieli dwóch spośród głównych religii, ich wyznawcy uważali i nadal uważają ich za coś więcej niż wielkich myślicieli, filozofów, nauczycieli. Wielu z nich uważa ich za Bogów. Mamy jednak jedną zasadniczą różnicę: Budda sam wyraźnie powiedział, że jest tylko człowiekiem, nie Bogiem. Jezus wielokrotnie ukazywał swym uczniom fakt, że Nim jest.
Warto zauważyć, że zarówno buddyści, jak i chrześcijanie wierzą, że ich nauczyciele byli prawdomówni. Ciekawe więc jak ci buddyści, którzy Buddę uważają za Boga są w stanie pogodzić fakt, że on sam wyraźnie mówił, że Bogiem nie jest? Ale my, jako chrześcijanie, nie mamy takiej sprzeczności. Przypatrzmy się kilku wybranym wersetom, wskazującym na Jego Bóstwo:
Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J10,30)
Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? (J 14,9)
Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. (J 8,58)
Skoro więc rzekł do nich: Ja jestem, cofnęli się i upadli na ziemię. (J 18,6)
Te dwa ostatnie wersety wymagają może wyjaśnienia. „Ja Jestem”, „JHWH” w hebrajskim zapisie Biblii, to imię jakie Bóg objawił Mojżeszowi, gdy ukazał mu się w płonącym krzaku. Słowa z ósmego rozdziału Ewangelii Jana wyraźnie wskazują, że Jezus podaje tu Imię Boga za swoje. Tak też to zrozumieli słuchający Go Żydzi i natychmiast chcieli Go ukamienować. Cytat z rozdziału 18., to scena z Ogrodu Oliwnego, gdzie uzbrojona banda przyszła pochwycić Jezusa. Na sam dźwięk słów „ Ja Jestem” padli na ziemię. Biblia nie mówi nam, czy to z szacunku, czy z powodu mocy tego Imienia. Pewno to drugie, bo szacunku dla Jezusa oni nie mieli żadnego. Tak czy inaczej jednak opis tej sceny wskazuje wyraźnie, że nie możemy odczytać słów Jezusa „Ja Jestem” jako tylko zwykłą odpowiedź na stwierdzenie, że Go szukają.
Ważna jest też reakcja Jezusa na stwierdzenia innych. Nigdy nie zaprzeczył On, gdy Jego uczniowie nazywali Go Bogiem. Wystarczy przypomnieć słowa Natanaela, czy Piotra w Cezarei Filipowej, czy Tomasza ze sceny spotkania z Jezusem po zmartwychwstaniu:
Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! (J 1,49)
Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. (Mt 16,16)
Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! (Jn 20,28)
Jezus nauczał, że to On jest naszym zbawieniem. Powiedział:
Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,6b)
Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. (J 11,25b)
Budda przeciwnie, nauczał, żeby nie patrzeć na niego, ale na jego “dharma”, nauczanie. Jezus mówił: „Ja jestem światłością świata”, Budda: „Sami macie w sobie światło poznania”.
Budda, Konfucjusz, Mahomet nie czynili cudów, nie uzdrawiali, nie przywracali umarłych do życia. Jezus tak, z największym ze znaków, własnym Zmartwychwstaniem. Do tego Jezus odpuszczał grzechy i zmieniał imiona ludzi. Każdy współczesny mu Żyd wiedział, że tylko Bóg może to uczynić. O ile więc widzimy jasno, że Budda jest założycielem nie tyle religii, co jakiejś filozoficznej drogi życia, opartej na przemyśleniach wielkiego myśliciela, to z Jezusem jest zupełnie inna sprawa. Albo jest On Bogiem, albo…
Każdy, kto czyta Ewangelie zgadza się, że Jezus był dobrym, mądrym człowiekiem i Jego nauczanie odznaczało się niezwykłą głębią. Zgadzają się z tym nawet niewierzący i wyznawcy innych religii. Mahometanie uważają Go za Proroka, a Gandhi uważał Go za największego moralistę w historii ludzkości. Wynika z tego, że był On człowiekiem godnym zaufania.
Ale jak był On rzeczywiście takim człowiekiem, to szczególnie powinniśmy mu zaufać, gdy mówił o sobie. Nikt przecież nie wiedział lepiej od Niego, kim On jest. Jedynie osoby z zaburzeniami psychicznymi myślą o sobie, że są kimś, kim nie są w rzeczywistości. W pewnym sensie właśnie taki fakt pokazuje nam, jak bardzo „normalny” jest człowiek: Im bardziej jego opinia o nim samym jest niezwykła, tym mniej „normalny” się nam on wydaje.
Gdybym ja napisał tutaj, że jestem najlepszym kierowcą ciężarówki na świecie, nikt by mnie nie uważał za wariata. Najwyżej za kogoś, kto ma wygórowane mniemanie o sobie i problemy z cechą skromności. Gdybym powiedział, że jestem najlepszym pisarzem, to już wielu by się postukało po głowie. Jakbym oświadczył, że jestem Napoleonem, byłby to niemalże dowód na moją psychiczną chorobę. No, a gdybym powiedział, że jestem Bogiem, zaraz bym został zapakowany w kaftan bezpieczeństwa. Czemu więc apostołowie uwierzyli Jezusowi? A za nimi ponad miliard katolików i setki milionów chrześcijan innych denominacji? Właśnie dlatego, że historyczny Jezus był godnym naszego zaufania.
Podobnie zjawisko zresztą wystąpiło w przypadku Buddy. Jego oświadczenie, że wszystko jest złudzeniem, że nasze wszystkie myśli nas zwodzą, że jedyne, co złudzeniem nie jest, i co jest realne, (z wyjątkiem pustki i nicości) jest nienazywalne i nieopisywalne, także jest dość ekstremalną nauką i trudną do przyjęcia. Fakt, że została ona mimo to przyjęta przez wiele osób za prawdziwą, wynika właśnie z tego, że Budda był człowiekiem świętym i godnym zaufania.
W baśni CS Lewisa „The Lion, the Witch and the Wardrobe” (Nawiasem mówiąc wspaniała książka, napisana podczas wojny dla dzieci wysiedlonych z Londynu na wieś, aby uniknęły niebezpieczeństw. Polecam także dorosłym. Zapewne jest też wydana po polsku) Lucy odkryła w szafie przejście do krainy Narnia. Gdy opowiedziała o tym rodzeństwu, nie uwierzyli jej. Peter, starszy brat Lucy opowiedział o tym staremu, mądremu profesorowi. Ten zapytał Petera, czy Lucy jest kłamczuchą. Brat odpowiedział, że na pewno nie. Może to zagwarantować, bo zna ją bardzo dobrze. -Czy zatem jest ona wariatką? Ma zaburzenia psychiczne? –Nie, na pewno nie, odpowiedział Peter. –A więc zostaje tylko jedna możliwość, odpowiedział profesor. Lucy musi mówić prawdę.
Ponieważ Peter znał Lucy lepiej, niż otaczający go wszechświat, wydawało się rozsądnjejsze w jego sytuacji uwierzyć Lucy i zmienić swe wyobrażenie o wszechświecie, niż odwrotnie. Ponieważ my wiemy o Jezusie i Jego prawdomówności więcej niż o tym, co może, a czego nie może zrobić Bóg, wydaje się także rozsądniejsze uwierzenie Jezusowi i zmienienie naszych wyobrażeń o tym, co Bóg może uczynić, niż odwrotnie.
Jeżeli jednak odrzucimy możliwość, że Jezus jest Bogiem, jaka nam zostaje alternatywa? Wtedy musielibyśmy przyjąć, że Ewangelie kłamią. Że tradycyjne chrześcijaństwo jest mitem, bajką, może zmyśloną historią. Ale wtedy nasuwają się pytania, na które naprawdę nie ma żadnych logicznych odpowiedzi. Oto siedem z nich:
1. Jeżeli Ewangelie kłamią, to kto je zmyślił i w jakim celu? Apostołowie? A co uzyskali dzięki temu? Męczeńską śmierć? Raczej mało atrakcyjna nagroda za kłamstwo. Kłamcy zawsze kierują się motywami przynoszącymi im jakieś korzyści. Apostołowie, patrząc po ludzku, nie odnieśli żadnych za to, że poszli za Jezusem.
2. Czemu tysiące pierwszych chrześcijan umierało za wiarę, jeżeli wiedzieli, że to kłamstwo? Wrogowie chrześcijaństwa, aby je zniszczyć w zarodku, potrzebowali zeznań tylko jednego, lub kilku świadków, którzy potwierdziliby, że to oszustwo. Serce kłamcy, jak zauważył Pascal, jest zmienne. Nie byłoby to takie trudne. Tymczasem tysiące osób były torturowanych, rzucanych lwom na pożarcie, krzyżowanych i mordowanych na inne sposoby i nic. Ani horror, ani strach, ani przekupstwo nie mogło spowodować, że ludzie ci odeszliby od Jezusa. Dlaczego? Bo wiedzieli, że to, co Jezus głosił i czego nauczał jest Prawdą.
3. Mówiąc o lwach… Co powodowało, że ludzie ci szli na śmierć szczęśliwi, ze śpiewem i radością w oczach? Co spowodowało, że taka postawa zarażała innych, powodowała zazdrość i zmieniła świat? To święci, nie teologowie nawracają świat. Ale święci nie są kłamcami, ani kłamcy nie zostają świętymi.
4. Jeżeli byłoby to nie tyle świadome kłamstwo, co wynik halucynacji, czy mit przypadkiem wzięty za prawdę, to musimy zapytać: Kto tej halucynacji uległ? Kto uwierzył w ten mit? Żydzi? Hmmm. Transcedentalny Bóg przez stulecia uczy Naród Wybrany, żeby nie mylić Go z pogańskimi wyobrażeniami bożków będących materialnymi rzeczami, stworzeniami zaledwie. I ten Wybrany Naród, który także oddawał życie za swego transcedentalnego Boga, o czy możemy przeczytać choćby w Księdze Machabejskiej, nagle ulega złudzeniu, halucynacji i zaczyna mylić jednego ze swych współbraci z Bogiem?
5. A jeżeli to nie Żydzi, ale poganie wymyślili ten mit, to jak on się znalazł w Nowym Testamencie? Spośród 27 Ksiąg NT, 25 napisali Żydzi.
6. Jeżeli fakt Bóstwa Jezusa miałby być tylko mitem, to ktokolwiek go zaczął, nie mógł uczynić tego za życia tych, co znali Jezusa. Naoczni świadkowie Jego życia i nauczania natychmiast by to oprotestowali. Tymczasem świadectwa wiary w Bóstwo Jezusa sięgają czasów najwcześniejszych, pierwszego wieku. Wynika z tego, że ci świadkowie Jego życia także w to wierzyli. Wiara w bóstwo Buddy nie zaczęła się przed upływem paru stuleci od jego śmierci.
7. Zostaje wreszcie świadectwo najwybitniejszych umysłów w historii ludzkości. Paweł z Tarsu, Jan, umiłowany uczeń Jezusa, Justyn, Klemens Aleksandryjski, Jan Damasceński, Orygen, Augustyn, Jan Chryzostom, Anzelm, Tomasz Aquinas, Bonawentura, Ockham, Mikołaj z Kuzy, Kajetan, Luter, Kalwin, Kepler, Ignacy Loyola, Dante, DaVinci, Michał Anioł, Descartes, Pascal, Leibniz, Kopernik, Newton, Kirkegaard, Newman, Pasteur, Kasper, Marcel, Galileusz, Tołstoj, Chesterton, Dostojewski, T.S. Eliot, C. S. Lewis, Karol Wojtyła i wielu, wielu innych. Każdy z nich znacznie przewyższa mnie intelektualnie, ale żaden z nich nie wątpił w Bóstwo Jezusa.
Mówiąc o świętym Tomaszu… Zauważył on, że jak Bóg nie stał się człowiekiem, to stała się rzecz dużo bardziej nieprawdopodobna. Mianowicie nawrócenie się całego świata przez największe kłamstwo w historii. Powstanie ideałów chrześcijańskich, przyjęcie innego sposobu życia, bezinteresownej miłości bliźniego i radykalne dążenie do świętości z powodu jakiegoś niezrozumiałego mitu. Tym bardziej, że nauka Jezusa, chrześcijaństwo, wcale nie jest prosta do przyjęcia i nie daje żadnych doczesnych korzyści.
W przeciwieństwie do Islamu, który naucza, że to przemoc i wycięcie w pień niewiernych daje zbawienie, prawdziwe chrześcijaństwo jest religią nastawiania drugiego policzka. Służenia innym. Przesłanie, które powinno wywołać co najwyżej uśmiech politowania. Powinno umrzeć z pierwszym pokoleniem jego zwolenników. Nie umarło jednak i zostało przyjęte przez cały cywilizowany świat. Wytłumaczenie tego czym innym, niż Łaską jest, z ludzkiego punktu widzenia, niemożliwe. Ale jak to Łaska Boga umożliwiła przyjęcie chrześcijaństwa, to to także potwierdza, że Jezus musiał być Bogiem.
Na koniec jedna jeszcze tylko uwaga. Jest wspaniała książka Vittorio Messoriego pod tytułem „Opinie o Jezusie”, zajmująca się podobną tematyką. Może tylko bardziej poprzez analizę tekstu Biblii i fakty historyczne, niż przez rozważania filozoficzne.
Messori to włoski dziennikarz, w Polsce najlepiej chyba znany z tego, że to on przeprowadził wywiad z Janem Pawłem II, wydany później jako książka „Przekroczyć próg nadziei”. „Opinie o Jezusie” są chyba pierwszą jego książką. Moim zdaniem najlepszą, a czytałem ich wiele. Jest to w pewnym sensie początek tryptyku. Pozostałe jego części to „Umęczon pod Ponckim Piłatem” i „Mówią, że zmartwychwstał”. Gorąco je wszystkie, a zwłaszcza „Opinie o Jezusie”, polecam.
W całej historii ludzkości tylko dwie osoby wywoływały pytanie: „Kim on tak naprawdę jest?” w takim stopniu. Byli to Budda i Jezus. Wszyscy się zgadzają się, że byli to ludzie żyjący w pewnym okresie historycznym, prawdziwe historyczne postaci. Ten fakt jest raczej dobrze udokumentowany i jeżeli nie negujemy faktu, że Aleksander Wielki, czy Juliusz Cezar są prawdziwymi osobami, nie możemy negować istnienia Buddy, czy Jezusa.
Ale w przypadku tych osób, założycieli dwóch spośród głównych religii, ich wyznawcy uważali i nadal uważają ich za coś więcej niż wielkich myślicieli, filozofów, nauczycieli. Wielu z nich uważa ich za Bogów. Mamy jednak jedną zasadniczą różnicę: Budda sam wyraźnie powiedział, że jest tylko człowiekiem, nie Bogiem. Jezus wielokrotnie ukazywał swym uczniom fakt, że Nim jest.
Warto zauważyć, że zarówno buddyści, jak i chrześcijanie wierzą, że ich nauczyciele byli prawdomówni. Ciekawe więc jak ci buddyści, którzy Buddę uważają za Boga są w stanie pogodzić fakt, że on sam wyraźnie mówił, że Bogiem nie jest? Ale my, jako chrześcijanie, nie mamy takiej sprzeczności. Przypatrzmy się kilku wybranym wersetom, wskazującym na Jego Bóstwo:
Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J10,30)
Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? (J 14,9)
Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. (J 8,58)
Skoro więc rzekł do nich: Ja jestem, cofnęli się i upadli na ziemię. (J 18,6)
Te dwa ostatnie wersety wymagają może wyjaśnienia. „Ja Jestem”, „JHWH” w hebrajskim zapisie Biblii, to imię jakie Bóg objawił Mojżeszowi, gdy ukazał mu się w płonącym krzaku. Słowa z ósmego rozdziału Ewangelii Jana wyraźnie wskazują, że Jezus podaje tu Imię Boga za swoje. Tak też to zrozumieli słuchający Go Żydzi i natychmiast chcieli Go ukamienować. Cytat z rozdziału 18., to scena z Ogrodu Oliwnego, gdzie uzbrojona banda przyszła pochwycić Jezusa. Na sam dźwięk słów „ Ja Jestem” padli na ziemię. Biblia nie mówi nam, czy to z szacunku, czy z powodu mocy tego Imienia. Pewno to drugie, bo szacunku dla Jezusa oni nie mieli żadnego. Tak czy inaczej jednak opis tej sceny wskazuje wyraźnie, że nie możemy odczytać słów Jezusa „Ja Jestem” jako tylko zwykłą odpowiedź na stwierdzenie, że Go szukają.
Ważna jest też reakcja Jezusa na stwierdzenia innych. Nigdy nie zaprzeczył On, gdy Jego uczniowie nazywali Go Bogiem. Wystarczy przypomnieć słowa Natanaela, czy Piotra w Cezarei Filipowej, czy Tomasza ze sceny spotkania z Jezusem po zmartwychwstaniu:
Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! (J 1,49)
Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. (Mt 16,16)
Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! (Jn 20,28)
Jezus nauczał, że to On jest naszym zbawieniem. Powiedział:
Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,6b)
Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. (J 11,25b)
Budda przeciwnie, nauczał, żeby nie patrzeć na niego, ale na jego “dharma”, nauczanie. Jezus mówił: „Ja jestem światłością świata”, Budda: „Sami macie w sobie światło poznania”.
Budda, Konfucjusz, Mahomet nie czynili cudów, nie uzdrawiali, nie przywracali umarłych do życia. Jezus tak, z największym ze znaków, własnym Zmartwychwstaniem. Do tego Jezus odpuszczał grzechy i zmieniał imiona ludzi. Każdy współczesny mu Żyd wiedział, że tylko Bóg może to uczynić. O ile więc widzimy jasno, że Budda jest założycielem nie tyle religii, co jakiejś filozoficznej drogi życia, opartej na przemyśleniach wielkiego myśliciela, to z Jezusem jest zupełnie inna sprawa. Albo jest On Bogiem, albo…
Każdy, kto czyta Ewangelie zgadza się, że Jezus był dobrym, mądrym człowiekiem i Jego nauczanie odznaczało się niezwykłą głębią. Zgadzają się z tym nawet niewierzący i wyznawcy innych religii. Mahometanie uważają Go za Proroka, a Gandhi uważał Go za największego moralistę w historii ludzkości. Wynika z tego, że był On człowiekiem godnym zaufania.
Ale jak był On rzeczywiście takim człowiekiem, to szczególnie powinniśmy mu zaufać, gdy mówił o sobie. Nikt przecież nie wiedział lepiej od Niego, kim On jest. Jedynie osoby z zaburzeniami psychicznymi myślą o sobie, że są kimś, kim nie są w rzeczywistości. W pewnym sensie właśnie taki fakt pokazuje nam, jak bardzo „normalny” jest człowiek: Im bardziej jego opinia o nim samym jest niezwykła, tym mniej „normalny” się nam on wydaje.
Gdybym ja napisał tutaj, że jestem najlepszym kierowcą ciężarówki na świecie, nikt by mnie nie uważał za wariata. Najwyżej za kogoś, kto ma wygórowane mniemanie o sobie i problemy z cechą skromności. Gdybym powiedział, że jestem najlepszym pisarzem, to już wielu by się postukało po głowie. Jakbym oświadczył, że jestem Napoleonem, byłby to niemalże dowód na moją psychiczną chorobę. No, a gdybym powiedział, że jestem Bogiem, zaraz bym został zapakowany w kaftan bezpieczeństwa. Czemu więc apostołowie uwierzyli Jezusowi? A za nimi ponad miliard katolików i setki milionów chrześcijan innych denominacji? Właśnie dlatego, że historyczny Jezus był godnym naszego zaufania.
Podobnie zjawisko zresztą wystąpiło w przypadku Buddy. Jego oświadczenie, że wszystko jest złudzeniem, że nasze wszystkie myśli nas zwodzą, że jedyne, co złudzeniem nie jest, i co jest realne, (z wyjątkiem pustki i nicości) jest nienazywalne i nieopisywalne, także jest dość ekstremalną nauką i trudną do przyjęcia. Fakt, że została ona mimo to przyjęta przez wiele osób za prawdziwą, wynika właśnie z tego, że Budda był człowiekiem świętym i godnym zaufania.
W baśni CS Lewisa „The Lion, the Witch and the Wardrobe” (Nawiasem mówiąc wspaniała książka, napisana podczas wojny dla dzieci wysiedlonych z Londynu na wieś, aby uniknęły niebezpieczeństw. Polecam także dorosłym. Zapewne jest też wydana po polsku) Lucy odkryła w szafie przejście do krainy Narnia. Gdy opowiedziała o tym rodzeństwu, nie uwierzyli jej. Peter, starszy brat Lucy opowiedział o tym staremu, mądremu profesorowi. Ten zapytał Petera, czy Lucy jest kłamczuchą. Brat odpowiedział, że na pewno nie. Może to zagwarantować, bo zna ją bardzo dobrze. -Czy zatem jest ona wariatką? Ma zaburzenia psychiczne? –Nie, na pewno nie, odpowiedział Peter. –A więc zostaje tylko jedna możliwość, odpowiedział profesor. Lucy musi mówić prawdę.
Ponieważ Peter znał Lucy lepiej, niż otaczający go wszechświat, wydawało się rozsądnjejsze w jego sytuacji uwierzyć Lucy i zmienić swe wyobrażenie o wszechświecie, niż odwrotnie. Ponieważ my wiemy o Jezusie i Jego prawdomówności więcej niż o tym, co może, a czego nie może zrobić Bóg, wydaje się także rozsądniejsze uwierzenie Jezusowi i zmienienie naszych wyobrażeń o tym, co Bóg może uczynić, niż odwrotnie.
Jeżeli jednak odrzucimy możliwość, że Jezus jest Bogiem, jaka nam zostaje alternatywa? Wtedy musielibyśmy przyjąć, że Ewangelie kłamią. Że tradycyjne chrześcijaństwo jest mitem, bajką, może zmyśloną historią. Ale wtedy nasuwają się pytania, na które naprawdę nie ma żadnych logicznych odpowiedzi. Oto siedem z nich:
1. Jeżeli Ewangelie kłamią, to kto je zmyślił i w jakim celu? Apostołowie? A co uzyskali dzięki temu? Męczeńską śmierć? Raczej mało atrakcyjna nagroda za kłamstwo. Kłamcy zawsze kierują się motywami przynoszącymi im jakieś korzyści. Apostołowie, patrząc po ludzku, nie odnieśli żadnych za to, że poszli za Jezusem.
2. Czemu tysiące pierwszych chrześcijan umierało za wiarę, jeżeli wiedzieli, że to kłamstwo? Wrogowie chrześcijaństwa, aby je zniszczyć w zarodku, potrzebowali zeznań tylko jednego, lub kilku świadków, którzy potwierdziliby, że to oszustwo. Serce kłamcy, jak zauważył Pascal, jest zmienne. Nie byłoby to takie trudne. Tymczasem tysiące osób były torturowanych, rzucanych lwom na pożarcie, krzyżowanych i mordowanych na inne sposoby i nic. Ani horror, ani strach, ani przekupstwo nie mogło spowodować, że ludzie ci odeszliby od Jezusa. Dlaczego? Bo wiedzieli, że to, co Jezus głosił i czego nauczał jest Prawdą.
3. Mówiąc o lwach… Co powodowało, że ludzie ci szli na śmierć szczęśliwi, ze śpiewem i radością w oczach? Co spowodowało, że taka postawa zarażała innych, powodowała zazdrość i zmieniła świat? To święci, nie teologowie nawracają świat. Ale święci nie są kłamcami, ani kłamcy nie zostają świętymi.
4. Jeżeli byłoby to nie tyle świadome kłamstwo, co wynik halucynacji, czy mit przypadkiem wzięty za prawdę, to musimy zapytać: Kto tej halucynacji uległ? Kto uwierzył w ten mit? Żydzi? Hmmm. Transcedentalny Bóg przez stulecia uczy Naród Wybrany, żeby nie mylić Go z pogańskimi wyobrażeniami bożków będących materialnymi rzeczami, stworzeniami zaledwie. I ten Wybrany Naród, który także oddawał życie za swego transcedentalnego Boga, o czy możemy przeczytać choćby w Księdze Machabejskiej, nagle ulega złudzeniu, halucynacji i zaczyna mylić jednego ze swych współbraci z Bogiem?
5. A jeżeli to nie Żydzi, ale poganie wymyślili ten mit, to jak on się znalazł w Nowym Testamencie? Spośród 27 Ksiąg NT, 25 napisali Żydzi.
6. Jeżeli fakt Bóstwa Jezusa miałby być tylko mitem, to ktokolwiek go zaczął, nie mógł uczynić tego za życia tych, co znali Jezusa. Naoczni świadkowie Jego życia i nauczania natychmiast by to oprotestowali. Tymczasem świadectwa wiary w Bóstwo Jezusa sięgają czasów najwcześniejszych, pierwszego wieku. Wynika z tego, że ci świadkowie Jego życia także w to wierzyli. Wiara w bóstwo Buddy nie zaczęła się przed upływem paru stuleci od jego śmierci.
7. Zostaje wreszcie świadectwo najwybitniejszych umysłów w historii ludzkości. Paweł z Tarsu, Jan, umiłowany uczeń Jezusa, Justyn, Klemens Aleksandryjski, Jan Damasceński, Orygen, Augustyn, Jan Chryzostom, Anzelm, Tomasz Aquinas, Bonawentura, Ockham, Mikołaj z Kuzy, Kajetan, Luter, Kalwin, Kepler, Ignacy Loyola, Dante, DaVinci, Michał Anioł, Descartes, Pascal, Leibniz, Kopernik, Newton, Kirkegaard, Newman, Pasteur, Kasper, Marcel, Galileusz, Tołstoj, Chesterton, Dostojewski, T.S. Eliot, C. S. Lewis, Karol Wojtyła i wielu, wielu innych. Każdy z nich znacznie przewyższa mnie intelektualnie, ale żaden z nich nie wątpił w Bóstwo Jezusa.
Mówiąc o świętym Tomaszu… Zauważył on, że jak Bóg nie stał się człowiekiem, to stała się rzecz dużo bardziej nieprawdopodobna. Mianowicie nawrócenie się całego świata przez największe kłamstwo w historii. Powstanie ideałów chrześcijańskich, przyjęcie innego sposobu życia, bezinteresownej miłości bliźniego i radykalne dążenie do świętości z powodu jakiegoś niezrozumiałego mitu. Tym bardziej, że nauka Jezusa, chrześcijaństwo, wcale nie jest prosta do przyjęcia i nie daje żadnych doczesnych korzyści.
W przeciwieństwie do Islamu, który naucza, że to przemoc i wycięcie w pień niewiernych daje zbawienie, prawdziwe chrześcijaństwo jest religią nastawiania drugiego policzka. Służenia innym. Przesłanie, które powinno wywołać co najwyżej uśmiech politowania. Powinno umrzeć z pierwszym pokoleniem jego zwolenników. Nie umarło jednak i zostało przyjęte przez cały cywilizowany świat. Wytłumaczenie tego czym innym, niż Łaską jest, z ludzkiego punktu widzenia, niemożliwe. Ale jak to Łaska Boga umożliwiła przyjęcie chrześcijaństwa, to to także potwierdza, że Jezus musiał być Bogiem.
Na koniec jedna jeszcze tylko uwaga. Jest wspaniała książka Vittorio Messoriego pod tytułem „Opinie o Jezusie”, zajmująca się podobną tematyką. Może tylko bardziej poprzez analizę tekstu Biblii i fakty historyczne, niż przez rozważania filozoficzne.
Messori to włoski dziennikarz, w Polsce najlepiej chyba znany z tego, że to on przeprowadził wywiad z Janem Pawłem II, wydany później jako książka „Przekroczyć próg nadziei”. „Opinie o Jezusie” są chyba pierwszą jego książką. Moim zdaniem najlepszą, a czytałem ich wiele. Jest to w pewnym sensie początek tryptyku. Pozostałe jego części to „Umęczon pod Ponckim Piłatem” i „Mówią, że zmartwychwstał”. Gorąco je wszystkie, a zwłaszcza „Opinie o Jezusie”, polecam.
Subscribe to:
Posts (Atom)