Dzisiaj miałem okazję ponownie glosować nad swoją zmianą. U nas w pracy ma to miejsce co pół roku - kierowcy dzwonią co 10 minut, według starszeństwa, i wybierają sobie trasę, którą chcą obsługiwać.
Same trasy są różne. Niektóre są po prostu określone jako "local", co może oznaczać obsługiwanie sklepów w Charlotte i okolicy, ale może to też być wyjazd do sklepu oddalonego o 300 km. Niektóre są takie, że w jeden dzień kierowca ma konkretny sklep, zawsze ten sam, to znaczy np. zawsze w poniedziałek sklep numer 539, który jest, powiedzmy, w Greenville, we wtorek sklep w Asheboro, środę wolną, a w czwartek i piątek ma "local", czyli każdego tygodnia co innego. Oczywiście we wtorek po powrocie z Asheboro także zwykle dostaje jeszcze jakąś lokalną robotę.
Czasem jest określone tylko miasto, jak np. na mojej zmianie. W piątek w nocy jadę do Nashville, ale nie zawsze do tych samych sklepów. I, rzecz jasna, dyspozytor zawsze może nam to zmienić, gdy wymaga tego interes firmy. Zawsze może nas wysłać w inne miejsce niż to, do którego zazwyczaj jedziemy.
Dla mnie głównym kryterium była wolna niedziela, ale ponieważ ja wybieram dopiero osiemdziesiąty na stu kierowców na naszej bazie, to zwykle zmiany z wolną niedzielą są już wzięte. Prawdę mówiąc jedyna, jaka została to ta, na której byłem do tej pory. Nie jest to całkowicie wolna niedziela, ale zwykle wracam na bazę koło czwartej - piątej rano i mam już wolne do poniedziałkowego wieczoru. Zatem zdecydowałem się na pozostawienie sobie tej szychty.
Wiem też kiedy będę miał urlop - zaczyna się w połowie czerwca i do pracy wrócę piątego lipca. Zatem wiecie też kiedy będzie można się mnie spodziewać w Ojczyźnie. O tym jednak napiszę jeszcze, gdy już będę miał kupione bilety.
Na razie zatem nic się nie zmienia. Kamera dalej we wtorki, środy i soboty, ja dalej jeżdżę w nocy, ale teraz dzień dłuższy, więc więcej będzie widać. A następne wybieranie zmiany już za pół roku, więc kto wie - może uda się złapać coś lepszego. ;-)
Thursday, February 27, 2014
Sunday, February 02, 2014
Minął rok
Zakończył się pełen pierwszy rok w mojej nowej firmie, zatem czas na pewne podsumowanie.
Jak już wiecie, u nas co pół roku następuje zmiana "szychty". Moja ostatnia wygląda tak, że w poniedziałek wieczór jadę do Georgii, w okolice Bruswicku, w środę nad ranem wyruszam w okolice Savannach, czwartek i piątek mam wolne, piątek w nocy natomiast jadę do Nashville, skąd wracam około 4 rano w niedzielę - po wcześniejszym noclegu w Tennessee. Pracuję więc praktycznie trzy i pół dnia i choć mógłbym starać się o dodatkową pracę w dni wolne - wielu kierowców dorabia sobie w ten sposób - ja jednak wolę ten czas spędzić z rodziną w domu.
Mój typowy tydzień teraz to 2100 mil, lub 3400 km, 42 godziny pracy i 1000 dolarów zarobku brutto. Problem polega na tym tylko, że typowy tydzień nie zdarza się często. W ostatnich 20 tygodniach tych typowych było tylko pięć. Czasem jadę drugi raz do Tennessee, zamiast do Georgii, czasem po powrocie z Tennessee, w niedzielę nad ranem, muszę jeszcze obsłużyć lokalne sklepy, czasem mnie wyślą w zupełnie innym kierunku - na przykład w ubiegłym tygodniu zamiast do Savannah pojechałem w Appalachy, w Północnej Karolinie.
Tak więc w skali roku nie wystarczy pomnożyć typowy tydzień przez 52, by otrzymać roczne wyniki, Trzeba wszystko pododawać, tym bardziej, że do września jeździłem po pięć dni w tygodniu, przeważnie lokalnie. Ale cały rok w podsumowaniu wygląda tak:
Zarobek brutto to 57 tys dolarów, dziennie średnio pracowałem 10,5 godziny, przejechałem 150 tys km, czyli 2800 tygodniowo, moja wydajność wyniosła 121% (czyli za każde faktycznie przepracowane 10 godzin miałem zapłacone jak za godzin 12,1), a średnia stawka za każdą przejechaną milę wyszła mi 62 centy.
Oczywiście inaczej to wszystko wyglądało, gdy jeździłem lokalnie, inaczej, gdy jeżdżę teraz do odległych sklepów, zatem pozwólcie, że podam Wam wyniki za pierwsze cztery tygodnie tego roku.
Zarobek brutto 4147 dolarów (czyli w skali roku, gdyby się nic nie zmieniło, będzie to 4147x13=54 tys.) Pracuję cztery dni średnio po 10,5 godziny dziennie, przejechałem 7858 mil, niemal 13 tys km, 3200 km na tydzień, a moja wydajność wyniosła 125%. Czyli mimo, że mam teraz stawkę 18,90 na godzinę, faktycznie zarabiam 23,60 na godzinę.
Czy to jest dobrze, czy źle? Pewnie z polskiej perspektywy to niemalże kopalnia złota. Kierowcy pracujący w Norwegii, czy Wielkiej Brytanii z kolei mogą się poskrobać po głowie i zdziwić się: "To tylko tyle?" Prawda jest bowiem taka, że gdyby moja żona nie pracowała, to trzeba by się dobrze nagłowić, by za takie pieniądze utrzymać rodzinę na jakim-takim poziomie. Co prawda nikt nie chodzi głodny przy takich zarobkach, ale też trudno z takiej pensji kupić piękny dom, czy samochód "z górnej półki".
Na szczęście jednak w naszej rodzinie pracujemy oboje, więc nie możemy narzekać. Zarobki są godziwe, zwłaszcza, gdy się weźmie pod uwagę fakt, że śpię tylko jedną noc poza domem, a do tego mam całe cztery dni wolne. A praktycznie nawet cztery i pół, bo kończę pracę w niedzielę nad ranem, zaczynam w poniedziałek o 23, więc to dwa dni, a później kończę pracę w środę w południe i zaczynam w piątek o 22, więc tu są kolejne wolne dwa dni i pół.
W marcu będzie kolejny wybór szychty, ale jeśli tej, którą mam teraz nikt nie zabierze, będę ją trzymał. Chyba, że będzie jakaś inna, nie mniej atrakcyjna do zaklepania. Czekają mnie też dwie podwyżki, jedna to coroczna COLA, czyli "Cost-Of-Living Adjustment" - coroczne wyrównanie zarobków ze względu na istniejącą inflację, druga to moje dochodzenie do pełnej stawki. Nowi kierowcy w firmie są przyjmowani na stawkę o ok. 4 dolary na godzinę niższą, niż starzy pracownicy i przez pierwsze trzy lata, co 9 miesięcy, mają oni cztery podwyżki, by w końcu dojść do stawek maksymalnych. Ja pracuję od listopada, w sierpniu miałem pierwszą podwyżkę, w maju tego roku będzie druga, a w przyszłym, 2015 roku będą dwie: w lutym i listopadzie, w trzecią rocznicę mojgo zatrudnienia się w firmie.
I to tyle mojego sprawozdania. Czekamy na nowe ciężarówki, a w międzyczasie zapraszam do wspólnej podróży ze mną w te dni, gdy jestem w pracy. Kamera live jest na stronie www.katolik.us Zapraszam.
Jak już wiecie, u nas co pół roku następuje zmiana "szychty". Moja ostatnia wygląda tak, że w poniedziałek wieczór jadę do Georgii, w okolice Bruswicku, w środę nad ranem wyruszam w okolice Savannach, czwartek i piątek mam wolne, piątek w nocy natomiast jadę do Nashville, skąd wracam około 4 rano w niedzielę - po wcześniejszym noclegu w Tennessee. Pracuję więc praktycznie trzy i pół dnia i choć mógłbym starać się o dodatkową pracę w dni wolne - wielu kierowców dorabia sobie w ten sposób - ja jednak wolę ten czas spędzić z rodziną w domu.
Mój typowy tydzień teraz to 2100 mil, lub 3400 km, 42 godziny pracy i 1000 dolarów zarobku brutto. Problem polega na tym tylko, że typowy tydzień nie zdarza się często. W ostatnich 20 tygodniach tych typowych było tylko pięć. Czasem jadę drugi raz do Tennessee, zamiast do Georgii, czasem po powrocie z Tennessee, w niedzielę nad ranem, muszę jeszcze obsłużyć lokalne sklepy, czasem mnie wyślą w zupełnie innym kierunku - na przykład w ubiegłym tygodniu zamiast do Savannah pojechałem w Appalachy, w Północnej Karolinie.
Tak więc w skali roku nie wystarczy pomnożyć typowy tydzień przez 52, by otrzymać roczne wyniki, Trzeba wszystko pododawać, tym bardziej, że do września jeździłem po pięć dni w tygodniu, przeważnie lokalnie. Ale cały rok w podsumowaniu wygląda tak:
Zarobek brutto to 57 tys dolarów, dziennie średnio pracowałem 10,5 godziny, przejechałem 150 tys km, czyli 2800 tygodniowo, moja wydajność wyniosła 121% (czyli za każde faktycznie przepracowane 10 godzin miałem zapłacone jak za godzin 12,1), a średnia stawka za każdą przejechaną milę wyszła mi 62 centy.
Oczywiście inaczej to wszystko wyglądało, gdy jeździłem lokalnie, inaczej, gdy jeżdżę teraz do odległych sklepów, zatem pozwólcie, że podam Wam wyniki za pierwsze cztery tygodnie tego roku.
Zarobek brutto 4147 dolarów (czyli w skali roku, gdyby się nic nie zmieniło, będzie to 4147x13=54 tys.) Pracuję cztery dni średnio po 10,5 godziny dziennie, przejechałem 7858 mil, niemal 13 tys km, 3200 km na tydzień, a moja wydajność wyniosła 125%. Czyli mimo, że mam teraz stawkę 18,90 na godzinę, faktycznie zarabiam 23,60 na godzinę.
Czy to jest dobrze, czy źle? Pewnie z polskiej perspektywy to niemalże kopalnia złota. Kierowcy pracujący w Norwegii, czy Wielkiej Brytanii z kolei mogą się poskrobać po głowie i zdziwić się: "To tylko tyle?" Prawda jest bowiem taka, że gdyby moja żona nie pracowała, to trzeba by się dobrze nagłowić, by za takie pieniądze utrzymać rodzinę na jakim-takim poziomie. Co prawda nikt nie chodzi głodny przy takich zarobkach, ale też trudno z takiej pensji kupić piękny dom, czy samochód "z górnej półki".
Na szczęście jednak w naszej rodzinie pracujemy oboje, więc nie możemy narzekać. Zarobki są godziwe, zwłaszcza, gdy się weźmie pod uwagę fakt, że śpię tylko jedną noc poza domem, a do tego mam całe cztery dni wolne. A praktycznie nawet cztery i pół, bo kończę pracę w niedzielę nad ranem, zaczynam w poniedziałek o 23, więc to dwa dni, a później kończę pracę w środę w południe i zaczynam w piątek o 22, więc tu są kolejne wolne dwa dni i pół.
W marcu będzie kolejny wybór szychty, ale jeśli tej, którą mam teraz nikt nie zabierze, będę ją trzymał. Chyba, że będzie jakaś inna, nie mniej atrakcyjna do zaklepania. Czekają mnie też dwie podwyżki, jedna to coroczna COLA, czyli "Cost-Of-Living Adjustment" - coroczne wyrównanie zarobków ze względu na istniejącą inflację, druga to moje dochodzenie do pełnej stawki. Nowi kierowcy w firmie są przyjmowani na stawkę o ok. 4 dolary na godzinę niższą, niż starzy pracownicy i przez pierwsze trzy lata, co 9 miesięcy, mają oni cztery podwyżki, by w końcu dojść do stawek maksymalnych. Ja pracuję od listopada, w sierpniu miałem pierwszą podwyżkę, w maju tego roku będzie druga, a w przyszłym, 2015 roku będą dwie: w lutym i listopadzie, w trzecią rocznicę mojgo zatrudnienia się w firmie.
I to tyle mojego sprawozdania. Czekamy na nowe ciężarówki, a w międzyczasie zapraszam do wspólnej podróży ze mną w te dni, gdy jestem w pracy. Kamera live jest na stronie www.katolik.us Zapraszam.
Friday, December 13, 2013
Nowe ciężarówki pełne elektroniki.
Dziś dowiedziałem się, że nowe ciężarówki w naszej firmie będą miały automatyczne skrzynie biegów. Nadal będą to samochody Volvo VN300, ale będzie więcej elektroniki, wspomagającej kierowcę w jego pracy.
Tempomaty będą "mądre", czyli same będą utrzymywały odległość za jadącym przed nami pojazdem i same będą hamowały, nawet, gdy są wyłączone, by uniknąć wypadku. Elektronika także będzie pilnowała, by nie wyjeżdżać ze swego pasa, a kagańce w nowych autach będą ustawione na 65 mph niezależnie od tego, czy jedziemy "na nogę", czy "na tempomat".
Jak mi się te zmiany podobają? Nie podobają mi się wcale. Po pierwsze do tej pory miałem bardzo niedobre doświadczenia z automatami. Mam nadzieję, że te volvowskie będą pracowały lepiej, zobaczymy. Jednak mimo wszystko wolę sam sobie zmieniać biegi.
Po drugie - inteligentny tempomat. W wielu sytuacjach jest naprawdę upierdliwym gadżetem. Czy zwiększa bezpieczeństwo kierowcy? Pewnie tak, ale...
Wyobraźmy sobie taką sytuację, z którą kierowcy spotykają się każdego dnia. Samochód osobowy wyprzedza ciężarówkę kilkadziesiąt metrów przed zjazdem z autostrady, hamuje i zjeżdża. Ja jestem w stanie ocenić, że mogę bez zwalniania kontynuować jazdę, bo wiem, że on zaraz zjedzie, ale tempomat tego nie "widzi", on mi gwałtownie zacznie hamować cały zestaw, sądząc, że to konieczne, by uniknąć wypadku.
Inna sytuacja: Podjazd pod stromą górę. Wyprzedza mnie zestaw jadący niemalże z taką samą prędkością, może jedną - dwie mile jedzie szybciej. Zaraz po wyprzedzeniu mnie zjeżdża na mój pas, jest blisko - i mój tempomat hamuje mnie na tym stromym podjeździe. Tracę moment, prędkość, muszę zredukować bieg, czy dwa i wyjeżdżam na górę dwa razy wolniej.
Trzecia sytuacja - jadę 65 mph, niewielki ruch, ładna pogoda i nie zwracam na nic uwagi, bo nic się na szosie nie dzieje. Dojeżdżam do innego zestawu, jadącego 62 mph. Moja ciężarówka zwalnia stopniowo, aż zaczyna też jechać 62, utrzymując bezpieczny, duży odstęp między naszymi zestawami. Ja mogę nawet tego nie zauważyć, że już nie jadę 65, tracąc cenny czas.
Czwarta sytuacja: Jadę 65, zbliżam się do innej ciężarówki, która jedzie 62, ale trzymam nogę na gazie i zbliżam się do niej, bo chcę ją wyprzedzić. Muszę jednak bardzo wcześnie zjechać na lewy pas, bo kontynuowanie takiej jazdy na prawym pasie spowoduje, że mi się same hamulce włączą. Oczywiście bezpieczniej jest wcześniej wjechać na lwy pas, po to takie ustawienia tego ustrojstwa, tylko, że nerwowi i bardzo się spieszący kierowcy osobowych aut wyprzedzają wtedy z prawe, wskakując między moją ciężarówkę, a tę, którą zacząłem wyprzedzać, czasem "pozdrawiając" mnie środkowym paluchem swojej dłoni.
Myślę jednak, że te wszystkie elektroniczne zabawki są nie do uniknięcia, więc trzeba się z tym pogodzić i nauczyć się z tym żyć. A w dzisiejszych czasach, gdy telefony, komputery, gps-y i inne zabawki rozpraszają nas czasem w czasie jazdy, takie elektroniczne narzędzia wspomagające kierowcę mogą mu czasem uratować życie. Niektóre zresztą są bardzo fajne, np. "ostrzegacz" zmiany pasa - urządzenie, które daje nam jakoś znać, że opuszczamy nasz pas ruchu, albo, że zbliżamy się niebezpiecznie do jadącego obok nas pojazdu.
Za parę miesięcy będzie możliwość przetestowania nowych ciężarówek i wtedy zobaczymy jak to w praktyce jest. Jak zwykle w takich sytuacjach diabeł tkwi w szczegółach. Takie zabawki wymagają tuningu, regulacji i w zależności od ustawień mogą mniej, lub bardziej irytować, lub pomagać, więc dopiero w przyszłym roku przekonam się jak to naprawdę działa. Jednak nie jestem zbyt wielkim optymistą - te urządzenia, które były zainstalowane w ciężarówkach US Xpress bardziej przeszkadzały niż pomagały w naszej codziennej ciężkiej pracy.
Tempomaty będą "mądre", czyli same będą utrzymywały odległość za jadącym przed nami pojazdem i same będą hamowały, nawet, gdy są wyłączone, by uniknąć wypadku. Elektronika także będzie pilnowała, by nie wyjeżdżać ze swego pasa, a kagańce w nowych autach będą ustawione na 65 mph niezależnie od tego, czy jedziemy "na nogę", czy "na tempomat".
Jak mi się te zmiany podobają? Nie podobają mi się wcale. Po pierwsze do tej pory miałem bardzo niedobre doświadczenia z automatami. Mam nadzieję, że te volvowskie będą pracowały lepiej, zobaczymy. Jednak mimo wszystko wolę sam sobie zmieniać biegi.
Po drugie - inteligentny tempomat. W wielu sytuacjach jest naprawdę upierdliwym gadżetem. Czy zwiększa bezpieczeństwo kierowcy? Pewnie tak, ale...
Wyobraźmy sobie taką sytuację, z którą kierowcy spotykają się każdego dnia. Samochód osobowy wyprzedza ciężarówkę kilkadziesiąt metrów przed zjazdem z autostrady, hamuje i zjeżdża. Ja jestem w stanie ocenić, że mogę bez zwalniania kontynuować jazdę, bo wiem, że on zaraz zjedzie, ale tempomat tego nie "widzi", on mi gwałtownie zacznie hamować cały zestaw, sądząc, że to konieczne, by uniknąć wypadku.
Inna sytuacja: Podjazd pod stromą górę. Wyprzedza mnie zestaw jadący niemalże z taką samą prędkością, może jedną - dwie mile jedzie szybciej. Zaraz po wyprzedzeniu mnie zjeżdża na mój pas, jest blisko - i mój tempomat hamuje mnie na tym stromym podjeździe. Tracę moment, prędkość, muszę zredukować bieg, czy dwa i wyjeżdżam na górę dwa razy wolniej.
Trzecia sytuacja - jadę 65 mph, niewielki ruch, ładna pogoda i nie zwracam na nic uwagi, bo nic się na szosie nie dzieje. Dojeżdżam do innego zestawu, jadącego 62 mph. Moja ciężarówka zwalnia stopniowo, aż zaczyna też jechać 62, utrzymując bezpieczny, duży odstęp między naszymi zestawami. Ja mogę nawet tego nie zauważyć, że już nie jadę 65, tracąc cenny czas.
Czwarta sytuacja: Jadę 65, zbliżam się do innej ciężarówki, która jedzie 62, ale trzymam nogę na gazie i zbliżam się do niej, bo chcę ją wyprzedzić. Muszę jednak bardzo wcześnie zjechać na lewy pas, bo kontynuowanie takiej jazdy na prawym pasie spowoduje, że mi się same hamulce włączą. Oczywiście bezpieczniej jest wcześniej wjechać na lwy pas, po to takie ustawienia tego ustrojstwa, tylko, że nerwowi i bardzo się spieszący kierowcy osobowych aut wyprzedzają wtedy z prawe, wskakując między moją ciężarówkę, a tę, którą zacząłem wyprzedzać, czasem "pozdrawiając" mnie środkowym paluchem swojej dłoni.
Myślę jednak, że te wszystkie elektroniczne zabawki są nie do uniknięcia, więc trzeba się z tym pogodzić i nauczyć się z tym żyć. A w dzisiejszych czasach, gdy telefony, komputery, gps-y i inne zabawki rozpraszają nas czasem w czasie jazdy, takie elektroniczne narzędzia wspomagające kierowcę mogą mu czasem uratować życie. Niektóre zresztą są bardzo fajne, np. "ostrzegacz" zmiany pasa - urządzenie, które daje nam jakoś znać, że opuszczamy nasz pas ruchu, albo, że zbliżamy się niebezpiecznie do jadącego obok nas pojazdu.
Za parę miesięcy będzie możliwość przetestowania nowych ciężarówek i wtedy zobaczymy jak to w praktyce jest. Jak zwykle w takich sytuacjach diabeł tkwi w szczegółach. Takie zabawki wymagają tuningu, regulacji i w zależności od ustawień mogą mniej, lub bardziej irytować, lub pomagać, więc dopiero w przyszłym roku przekonam się jak to naprawdę działa. Jednak nie jestem zbyt wielkim optymistą - te urządzenia, które były zainstalowane w ciężarówkach US Xpress bardziej przeszkadzały niż pomagały w naszej codziennej ciężkiej pracy.
Friday, October 04, 2013
Stachanowiec hiob.
Mija trzeci tydzień pracy według nowego scenariusza. Zarówno w drugim tygodniu, jak i przed paroma dniami, wyjechałem w poniedziałek do Georgii, w moją zwykłą trasę. Taka wyprawa powinna zająć, według mojego pracodawcy, nieco ponad 1000 minut, czyli mówiąc normalnie 16 godzin i 45 minut. Jak wiecie nam nie wolno jechać po tym, jak mija 14 godzina od rozpoczęcia pracy, więc teoretycznie wracając na bazę powinienem się zatrzymać w hotelu i dokończyć jazdę następnego dnia.
Oczywiście nikt nie chce iść spać do hotelu trzy godziny od domu, więc i ja starałem się jak najproduktywniej pracować i w obydwu przypadkach udało mi się to doskonale. W jeden dzień zakończyłem pracę po 775 minutach, w tym tygodniu wyrobiłem się w 764 minuty. W obydwu przypadkach nie przekroczyłem też limitu 11 godzin jazdy i bezpiecznie, choć bez wielkiego marginesu, dojechałem na bazę. A moja wydajność w tych dniach wyniosła ponad 130%, co dodatkowo przełożyło się na to, że zamiast 19 zarabiałem 25 dolarów na godzinę.
Istniało niebezpieczeństwo, że mi braknie kilkunastu minut, by dojechać na bazę, ale jeśli taka sytuacja przydarzy się już niedaleko firmy, to dyspozytor wysyła innego kierowcę, by dowiózł mnie i trucka na miejsce. Co prawda ja jeszcze w takiej sytuacji nie byłem, ale byłem w roli tego, który ratował innych. Niedawno np. kierowca musiał zaparkować swe auto pół godziny od bazy, bo ładując towar w mleczarni zeszło mu dłużej, niż było to planowane i potem brakło mu czasu, by dojechać do terminalu.
Ponieważ w obydwa te dni powróciłem na bazę, w dniu następnym miałem niejako extra dzień. Zamiast wracać z hotelu i ewentualnie dokończyć dzień rozwożąc lokalnie towary, mogłem zrobić kolejną, dłuższą trasę i tak też się stało. Pojechałem do sklepów nad oceanem, w Południowej Karolinie. Tak więc, mimo, że pracuję teraz tylko cztery dni w tygodniu, jak na razie udaje mi się zarobić niewiele mniej, niż wtedy, gdy pracowałem pięć dni, a do tego mam taką pracę, która mi bardziej odpowiada.
Jedyny problem, jakiego nadal nie udało mi się rozwiązać, to spanie w dzień. Dziś na przykład położyłem się przed południem, licząc na to, że się solidnie wyśpię do wieczora, ale po czterech godzinach się zupełnie rozbudziłem i nie mogłem więcej usnąć. A teraz jest 21, ja za pół godziny wychodzę do pracy, ruszam do Tennessee i wiem, że nad ranem mi się zaczną kleić oczy. Zapewne tak, jak w poprzednie tygodnie, zrobię sobie godzinną przerwę w czasie jazdy, by się przytulić do kierownicy i uciąć komara. Wiem bowiem z własnego doświadczenia, że taka drzemka lepsza jest od kawy, otwierania okna, bicia się po głowie, biegów dookoła auta, czy jakiegokolwiek innego sposobu na pokonanie senności. Gdy organizm domaga się snu, trzeba mu ten sen dać. Choćby odrobinę - nawet 15 minut jest lepsze niż dzbanek kawy.
Kończę, bo czas się zbierać. Do usłyszenia w trasie. Kamera będzie włączona, mikrofon także, zatem zapraszam na wspólną podróż w dzisiejszy, sobotni poranek. Obraz z kamery oczywiście jst widoczny na naszym forum, www.katolik.us na dole strony. Zapraszam.
Oczywiście nikt nie chce iść spać do hotelu trzy godziny od domu, więc i ja starałem się jak najproduktywniej pracować i w obydwu przypadkach udało mi się to doskonale. W jeden dzień zakończyłem pracę po 775 minutach, w tym tygodniu wyrobiłem się w 764 minuty. W obydwu przypadkach nie przekroczyłem też limitu 11 godzin jazdy i bezpiecznie, choć bez wielkiego marginesu, dojechałem na bazę. A moja wydajność w tych dniach wyniosła ponad 130%, co dodatkowo przełożyło się na to, że zamiast 19 zarabiałem 25 dolarów na godzinę.
Istniało niebezpieczeństwo, że mi braknie kilkunastu minut, by dojechać na bazę, ale jeśli taka sytuacja przydarzy się już niedaleko firmy, to dyspozytor wysyła innego kierowcę, by dowiózł mnie i trucka na miejsce. Co prawda ja jeszcze w takiej sytuacji nie byłem, ale byłem w roli tego, który ratował innych. Niedawno np. kierowca musiał zaparkować swe auto pół godziny od bazy, bo ładując towar w mleczarni zeszło mu dłużej, niż było to planowane i potem brakło mu czasu, by dojechać do terminalu.
Ponieważ w obydwa te dni powróciłem na bazę, w dniu następnym miałem niejako extra dzień. Zamiast wracać z hotelu i ewentualnie dokończyć dzień rozwożąc lokalnie towary, mogłem zrobić kolejną, dłuższą trasę i tak też się stało. Pojechałem do sklepów nad oceanem, w Południowej Karolinie. Tak więc, mimo, że pracuję teraz tylko cztery dni w tygodniu, jak na razie udaje mi się zarobić niewiele mniej, niż wtedy, gdy pracowałem pięć dni, a do tego mam taką pracę, która mi bardziej odpowiada.
Jedyny problem, jakiego nadal nie udało mi się rozwiązać, to spanie w dzień. Dziś na przykład położyłem się przed południem, licząc na to, że się solidnie wyśpię do wieczora, ale po czterech godzinach się zupełnie rozbudziłem i nie mogłem więcej usnąć. A teraz jest 21, ja za pół godziny wychodzę do pracy, ruszam do Tennessee i wiem, że nad ranem mi się zaczną kleić oczy. Zapewne tak, jak w poprzednie tygodnie, zrobię sobie godzinną przerwę w czasie jazdy, by się przytulić do kierownicy i uciąć komara. Wiem bowiem z własnego doświadczenia, że taka drzemka lepsza jest od kawy, otwierania okna, bicia się po głowie, biegów dookoła auta, czy jakiegokolwiek innego sposobu na pokonanie senności. Gdy organizm domaga się snu, trzeba mu ten sen dać. Choćby odrobinę - nawet 15 minut jest lepsze niż dzbanek kawy.
Kończę, bo czas się zbierać. Do usłyszenia w trasie. Kamera będzie włączona, mikrofon także, zatem zapraszam na wspólną podróż w dzisiejszy, sobotni poranek. Obraz z kamery oczywiście jst widoczny na naszym forum, www.katolik.us na dole strony. Zapraszam.
Monday, September 23, 2013
Już tydzień po zmianie szychty.
Już minął tydzień od zmiany szychty i jak na razie mi się podoba. Miałem być w poniedziałek w Georgii, ale wysłali mnie do Nashville. Piątek, to moja zwykła trasa do Nashville, a do tego w środę pojechałem w zastępstwie za innego kierowcę do jakiegoś sklepu w Północnej Karolinie, gdyż miał drobną stłuczkę i nie mógł kontynuować jazdy.
Wyjazd ten miał być jednodniowy i taki był, ale nie wiele brakowało... W drodze powrotnej miałem bowiem odebrać z firmy Campbell naczepę załadowaną zupkami w puszkach, ale towar nie był gotowy. Czekałem trzy godziny i gdy później dojeżdżałem na bazę, moja elektroniczna karta drogowa pokazywała, że mi zostały cztery minuty jazdy.
W sumie tydzień ten wyszedł też finansowo bardzo dobrze, gorzej było z moją formą. Jeszcze się nie przestawiłem na nocne jeżdżenie i koło świtu strasznie mnie morzy sen, a swoją półgodzinną przerwę, która nas od paru miesięcy obowiązuje, wykorzystuję na krótką drzemkę na kierownicy.
Do tego w wolne dni, jak dzisiaj, staram się spać w dzień i czuwać w nocy, by przyzwyczaić organizm do nowej rzeczywistości. Teraz jest 4 rano, gdy to piszę, planuję iść spać koło 9, a do pracy idę na 23. Mam nadzieję, że wreszcie uda mi się przespać cały dzień, bo jak na razie największy problem mam z tym, że mimo zmęczenia po nocnej jeździe, sen w dzień jest płytki i co chwilę się budzę, a po kilku godzinach już nie mogę więcej zasnąć.
Wyjazd ten miał być jednodniowy i taki był, ale nie wiele brakowało... W drodze powrotnej miałem bowiem odebrać z firmy Campbell naczepę załadowaną zupkami w puszkach, ale towar nie był gotowy. Czekałem trzy godziny i gdy później dojeżdżałem na bazę, moja elektroniczna karta drogowa pokazywała, że mi zostały cztery minuty jazdy.
W sumie tydzień ten wyszedł też finansowo bardzo dobrze, gorzej było z moją formą. Jeszcze się nie przestawiłem na nocne jeżdżenie i koło świtu strasznie mnie morzy sen, a swoją półgodzinną przerwę, która nas od paru miesięcy obowiązuje, wykorzystuję na krótką drzemkę na kierownicy.
Do tego w wolne dni, jak dzisiaj, staram się spać w dzień i czuwać w nocy, by przyzwyczaić organizm do nowej rzeczywistości. Teraz jest 4 rano, gdy to piszę, planuję iść spać koło 9, a do pracy idę na 23. Mam nadzieję, że wreszcie uda mi się przespać cały dzień, bo jak na razie największy problem mam z tym, że mimo zmęczenia po nocnej jeździe, sen w dzień jest płytki i co chwilę się budzę, a po kilku godzinach już nie mogę więcej zasnąć.
Subscribe to:
Posts (Atom)