Pisałem kiedyś TUTAJ jak najlepiej zilustrować dogmat o Trójcy Świętej. Ponieważ takie ilustracje są jednak zawsze niezbyt doskonałe, na FORUM apologetyki zacząłem temat się tym zajmujący. W czasie dyskusji ktoś podał LINK do fragmentu książki profesora Zbigniewa Jacyny-Onyszkiewicza pokazującą w trochę inny sposób istotę Trójcy Świętej. Okazało się też, że profesor Jacyna-Onyszkiewicz mówił na ten temat w Radiu Maryja w Rozmowach Niedokończonych i audycję tę można przesłuchać ściągając ją na swój komputer korzystając z TEGO LINKU. A poniżej jest parę moich przemyśleń na temat tego, czego nauczyłem się z wykładu profesora Jacyny-Onyszkiewicza i które zamieściłem na forum apologetyki.
Tytułem wstępu muszę jednak napisać parę zdań. Bóg, jak wiemy, jest Istotą Wszechwiedzącą. Sumę wszelkiej wiedzy, jaka istnieje, nazwijmy Wszechwiedzą. Wszechwiedza taka musi mieć także wiedzę o sobie i żadna wiedza większa od Wszechwiedzy, ani istniejąca poza wszechwiedzą nie może, z samej definicji Wszechwiedzy, istnieć. Profesor Jacyna-Onyszkiewicz wykazuje, że taka Wszechwiedza to doskonała ilustracja Trójcy Świętej, ponieważ de facto muszą istnieć trzy równe sobie i identyczne Wszechwiedze. A oto mój post z forum:
„Właśnie… czemu akurat dokładnie trzy [Wszechwiedze], a nie jedna, dwie, albo cztery? Mnie jak zwykle brakuje czasu na wszystko, a więc na powrót do wykładu profesora, ale w sumie może teraz się zastanowię nad tym problemem. Zacznijmy więc logicznie myśleć.
Jeżeli mówimy o Wszechwiedzy, to nie może być, z definicji, z samego założenia, wiedzy większej od Wszechwiedzy. A jeżeli można by sobie wyobrazić jakąś wiedzę większą od Wszechwiedzy, to właśnie ona byłaby Wszechwiedzą i ta „mniejsza wszechwiedza” po prostu musiałaby się zawierać we Wszechwiedzy. Na razie to chyba jasne.
Skoro mamy jednak Wszechwiedzę, która ma także wiedzę o sobie samej, a więc mając świadomość ma właściwości osoby, to mamy Osobę Wszechwiedzącą, która jest Wszechwiedzą, a więc Mądrością i Miłością. (dlaczego Miłością profesor wyjaśnia w wykładzie, więc pomijam teraz tutaj ten aspekt).
Wyobraźmy sobie jednak, że istniałaby druga, czy inna Wszechwiedza, oczywiście równa pierwszej pod każdym względem, co wynika z samego założenia i definicji Wszechwiedzy. Czy takie założenie daje nam obraz większej Wszechwiedzy? Odpowiedź musi być „tak”, ponieważ taki model Wszechwiedzy daje nam dodatkowo relację między Pierwszą Wszechwiedzą a Drugą Wszechwiedzą. Relacja taka obejmuje także Wszechwiedzę, bo Wszechwiedza wie wszystko o sobie i o drugiej Wszechwiedzy, a skoro wie wszystko, to ta wiedza jest Wszechwiedzą. Czyli wynika z tego, że relacja taka także jest Wszechwiedzą.
Mamy więc model Wszechwiedzy obejmujący Trzy Wszechwiedze. Model lepszy, pełniejszy niż model jednej, samotnej Wszechwiedzy, bo obejmujący większą wiedzę, a więc tylko taki model można nazwać Wszechwiedzą. Nasuwa się jednak logiczne pytanie: Jeżeli dwie Wszechwiedze plus relacja między nimi dają nam pełniejszy model Wszechwiedzy, to czy wprowadzenie czwartej Wszechwiedzy nie da nam modelu jeszcze pełniejszego? Nie da nam nowych relacji, a więc zwiększonej wiedzy? Jeżeli tak, to będzie to jeszcze prawdziwszy model, prawda?
Teoretycznie można by tak przypuszczać, ale przyjmując taki tok rozumowania dochodzimy do paradoksu. Mianowicie wprowadzenie czwartej Wszechwiedzy powoduje dodatkowe relacje między Wszechwiedzami i to znacznie zwiększoną ich ilość. Relacja między Pierwszą i Drugą, Pierwszą i Trzecią, Pierwszą i Czwartą, Pierwszą i z grupą Wszechwiedz, np. Trzecią i Czwartą itd. Jeżeli każda z tych relacji jest Wszechwiedzą, to tworzy się nieskończony ciąg Wszechwiedz, pączkując kolejnymi relacjami i Wszechwiedzami.
Zachodzi też pytanie, czy relacja między, powiedzmy, Wszechwiedzą Pierwszą a Drugą, a Wszechwiedzą Pierwszą a grupą Wszechwiedz jest taka sama, czy mniejsza? Z założenia musi być taka sama, żeby była Wszechwiedzą, jednak relacja z jedną Wszechwiedzą jest chyba tylko częścią Wszechwiedzy w takim modelu. Skoro bowiem relacja z grupą Wszechwiedz jest Wszechwiedzą, to relacja z jedną Wszechwiedzą zawiera się w relacji z grupą Wszechwiedz, a więc jest mniejszą wiedzą od Wszechwiedzy i mamy tu problem, logiczną sprzeczność.
Wprowadzenie Czwartej Wszechwiedzy do modelu nie wyjaśnia więc niczego, nie pokazuje nam rzeczywistości większej, pełniejszej, czy prawdziwszej, ale pokazuje paradoksalną sytuację, logicznie błędną i niemożliwą do spełnienia. Jedynie model Trzech wszechwiedz jest logicznie spójny i rzeczywiście ilustrujący prawdziwy obraz Wszechwiedzy.
Wracając więc do tematu, czyli pytania: „Jak zilustrować dogmat o Trójcy Świętej”, to model Wszechwiedzy rzeczywiście bardzo dobrze i logicznie go pokazuje: Suma wszelkiej wiedzy, jaka tylko istnieje, jest Wszechwiedzą. Wszechwiedza by była pełna musi obejmować także wiedzę o samej sobie, a więc musi być Osobą, Wszechwiedza musi posiadać samoświadomość i intelekt.
Oczywiście taką Wszechwiedzę nazywamy Bogiem, gdyż tylko On jest Wszechwiedzący. Z przyczyn wyżej wyjaśnionych Bóg jednak nie może być samotnikiem, bo gdy mamy Drugą Wszechwiedzę, równą i identyczną z Pierwszą, dochodzi nam relacja między tymi Osobami. Wszechwiedza w takim modelu jest większa, pełniejsza, a więc to właśnie taki obraz Wszechwiedzy jest jedynie prawdziwy. Druga Wszechwiedza, Druga Osoba to Syn Boży i relacja między Bogiem Ojcem a Synem Bożym wyraża się w Trzeciej Wszechwiedzy, równej Pierwszej i Drugiej, w Duchu Świętym. Relacja między Duchem Świętym a Ojcem wyraża się w Synu, a relacja między synem, a Duchem w Ojcu. Mamy piękny model Miłości Doskonałej i doskonałą ilustrację Wszechwiedzącego Boga.”
To tyle moich przemyśleń. Dyskusja na temat jak najlepiej zilustrować istotę Trójcy Świętej zapewne potrwa jeszcze jakiś czas na Forum apologetyki, a ja także być może powrócę do tego tematu. A gdyby ktoś chciał podzielić się swoimi przemyśleniami na ten temat, zapraszam na forum, czy to forum apologetyki, do którego link jest na początku tego tekstu, czy też moje, do którego link jest obok na tej stronie.
Friday, October 05, 2007
Sunday, September 30, 2007
Akcja “40 dni dla życia” trwa nadal. Ale by się udała, potrzebuje także Ciebie!
Nigdy nie byłem działaczem, członkiem jakiś organizacji, jakiegoś ruchu. Te organizacje, do których się zapisałem, jak Militia Immaculata, czy Knights of Columbus, nie wymagają w zasadzie fizycznej obecności na zebraniach. Oczywiście, że lepiej by było, jakbym się przyłączył aktywnie do różnych akcji jakie organizują na przykład Rycerze Kolumba, ale mój charakter pracy de facto wyklucza taką możliwość. Tak było też i z ruchem Pro Life. Ruchem mającym na celu obronę życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci. Ograniczałem się do pisania czasem o tym ruchu, noszenia podkoszulków z napisem „PRO LIFE”, do nalepek na ciężarówce. Jednak ponieważ parę dni temu rozpoczęła się w Stanach akcja 40-dniowego postu i modlitw dla obrony ludzkiego życia i zakończenia aborcji, a ja akurat byłem w domu, postanowiłem się przyłączyć.
Oczywiście modlitwy i post to w pewnym sensie najłatwiejsza część tej akcji. Przynajmniej dla mnie. Wymaga tylko decyzji, ale można potem już nie opuszczając domu, czy też w czasie jazdy, wypełniać swoje postanowienia. Akcja jednak polegała także na modlitwie i czuwaniu przed kliniką aborcyjną. Aby dać świadectwo swym wierzeniom, sprowokować ludzi do myślenia, może spowodować to, że ktoś zobaczywszy nas przemyśli czym rzeczywiście jest aborcja i odstąpi od decyzji zabicia swego dziecka. Poszedłem więc pierwszego dnia pod klinikę, spodziewając się, że zastanę tam kilkadziesiąt osób, złączonych na wspólnej modlitwie. Stanę sobie z boczku, nie zauważony przez nikogo i dołączę do modlitw.
Rzeczywistość okazała się jednak troszkę inna. Pod kliniką były cztery kobiety i kilkoro dzieciaków. Nie bardzo więc mogłem się gdzieś ukryć w kąciku, zobaczono mnie od razu i powitano serdecznie. Na dodatek, ponieważ był to pierwszy dzień akcji, panie te musiały udać się wkrótce do kościoła na pierwsze spotkanie z potencjalnymi uczestnikami akcji. Na następną godzinę mogła zostać tylko jedna z nich, a później i ona musiała odejść. Tak więc zostałem sam i z kogoś, kto nigdy w życiu nie brał udziału w takiej akcji znalazłem się w samym centrum wydarzeń.
Sama klinika, w której dokonuje się aborcji znajduje się kilkadziesiąt metrów od skrzyżowania z jedną z głównych arterii komunikacyjnych w Charlotte. Dużo ludzi w godzinach szczytu przejeżdża tamtędy i czekając na zmianę świateł stoi dokładnie naprzeciwko kliniki. Z jednej strony więc jest to doskonałe miejsce na taki protest, ale z drugiej wiąże się to z tym, że człowiek słyszy to, co inni myślą o takim proteście. Wielu co prawda popiera i okazuje swoje poparcie, ale nie brakuje i takich, którzy są za utrzymaniem legalności aborcji i głośno i wyraźnie mówią co myślą o takich jak ja.
Na szczęście czasy, gdy policja aresztowała uczestników takich protestów już minęły. Sąd Najwyższy ustalił, jakie zasady mają obowiązywać w czasie takiego apelu i jak widać na zdjęciu, rozciągnięto na trawniku przed kliniką czerwoną tasiemkę, której nam nie wolno było przekraczać. Jedyna niedogodność więc to konieczność wysłuchiwania często obraźliwych i agresywnych komentarzy. Ale to tylko świadczy o tym, że taki protest działa i że jest potrzebny.
Ponieważ wyraziłem gotowość dodatkowego uczestnictwa w tej akcji, wyznaczono nam jedną godzinę w sobotę. Przyszliśmy całą rodziną i modliliśmy się wspólnie przed kliniką. Ponieważ był to już wieczór, czas nasz miną spokojnie. Samochody przejeżdżały tylko obok, czasem zwalniając, aby przeczytać na czym polega ta akcja i przeciw czemu protestujemy. A ja piszę o tym tylko z jednego powodu: Aby pokazać, że tego typu akcje, aby mogły się udać, wymagają naszego w nich uczestnictwa. Nie zakładajmy, że jak jest coś organizowane, to na pewno ktoś tam przyjdzie i to zrobi, bo ten ktoś to często musi być ktoś z nas. Czasem bez nas akcja upadnie, będzie się rwała, nie będzie mogła odnieść sukcesu. I nie przejmujmy się, że nigdy jeszcze czegoś takiego nie robiliśmy. Zawsze musi być przecież ten pierwszy raz.
I nie musi to być taka akcja jak te nasze 40 dni dla życia. Może to być choćby pomoc w stołówce dla bezdomnych. Może to być kółko różańcowe w parafii. Może to być pomoc udzielana starszym ludziom żyjącym w naszym sąsiedztwie. Może to być cokolwiek. W końcu nie zapominajmy, że na Sądzie Ostatecznym nie będziemy sądzeni tylko z tego, jakie popełniliśmy grzechy, ale i z tego, a może nawet przede wszystkim z tego, jakiego dobra nie uczyniliśmy. A dobro to powinniśmy czynić nie dlatego, że się boimy piekła, ale z miłości do Boga i ludzi. Bo rzeczy te są nierozdzielne. Święty Jan, umiłowany uczeń Jezusa, przypomina nam:
Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego. (1 J 4, 20-21)
A miłość to nie jest coś, co się mówi, nie jest to nawet coś, co się czuje. Prawdziwa miłość to jest coś, co się robi. Zakaszmy więc rękawy i zabierajmy się do roboty. Ja przeżyłem swoją inicjację w ruchu "Pro Life". Naprawdę nie bolało, a pozostała satysfakcja z dobrze wykonanego obowiązku. A jak naprawdę wykonamy swą pracę dobrze, na pewno usłyszymy od Pana te słowa:
Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! (Mt 25,21)
Oczywiście modlitwy i post to w pewnym sensie najłatwiejsza część tej akcji. Przynajmniej dla mnie. Wymaga tylko decyzji, ale można potem już nie opuszczając domu, czy też w czasie jazdy, wypełniać swoje postanowienia. Akcja jednak polegała także na modlitwie i czuwaniu przed kliniką aborcyjną. Aby dać świadectwo swym wierzeniom, sprowokować ludzi do myślenia, może spowodować to, że ktoś zobaczywszy nas przemyśli czym rzeczywiście jest aborcja i odstąpi od decyzji zabicia swego dziecka. Poszedłem więc pierwszego dnia pod klinikę, spodziewając się, że zastanę tam kilkadziesiąt osób, złączonych na wspólnej modlitwie. Stanę sobie z boczku, nie zauważony przez nikogo i dołączę do modlitw.
Rzeczywistość okazała się jednak troszkę inna. Pod kliniką były cztery kobiety i kilkoro dzieciaków. Nie bardzo więc mogłem się gdzieś ukryć w kąciku, zobaczono mnie od razu i powitano serdecznie. Na dodatek, ponieważ był to pierwszy dzień akcji, panie te musiały udać się wkrótce do kościoła na pierwsze spotkanie z potencjalnymi uczestnikami akcji. Na następną godzinę mogła zostać tylko jedna z nich, a później i ona musiała odejść. Tak więc zostałem sam i z kogoś, kto nigdy w życiu nie brał udziału w takiej akcji znalazłem się w samym centrum wydarzeń.
Sama klinika, w której dokonuje się aborcji znajduje się kilkadziesiąt metrów od skrzyżowania z jedną z głównych arterii komunikacyjnych w Charlotte. Dużo ludzi w godzinach szczytu przejeżdża tamtędy i czekając na zmianę świateł stoi dokładnie naprzeciwko kliniki. Z jednej strony więc jest to doskonałe miejsce na taki protest, ale z drugiej wiąże się to z tym, że człowiek słyszy to, co inni myślą o takim proteście. Wielu co prawda popiera i okazuje swoje poparcie, ale nie brakuje i takich, którzy są za utrzymaniem legalności aborcji i głośno i wyraźnie mówią co myślą o takich jak ja.
Na szczęście czasy, gdy policja aresztowała uczestników takich protestów już minęły. Sąd Najwyższy ustalił, jakie zasady mają obowiązywać w czasie takiego apelu i jak widać na zdjęciu, rozciągnięto na trawniku przed kliniką czerwoną tasiemkę, której nam nie wolno było przekraczać. Jedyna niedogodność więc to konieczność wysłuchiwania często obraźliwych i agresywnych komentarzy. Ale to tylko świadczy o tym, że taki protest działa i że jest potrzebny.
Ponieważ wyraziłem gotowość dodatkowego uczestnictwa w tej akcji, wyznaczono nam jedną godzinę w sobotę. Przyszliśmy całą rodziną i modliliśmy się wspólnie przed kliniką. Ponieważ był to już wieczór, czas nasz miną spokojnie. Samochody przejeżdżały tylko obok, czasem zwalniając, aby przeczytać na czym polega ta akcja i przeciw czemu protestujemy. A ja piszę o tym tylko z jednego powodu: Aby pokazać, że tego typu akcje, aby mogły się udać, wymagają naszego w nich uczestnictwa. Nie zakładajmy, że jak jest coś organizowane, to na pewno ktoś tam przyjdzie i to zrobi, bo ten ktoś to często musi być ktoś z nas. Czasem bez nas akcja upadnie, będzie się rwała, nie będzie mogła odnieść sukcesu. I nie przejmujmy się, że nigdy jeszcze czegoś takiego nie robiliśmy. Zawsze musi być przecież ten pierwszy raz.
I nie musi to być taka akcja jak te nasze 40 dni dla życia. Może to być choćby pomoc w stołówce dla bezdomnych. Może to być kółko różańcowe w parafii. Może to być pomoc udzielana starszym ludziom żyjącym w naszym sąsiedztwie. Może to być cokolwiek. W końcu nie zapominajmy, że na Sądzie Ostatecznym nie będziemy sądzeni tylko z tego, jakie popełniliśmy grzechy, ale i z tego, a może nawet przede wszystkim z tego, jakiego dobra nie uczyniliśmy. A dobro to powinniśmy czynić nie dlatego, że się boimy piekła, ale z miłości do Boga i ludzi. Bo rzeczy te są nierozdzielne. Święty Jan, umiłowany uczeń Jezusa, przypomina nam:
Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego. (1 J 4, 20-21)
A miłość to nie jest coś, co się mówi, nie jest to nawet coś, co się czuje. Prawdziwa miłość to jest coś, co się robi. Zakaszmy więc rękawy i zabierajmy się do roboty. Ja przeżyłem swoją inicjację w ruchu "Pro Life". Naprawdę nie bolało, a pozostała satysfakcja z dobrze wykonanego obowiązku. A jak naprawdę wykonamy swą pracę dobrze, na pewno usłyszymy od Pana te słowa:
Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! (Mt 25,21)
Wednesday, September 26, 2007
Akcja “40 dni dla życia” 26 września - 4 listopada 2007
Dzisiaj w Stanach zjednoczonych rozpoczęła się kampania pod nazwą „40 DAYS FOR LIFE”. Tej jesieni 89 miast w 33 stanach przyłączyło się do tej akcji. Ma ona na celu zwiększyć zainteresowanie i wiedzę problemem aborcji, uratować wiele nienarodzonych dzieci, przynieść uzdrowienie duszy tym, którzy zabili swoje dziecko i przygotować Amerykę na początek końca legalnego zabijania nienarodzonych dzieci.
Akcja odbywa się od dzisiaj, 26. września do 4. listopada i składa się z trzech elementów:
1. Modlitwa i post.
Pierwsze, najważniejsze, co można uczynić, co każdy z nas może zrobić, to modlitwa. W modlitwie każdy może się przyłączyć do tej kampanii. Nie tylko w USA, ale na całym świecie. Bo to nie jest problem Ameryki, to problem ludzkości. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi i wszyscy są dziećmi Bożymi. Za wszystkich Jezus oddał swe życie na Krzyżu i za wszystkich mamy obowiązek się modlić.
Ponieważ jednak Biblia nas uczy, że pewne złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem, organizatorzy tego ruchu serdecznie zachęcają do tego, by swe modlitwy wspomóc jakąś formą postu. Każdy sam w swoim sercu oceni ile może poświęcić Bogu. Nie musi to nawet być post od pokarmów, może być od telewizji, plotkowania, spędzania bezużytecznych godzin na czatach i innych stronach internetowych, post od złego języka i złego spojrzenia, post od grzechu. Ale post o chlebie i wodzie na pewno nikomu także nie zaszkodzi. ;)
2. Pokojowe czuwanie.
Drugą rzeczą, jaką będziemy robić w czasie tych 40 dni, to pokojowe czuwanie naprzeciwko klinik aborcyjnych, modląc są o ich zamknięcie i oferując gotowość pomocy wszystkim tym, którzy może nie widzą innego wyjścia, niż zabicie własnego dziecka. Modlitwa taka ma wielką moc, ratuje życie dzieciom i o ile nie jest niczym nadzwyczajnym w USA spotkanie modlących się ludzi przed klinikami zabijającymi dzieci, to w czasie tej akcji czuwanie będzie trwało niezmiennie przez całą dobę, dzień i noc, przez okres 40 dni.
Ja nigdy jeszcze nie modliłem się pod kliniką aborcyjną. Zawsze chciałem to zrobić, nigdy nie było czasu. Ale dzisiaj na pewno pójdę tam pierwszy raz i jestem pewien, że nie będzie to ostatni. Pójdziemy tam też z dziećmi, żeby pomodlić się całą rodziną i dać świadectwo naszym przekonaniom. W końcu Victoria urodziła się w 24. tygodniu ciąży, w momencie, gdy co roku tysiące innych matek decyduje się na zabicie swojego dziecka. Albo może inaczej: Są do tego namawiane, przymuszane presją społeczną, sytuacją domową, własnym strachem i tym, że nie widzą wyjścia ze swej trudnej sytuacji. Dlatego nie oskarżam tu nikogo, ale chciałbym dać świadectwo prawdzie.
3. Wyciągnięcie ręki do lokalnej społeczności.
W czasie tych 40 dni akcji jej uczestnicy aktywnie będą starali się dotrzeć do wszystkich mieszkańców naszego miasta z wiadomością o niej. Będą petycje do podpisania i ulotki informujące. Ludzie będą chodzili od drzwi do drzwi informując o akcji, będą informacje udostępnione mediom, uczelniom, kościołom itd., itp.
Dlaczego 40 dni? W biblijnej historii Bóg niejednokrotnie używał okresów 40-dniowych by odmienić ludzi, społeczności i narody. 40 dni padał deszcz w czasach Noego, przynosząc oczyszczenie i niszcząc zło:
40 dni modlił się Mojżesz na Górze Synaj,
40 dni Goliat urągał Izraelitom, odmieniając serce Dawida, który zdobył się na odwagę i go pokonał.
Niniwa została uratowana przez 40 dniowy post i modlitwę na skutek ostrzeżeń Jonasza.
Jezus przez 40 dniowy post na pustyni przygotował się do swej działalności, która odmieniła świat.
Po zmartwychwstaniu Jezus przez 40 dni pouczał swych apostołów, którzy zostali całkowicie odmienieni.
My także możemy odmienić świat naszymi czterdziestoma dniami. Akcje takie przynoszą rezultaty. W wielu miastach doprowadziły do zamknięcia młynów aborcyjnych. Uratowały wiele ludzkich istot. Amerykanie coraz częściej zdają sobie sprawę, że coś z tą legalizacją aborcji w czasie całych dziewięciu miesięcy ciąży jest nie tak. Że jak co trzecia ciąża kończy się zabiciem dziecka, jak ponad 40 milionów dzieci zostało zamordowanych od legalizacji tej zbrodni, jak nawet zabijane są dzieci zupełnie zdrowe, dzieci zupełnie zdrowych matek i to w siódmym, ósmym, czy dziewiątym miesiącu ciąży, to te „prawa kobiece” zaszły naprawdę zbyt daleko.
Oczywiście każde życie ludzkie jest tak samo wartościowe i Kościół uczy, Bóg uczy, że zabicie dziecka w dziewiątym miesiącu ciąży jest takim samym grzechem, jak zabicie go w dziewiątym dniu. Jednak aby odmienić ludzkie serca, trzeba czasem apelować do uczuć. A te inaczej spostrzegają zabicie dziecka które „wygląda jak dziecko”, niż zabicie go zaraz po jego poczęciu. Jednak z naukowego, teologicznego, filozoficznego punktu widzenia nie ma tu różnicy: Żywy organizm, mający DNA człowieka jest człowiekiem.
Co więcej, kod genetyczny nowego życia w organizmie matki różni się od samego początku od jej kodu genetycznego. Nie jest to więc nigdy część jej organizmu, zawsze jest to inny człowiek. Łatwo sobie to wyobrazimy, gdy pomyślimy o momencie w którym archanioł Gabriel zwiastował Maryi, że została matką Bożego Syna. Dziecko, które w tym momencie powstało w jej łonie było od początku Synem Bożym, nie częścią Jej organizmu, prawda? I tak jest z każdym nowym człowiekiem.
Gdy sobie to uświadomimy, to staje się jasne, że aborcja jest zabiciem niewinnego człowieka. Jest niewyobrażalną wręcz zbrodnią. Jednak od razy chciałem tu dodać, że żadna zbrodnia nie jest zbyt wielka, by jej Bóg nie mógł wybaczyć. Matki decydujące się na taki krok, jeszcze raz to podkreślę, często są zaszczute, zahukane, zabłąkane w swej trudnej sytuacji, często właśni rodzice i bliscy kładą wielki nacisk na to, by przerwały ciążę i nawet w swej rozpaczy nie są w stanie dostrzec tego, czym obiektywnie jest ten czyn, na który się zdecydowały.
Opamiętanie przychodzi często znacznie później i żyją one całe lata w stanie depresji, żalu za tym, co się stało, z tęsknotą za swym dzieckiem, którego nigdy nie zobaczą. Ale pomoc dla nich istnieje. W Stanach jest wiele możliwości pomocy takim matkom. Bardzo dobrą organizacją jest Rachel’s Vineyard Ministries, www.rachelsvineyard.org . A ponieważ w Stanach są miliony matek, które miały aborcję, one to paradoksalnie są częścią tego ruchu, który powoduje odmianę serc społeczeństwa USA. One bowiem widzą w swoim życiu, że nie był to „zwykły zabieg” jak wyrwanie zęba, czy usunięcie wyrostka robaczkowego. Widzą jak głębokie rany w ich psychice zostawiła ta tragiczna decyzja i jak bardzo trudno jest potem z nią żyć.
Aborcja nie rozwiązuje żadnych problemów. Nie pomaga kobiecie i z pewnością nie pomaga nienarodzonemu dziecku. Aborcja powoduje całą masę nowych problemów zdrowotnych, tworząc rany na ciele, duszy i psychice człowieka. I o ile rany na ciele czasem są nieodwracalne, to rany w sferze psychiki leczą takie organizacje jak Rachel’s Vineyard Ministries. Częścią tej terapii jest pogodzenie się z Bogiem, przez spowiedź świętą i przeproszenie Go. On na pewno wybaczy i, jak ojciec z przepowiedni o synu marnotrawnym, wybiegnie z rozpostartym ramionami przytulić powracającą na łono rodziny córkę.
A ja na koniec chciałbym podać tylko kilka linków i zachęcić do przyłączenia się do tej kampanii. Tych, którzy są w Stanach do aktywnego udziału w modlitwach pod klinkami mi aborcyjnymi, tych w Polsce i innych krajach proszę o post i modlitwy w tej intencji. Zwłaszcza kapłanów i siostry zakonne, ale też wszystkich ludzi dobrej woli. Bo wspólnie możemy naprawdę zatrzymać bieg historii i odwrócić to zło, jakie się stało gdy aborcja została zalegalizowana. Jestem przekonany, że już niedługo będzie ten dzień, gdy odmieni się nie tylko prawo, ale głownie serca Amerykanów i gdy aborcja będzie czymś tak odstręczającym i oburzającym dla wszystkich, jak teraz jest choćby niewolnictwo.
Informacje ogólne o akcji „40 dni dla życia” można znaleźć tutaj: www.40daysforlife.com, lista miast biorących aktywny udział w akcji jest : TUTAJ, a strona informująca o akcji w mojej rodzinne j Charlotte : TUTAJ. Dzisiaj także, 26. września, o 19:15 w kościele św. Anny, zaraz po mszy która zacznie się o 18:15, będzie spotkanie informujące o tej kampanii w Charlotte i będzie można zapisać się na konkretną godzinę czuwania pod kliniką aborcyjną. Można też po prostu się tam zjawić o dowolnej porze i dołączyć się do modlitw. Jeszcze raz serdecznie zapraszam wszystkich do przyłączenia się do tej akcji. Serdeczne Bóg zapłać.
Akcja odbywa się od dzisiaj, 26. września do 4. listopada i składa się z trzech elementów:
1. Modlitwa i post.
Pierwsze, najważniejsze, co można uczynić, co każdy z nas może zrobić, to modlitwa. W modlitwie każdy może się przyłączyć do tej kampanii. Nie tylko w USA, ale na całym świecie. Bo to nie jest problem Ameryki, to problem ludzkości. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi i wszyscy są dziećmi Bożymi. Za wszystkich Jezus oddał swe życie na Krzyżu i za wszystkich mamy obowiązek się modlić.
Ponieważ jednak Biblia nas uczy, że pewne złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem, organizatorzy tego ruchu serdecznie zachęcają do tego, by swe modlitwy wspomóc jakąś formą postu. Każdy sam w swoim sercu oceni ile może poświęcić Bogu. Nie musi to nawet być post od pokarmów, może być od telewizji, plotkowania, spędzania bezużytecznych godzin na czatach i innych stronach internetowych, post od złego języka i złego spojrzenia, post od grzechu. Ale post o chlebie i wodzie na pewno nikomu także nie zaszkodzi. ;)
2. Pokojowe czuwanie.
Drugą rzeczą, jaką będziemy robić w czasie tych 40 dni, to pokojowe czuwanie naprzeciwko klinik aborcyjnych, modląc są o ich zamknięcie i oferując gotowość pomocy wszystkim tym, którzy może nie widzą innego wyjścia, niż zabicie własnego dziecka. Modlitwa taka ma wielką moc, ratuje życie dzieciom i o ile nie jest niczym nadzwyczajnym w USA spotkanie modlących się ludzi przed klinikami zabijającymi dzieci, to w czasie tej akcji czuwanie będzie trwało niezmiennie przez całą dobę, dzień i noc, przez okres 40 dni.
Ja nigdy jeszcze nie modliłem się pod kliniką aborcyjną. Zawsze chciałem to zrobić, nigdy nie było czasu. Ale dzisiaj na pewno pójdę tam pierwszy raz i jestem pewien, że nie będzie to ostatni. Pójdziemy tam też z dziećmi, żeby pomodlić się całą rodziną i dać świadectwo naszym przekonaniom. W końcu Victoria urodziła się w 24. tygodniu ciąży, w momencie, gdy co roku tysiące innych matek decyduje się na zabicie swojego dziecka. Albo może inaczej: Są do tego namawiane, przymuszane presją społeczną, sytuacją domową, własnym strachem i tym, że nie widzą wyjścia ze swej trudnej sytuacji. Dlatego nie oskarżam tu nikogo, ale chciałbym dać świadectwo prawdzie.
3. Wyciągnięcie ręki do lokalnej społeczności.
W czasie tych 40 dni akcji jej uczestnicy aktywnie będą starali się dotrzeć do wszystkich mieszkańców naszego miasta z wiadomością o niej. Będą petycje do podpisania i ulotki informujące. Ludzie będą chodzili od drzwi do drzwi informując o akcji, będą informacje udostępnione mediom, uczelniom, kościołom itd., itp.
Dlaczego 40 dni? W biblijnej historii Bóg niejednokrotnie używał okresów 40-dniowych by odmienić ludzi, społeczności i narody. 40 dni padał deszcz w czasach Noego, przynosząc oczyszczenie i niszcząc zło:
40 dni modlił się Mojżesz na Górze Synaj,
40 dni Goliat urągał Izraelitom, odmieniając serce Dawida, który zdobył się na odwagę i go pokonał.
Niniwa została uratowana przez 40 dniowy post i modlitwę na skutek ostrzeżeń Jonasza.
Jezus przez 40 dniowy post na pustyni przygotował się do swej działalności, która odmieniła świat.
Po zmartwychwstaniu Jezus przez 40 dni pouczał swych apostołów, którzy zostali całkowicie odmienieni.
My także możemy odmienić świat naszymi czterdziestoma dniami. Akcje takie przynoszą rezultaty. W wielu miastach doprowadziły do zamknięcia młynów aborcyjnych. Uratowały wiele ludzkich istot. Amerykanie coraz częściej zdają sobie sprawę, że coś z tą legalizacją aborcji w czasie całych dziewięciu miesięcy ciąży jest nie tak. Że jak co trzecia ciąża kończy się zabiciem dziecka, jak ponad 40 milionów dzieci zostało zamordowanych od legalizacji tej zbrodni, jak nawet zabijane są dzieci zupełnie zdrowe, dzieci zupełnie zdrowych matek i to w siódmym, ósmym, czy dziewiątym miesiącu ciąży, to te „prawa kobiece” zaszły naprawdę zbyt daleko.
Oczywiście każde życie ludzkie jest tak samo wartościowe i Kościół uczy, Bóg uczy, że zabicie dziecka w dziewiątym miesiącu ciąży jest takim samym grzechem, jak zabicie go w dziewiątym dniu. Jednak aby odmienić ludzkie serca, trzeba czasem apelować do uczuć. A te inaczej spostrzegają zabicie dziecka które „wygląda jak dziecko”, niż zabicie go zaraz po jego poczęciu. Jednak z naukowego, teologicznego, filozoficznego punktu widzenia nie ma tu różnicy: Żywy organizm, mający DNA człowieka jest człowiekiem.
Co więcej, kod genetyczny nowego życia w organizmie matki różni się od samego początku od jej kodu genetycznego. Nie jest to więc nigdy część jej organizmu, zawsze jest to inny człowiek. Łatwo sobie to wyobrazimy, gdy pomyślimy o momencie w którym archanioł Gabriel zwiastował Maryi, że została matką Bożego Syna. Dziecko, które w tym momencie powstało w jej łonie było od początku Synem Bożym, nie częścią Jej organizmu, prawda? I tak jest z każdym nowym człowiekiem.
Gdy sobie to uświadomimy, to staje się jasne, że aborcja jest zabiciem niewinnego człowieka. Jest niewyobrażalną wręcz zbrodnią. Jednak od razy chciałem tu dodać, że żadna zbrodnia nie jest zbyt wielka, by jej Bóg nie mógł wybaczyć. Matki decydujące się na taki krok, jeszcze raz to podkreślę, często są zaszczute, zahukane, zabłąkane w swej trudnej sytuacji, często właśni rodzice i bliscy kładą wielki nacisk na to, by przerwały ciążę i nawet w swej rozpaczy nie są w stanie dostrzec tego, czym obiektywnie jest ten czyn, na który się zdecydowały.
Opamiętanie przychodzi często znacznie później i żyją one całe lata w stanie depresji, żalu za tym, co się stało, z tęsknotą za swym dzieckiem, którego nigdy nie zobaczą. Ale pomoc dla nich istnieje. W Stanach jest wiele możliwości pomocy takim matkom. Bardzo dobrą organizacją jest Rachel’s Vineyard Ministries, www.rachelsvineyard.org . A ponieważ w Stanach są miliony matek, które miały aborcję, one to paradoksalnie są częścią tego ruchu, który powoduje odmianę serc społeczeństwa USA. One bowiem widzą w swoim życiu, że nie był to „zwykły zabieg” jak wyrwanie zęba, czy usunięcie wyrostka robaczkowego. Widzą jak głębokie rany w ich psychice zostawiła ta tragiczna decyzja i jak bardzo trudno jest potem z nią żyć.
Aborcja nie rozwiązuje żadnych problemów. Nie pomaga kobiecie i z pewnością nie pomaga nienarodzonemu dziecku. Aborcja powoduje całą masę nowych problemów zdrowotnych, tworząc rany na ciele, duszy i psychice człowieka. I o ile rany na ciele czasem są nieodwracalne, to rany w sferze psychiki leczą takie organizacje jak Rachel’s Vineyard Ministries. Częścią tej terapii jest pogodzenie się z Bogiem, przez spowiedź świętą i przeproszenie Go. On na pewno wybaczy i, jak ojciec z przepowiedni o synu marnotrawnym, wybiegnie z rozpostartym ramionami przytulić powracającą na łono rodziny córkę.
A ja na koniec chciałbym podać tylko kilka linków i zachęcić do przyłączenia się do tej kampanii. Tych, którzy są w Stanach do aktywnego udziału w modlitwach pod klinkami mi aborcyjnymi, tych w Polsce i innych krajach proszę o post i modlitwy w tej intencji. Zwłaszcza kapłanów i siostry zakonne, ale też wszystkich ludzi dobrej woli. Bo wspólnie możemy naprawdę zatrzymać bieg historii i odwrócić to zło, jakie się stało gdy aborcja została zalegalizowana. Jestem przekonany, że już niedługo będzie ten dzień, gdy odmieni się nie tylko prawo, ale głownie serca Amerykanów i gdy aborcja będzie czymś tak odstręczającym i oburzającym dla wszystkich, jak teraz jest choćby niewolnictwo.
Informacje ogólne o akcji „40 dni dla życia” można znaleźć tutaj: www.40daysforlife.com, lista miast biorących aktywny udział w akcji jest : TUTAJ, a strona informująca o akcji w mojej rodzinne j Charlotte : TUTAJ. Dzisiaj także, 26. września, o 19:15 w kościele św. Anny, zaraz po mszy która zacznie się o 18:15, będzie spotkanie informujące o tej kampanii w Charlotte i będzie można zapisać się na konkretną godzinę czuwania pod kliniką aborcyjną. Można też po prostu się tam zjawić o dowolnej porze i dołączyć się do modlitw. Jeszcze raz serdecznie zapraszam wszystkich do przyłączenia się do tej akcji. Serdeczne Bóg zapłać.
Tuesday, September 25, 2007
Orędzie z Medjugorie 25 IX 2007
„Drogie dzieci! Również dziś wzywam was, by wasze serca płonęły jak najgorętszą miłością do Ukrzyżowanego i byście nie zapomnieli, że oddał Swe życie z miłości do was, abyście i wy zostali zbawieni. Dziatki, medytujcie i módlcie się, aby wasze serce otworzyło się na Bożą miłość. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”
Sunday, September 16, 2007
Mojżesz, Szaweł i syn marnotrawny
Wiem, że kazania powinno się pisać przed, nie po mszy świętej, ale ja zawsze byłem spóźniony ze wszystkim, więc i to „kazanie” będzie na wczoraj. No, może na dzisiaj rano. Tak czy inaczej jest spóźnione. Ale ponieważ Słowo Boże zawsze jest aktualne, to może wielkiego nieszczęścia nie będzie. A dzisiaj w Kościele czytaliśmy Ewangelię z przypowieścią o synu marnotrawnym. Jednak o tej przypowieści pisałem poprzednio już parokrotnie, więc może tylko przypomnę, że te teksty można znaleźć TUTAJ i TUTAJ. Dzisiaj chciałbym podzielić się uwagami na temat pozostałych czytań z dzisiejszej mszy świętej.
Kościół zawsze stara się dobierać czytania parami. Nie jest nigdy przypadkiem, że akurat to, a nie inne czytanie ze Starego Testamentu jest dobrane do Ewangelii. Święty Augustyn powiedział, a Kościół za nim powtarza: "Nowy Testament jest ukryty w Starym, natomiast Stary znajduje wyjaśnienie w Nowym" – Novum in Vetere latet et in Novo Vetus patet (Św. Augustyn, Quaestiones in Heptateuchum, 2, 73: PL 34, 623; por. Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 16). Nie da się więc zrozumieć Słowa Bożego, gdy się nie czyta Biblii jako jednej całości. A ponieważ „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (to święty Hieronim), to widać jak ważne jest, by to Pismo poznać i zrozumieć.
Dzisiejsze pierwsze czytanie było z Księgi Wyjścia, rozdział 32. Jak pamiętamy wszyscy, Izraelici pod wodzą Mojżesza zmierzają przez pustynię do Ziemi Obiecanej. Ale nie wszystko jest tam tak, jak być powinno. Ciężko im się wyzbyć nawyków, jakich nabrali przez lata mieszkania wśród Egipcjan i gdy Mojżesz zostawił ich samych, by spotkać się z Panem na Synaju, zrobili sobie bożka, złotego cielca i oddawali mu boską cześć. Bóg się rozgniewał, a dzisiejszy fragment tej księgi przytacza nam rozmowę na ten temat między Bogiem a Mojżeszem:
Gdy Mojżesz przebywał na górze Synaj, Bóg rzekł do niego: Zstąp na dół, bo sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Bardzo szybko odwrócili się od drogi, którą im nakazałem, i utworzyli sobie posąg cielca ulanego z metalu i oddali mu pokłon, i złożyli mu ofiary, mówiąc: Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej. I jeszcze powiedział Pan do Mojżesza: Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku. Zostaw Mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem.
Bardzo mi się podoba ten fragment, bo wybrany naród Boga nagle stał się „ludem Mojżesza”. Zagniewany Bóg już nie nazywa ich swoim narodem, mówi Mojżeszowi: „…sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej…”. Co więcej daje Bóg Mojżeszowi niesamowitą obietnicę:
Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem.
Każdy, kto zna choć trochę kulturę wschodu wie, jak kusząca była taka propozycja. Dzieci zawsze były widziane tam jako wielkie błogosławieństwo i każdy, kto miał dużą rodzinę, kto tworzył wielki klan, miał poważanie i był uważany za kogoś szczególnie wybranego przez Boga. Izraelici zawsze uważali się za dzieci „Abrahama, Izaaka i Jakuba” i zawsze mieli poczucie, że są jedną, wielką rodziną. Nagle Bóg obiecuje Mojżeszowi, że nowy naród wybrany będzie jego narodem, jego ludem. Ale Mojżesz zaczyna prosić Boga za swymi braćmi. Odrzuca kuszącą propozycję i wstawia się za Izraelitami, którzy tak bardzo zgrzeszyli przeciw Bogu. Przypomina też Mu, że ten lud jest Jego, zawsze był. Nie Mojżesza, nie nikogo innego, ale właśnie jedynego Boga:
Mojżesz jednak zaczął usilnie błagać Pana, Boga swego, i mówić: Dlaczego, Panie, płonie gniew Twój przeciw ludowi Twemu, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej wielką mocą i silną ręką? Wspomnij na Abrahama, Izaaka i Izraela, Twoje sługi, którym przysiągłeś na samego siebie, mówiąc do nich: Uczynię potomstwo wasze tak liczne jak gwiazdy niebieskie, i całą ziemię, o której mówiłem, dam waszym potomkom, i posiądą ją na wieki. Wówczas to Pan zaniechał zła, jakie zamierzał zesłać na swój lud.
Oczywiście nie znaczy to wcale, że Bóg zmienił zdanie. Że postanowił wykonać plan „B”. Bóg od początku wiedział, co się stać musi. Nie wiedział tego jednak Mojżesz i cała ta rozmowa była potrzebna jemu, nie Bogu. Jest to prawda, którą każdy z nas powinien sobie uświadomić. Jak się modlimy, żeby zmienić Boga, to możemy sobie darować te modlitwy. To się na pewno nie stanie. Modlić się powinniśmy po to, żeby Bóg odmienił nas.
I to nas przenosi do drugiego czytania i do osoby Świętego Pawła. On sam, jak pisze w Liście do Tymoteusza, był kiedyś bluźniercą, prześladowcą i oszczercą. Ale też przyznaje, że działał z nieświadomością i w niewierze. Otrzymał łaskę i przejrzał na oczy, nawet jak towarzyszyła temu chwilowa utrata wzroku. Ale czasem tak musi być, czasem musimy oślepnąć, żeby nasze dusze zaczęły jasno widzieć. Święty Paweł przypomina, że Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których on, Paweł, jest pierwszy.
Ale Święty Paweł także przypomina nam swą postawą Mojżesza, bo i on sam był nieodrodnym dzieckiem Narodu Wybranego i kochał go do tego stopnia, że gotów był nawet oddać swoje zbawienie za nawrócenie się swoich braci:
Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. (Rz 9,1-4)
Niesamowite słowa i niesamowite bohaterstwo. Jak Mojżesz na Syjonie, tak Święty Paweł tutaj gotowi są do największych poświęceń dla swych braci, aby tylko oni uzyskali zbawienie. Odrzucając zaszczyty, odrzucając honory, poświęcając się dla innych ludzi. Jakże to odmienna postawa od tej, jaką pokazał brat syna marnotrawnego z dzisiejszej Ewangelii. Brat, który był pełen zawiści, zły na ojca, że przebaczył bratu to, co według niego było niewybaczalnym grzechem.
Oczywiście teraz trzeba by popatrzyć do lustra. Kogo tam zobaczymy? Czy Mojżesza błagającego za swych błądzących współplemieńców? Czy Pawła gotowego oddać swe zbawienie dla zbawienia swych rodaków? Czy może starszego brata z przypowieści, wściekłego, że ktoś komuś coś wybaczył? Czy nam w ogóle leży na sercu dobro naszych rodaków? Czy modlimy się za nich, pościmy w ich intencji, czy raczej najchętniej posłalibyśmy ich wszystkich do piekła? Bo łatwo się oburzać na starszego brata z przypowieści o synu marnotrawnym, dużo trudniej zauważyć, że to my sami nim jesteśmy.
Kościół zawsze stara się dobierać czytania parami. Nie jest nigdy przypadkiem, że akurat to, a nie inne czytanie ze Starego Testamentu jest dobrane do Ewangelii. Święty Augustyn powiedział, a Kościół za nim powtarza: "Nowy Testament jest ukryty w Starym, natomiast Stary znajduje wyjaśnienie w Nowym" – Novum in Vetere latet et in Novo Vetus patet (Św. Augustyn, Quaestiones in Heptateuchum, 2, 73: PL 34, 623; por. Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 16). Nie da się więc zrozumieć Słowa Bożego, gdy się nie czyta Biblii jako jednej całości. A ponieważ „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (to święty Hieronim), to widać jak ważne jest, by to Pismo poznać i zrozumieć.
Dzisiejsze pierwsze czytanie było z Księgi Wyjścia, rozdział 32. Jak pamiętamy wszyscy, Izraelici pod wodzą Mojżesza zmierzają przez pustynię do Ziemi Obiecanej. Ale nie wszystko jest tam tak, jak być powinno. Ciężko im się wyzbyć nawyków, jakich nabrali przez lata mieszkania wśród Egipcjan i gdy Mojżesz zostawił ich samych, by spotkać się z Panem na Synaju, zrobili sobie bożka, złotego cielca i oddawali mu boską cześć. Bóg się rozgniewał, a dzisiejszy fragment tej księgi przytacza nam rozmowę na ten temat między Bogiem a Mojżeszem:
Gdy Mojżesz przebywał na górze Synaj, Bóg rzekł do niego: Zstąp na dół, bo sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Bardzo szybko odwrócili się od drogi, którą im nakazałem, i utworzyli sobie posąg cielca ulanego z metalu i oddali mu pokłon, i złożyli mu ofiary, mówiąc: Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej. I jeszcze powiedział Pan do Mojżesza: Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku. Zostaw Mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem.
Bardzo mi się podoba ten fragment, bo wybrany naród Boga nagle stał się „ludem Mojżesza”. Zagniewany Bóg już nie nazywa ich swoim narodem, mówi Mojżeszowi: „…sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej…”. Co więcej daje Bóg Mojżeszowi niesamowitą obietnicę:
Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem.
Każdy, kto zna choć trochę kulturę wschodu wie, jak kusząca była taka propozycja. Dzieci zawsze były widziane tam jako wielkie błogosławieństwo i każdy, kto miał dużą rodzinę, kto tworzył wielki klan, miał poważanie i był uważany za kogoś szczególnie wybranego przez Boga. Izraelici zawsze uważali się za dzieci „Abrahama, Izaaka i Jakuba” i zawsze mieli poczucie, że są jedną, wielką rodziną. Nagle Bóg obiecuje Mojżeszowi, że nowy naród wybrany będzie jego narodem, jego ludem. Ale Mojżesz zaczyna prosić Boga za swymi braćmi. Odrzuca kuszącą propozycję i wstawia się za Izraelitami, którzy tak bardzo zgrzeszyli przeciw Bogu. Przypomina też Mu, że ten lud jest Jego, zawsze był. Nie Mojżesza, nie nikogo innego, ale właśnie jedynego Boga:
Mojżesz jednak zaczął usilnie błagać Pana, Boga swego, i mówić: Dlaczego, Panie, płonie gniew Twój przeciw ludowi Twemu, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej wielką mocą i silną ręką? Wspomnij na Abrahama, Izaaka i Izraela, Twoje sługi, którym przysiągłeś na samego siebie, mówiąc do nich: Uczynię potomstwo wasze tak liczne jak gwiazdy niebieskie, i całą ziemię, o której mówiłem, dam waszym potomkom, i posiądą ją na wieki. Wówczas to Pan zaniechał zła, jakie zamierzał zesłać na swój lud.
Oczywiście nie znaczy to wcale, że Bóg zmienił zdanie. Że postanowił wykonać plan „B”. Bóg od początku wiedział, co się stać musi. Nie wiedział tego jednak Mojżesz i cała ta rozmowa była potrzebna jemu, nie Bogu. Jest to prawda, którą każdy z nas powinien sobie uświadomić. Jak się modlimy, żeby zmienić Boga, to możemy sobie darować te modlitwy. To się na pewno nie stanie. Modlić się powinniśmy po to, żeby Bóg odmienił nas.
I to nas przenosi do drugiego czytania i do osoby Świętego Pawła. On sam, jak pisze w Liście do Tymoteusza, był kiedyś bluźniercą, prześladowcą i oszczercą. Ale też przyznaje, że działał z nieświadomością i w niewierze. Otrzymał łaskę i przejrzał na oczy, nawet jak towarzyszyła temu chwilowa utrata wzroku. Ale czasem tak musi być, czasem musimy oślepnąć, żeby nasze dusze zaczęły jasno widzieć. Święty Paweł przypomina, że Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których on, Paweł, jest pierwszy.
Ale Święty Paweł także przypomina nam swą postawą Mojżesza, bo i on sam był nieodrodnym dzieckiem Narodu Wybranego i kochał go do tego stopnia, że gotów był nawet oddać swoje zbawienie za nawrócenie się swoich braci:
Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. (Rz 9,1-4)
Niesamowite słowa i niesamowite bohaterstwo. Jak Mojżesz na Syjonie, tak Święty Paweł tutaj gotowi są do największych poświęceń dla swych braci, aby tylko oni uzyskali zbawienie. Odrzucając zaszczyty, odrzucając honory, poświęcając się dla innych ludzi. Jakże to odmienna postawa od tej, jaką pokazał brat syna marnotrawnego z dzisiejszej Ewangelii. Brat, który był pełen zawiści, zły na ojca, że przebaczył bratu to, co według niego było niewybaczalnym grzechem.
Oczywiście teraz trzeba by popatrzyć do lustra. Kogo tam zobaczymy? Czy Mojżesza błagającego za swych błądzących współplemieńców? Czy Pawła gotowego oddać swe zbawienie dla zbawienia swych rodaków? Czy może starszego brata z przypowieści, wściekłego, że ktoś komuś coś wybaczył? Czy nam w ogóle leży na sercu dobro naszych rodaków? Czy modlimy się za nich, pościmy w ich intencji, czy raczej najchętniej posłalibyśmy ich wszystkich do piekła? Bo łatwo się oburzać na starszego brata z przypowieści o synu marnotrawnym, dużo trudniej zauważyć, że to my sami nim jesteśmy.
Subscribe to:
Posts (Atom)