Wednesday, February 25, 2009
Orędzie z Medjugorie 25 II 2009
„Drogie dzieci! W tym czasie wyrzeczenia, modlitwy i pokuty ponownie was wzywam: idźcie wyznajcie wasze grzechy, aby łaska otworzyła wasze serca i pozwólcie, by ona was zmieniła. Dziatki, nawracajcie się, otwórzcie się na Boga i na Jego plan względem każdego z was. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”
Thursday, February 19, 2009
Post
Dzisiaj tłusty czwartek, a to oznacza, że już zostało tylko kilka dni do Środy Popielcowej i Wielkiego Postu. Ostatnimi laty jakoś chyba zatraciliśmy znaczenie tego liturgicznego okresu. Ja co prawda już parę lat temu pisałem o potrzebie postu, ale większość ludzi, mam wrażenie, przeżywa ten okres czasu dokładnie tak samo, jak każdy inny. Jednak Kościół nie zapomniał czym Wielki Post powinien być. I niedawno przypomniał nam o tym nasz papież, Benedykt XVI. W „Papieskim Orędziu na Wielki Post 2009” napisał on między innymi:
"W Konstytucji Apostolskiej Paenitemini z 1966 r., Sługa Boży Paweł VI stwierdził, że należy postrzegać post w kontekście powołania każdego chrześcijanina, który “nie dla siebie (...) żyć winien, ale dla Boga, który go umiłował i za niego wydał samego siebie, żyć też winien dla braci” (por. Rozdz. I). Wielki Post mógłby być dobrą okazją do przypomnienia sobie zasad zawartych w cytowanej Konstytucji Apostolskiej, podnosząc tym samym wartość autentycznego i niezmiennego znaczenia tej pradawnej praktyki pokutnej, która może nam pomóc zadać śmierć naszemu egoizmowi i otworzyć serce na miłość Boga i bliźniego, co stanowi pierwsze i najważniejsze przykazanie nowego Prawa, a zarazem kompendium całej Ewangelii (por. Mt 22, 34-40).
Skrupulatne przestrzeganie postu przyczynia się ponadto do nadania osobie – jej ciału i duszy – spójności, co pomaga jej unikać grzechu i wzrastać w zażyłości z Bogiem. […] Odmawianie sobie pokarmu materialnego, który żywi ciało, umacnia wewnętrzną gotowość do słuchania Chrystusa i żywienia się Jego zbawczym słowem. Przez post i modlitwę pozwalamy, by On przychodził i by zaspokajał największy głód, jakiego doświadczamy w naszym wnętrzu: głód i pragnienie Boga.
[…]
Zachęcam parafie i wszystkie inne wspólnoty, żeby w okresie Wielkiego Postu wierni częściej praktykowali post, indywidualnie i wspólnotowo, oddając się ponadto słuchaniu Słowa Bożego, modlitwie i uczynkom miłosierdzia.
[…]
Z tego, co powiedziałem, jasno wynika, że post jest wartościową praktyką ascetyczną, duchową bronią w walce z wszelkim możliwym, nieuporządkowanym przywiązaniem do nas samych. Dobrowolna rezygnacja z przyjemności, jaką jest jedzenie, i z innych dóbr materialnych pomaga uczniowi Chrystusa panować nad innymi rodzajami głodu osłabionej grzechem pierworodnym natury, którego negatywne skutki odbijają się na całej osobowości człowieka."
Cały ten dokument można przeczytać TUTAJ, a wspomniany wyżej Konstytucję Apostolską Paenitemini Pawła VI TUTAJ.
Ja od siebie tylko dodam na koniec, że oprócz indywidualnej korzyści, jaką każdy z nas osiąga poprzez praktykowanie postu, także każdy z nas pomaga Kościołowi w walce z szatanem. Papież Benedykt napisał że „post jest duchową bronią”. Nie pokonamy kudłatego z pomocą Paktu Północnoatlantyckiego. To jest innego rodzaju wojna. Jego można pokonać tylko modlitwą, postem i miłosiernymi uczynkami wynikającymi z miłości do Boga i do naszych braci.
O ile z modlitwą i czynieniem dobra nie jest tak źle, bo przynajmniej teoretycznie wszyscy się zgadzamy, że są to rzeczy pożytecznie i powinny być przez nas praktykowane, to z postem już jest znacznie gorzej. Obawiam się, że dla większości chrześcijan jest to już jakaś historyczna skamielina dawnych wieków, a nie coś żywego i obecnego w dzisiejszym życiu.
I żeby było jasne: Ja mówiąc o poście nie mam na myśli jedzenia w piątek łososia zamiast kotleta wieprzowego. To nie o taki post chodzi. Post powinien boleć. Post powinien być trudny. Post powinien być poświęceniem się z naszej strony. Powinien być także czymś duchowym, nie tylko fizycznym. Powinniśmy, poszcząc, być życzliwsi dla innych, z uśmiechem znosić jego niedomagania, pościć także od złości i gniewu. Niech nikt po nas nie widzi ile to nas kosztuje. Bóg na pewno wie i to nam powinno wystarczyć. W końcu robimy to dla Niego.
A więc… życzę wszystkim dziś smacznych i tłustych pączków. I proszę Was, pomyślcie o tym, co pisze nasz papież. To są niezwykle mądre słowa. O to samo prosi nas od wielu lat nasza Matka w orędziach z Medjugorie. To jest odwieczna nauka Kościoła. Wcale nie mniej aktualna dzisiaj, niż kiedykolwiek w historii. Zapewne nawet dziś bardziej aktualna i bardziej potrzebna. Modlitwą i postem pokonamy każde zło, ale by to się stało, musimy ten post zacząć. To się da zrobić, zapewniam Was. I nie jest to wcale takie trudne, gdy zrobimy to „w Tym, który nas umacnia” (Flp 4,13).
"W Konstytucji Apostolskiej Paenitemini z 1966 r., Sługa Boży Paweł VI stwierdził, że należy postrzegać post w kontekście powołania każdego chrześcijanina, który “nie dla siebie (...) żyć winien, ale dla Boga, który go umiłował i za niego wydał samego siebie, żyć też winien dla braci” (por. Rozdz. I). Wielki Post mógłby być dobrą okazją do przypomnienia sobie zasad zawartych w cytowanej Konstytucji Apostolskiej, podnosząc tym samym wartość autentycznego i niezmiennego znaczenia tej pradawnej praktyki pokutnej, która może nam pomóc zadać śmierć naszemu egoizmowi i otworzyć serce na miłość Boga i bliźniego, co stanowi pierwsze i najważniejsze przykazanie nowego Prawa, a zarazem kompendium całej Ewangelii (por. Mt 22, 34-40).
Skrupulatne przestrzeganie postu przyczynia się ponadto do nadania osobie – jej ciału i duszy – spójności, co pomaga jej unikać grzechu i wzrastać w zażyłości z Bogiem. […] Odmawianie sobie pokarmu materialnego, który żywi ciało, umacnia wewnętrzną gotowość do słuchania Chrystusa i żywienia się Jego zbawczym słowem. Przez post i modlitwę pozwalamy, by On przychodził i by zaspokajał największy głód, jakiego doświadczamy w naszym wnętrzu: głód i pragnienie Boga.
[…]
Zachęcam parafie i wszystkie inne wspólnoty, żeby w okresie Wielkiego Postu wierni częściej praktykowali post, indywidualnie i wspólnotowo, oddając się ponadto słuchaniu Słowa Bożego, modlitwie i uczynkom miłosierdzia.
[…]
Z tego, co powiedziałem, jasno wynika, że post jest wartościową praktyką ascetyczną, duchową bronią w walce z wszelkim możliwym, nieuporządkowanym przywiązaniem do nas samych. Dobrowolna rezygnacja z przyjemności, jaką jest jedzenie, i z innych dóbr materialnych pomaga uczniowi Chrystusa panować nad innymi rodzajami głodu osłabionej grzechem pierworodnym natury, którego negatywne skutki odbijają się na całej osobowości człowieka."
Cały ten dokument można przeczytać TUTAJ, a wspomniany wyżej Konstytucję Apostolską Paenitemini Pawła VI TUTAJ.
Ja od siebie tylko dodam na koniec, że oprócz indywidualnej korzyści, jaką każdy z nas osiąga poprzez praktykowanie postu, także każdy z nas pomaga Kościołowi w walce z szatanem. Papież Benedykt napisał że „post jest duchową bronią”. Nie pokonamy kudłatego z pomocą Paktu Północnoatlantyckiego. To jest innego rodzaju wojna. Jego można pokonać tylko modlitwą, postem i miłosiernymi uczynkami wynikającymi z miłości do Boga i do naszych braci.
O ile z modlitwą i czynieniem dobra nie jest tak źle, bo przynajmniej teoretycznie wszyscy się zgadzamy, że są to rzeczy pożytecznie i powinny być przez nas praktykowane, to z postem już jest znacznie gorzej. Obawiam się, że dla większości chrześcijan jest to już jakaś historyczna skamielina dawnych wieków, a nie coś żywego i obecnego w dzisiejszym życiu.
I żeby było jasne: Ja mówiąc o poście nie mam na myśli jedzenia w piątek łososia zamiast kotleta wieprzowego. To nie o taki post chodzi. Post powinien boleć. Post powinien być trudny. Post powinien być poświęceniem się z naszej strony. Powinien być także czymś duchowym, nie tylko fizycznym. Powinniśmy, poszcząc, być życzliwsi dla innych, z uśmiechem znosić jego niedomagania, pościć także od złości i gniewu. Niech nikt po nas nie widzi ile to nas kosztuje. Bóg na pewno wie i to nam powinno wystarczyć. W końcu robimy to dla Niego.
A więc… życzę wszystkim dziś smacznych i tłustych pączków. I proszę Was, pomyślcie o tym, co pisze nasz papież. To są niezwykle mądre słowa. O to samo prosi nas od wielu lat nasza Matka w orędziach z Medjugorie. To jest odwieczna nauka Kościoła. Wcale nie mniej aktualna dzisiaj, niż kiedykolwiek w historii. Zapewne nawet dziś bardziej aktualna i bardziej potrzebna. Modlitwą i postem pokonamy każde zło, ale by to się stało, musimy ten post zacząć. To się da zrobić, zapewniam Was. I nie jest to wcale takie trudne, gdy zrobimy to „w Tym, który nas umacnia” (Flp 4,13).
Sunday, January 25, 2009
Katolickie getto
Na moim forum znowu zaczęła się gorąca dyskusja na temat Intronizacji Chrystusa Króla i Szymona Hołowni. Nie bardzo wiem zresztą co ma Intronizacja wspólnego z Hołownią, ale jakoś tak wyszło, że wyszliśmy od jednego, a doszliśmy do drugiego. Zostawmy więc na moment sprawę Intronizacji, a zastanówmy się nad Hołownią.
Od lat zastanawia mnie jak dotrzeć z Ewangelią do tych osób, którym nie po drodze do kościoła. Jak ewangelizować tych, którzy nie są ewangelizacją w ogóle zainteresowani. Albo nawet jak dotrzeć do tych, którzy szukają Jezusa, ale są „obcy”. Nie są jednymi z nas. I nie zastanawia mnie to tylko teoretycznie, ale w praktyce staram się jakoś to wprowadzać w moim życiu. Na przykład przez pisanie blogów. Dzięki takiemu blogowi dotarłem nawet kiedyś do pewnej zagubionej dziewczyny. Pisałem już kiedyś o tym, ale powtórzę tę historię, bo ilustruje ona doskonale to, co chciałbym przekazać.
Skontaktowała się ona ze mną przez gg. To był zresztą do końca jedyny nasz kontakt i ona zawsze używała nowego numeru. Powiedziała, że jest satanistą i zaczęła obrażać „wszystkie moje świętości”. Akurat jechałem swym truckiem, ale zatrzymałem się i zaczęliśmy rozmawiać. Nie będę opisywał całej naszej, trwającej zresztą, z długimi przerwami, wielomiesięcznej konwersacji. Powiem tylko tyle, że bardzo serio podszedłem do jej problemu, bo wyczułem instynktownie, że ona szukała Boga. Mimo, że sama bardzo długo nie chciała się do tego przyznać. Nikt jednak nie pisze do „nawiedzonego truckera” bez powodu (oczywiście poza tymi, co koniecznie chcą wiedzieć co wiozę i ile moje Volvo ma koni). Zwłaszcza nikt tak głęboko zanurzony w satanizm jak ona. Nie raz jeszcze zjeżdżałem na pobocze swoją ciężarówką, by prowadzić z nią długie dyskusje.
W końcu i ona zaczęła się zmieniać. Coraz mniej obrażała Kościół, Boga, czy mnie, coraz więcej pytała, coraz bardziej się „oswajała” z ideą kochającego Boga. Bo ona przecież szukała tylko miłości. W końcu doszło do tego, że zdecydowała się pójść na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. I co? I jak tylko wróciła, napisała do mnie takie mniej-więcej słowa:
„Wiesz, ja pieprzę takie chrześcijaństwo. (prawdę mówiąc wyraziła się troszkę dosadniej). Nikt mnie tam nie chce. Nie umiem się ubrać, nie umiem śpiewać, nie umiem się zachować, wszyscy szli razem, zgraną paczką, a ja kilkadziesiąt metrów za nimi, wściekła, że się dałam nabrać. Wszyscy tylko mieli do mnie pretensje, a ja wszystkim przeszkadzałam. Wracam do swoich satanistów, tam przynajmniej jestem u siebie!”
Tak się skończyła wielomiesięczna praca, pełna modlitw, poświęceń i trudu. Każdą przeszkodę mogliśmy pokonać, ale nie udało nam się pokonać najgorszej przeszkody: „chrześcijan” nie widzących innego człowieka. I to chrześcijan z tych „dobrych”, wydawałoby się. Nie każdy w końcu chodzi na piesze pielgrzymki. Po tych można by się spodziewać, że jest to sam kwiat chrześcijaństwa, prawda?
Ale jest to problem wielu grup. Ludzie w „Odnowie”, w „Neokatechumenacie”, czy innych tego typu grupach często się zamykają w sobie. Tworzą wspaniałe rodziny, ale zamknięte na zewnątrz. Dobrowolnie tworzą swoje własne getta, odgrodzone od świata wysokim murem. A gdy już wyjdą, to czasem robią to tak „subtelnie”, że skutek jest dokładnie przeciwny od zamierzonego. Hołownia w wywiadzie dla Przekroju powiedział:
„Kiedyś na moje spotkanie autorskie przyszły dwie miłe panie, chyba z Radia Maryja. Usiadły w pierwszym rzędzie i zaczęły się chwalić: Pan tu opowiada, że z młodzieżą trzeba delikatnie. Proszę pana, do nich nic nie dociera, więc my z koleżanką w ubiegłym roku w wielkim poście zrobiłyśmy im coś takiego, że oni już do końca życia będą pamiętać, że w piątek nie chodzi się na dyskoteki! Dociekałem, co takiego zrobiły: puściły gaz, strzelały śrutem, ale one dalej emocjonowały się, że dzisiejsza młodzież musi szanować piątek. Zapytałem więc z innej strony: Proszę pani, a co pani robiła 3 września, dokładnie o 17.30. Ona: Ale o co panu chodzi? A co się wtedy stało? Ja się urodziłem, to były moje urodziny, dlaczego pani na to nie zareagowała w żaden sposób? Ona na to: A kim pan dla mnie jest? No właśnie, a kim jest Jezus dla tych ludzi? Zanim zacznę na nich lecieć z policjantem, powinienem zapytać sumienia, co zrobiłem, żeby oni wiedzieli, kim jest Jezus. Moja wolność kończy się tam, gdzie ogranicza wolność drugiego. Nie chcę cię nawracać, chcę ci pokazać, czym jest wiara dla mnie. Nie mam ochoty wchodzić w sferę twojej wolności i zacząć ci w niej dłubać. Ty nie wchodź z butami w moją.”
Właśnie. Jak to rozumieć: „Nie chcę cię nawracać, chcę ci pokazać, czym jest wiara dla mnie. Nie mam ochoty wchodzić w sferę twojej wolności i zacząć ci w niej dłubać. Ty nie wchodź z butami w moją”? Nie ze wszystkim się z Hołownią zgadzam, ale trudno mu zarzucić, że się kryje ze swą wiarą. Wprost przeciwnie. On wychodzi z Ewangelią do świata. I robi to na tyle atrakcyjnie, że na pewno dociera do wielu, do których żaden ksiądz dotrzeć nie może. Co więcej, dostrzega, że wiarę można dyskretnie zaoferować bez narzucania jej, bez wpychania jej innym w gardło. Ale jeden Hołownia sprawy nie rozwiąże.
Ja mam od jakiegoś czasu na to swój własny pomysł. Połączenie forum o truckach z forum o wierze. Czy to działa? I tak i nie. Na pewno są osoby nigdy nie przekraczające granicy. Niektórzy wręcz od początku mówią: „Ja tu jestem tylko dla ciężarówek!”. Ale mija miesiąc, czy dwa, czasem ktoś ma zadanie z religii… i zagląda na drugą stronę. Czasem zostaje na dłużej. Nie działa więc uniwersalnie, ale co z tego? Zawsze chodzi tylko o jednego człowieka. Tym bardziej, że są także osoby przychodzące tylko podyskutować o wierze. Tym ciężarówki nie są do niczego potrzebne. Jednak sama idea forum, to dotarcie do chłopaków interesujących się motoryzacją i "dyskretne dawanie świadectwa wiary". Oferta. Na tyle, mam nadzieję, atrakcyjna, że może ją niektórzy kupią.
Nie każdy jednak ma takie możliwości i talent jak Hołownia. Nie każdy przemierza 18-kołowcem Amerykę, mając do tego ma odrobinkę wiedzy o Bogu i ślad talentu literackiego. A także wielką miłość do Jezusa, która, mam nadzieję, pokrywa braki teologiczne i literackie. Każdy jednak ma „coś”. Każdy ma jakiś talent. Każdy coś może zrobić. Jak pisałem niedawno, nikt z nas nie musi nawrócić całego świata. Wystarczy przekonać do Boga dwie osoby. I te pójdą dalej. Ale każdy z nas musi zmienić swoje nastawienie do wiary. Musimy, jak pierwsi chrześcijanie, wyjść. A więc wstańcie, chodźmy! Zróbmy pierwszy krok. Każdy z nas. Inaczej chrześcijaństwo stanie się jakąś „marginalną filozofią grupki nawiedzonych dziwaków”.
Scott Hahn zapytany jakie było jego nastawienie do katolicyzmu, gdy pierwszy raz się nawrócił i został chrześcijaninem, (był wtedy nastolatkiem, w licealnym wieku), odpowiedział, że on w ogóle nie uważał katolików za chrześcijan. To właśnie koledzy-katolicy zwykle potrafili wypić najwięcej na imprezach, najbardziej klęli, najbardziej wulgarnie się zachowywali. Gandhi także podobno miał powiedzieć, że zostałby chrześcijaninem, gdyby chrześcijanie nimi byli. Może więc zacznijmy nimi być. Pamiętając ostatnie słowa Jezusa, jakie przekazał nam święty Mateusz: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody.[…] Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem.” (Mt 28, 19a-20a)
A co z „moją satanistą”? Usłyszałem potem od niej tylko jeszcze raz. Po wielu miesiącach odezwała się z Włoch, że wyjechała tam i wstąpiła do nowicjatu. Nic więcej o niej nie wiem, ale wierzę, że Duch Święty może pokonać nawet takie przeszkody, jakimi są chrześcijanie.Ja w każdym razie ciągle o niej pamietam w swoich modlitwach.
Od lat zastanawia mnie jak dotrzeć z Ewangelią do tych osób, którym nie po drodze do kościoła. Jak ewangelizować tych, którzy nie są ewangelizacją w ogóle zainteresowani. Albo nawet jak dotrzeć do tych, którzy szukają Jezusa, ale są „obcy”. Nie są jednymi z nas. I nie zastanawia mnie to tylko teoretycznie, ale w praktyce staram się jakoś to wprowadzać w moim życiu. Na przykład przez pisanie blogów. Dzięki takiemu blogowi dotarłem nawet kiedyś do pewnej zagubionej dziewczyny. Pisałem już kiedyś o tym, ale powtórzę tę historię, bo ilustruje ona doskonale to, co chciałbym przekazać.
Skontaktowała się ona ze mną przez gg. To był zresztą do końca jedyny nasz kontakt i ona zawsze używała nowego numeru. Powiedziała, że jest satanistą i zaczęła obrażać „wszystkie moje świętości”. Akurat jechałem swym truckiem, ale zatrzymałem się i zaczęliśmy rozmawiać. Nie będę opisywał całej naszej, trwającej zresztą, z długimi przerwami, wielomiesięcznej konwersacji. Powiem tylko tyle, że bardzo serio podszedłem do jej problemu, bo wyczułem instynktownie, że ona szukała Boga. Mimo, że sama bardzo długo nie chciała się do tego przyznać. Nikt jednak nie pisze do „nawiedzonego truckera” bez powodu (oczywiście poza tymi, co koniecznie chcą wiedzieć co wiozę i ile moje Volvo ma koni). Zwłaszcza nikt tak głęboko zanurzony w satanizm jak ona. Nie raz jeszcze zjeżdżałem na pobocze swoją ciężarówką, by prowadzić z nią długie dyskusje.
W końcu i ona zaczęła się zmieniać. Coraz mniej obrażała Kościół, Boga, czy mnie, coraz więcej pytała, coraz bardziej się „oswajała” z ideą kochającego Boga. Bo ona przecież szukała tylko miłości. W końcu doszło do tego, że zdecydowała się pójść na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. I co? I jak tylko wróciła, napisała do mnie takie mniej-więcej słowa:
„Wiesz, ja pieprzę takie chrześcijaństwo. (prawdę mówiąc wyraziła się troszkę dosadniej). Nikt mnie tam nie chce. Nie umiem się ubrać, nie umiem śpiewać, nie umiem się zachować, wszyscy szli razem, zgraną paczką, a ja kilkadziesiąt metrów za nimi, wściekła, że się dałam nabrać. Wszyscy tylko mieli do mnie pretensje, a ja wszystkim przeszkadzałam. Wracam do swoich satanistów, tam przynajmniej jestem u siebie!”
Tak się skończyła wielomiesięczna praca, pełna modlitw, poświęceń i trudu. Każdą przeszkodę mogliśmy pokonać, ale nie udało nam się pokonać najgorszej przeszkody: „chrześcijan” nie widzących innego człowieka. I to chrześcijan z tych „dobrych”, wydawałoby się. Nie każdy w końcu chodzi na piesze pielgrzymki. Po tych można by się spodziewać, że jest to sam kwiat chrześcijaństwa, prawda?
Ale jest to problem wielu grup. Ludzie w „Odnowie”, w „Neokatechumenacie”, czy innych tego typu grupach często się zamykają w sobie. Tworzą wspaniałe rodziny, ale zamknięte na zewnątrz. Dobrowolnie tworzą swoje własne getta, odgrodzone od świata wysokim murem. A gdy już wyjdą, to czasem robią to tak „subtelnie”, że skutek jest dokładnie przeciwny od zamierzonego. Hołownia w wywiadzie dla Przekroju powiedział:
„Kiedyś na moje spotkanie autorskie przyszły dwie miłe panie, chyba z Radia Maryja. Usiadły w pierwszym rzędzie i zaczęły się chwalić: Pan tu opowiada, że z młodzieżą trzeba delikatnie. Proszę pana, do nich nic nie dociera, więc my z koleżanką w ubiegłym roku w wielkim poście zrobiłyśmy im coś takiego, że oni już do końca życia będą pamiętać, że w piątek nie chodzi się na dyskoteki! Dociekałem, co takiego zrobiły: puściły gaz, strzelały śrutem, ale one dalej emocjonowały się, że dzisiejsza młodzież musi szanować piątek. Zapytałem więc z innej strony: Proszę pani, a co pani robiła 3 września, dokładnie o 17.30. Ona: Ale o co panu chodzi? A co się wtedy stało? Ja się urodziłem, to były moje urodziny, dlaczego pani na to nie zareagowała w żaden sposób? Ona na to: A kim pan dla mnie jest? No właśnie, a kim jest Jezus dla tych ludzi? Zanim zacznę na nich lecieć z policjantem, powinienem zapytać sumienia, co zrobiłem, żeby oni wiedzieli, kim jest Jezus. Moja wolność kończy się tam, gdzie ogranicza wolność drugiego. Nie chcę cię nawracać, chcę ci pokazać, czym jest wiara dla mnie. Nie mam ochoty wchodzić w sferę twojej wolności i zacząć ci w niej dłubać. Ty nie wchodź z butami w moją.”
Właśnie. Jak to rozumieć: „Nie chcę cię nawracać, chcę ci pokazać, czym jest wiara dla mnie. Nie mam ochoty wchodzić w sferę twojej wolności i zacząć ci w niej dłubać. Ty nie wchodź z butami w moją”? Nie ze wszystkim się z Hołownią zgadzam, ale trudno mu zarzucić, że się kryje ze swą wiarą. Wprost przeciwnie. On wychodzi z Ewangelią do świata. I robi to na tyle atrakcyjnie, że na pewno dociera do wielu, do których żaden ksiądz dotrzeć nie może. Co więcej, dostrzega, że wiarę można dyskretnie zaoferować bez narzucania jej, bez wpychania jej innym w gardło. Ale jeden Hołownia sprawy nie rozwiąże.
Ja mam od jakiegoś czasu na to swój własny pomysł. Połączenie forum o truckach z forum o wierze. Czy to działa? I tak i nie. Na pewno są osoby nigdy nie przekraczające granicy. Niektórzy wręcz od początku mówią: „Ja tu jestem tylko dla ciężarówek!”. Ale mija miesiąc, czy dwa, czasem ktoś ma zadanie z religii… i zagląda na drugą stronę. Czasem zostaje na dłużej. Nie działa więc uniwersalnie, ale co z tego? Zawsze chodzi tylko o jednego człowieka. Tym bardziej, że są także osoby przychodzące tylko podyskutować o wierze. Tym ciężarówki nie są do niczego potrzebne. Jednak sama idea forum, to dotarcie do chłopaków interesujących się motoryzacją i "dyskretne dawanie świadectwa wiary". Oferta. Na tyle, mam nadzieję, atrakcyjna, że może ją niektórzy kupią.
Nie każdy jednak ma takie możliwości i talent jak Hołownia. Nie każdy przemierza 18-kołowcem Amerykę, mając do tego ma odrobinkę wiedzy o Bogu i ślad talentu literackiego. A także wielką miłość do Jezusa, która, mam nadzieję, pokrywa braki teologiczne i literackie. Każdy jednak ma „coś”. Każdy ma jakiś talent. Każdy coś może zrobić. Jak pisałem niedawno, nikt z nas nie musi nawrócić całego świata. Wystarczy przekonać do Boga dwie osoby. I te pójdą dalej. Ale każdy z nas musi zmienić swoje nastawienie do wiary. Musimy, jak pierwsi chrześcijanie, wyjść. A więc wstańcie, chodźmy! Zróbmy pierwszy krok. Każdy z nas. Inaczej chrześcijaństwo stanie się jakąś „marginalną filozofią grupki nawiedzonych dziwaków”.
Scott Hahn zapytany jakie było jego nastawienie do katolicyzmu, gdy pierwszy raz się nawrócił i został chrześcijaninem, (był wtedy nastolatkiem, w licealnym wieku), odpowiedział, że on w ogóle nie uważał katolików za chrześcijan. To właśnie koledzy-katolicy zwykle potrafili wypić najwięcej na imprezach, najbardziej klęli, najbardziej wulgarnie się zachowywali. Gandhi także podobno miał powiedzieć, że zostałby chrześcijaninem, gdyby chrześcijanie nimi byli. Może więc zacznijmy nimi być. Pamiętając ostatnie słowa Jezusa, jakie przekazał nam święty Mateusz: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody.[…] Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem.” (Mt 28, 19a-20a)
A co z „moją satanistą”? Usłyszałem potem od niej tylko jeszcze raz. Po wielu miesiącach odezwała się z Włoch, że wyjechała tam i wstąpiła do nowicjatu. Nic więcej o niej nie wiem, ale wierzę, że Duch Święty może pokonać nawet takie przeszkody, jakimi są chrześcijanie.Ja w każdym razie ciągle o niej pamietam w swoich modlitwach.
Orędzie z Medjugorie 25 I 2009
„Drogie dzieci! Również dziś wzywam was do modlitwy. Niech modlitwa będzie dla was niczym ziarno, które umieścicie w moim sercu, a ja je ofiaruję za was mojemu Synowi Jezusowi dla zbawienia waszych dusz. Dziatki, pragnę, by każdy z was rozmiłował się w życiu wiecznym, które jest waszą przyszłością i aby wszystkie ziemskie sprawy pomogły się wam zbliżyć do Boga Stworzyciela. Jestem z wami tak długo, bo jesteście na złej drodze. Dziatki, jedynie z moją pomocą otworzycie oczy. Wielu jest ludzi, którzy żyjąc moimi orędziami pojmują, że są na drodze świętości ku wieczności. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”
Tuesday, January 20, 2009
Prezydenci
Jesteśmy teraz w Stanach Zjednoczonych w trakcie trwania niezwykłego tygodnia. Odchodzi prezydent Bush, władzę obejmuje prezydent Obama. Prezydent Bush odchodząc zdążył jeszcze zadeklarować dzień 18 stycznia Narodowym Dniem Świętości Ludzkiego Życia.
Pierwszym prezydentem, który taki dzień proklamował, był Ronald Reagan. Było to w 11. rocznicę legalizacji aborcji we wszystkich stanach, 22. stycznia 1984 roku. Później dzień ten został przesunięty na trzecią niedzielę stycznia. Następca Reagana, George Bush, kontynuował ten zwyczaj. Gdy Clinton doszedł do władzy, proklamacje się zakończyły i wznowił je po ośmiu latach George W Bush. Nie trzeba być prorokiem, by zgadnąć, że ta ostatnia proklamacja jest rzeczywiście ostatnia na pewien czas. Obama, jak Clinton, nie uważa bowiem ludzkiego życia za jakąkolwiek świętość.
A oto sam tekst deklaracji prezydenta, w moim nieudolnym tłumaczeniu:
Życie ludzkie jest darem od Stworzyciela i jest święte, niepowtarzalne i zasługujące na ochronę. W Narodowym Dniu Świętości Ludzkiego Życia nasz kraj uznaje, że każda osoba, włącznie z osobami jeszcze nienarodzonymi, ma specjalne miejsce i cel w tym świecie. Podkreślamy także nasze oddanie obronie najsłabszych spośród nas, oraz tych, którzy sami nie mogą w swej obronie przemawiać.
Podstawowym obowiązkiem rządu jest ochrona życia niewinnych. Moja Administracja była oddana budowie cywilizacji życia poprzez energiczne promowanie adopcji dzieci i praw nakazujących informowanie rodziców o zamierzonej aborcji ich nieletniej córki, sprzeciwiając się finansowaniu z budżetu państwa aborcjom poza granicami USA, zachęcają nastolatki do wstrzemięźliwości seksualnej i finansując programy pomocy kobietom w ciąży. W 2002 roku miałem zaszczyt podpisać prawo chroniące życie dzieci które przeżyły aborcję. W 2003 roku podpisałem prawo zakazujące okrutnej praktyki zabijania dzieci częściowo już narodzonych (partial birth abortion), pokazując nasze zaangażowanie w budowanie kultury życia w Ameryce. Jestem także dumny z faktu, że podpisałem w 2004 roku prawo zezwalające na oskarżenie osoby odpowiedzialnej za śmierć lub zranienie nienarodzonego dziecka o dodatkową zbrodnię, niezależnie od oskarżeń o szkody wyrządzone matce.
Ameryka jest państwem troskliwym i nasze wartości powinny nas prowadzić w ocenie zdobyczy nauki. W naszej gorliwości szukania nowych sposobów leczenia nigdy nie możemy porzucić naszych fundamentalnych zasad moralnych. Możemy osiągnąć poszukiwane przez nas wielkie cele z poszanowaniem daru życia.
Świętość życia jest wypisana w sercach wszystkich ludzi. W tym dniu i poprzez cały rok dążymy do budowania społeczeństwa w którym każde dziecko jest oczekiwane i chronione przez prawo. Także naszych rodaków zachęcamy do przyłączenia się do naszej godnej i szlachetnej sprawy. Historia nas uczy, że gdy walczymy o sprawę zakorzenioną w naszych najgłębszych przekonaniach i odwołującą się do najlepszych instynktów naszych obywateli, zwyciężymy.
Ja, George W Bush, Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, na mocy prawa danego mi przez konstytucję Stanów Zjednoczonych, proklamuję dzień 18 stycznia 2009 Narodowym Dniem Świętości Ludzkiego Życia. Wzywam wszystkich Amerykanów do świętowania tego dnia poprzez odpowiednie uroczystości i przez podkreślenie naszego oddania respektowaniu i ochronie życia i godności każdego człowieka.
George W Bush.
Niestety wszystko to, co osiągnął Bush w dziedzinie ochrony ludzkiego życia, zmarnuje Obama. Wśród priorytetów jego administracji jest nie tylko podpisanie Freedom of Choice Act, ustawy znoszącej wszelkie restrykcje w dziedzinie aborcji, łącznie z jakimikolwiek ograniczeniami w zabijaniu częściowo już narodzonych dzieci do dziewiątego miesiąca ciąży włącznie, ale także pomoc dla „przemysłu aborcyjnego” w wysokości półtora miliarda dolarów. To są także moje pieniądze z podatków które płacę. Ameryka powróci także do promowania aborcji w innych krajach, poprzez ONZ i inne organizacje, uzależniając swą pomoc od wprowadzania programów promujących cywilizację śmierci.
Administracja Busha kilka tygodni temu ogłosiła przepisy chroniące pracowników służby zdrowia odmawiających z powodów religijnych, czy moralnych współpracy przy zabiegach aborcji. Siedem stanów: Kalifornia, Connecticut, Illinois, Massachusetts, New Jersey, Oregon i Rhode Island wraz z Planned Parenthood i American Civil Liberties Union podały to rozporządzenie do sądu, twierdząc, że może ono ograniczyć „prawa kobiet do powszechnego dostępu do aborcji”. I administracja Obamy przypilnuje, by te prawa były ważniejsze, niż prawa osób, którym sumienie zabrania współuczestnictwa w morderstwie niewinnych. Nie wspominając o prawie nienarodzonego dziecka do życia. Prawo wchodzi w życie dzisiaj, ale nowy kongres już przedstawił projekt nowej ustawy zmieniającej te przepisy.
Podczas niedzielnych uroczystości inauguracyjnych przemawiał duchowny zaproszony przez prezydenta-elekta. Nie jest wielką niespodzianką, że Obama wybrał anglikańskiego biskupa nie ukrywającego, że jest homoseksualistą. Eugene Robinson, episkopalny biskup New Hampshire, powiedział, że czytając przemówienia jego poprzedników był zszokowany tym, jak „specyficznie i agresywnie chrześcijańskie były poprzednie inwokacje”. Hmmm. Całkiem nieźle, jak na chrześcijańskiego duchownego. I to na dodatek biskupa. Zapewnił, że jego inwokacja nie będzie w ogóle chrześcijańska. I „nie będzie cytował Biblii, ani niczego takiego”. Już wiemy zresztą, co powiedział w niedzielę. Oto jego słowa:
"O God of our many understandings, we pray that you will…"
Czyli „Boże naszych wyobrażeń…” A ja, naiwny, myślałem, że Bóg jest Kimś realnym, konkretnym, a nie zaledwie tym, co każdy z nas sobie wyobraża.
"Bless us with anger – at discrimination, at home and abroad, against refugees and immigrants, women, people of color, gay, lesbian, bisexual and transgender people."
Błogosław nas gniewem– na dyskryminację, u nas i poza granicami, uchodźców i imigrantów, kobiet, ludzi o innym kolorze skóry, gejów, lesbijek, biseksualistów i transwestytów.
"Bless us with patience – and the knowledge that none of what ails us will be “fixed” anytime soon, and the understanding that our new president is a human being, not a messiah."
Hehe, „Błogosław nas cierpliwością […] byśmy zrozumieli, że nasz nowy prezydent jest człowiekiem, nie mesjaszem.” To będzie trudne, bo on już został ogłoszony mesjaszem przez media i za takiego jest przez wielu uważany. Czyżby to był jeden z „Bogów naszych wyobrażeń”?
"Bless us with freedom from mere tolerance – replacing it with a genuine respect and warm embrace of our differences, and an understanding that in our diversity, we are stronger."
Błogosław nas wolnością od zaledwie tolerancji, zamieniając ją na prawdziwy respekt i ciepłe przygarnięcie naszych różnic i na zrozumienie, że w naszej wielorakości jesteśmy mocniejsi.
Interesujące słowa w ustach aktywnego i nie ukrywającego tego faktu geja. A może ja nie tylko nie chcę być przez niego „ciepło przygarnięty”, ale i od tolerowania go jestem daleko? Zgadzam się z nim, że Bóg nas powinien ochronić od „zaledwie tolerancji”. Tolerancja to okropna rzecz. Ale na pewno nie powinniśmy jej zamieniać na akceptację tego, co jest niemoralne i grzeszne. Od tego, Boże, nas chroń. Pełny teks inwokacji można znaleźć TUTAJ. Nawiasem mówiąc po raz pierwszy od lat ani katolicki ksiądz, ani rabin nie zostali zaproszeni na żadną z inauguracyjnych uroczystości Obamy. Ale wiedząc jakiego księdza by Obama zapraszał to zapewne lepiej, że nie zaprosił żadnego.
Dzisiaj główne uroczystości inauguracyjne. Podobno ma być parę milionów ludzi. Bilety wstępu na inaugurację osiągają cenę 20 tysięcy dolarów. Histeria Ameryki sięga zenitu. Wczoraj było święto Martina Lutera Kinga. Dziś, zaledwie 40 lat po jego zamordowaniu, Murzyn został prezydentem USA. Niesamowite. Wielki dzień dla demokracji i wielki dzień dla Ameryki. Tylko szkoda, że człowiek, który mógł to osiągnąć dzięki ruchowi obrony praw człowieka, za który ML King oddał życie, sam tak aktywnie i agresywnie przeciw prawom najsłabszych występuje. Czyżby nie wiedział, że celem założycielki organizacji Planned Parenthood była właśnie eliminacja jak największej ilości kolorowych dzieci? I że się jej to udało, bo spośród niemal 50 milionów zamordowanych nienarodzonych dzieci we ostatnich 36 latach nieproporcjonalnie dużo jest właśnie Murzynów.
W czwartek jest 36. rocznica legalizacji aborcji w USA. W czwartek będzie w Waszyngtonie wielki marsz „pro life”. W najbliższą niedzielę podobny w San Francisco. Ale jak ktoś nie ogląda telewizji katolickiej EWTN, to nie będzie nawet o tym słyszał. Główne sieci telewizyjne konsekwentnie i solidarnie bojkotują od lat to wydarzenie. Bo co to za news? Że sto tysięcy ludzi przemaszerowało w proteście przeciw zabijaniu niewinnych? To żadna wiadomość godna przekazania. Co innego, jakby setka aktywistów gejowskich protestowała przeciw ich urojonej dyskryminacji. To byłaby wiadomość na pierwsze strony dzienników. Ale pisać o chrześcijanach? A kogo to obchodzi?
Zobaczymy co przyniosą najbliższe dni. Ale nie spodziewam się niczego dobrego. Chyba, że się zdarzy cud. Jednak nie takich potworów przetrzymaliśmy. Na szczęście nie wybraliśmy króla, ale prezydenta. A ponieważ został wyniesiony przez media bardzo wysoko, to i jego upadek będzie spektakularny. Będą kolejne wybory, będą kolejni prezydenci. I może wreszcie się nauczymy patrzeć na to, co politycy robią, a nie na to, co obiecują. A zresztą Obama niewiele obiecał, poza tym, że będzie zmiana. I wygląda na to, że zmiana będzie rzeczywiście. Zmiana z cywilizacji życia na cywilizację śmierci. A reszta i tak pozostanie tak, jak była.
Pierwszym prezydentem, który taki dzień proklamował, był Ronald Reagan. Było to w 11. rocznicę legalizacji aborcji we wszystkich stanach, 22. stycznia 1984 roku. Później dzień ten został przesunięty na trzecią niedzielę stycznia. Następca Reagana, George Bush, kontynuował ten zwyczaj. Gdy Clinton doszedł do władzy, proklamacje się zakończyły i wznowił je po ośmiu latach George W Bush. Nie trzeba być prorokiem, by zgadnąć, że ta ostatnia proklamacja jest rzeczywiście ostatnia na pewien czas. Obama, jak Clinton, nie uważa bowiem ludzkiego życia za jakąkolwiek świętość.
A oto sam tekst deklaracji prezydenta, w moim nieudolnym tłumaczeniu:
Życie ludzkie jest darem od Stworzyciela i jest święte, niepowtarzalne i zasługujące na ochronę. W Narodowym Dniu Świętości Ludzkiego Życia nasz kraj uznaje, że każda osoba, włącznie z osobami jeszcze nienarodzonymi, ma specjalne miejsce i cel w tym świecie. Podkreślamy także nasze oddanie obronie najsłabszych spośród nas, oraz tych, którzy sami nie mogą w swej obronie przemawiać.
Podstawowym obowiązkiem rządu jest ochrona życia niewinnych. Moja Administracja była oddana budowie cywilizacji życia poprzez energiczne promowanie adopcji dzieci i praw nakazujących informowanie rodziców o zamierzonej aborcji ich nieletniej córki, sprzeciwiając się finansowaniu z budżetu państwa aborcjom poza granicami USA, zachęcają nastolatki do wstrzemięźliwości seksualnej i finansując programy pomocy kobietom w ciąży. W 2002 roku miałem zaszczyt podpisać prawo chroniące życie dzieci które przeżyły aborcję. W 2003 roku podpisałem prawo zakazujące okrutnej praktyki zabijania dzieci częściowo już narodzonych (partial birth abortion), pokazując nasze zaangażowanie w budowanie kultury życia w Ameryce. Jestem także dumny z faktu, że podpisałem w 2004 roku prawo zezwalające na oskarżenie osoby odpowiedzialnej za śmierć lub zranienie nienarodzonego dziecka o dodatkową zbrodnię, niezależnie od oskarżeń o szkody wyrządzone matce.
Ameryka jest państwem troskliwym i nasze wartości powinny nas prowadzić w ocenie zdobyczy nauki. W naszej gorliwości szukania nowych sposobów leczenia nigdy nie możemy porzucić naszych fundamentalnych zasad moralnych. Możemy osiągnąć poszukiwane przez nas wielkie cele z poszanowaniem daru życia.
Świętość życia jest wypisana w sercach wszystkich ludzi. W tym dniu i poprzez cały rok dążymy do budowania społeczeństwa w którym każde dziecko jest oczekiwane i chronione przez prawo. Także naszych rodaków zachęcamy do przyłączenia się do naszej godnej i szlachetnej sprawy. Historia nas uczy, że gdy walczymy o sprawę zakorzenioną w naszych najgłębszych przekonaniach i odwołującą się do najlepszych instynktów naszych obywateli, zwyciężymy.
Ja, George W Bush, Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, na mocy prawa danego mi przez konstytucję Stanów Zjednoczonych, proklamuję dzień 18 stycznia 2009 Narodowym Dniem Świętości Ludzkiego Życia. Wzywam wszystkich Amerykanów do świętowania tego dnia poprzez odpowiednie uroczystości i przez podkreślenie naszego oddania respektowaniu i ochronie życia i godności każdego człowieka.
George W Bush.
Niestety wszystko to, co osiągnął Bush w dziedzinie ochrony ludzkiego życia, zmarnuje Obama. Wśród priorytetów jego administracji jest nie tylko podpisanie Freedom of Choice Act, ustawy znoszącej wszelkie restrykcje w dziedzinie aborcji, łącznie z jakimikolwiek ograniczeniami w zabijaniu częściowo już narodzonych dzieci do dziewiątego miesiąca ciąży włącznie, ale także pomoc dla „przemysłu aborcyjnego” w wysokości półtora miliarda dolarów. To są także moje pieniądze z podatków które płacę. Ameryka powróci także do promowania aborcji w innych krajach, poprzez ONZ i inne organizacje, uzależniając swą pomoc od wprowadzania programów promujących cywilizację śmierci.
Administracja Busha kilka tygodni temu ogłosiła przepisy chroniące pracowników służby zdrowia odmawiających z powodów religijnych, czy moralnych współpracy przy zabiegach aborcji. Siedem stanów: Kalifornia, Connecticut, Illinois, Massachusetts, New Jersey, Oregon i Rhode Island wraz z Planned Parenthood i American Civil Liberties Union podały to rozporządzenie do sądu, twierdząc, że może ono ograniczyć „prawa kobiet do powszechnego dostępu do aborcji”. I administracja Obamy przypilnuje, by te prawa były ważniejsze, niż prawa osób, którym sumienie zabrania współuczestnictwa w morderstwie niewinnych. Nie wspominając o prawie nienarodzonego dziecka do życia. Prawo wchodzi w życie dzisiaj, ale nowy kongres już przedstawił projekt nowej ustawy zmieniającej te przepisy.
Podczas niedzielnych uroczystości inauguracyjnych przemawiał duchowny zaproszony przez prezydenta-elekta. Nie jest wielką niespodzianką, że Obama wybrał anglikańskiego biskupa nie ukrywającego, że jest homoseksualistą. Eugene Robinson, episkopalny biskup New Hampshire, powiedział, że czytając przemówienia jego poprzedników był zszokowany tym, jak „specyficznie i agresywnie chrześcijańskie były poprzednie inwokacje”. Hmmm. Całkiem nieźle, jak na chrześcijańskiego duchownego. I to na dodatek biskupa. Zapewnił, że jego inwokacja nie będzie w ogóle chrześcijańska. I „nie będzie cytował Biblii, ani niczego takiego”. Już wiemy zresztą, co powiedział w niedzielę. Oto jego słowa:
"O God of our many understandings, we pray that you will…"
Czyli „Boże naszych wyobrażeń…” A ja, naiwny, myślałem, że Bóg jest Kimś realnym, konkretnym, a nie zaledwie tym, co każdy z nas sobie wyobraża.
"Bless us with anger – at discrimination, at home and abroad, against refugees and immigrants, women, people of color, gay, lesbian, bisexual and transgender people."
Błogosław nas gniewem– na dyskryminację, u nas i poza granicami, uchodźców i imigrantów, kobiet, ludzi o innym kolorze skóry, gejów, lesbijek, biseksualistów i transwestytów.
"Bless us with patience – and the knowledge that none of what ails us will be “fixed” anytime soon, and the understanding that our new president is a human being, not a messiah."
Hehe, „Błogosław nas cierpliwością […] byśmy zrozumieli, że nasz nowy prezydent jest człowiekiem, nie mesjaszem.” To będzie trudne, bo on już został ogłoszony mesjaszem przez media i za takiego jest przez wielu uważany. Czyżby to był jeden z „Bogów naszych wyobrażeń”?
"Bless us with freedom from mere tolerance – replacing it with a genuine respect and warm embrace of our differences, and an understanding that in our diversity, we are stronger."
Błogosław nas wolnością od zaledwie tolerancji, zamieniając ją na prawdziwy respekt i ciepłe przygarnięcie naszych różnic i na zrozumienie, że w naszej wielorakości jesteśmy mocniejsi.
Interesujące słowa w ustach aktywnego i nie ukrywającego tego faktu geja. A może ja nie tylko nie chcę być przez niego „ciepło przygarnięty”, ale i od tolerowania go jestem daleko? Zgadzam się z nim, że Bóg nas powinien ochronić od „zaledwie tolerancji”. Tolerancja to okropna rzecz. Ale na pewno nie powinniśmy jej zamieniać na akceptację tego, co jest niemoralne i grzeszne. Od tego, Boże, nas chroń. Pełny teks inwokacji można znaleźć TUTAJ. Nawiasem mówiąc po raz pierwszy od lat ani katolicki ksiądz, ani rabin nie zostali zaproszeni na żadną z inauguracyjnych uroczystości Obamy. Ale wiedząc jakiego księdza by Obama zapraszał to zapewne lepiej, że nie zaprosił żadnego.
Dzisiaj główne uroczystości inauguracyjne. Podobno ma być parę milionów ludzi. Bilety wstępu na inaugurację osiągają cenę 20 tysięcy dolarów. Histeria Ameryki sięga zenitu. Wczoraj było święto Martina Lutera Kinga. Dziś, zaledwie 40 lat po jego zamordowaniu, Murzyn został prezydentem USA. Niesamowite. Wielki dzień dla demokracji i wielki dzień dla Ameryki. Tylko szkoda, że człowiek, który mógł to osiągnąć dzięki ruchowi obrony praw człowieka, za który ML King oddał życie, sam tak aktywnie i agresywnie przeciw prawom najsłabszych występuje. Czyżby nie wiedział, że celem założycielki organizacji Planned Parenthood była właśnie eliminacja jak największej ilości kolorowych dzieci? I że się jej to udało, bo spośród niemal 50 milionów zamordowanych nienarodzonych dzieci we ostatnich 36 latach nieproporcjonalnie dużo jest właśnie Murzynów.
W czwartek jest 36. rocznica legalizacji aborcji w USA. W czwartek będzie w Waszyngtonie wielki marsz „pro life”. W najbliższą niedzielę podobny w San Francisco. Ale jak ktoś nie ogląda telewizji katolickiej EWTN, to nie będzie nawet o tym słyszał. Główne sieci telewizyjne konsekwentnie i solidarnie bojkotują od lat to wydarzenie. Bo co to za news? Że sto tysięcy ludzi przemaszerowało w proteście przeciw zabijaniu niewinnych? To żadna wiadomość godna przekazania. Co innego, jakby setka aktywistów gejowskich protestowała przeciw ich urojonej dyskryminacji. To byłaby wiadomość na pierwsze strony dzienników. Ale pisać o chrześcijanach? A kogo to obchodzi?
Zobaczymy co przyniosą najbliższe dni. Ale nie spodziewam się niczego dobrego. Chyba, że się zdarzy cud. Jednak nie takich potworów przetrzymaliśmy. Na szczęście nie wybraliśmy króla, ale prezydenta. A ponieważ został wyniesiony przez media bardzo wysoko, to i jego upadek będzie spektakularny. Będą kolejne wybory, będą kolejni prezydenci. I może wreszcie się nauczymy patrzeć na to, co politycy robią, a nie na to, co obiecują. A zresztą Obama niewiele obiecał, poza tym, że będzie zmiana. I wygląda na to, że zmiana będzie rzeczywiście. Zmiana z cywilizacji życia na cywilizację śmierci. A reszta i tak pozostanie tak, jak była.
Subscribe to:
Posts (Atom)