Tuesday, April 25, 2006
Orędzie z Medjugorie, 25. IV 2006r.
Wednesday, April 19, 2006
Mój Tata
W Wielką Sobotę tatuś musiał pojechać do szpitala, a w Niedzielę Wielkanocną widać było wyraźnie, że organizm taty osłabiony wieloletnią chorobą przegrywa ostatnią walkę. W poniedziałek byłem ponownie w samolocie do Polski i przesiadając się w Monachium zadzwoniłem do Krakowa, aby dowiedzieć się, że tatuś we wtorek, 18. kwietnia nad ranem, odszedł do Domu Ojca.
Mój tata był niezwykłym człowiekiem. Niezwykłym dlatego, że był pod wieloma względami zupełnie normalny. Taki, jaki każdy z nas powinien być. Ostatnio jednak takie zwyczajne zachowanie jest czymś niezwykłym. Nigdy na przykład nie prawił mi kazań o wierze, o Bogu. Zawsze sam pokazywał, jak się wierzy. Kościół, wiara to były zawsze rzeczy ważne dla Niego. Najważniejsze. Nigdy na przykład nie opuścił mszy bez ważnego powodu. Może ktoś powiedzieć, że dla ojca rodzina powinna być najważniejsza, ale ja na to odpowiem, że tego nie da się rozdzielić. Właśnie tylko wtedy, gdy Boga postawi się na pierwszym miejscu, można być dobrym ojcem dla rodziny. Bez Boga jest to zupełnie niemożliwe.
Pamiętam z dawnych czasów taką choćby sytuację, gdy z powodu reformy administracyjnej i likwidacji powiatów, tata, który był jednym z wiceprezesów PZGS-u mógł zostać prezesem Wojewódzkiego Związku, pod warunkiem wstąpienia do partii komunistycznej. Odmówił jednak i na dodatek powiedział na jakimś zebraniu w komitecie partii dlaczego odmawia. Powiedział, że nie może zostać członkiem partii zabraniającej praktykowania tego, w co on wierzy. Nie muszę dodawać, że był to koniec zawodowej kariery taty. A było to przecież w czasach, gdy kupno płaszcza na zimę odkładało się często przez kilka lat, bo po prostu nie było pieniędzy na jego kupno. To takie właśnie zachowanie uczyło nas, jak ważny jest Bóg i nasza wiara.
Tata tak, jak do wiary, do Boga, podchodził do całego swego życia. Praca nie była czymś, co się „robi”, to było także jego życie. Problemy służbowe były jego własnymi zmartwieniami i zawsze był dobrym gospodarzem powierzonych mu zakładów i przedsiębiorstw. Nigdy za to nie zwracał zbyt wielkiej uwagi na siebie. Zawsze się dziwił, powracając z kolejnych wizyt w szpitalach, jak bardzo cierpiący są tam ludzie. Nie widział, że sam jest jednym z nich. Wiele lat starał się ukrywać przed rodziną i znajomymi swą chorobę, zawsze pokazując uśmiechniętą twarz. I podczas naszych rozmów telefonicznych, nawet, jak nie miał czasem siły na utrzymanie w ręce słuchawki, zawsze nieodmiennie odpowiadał, że czuje się bardzo dobrze, coraz lepiej.
Rodzice przeżyli razem ponad 50 lat. Pokazali nam, czym jest prawdziwa miłość. Bo miłość to nie jest "zakochanie", a przynajmniej nie tylko. Nikt nie czuje rok po ślubie tego, co czuł na pierwszej randce, czy nawet w dniu ślubu. I całe szczęście. Nie można w takim stanie psychicznym funkcjonować latami. Miłość dojrzała jest głębsza, prawdziwsza. Bazuje na świadomych wyborach. I dzięki temu nie jest kłamstwem, gdy obiecujemy w dniu ślubu "miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci".
Moi rodzice w tych ostatnich latach pokazali swym życiem, że gdy obiecywali sobie wzajemnie prawie 52 lata temu, że chcą "wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli aż do końca życia" nie rzucali tych słów na wiatr. One zawsze coś dla nich znaczyły, a w ostatnich latach mama swą opieką nad tatą udowodniła to w praktyce. A tata, który nigdy nie wstydził się prac domowych i zawsze chętnie pomagał mamie, ubolewał bardzo w ostatnim czasie, że brak mu sił, aby wyręczyć mamę w domowych porządkach i innych zajęciach w domu
Św. Paweł pisze w 1. Liście do Koryntian czym jest prawdziwa Miłość. Miłość przez duże „M”. Oto jak ten „Hymn do Miłości” sparafrazował mój przyjaciel, Jacek:
A miłość cierpliwa jest, jest wielce łaskawa.
Miłość nie zna zazdrości - nic jej poklask, sława.
I obcą jest jej pycha, bezwstydu nie znosi,
Nie chce swego i gniewem złym się nie unosi.
Wszystko złe zapomina, ni się nie weseli
Wraz z niesprawiedliwością - z prawdą radość dzieli.
Ona trwa niewzruszenie. Złe zrządzenia losu,
Każdą boleść przyjmuje bez słów skargi głosu.
Nadzieję ma we wszystkim i wszem wiarę daje.
Wiecznie jest - trwa niezłomna - Miłość nie ustaje.
Bo nie jest jak proroctwa zgasłe wraz z ziszczeniem,
Ani jak dar języków zagrożon zniknieniem
Albo jak wiedza, której z czasem nam nie stanie,
Gdyż częściowym zaledwie jest ludzkie poznanie
I wyrocznie czynione przez umysły małe.
Znika więc, co maluczkie - trwa, co doskonałe.
Tak jak gdy dzieckiem będąc, jak dziecko patrzamy
I czujemy jak dziecko, a gdy dorastamy,
Stawając się mężami, rzeczy dobrze znane
Inne widzimy - większe - od nowa poznane;
Tak teraz oczom naszym dane są widzenia -
Piękne - choć wciąż niepełne - ledwie rozmarzenia,
Bowiem część nam odkryta lecz dzień ów nastanie,
W którym, jak zna nas Ona, tak i Jej poznanie
Nastąpi w pełni blasku - Jej wespół z siostrami.
My w czas, gdy Triada zstąpi, chórem odśpiewamy
Pieśń chwały ku czci Onej, co prym w Trójcy wiedzie.
Będą: Wiara, Nadzieja - z Miłością na przedzie.
Przerwałem na chwilę pisanie tego tekstu. Jestem w Krakowie, w kafejce Internetowej w Pasażu Bielaka i poszedłem do Bazyliki Trójcy Świętej, kościoła przy klasztorze Dominikanów na 12. na mszę w intencji za duszę taty. I w dzisiejszej Ewangelii słuchaliśmy, jak zmartwychwstały Jezus spotyka na drodze do Emaus dwóch uczni, ale oni Go nie poznają. Opowiada im o tym, jak Mesjasz musiał cierpieć i umrzeć i dopiero podczas „łamania chleba”, czyli Eucharystii poznali Go, ale On im zniknął z oczu. Oczywiście, że zniknął. To znak, że teraz Jezus naprawdę jest obecny sakramentalnie, w Eucharystii, nie fizycznie z nami. Zniknął im z oczu, ale pozostał wśród nich.
Nasi bliscy, którzy odeszli, także w pewnym sensie są teraz nawet bliżej nas, niż za życia. Nie tak, jak Jezus, który w Sakramencie Eucharystii jest fizycznie obecny w każdym Tabernakulum, na każdej mszy, ale duchowo są oni z nami nawet bardziej teraz, niż gdy byli wśród nas. Tata mieszkał w Krakowie, a ja za oceanem. Spotkać się z nim mogłem tylko podczas moich krótkich pobytów w Polsce lub Jego u mnie. Teraz wierzę, że tata jest ze mną cały czas i już nawet nie jest nam potrzebny telefon, żeby porozmawiać. Wystarczy modlitwa i On na pewno mnie usłyszy. Na pewno też przekaże moje modlitwy Panu, którego Oblicze ogląda zapewne teraz twarzą w twarz. I na pewno nie przestanie opiekować się nami i modlić się za nas wszystkich. A i ja o Nim nigdy nie zapomnę i proszę wszystkich o modlitwę w intencji Jego duszy. Bóg zapłać.
Na koniec chciałbym podziękować wszystkim, którzy wspomagali tatusia swą opieką i modlitwami przez cały okres jego choroby. Przede wszystkim mojej siostrze, Ewie Dudek z mężem i dziećmi. Wiem, że im nie potrzebuję dziękować, wszystko, co zrobili dla taty, zrobili z miłości do niego. Córki zawsze podświadomie szukają mężów podobnych do ojców, więc nie muszę dodawać, że Janek też jest wspaniałym facetem i okazał wiele serca dla swego teścia w jego trudnych chwilach. Kasia i Maciek, wnuki mojego taty, także pomagali radą i „dyżurami” przy dziadku, gdy babcia musiała wyjść. Także mojej żonie, Grażynce, jej mamie Władzi i moim dzieciakom, za podtrzymywanie mnie na duchu w trudnych chwilach i wszystkie modlitwy. Dziękuję.
Dziękuję też wszystkim pracownikom służby zdrowia, którzy zetknęli się z tatą w czasie jego choroby. Szczególnie chciałem podziękować dr. Andrzejowi Komorowskiemu za zawsze okazywane serce i pomoc w początkowej fazie choroby, Dr. N. Med. Markowi Wyczółkowskiemu ze Szpitala Rydygiera za życzliwość, serce, pomoc i opiekę nad tatą, pani dr. Teresie Weber, specjaliście leczenia bólu, za wszystko, co dla nas zrobiła i za to, że dzięki niej tatuś nie cierpiał więcej niż było to naprawdę nieuniknione i nieznanym mi z nazwiska pracownikom II Oddziału Wewnętrznego Szpitala im Dietla za opiekę w ostatnich dniach życia taty. Nie dosyć, że nie okazali żadnej niechęci czy zniecierpliwienia nowym pacjentem w okresie Świąt, to wręcz przeciwnie, niezwykle serdecznie zaopiekowali się nim i okazali dużo serca mamie i całej naszej rodzinie, i to wszyscy, od lekarzy przez pielęgniarki i personel pomocniczy. Takie gesty widać i jesteśmy za nie Wam niezmiernie wdzięczni. Jak widać, pacjent ciągle dla wielu jest nie tylko „przypadkiem”, ale także cierpiącym człowiekiem, któremu należy okazać miłość i współczucie. Bóg zapłać!
I jeszcze jedno... Tato! Tobie także dziękuję za wszystko. Pamiętaj o nas i opiekuj się nami, żebyśmy się wszyscy tam z Tobą spotkali. Kochamy Cię i nie zapomnimy.
Twój syn, Piotr.

Ś + P
Ludwik Jaskiernia
(3 VII 1928 – 18 IV 2006)
Najukochańszy tata, mąż, dziadek, brat i teść.
Odszedł we wtorek nad ranem do Domu Ojca po długiej chorobie.
Msza żałobna odbędzie się w kaplicy na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie w piątek, 21. kwietnia o godzinie 11:40 po czym nastąpi odprowadzenie zwłok do miejsca ich spoczynku.
Niech odpoczywa w pokoju.
Thursday, April 13, 2006
Triduum Paschalne, Zmartwychwstanie i Nowenna do Miłosierdzia Bożego
Dzisiaj już Wielki Czwartek. Zaczynają się obchody Triduum Paschalnego. Odtwarzamy w liturgii Kościoła wydarzenia sprzed dwu tysięcy lat: Ostatnią wieczerzę, wędrówkę Pana Jezusa z Wieczernika na Górę Oliwną, pojmanie Go, skazanie, śmierć na Krzyżu i zmartwychwstanie trzeciego dnia. Mam nadzieję, że większość z nas spędzi te dni na modlitwie i na współuczestnictwie w tych wydarzeniach, a nie z nosem w komputerze, ale wiem, że nie każdy, kto tu zagląda odczuwa jeszcze taką potrzebę.
Monday, April 10, 2006
Zakład Pascala, czyli dlaczego się opłaca przyjąć, że Bóg istnieje.
Argument dla sceptyków. Dla tych, którzy uważają, że nie ma dobrych argumentów na to, że Bóg istnieje. Argument raczej mało chwalebny, bo przemawiający tylko do naszego wyrachowania, rozsądku, a nie serca. Bóg nie chce, żebyśmy w Niego wierzyli ze strachu, czy z wyrachowania. Bóg jest Miłością i miłości od nas oczekuje. Ale gdzieś trzeba zacząć i jeżeli to wyrachowanie jest tym początkiem, miłość może przyjść później. Ktoś, kto z wyrachowania zacznie prowadzić życie chrześcijanina, może wtedy pokocha i zrozumie. Zobaczmy więc jak wygląda ta rzecz, zwana „zakładem Pascala”.
2. Bóg istnieje, ale my to odrzucamy.
3. Boga nie ma, ale my uznajemy, że jest.
4. Boga nie ma i my uznajemy, że Go nie ma.
Saturday, April 08, 2006
Indyferentyzm
Jest wielu uczonych ludzi którzy sporo czasu spędzają na zgłębianiu tego co uważają za Słowo Boże. Tylko czemu jeden mimo swej uczoności i inteligencji wierzy że to Koran jest źródłem Słowa bożego a inny ze to Biblia? Każda z tych ksiąg twierdzi ze mówi prawdę i tym nie ma sie co kierować. Moje pytanie związane jest z refleksją nad możliwościami ludzkiego poznania , zdolnością rozróżnienia prawdy od fałszu. Jak to sie dzieje ze dwóch niby mądrych ludzi wierzy w co innego?
Oto moja odpowiedź:
Nie wiem dlaczego inny „niby mądry człowiek” wierzy w co innego. Ja nie jestem niby mądry, więc nie wiem, w co wierzą „niby mądrzy ludzie”. Dla mnie sprawa jest prosta. Skoro Mahomet twierdzi, że Koran podyktował mu anioł, a Św. Paweł mówi:
„Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy - niech będzie przeklęty!”(Ga 1,7-8),
to nad czym mam się tu zastanawiać? Mahometanizm jest dokładnie taką religią, jaką wymyśliłby człowiek. Chrześcijaństwo jest religią, z ludzkiego punktu widzenia, zupełnie nielogiczną. Bóg Islamu to groźny Sędzia, Pan,. Przywódca, karzący natychmiastową śmiercią wszystkich wrogów. Jak nie osobiście, to rękami swych wyznawców. Bóg prawdziwy, Bóg chrześcijański, to Baranek, który oddaje za nas życie i nakazuje nastawiać drugi policzek.
Prawdziwego Boga, Boga, który jest miłością widzimy teraz wyraźnie, w Wielkim Tygodniu, w Ogrójcu, na Krzyżu i w Grobie Pańskim. Ale w poranek Wielkanocny to ten Bóg zatryumfował, pokonując śmierć i dając nam życie wieczne. Nie wierzę w takiego Boga, który nakazuje zabijać i nawracać na siłę. Który nakazuje zwyciężać w politycznych bojach i militarnych potyczkach. Na takiego mesjasza czekali Żydzi 2000 lat temu, takiego Boga stworzył sobie Mahomet, z tego co słyszał o judaizmie i chrześcijaństwie, ale Prawdziwy Bóg objawił nam się w Chrystusie Jezusie.
Wierzę w to głęboko i zawsze będę bronił tego poglądu. Dlatego, że nie tylko jest on jedyny logiczny, spójny, logiką pozaziemską, transcendentalną, a nie logiką człowieka, dla którego właśnie zwycięstwa polityczno-militarne są bożkami samymi w sobie. Będę bronił tego poglądu przede wszystkim dlatego, że, jest on prawdziwy. Zresztą wystarczy poczytać, co tu od paru lat wypisuję. Taki wpis, jak ten „normalnego człowieka” zjawia się tu raczej regularnie, od początku istnienia tej stronki. Ja nie wierzę w indyferentyzm, wierzę w obiektywną Prawdę.
Wiem, że świat nie mógł sam powstać i wiem, że Bóg stwarzając świat, zrobił to z jakiegoś powodu. Jeżeli nas stworzył, to dlatego, że chciał, byśmy Go poznali i jak to, na pewno nieudolnie, starałem się wykazać, między innymi, w „Rozważaniach o Biblii’, ale i w wielu innych miejscach, właśnie w Biblii, właśnie przez Naród Wybrany, a później, w pełni, przez swego Syna, nam się objawił. Rozumiem, że nie każdy to widzi. Nie rozumiem dlaczego, ale ja otrzymałem dar wiary. Wielu innych najwyraźniej nie. Albo go odrzuciło, bo mimo, że wiara jest darem, nie likwiduje naszej wolnej woli. Każdy otrzymał wystarczająco dużo łask, by uzyskać zbawienie. Nie każdy te łaski przyjął, a Bóg nikogo nie poniży do tego stopnia, żeby go „uszczęśliwiać na silę”. Zostaliśmy stworzeni wolnymi ludźmi i On uszanuje nasze wybory. Nawet, jak dobrowolnie oddamy się w niewolę grzechu, niewiary, indyferentyzmu, odrzucenia prawdziwego Boga i oddamy się oddawaniu czci innym bożkom. Zbawienie jest darem danym każdemu człowiekowi. Ale jest darem zaoferowanym w pokorze. Darem bezcennym, choć darmowym, ale darem, którego przyjęcie zależy tylko od każdego indywidualnego człowieka. Możemy wymyślać swoje własne systemy wierzeń i jak Ewa z Adamem w raju chcieć być sobie samym bogami. Samemu decydować, co jest dobrem, a co złem:
Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (Rdz 3,4-5)
Taka droga jednak prowadzi tam, gdzie wąż, smok, krętacz, kudłaty, ojciec wszelkiego kłamstwa chce nas zaprowadzić. Możemy jednak zaufać Bogu, Bogu prawdziwemu i uwierzyc Mu, że to co On mówi, jest Prawdą, że to co On uważa za zło, jest złem, a za dobro, jest dobrem. Możemy Mu zaufac, bo On samym swym istnieniem, samym jestestwem definiuje Dobro. On jest Dobrem i cokolwiek On zrobi, cokolwiek On zadecyduje jest z samej istoty, z samej definicji Dobrem. Więc jeszcze raz, wybor należy do nas, ale jest on raczej prosty. Sprowadza się do tego, do czego sprowadzil się wybor naszych prarodziców w raju: Czy pójdziemy za Bogiem, czy za kudłatym. Do wiecznego szczęścia, do którego zostaliśmy stworzeni, czy odrzucimy to szczęście, zmyleni przez ojca wszystkich kłamstw, szatana.
Dla mnie jest naprawdę żałosne, że tak wielu ludzi wybiera to drugie. Do tego, nawet jak twierdzą, że wierzą w Boga, w niebo i piekło, to zawsze uważają, że oni na pewno osiągną bawienie. Nikogo nie zamordowali, nie okradli banku, a przecież miłosierny Bóg nie „wsadzi nikogo do piekła” za to, że się nie chodzi do kościoła w niedzielę, czy za to, że się stosuje środki antykoncepcyjne. Dla mnie jednak jest to dokładnie to, co zrobili Adam i Ewa. Decydowanie samemu, co jest grzechem. Nie ja jestem sędzią, nie osądzam nawet samego siebie (to prawie cytat, z 1 Kor 4,3. Paweł także siebie nie osądzał, zostawiając to Bogu). Bóg jest miłosierny i nie ma takiego grzechu, którego by nie wybaczył. Ale jest jeden warunek: Musimy uznać się za grzeszników i o to wybaczenie poprosić. Problemem dzisiejszego świata jest to, że bardzo wielu ludzi nie uważa za grzech tego, co robią. A dopóki się nie nawrócą, dopóki nie uznają potrzeby uzyskania przebaczenia, dopóki nie przeproszą Boga, uniemożliwiają Mu swe zbawienie. Sami zamykają sobie drogę do wiecznego szczęścia. Tragiczne, ale prawdziwe. Takie wersety, jak ten:
Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują. (Mt 7,13-14)
…nieprzypadkowo znalazły się w Biblii. Nie mówmy więc, że nie zostaliśmy ostrzeżeni. Spowiedź, wyznanie swoich win i nawrócenie, a szczególnie wybaczenie naszych win przez Boga to zresztą jest chyba największa różnica między chrześcijaństwem a innymi religiami. To wybaczenie win po pierwsze zakłada, że istnieje coś takiego, jak grzech, a po drugie zawsze kosztuje i zawsze coś powoduje. Nie jest to tylko coś w sferze uczuć, coś, co powoduje, że się czujemy dobrze, ale coś realnego. Coś tak realnego, jak sam Bóg na Krzyżu. Ale żeby otrzymać te łaski, jakie spływają z Krzyża, musimy naprawdę odmienić nasze serca.
Nie jestem tego pewien, ale myślę, że tylko w tej jednej, prawdziwej religii jest konieczną rzeczą przyznanie, że się zgrzeszyło, wyznanie Bogu swych grzechów i poproszenie Go o odpuszczenie win. G K Chesterton, zapytany, dlaczego został członkiem Kościoła, odparł: „Żeby otrzymać odpuszczenie grzechów”. Gdy C S Lewis został zapytany, jaka doktryna chrześcijańska nie ma odpowiednika w innych religiach, odparł: „Odpuszczenie grzechów”. W judaizmie także była jakaś forma takiej praktyki, ale chrześcijaństwo i judaizm to nie są różne religie. Chrześcijaństwo jest wypełnieniem judaizmu. Poza tym w Starym Testamencie nie mamy faktycznego odpuszczenia, zapłaty za grzechy, ale symboliczny znak, który dopiero w chrześcijaństwie, na Krzyżu został wyjaśniony i tylko przez Krzyż stal się zrozumiały.
Stary Testament uczy nas, że właśnie przez to, że faryzeusze nie uznali, że są grzesznikami, zamknęli sobie drogę do zbawienia. Uważajmy, żebyśmy i my nie popełnili tego samego błędu. Cena za odrzucenie prawdziwego Boga może bowiem okazać się bardzo wysoka.
Thursday, April 06, 2006
Peter Kreeft
Peter Kreeft wychował się jako „Reformed/Calvinist Christian”, czyli członek kościoła Ewangelicko-Reformowanego. Jego pierwsze życzliwe spojrzenie w kierunku katolicyzmu spowodowała wizyta w katedrze Św. Patryka w Nowym Jorku. Miał on wtedy 12 lat i w jednym z wywiadów powiedział, że „poczuł się, jakby był w niebie”. Zaczął się zastanawiać, czemu katolicy, którzy zupełnie zbłądzili doktrynalnie, budują tak piękne katedry i kościoły? Czy kłamstwo może być takie piękne? (To było wiele lat temu. Dzisiejsze kościoły chyba by nie zachwyciły już tak nikogo. A szkoda).
Później w Calvin College, gdy czytał o katolicyzmie, żeby odrzucić pokusę polubienia katolicyzmu bardziej, niż Kalwinista mógł to uczynić, zapisał się na przedmiot “Historia Kościoła”. Chciał sobie samemu udowodnić, że wczesny Kościół był protestancki w swej naturze. Ale już wtedy wiedział on jedno: To, czy ostatecznie zostanie on katolikiem, czy protestantem, zadecyduje Chrystus, nie on sam. By to było możliwe, musiał on dowiedzieć się prawdy o tym Kościele, jaki pozostawił nam na ziemi nasz Zbawiciel. Jaki naprawdę był ten Kosciół założony przez Jezusa.
Jak u wielu innych przed nim i wielu od czasu jego nawrócenia, znajomość historii Kościoła spowodowała to, że nie mógł równocześnie pozostać w kościele protestanckim i w być w zgodzie ze swoim sumieniem. „Zanurzyć się w historii to znaczy przestać być protestantem” napisał przed stu kilkudziesięciu laty kardynał John Henry Newman, inny znany konwertyta. Jego książka, „The Development of Christian Doctrine”, “Rozwój Doktryny Chrześcijańskiej” także odegrała rolę w nawróceniu Petera Kreefta. Przede wszystkim jednak fakt, że przez tysiąc lat nikt nie negował prawdziwej Obecności Jezusa w Eucharystii. Kalwin uważał, że ta obecność jest tylko symboliczna, ale historia uczy, że dopiero Berengar z Tours, ponad tysiąc lat po Chrystusie, był pierwszym teologiem negującym powszechną akceptację faktu, że Jezus jest naprawdę obecny w Najświętszym Sakramencie. Gdy raz się uwierzy w tę Prawdę doprawdy trudno pozostać poza Kościołem.
Peter Kreeft jest profesorem filozofii w Boston College. Jest też autorem wielu książek, niektórych także dostępnych w Polsce. Czasem mu niektórzy zarzucają, że będąc profesorem filozofii pisze popularne książki i to nie tylko filozoficzne, ale wręcz apologetyczne. A tymczasem apologetyka uważana jest przez "poważnych teologów" za niegodne zajęcie prawdziwego naukowca. On jednak odpowiada, że apologetyka jest atrakcyjna dla niego, bo wymaga rozumowania i argumentowania w celu odnalezienia prawdy. Chyba to samo powoduje, że i mnie zafascynowała apologetyka. Jeżeli chodzi o zarzut, że pisze on książki „popularne”, to odpowiedział on, że to dlatego, że takie książki lubi on sam czytać. Książki „naukowe” robią wrażenie, że są pisane do „ciał” i „gremiów” a nie do ludzi.
“Tradycyjna apologetyka ma złą opinię wśród modernistów, którzy nienawidzą tradycji i nie wierzą w nadprzyrodzone zjawiska, wśród postmodernistów, którzy nienawidzą racjonalnego rozumowania i nie wierzą w naturalne zjawiska i wśród „miłych” katolików zajętych ciągłym przepraszaniem, że nie są apologetami. Większość wydziałów teologii w „katolickich” uczelniach nie uczy apologetyki od dziesięcioleci i jest z tego dumnych. Nie chcą „siać niezgody” sugerując, że może istnieć obiektywna prawda, a więc inne osoby (inne niż „fundamentaliści”) mogłyby się mylić”, powiedział Peter Kreeft.
Peter Kreeft więcej czasu poświęca argumentując przeciw sekularyzmowi, relatywizmowi i sceptycyzmowi, niż przeciw protestantom, Świadkom Jehowy, czy Mormonom. Uważa on, że trzeba walczyć z tym, który jest naszym prawdziwym wrogiem. Heretycy przynajmniej naprawdę kochają swą nieprawdziwą religię, wyznawcy sekularyzmu nienawidzą każdej religii. „Dlaczego jakikolwiek katolik miałby choć przez minutę myśleć, że fundamentalista, który wierzy w Boga, w Bóstwo Jezusa, w zmartwychwstanie, stworzenie, w upadek człowieka, grzech pierworodny, potrzebę zbawienia, nawrócenia, w rzeczywiste prawo moralne, cuda, niebo i piekło, miałby być większym problemem dla wiary katolickiej, niż sekularysta, który nie wierzy w żadną z powyższych rzeczy? Niezależnie od tego, jak głupi, fanatyczny i gniewny fundamentalista może być i jak slodki, otwarty, szczery i kochający ten, który wyznaje sekularyzm, porównujemy tu szklankę pełną w ¾ do szklanki zupełnie pustej.”
Peter Kreeft podaje dalej taki przykład ze swego życia: „Kilka lat temu spotkałem się na lunchu z relatywnie znanym pisarzem katolickim. Zadałem mu proste pytanie: Czy wierzysz, że niebo i piekło rzeczywiście istnieją? Otrzymałem odpowiedz godną Clintona (Coś w stylu „To zależy co rozumiesz przez ''
Zapytany o radę dla tych, którzy są zainteresowani popularną apologetyką, dlaczego powinni się tym zając, dal on taką odpowiedź:
„Po pierwsze rób to, bo kochasz to robić, a nie dlatego, że jest to rzecz dobra, nakazana przez Boga. Po drugie rób to, bo jest to rzecz dobra, nakazana przez Boga, a nie dlatego, że kochasz to robić” Myślę, że muszę sobie wziąć te rady do serca :D.
Fakty wykorzystane w powyższym tekście pochodzą z wywiadu w czasopiśmie “Envoy” wydawanym przez Patryka Madrid. Książki Petera Kreefta są dostępne w wielu katolickich księgarniach, kilka jego tekstów po polsku można znaleźć na apologetyce. Dla znających angielski polecam gorąco stronę Petera Kreefta, www.peterkreeft.com. Są tam także jego wykłady na różnych konferencjach i kongresach katolickich. Polecam szczególnie ten o prawdziwym ekumenizmie: Ecumenism.mp3 . Więcej wykładów można znaleźć TUTAJ.