Minęły już dwa miesiące w nowej pracy. Skończył się próbny okres i jestem już pełnoprawnym i pełnoetatowym pracownikiem. Mogę też się pokusić o jakieś podsumowanie.
Koniec roku to zawsze okres wzmożonego ruchu w branży spożywczej. Święta i Nowy Rok sprzyjają zwiększonym zakupom, a w styczniu wszystko wraca do normy. Mogę więc porównać ile mieliśmy pracy przed i po Nowym Roku. Mogę też zobaczyć jaka mi wychodzi wydajność, a zatem czego mogę się spodziewać w przyszłości.
Jak już pisałem o tym, na początek dostałem stawkę 17,30 na godzinę. Podwyżki będą co 9 miesięcy, aż po trzech latach uzyskam maksymalną stawkę w firmie. Poza tym co roku wszyscy otrzymują podwyżki - zmieniają się nieznacznie stawki, by wyrównać wzrost kosztów życia. Nie są to wielkie sumy, ale zawsze te kilkadziesiąt centów pomoże wyrównać to, co zje inflacja.
Na razie jednak mam 17,30 i to za "komputerową godzinę". W praktyce zarabiam więcej, bo za cztery tygodnie, za które mi zapłacono w tym roku (pierwszy z tych czterech tygodni był w grudniu, ale czek otrzymałem już w styczniu) średnia stawka za godzinę pracy wyniosła 21 dolarów i 9 centów. Wynika to z faktu, że mam wydajność 122%.
Pierwszy tydzień w tym zestawieniu miał tylko cztery dni, bo w Boże Narodzenie nie pracowałem. Kolejne były już "normalne" i we wszystkich tych tygodniach średnio mi wychodziło, że pracuję po 10-11 godzin dziennie. Oczywiście były dni, gdy pracowałem dłużej, ale średnio wyszło mi kolejno 10,42; 10,12; 10,72 i 10,29. A jak to się przekłada na zarobki? Jak nietrudno obliczyć, średnio zarobiłem nieco ponad tysiąc dolarów tygodniowo. Nie są to więc jakieś oszałamiające sumy, podobnie zarabiałem rozwożąc towar do sklepów Dollar Tree, ale...
Tutaj zacząłem od niskiej stawki, która mi wzrośnie z upływem czasu. Gdy po trzech latach będzie o 25% wyższa, to i zarobki będą odpowiednio wyższe. Po drugie teraz pracuję stosunkowo niedużo. Te 10, czy 11 godzin dziennie to jest faktyczny czas mojej pracy, od przekroczenia bramy firmy, do wyjścia do domu. Wożąc towar dla Dollar Tree nie tylko pracowałem więcej, ale też spędzałem w pracy więcej czasu nie pracując, czy też, mówiąc precyzyjniej, nie zarabiając pieniędzy.
Na przykład gdy przyjechałem na bazę w Savannah i towar nie był gotowy, to miałem "wolny czas". Gdy trzeba było podjechać do warsztatu, to także był to "czyn społeczny". Obsługa codzienna auta, tankowanie, mycie - to także było na zasadzie: Rob, bo masz obowiązek, ale za to nie płacimy". I same rozładunki - za te miałem płacone, ale nie zawsze były one odzwierciedlane w karcie drogowej jako czas pracy.
W aktualnej firmie jest inaczej. Tutaj mamy każdą czynność związaną z pracą przypisaną do pewnej ilości czasu, jaką ona powinna zająć. Na przykład od przyjścia do pracy do wyjazdy za bramę mamy zapłacone 45 minut za znalezienie na placu naszego auta, połączenie naszych gadżetów - gps-u, CB radia itp, inspekcję auta i przypięcie naczepy. Podobnie u klienta - mamy zapłacone za czas, w jakim ustawiamy się pod rampą plus za każdą paletę, jaką klient musi sobie wyciągnąć z naczepy. Gdy jedynie zamieniamy naczepy, za to też otrzymujemy 30 minut, a gdy załadunek jest "na żywo" - godzinę. Gdy załadunek trwa dłużej, dzwonimy do dyspozytora, a po powrocie na bazę wypełniamy specjalną formę, gdzie wyjaśniamy dlaczego załadunek był dłuższy i firma nam płaci za dodatkowy czas.
Co jednak się dzieje, gdy przepinanie naczep trwa krócej niż pół godziny, albo załadunek mniej, niż 60 minut? Wtedy nam rośnie wydajność - z tego właśnie się biorą nasze dodatkowe pieniądze.
A jak wygląda sama praca? Zwykle ze dwa, lub trzy dni w tygodniu mam jakiś dłuższy wyjazd - cztery godzinki od bazy, obsługa klientów z jakimś mieście oddalonym o 300 km i powrót. Czasem w drodze powrotnej zabranie towaru z mleczarni, rzeźni, wytwórni zup, czy podobnego miejsca. Pozostałe dni jazda na miejscu, a więc trzy-czterokrotne powroty na bazę po kolejną naczepę i rozwożenie towaru po naszym mieście. Czasem jest coś pośredniego - wyjazd do miejsca oddalonego o 150-200 km, a po powrocie krótki kurs na miejscu. Trafił mi się także jeden wyjazd do Nashville, jakieś 750 km od bazy i to wiązało się z tym, że zostałem tam na noc i spałem w hotelu.
Nie mam już ze sobą wirtualnych pasażerów, kamera live wyłączona, mam za to sporo czasu na słuchanie książek. Wspaniale leci czas, gdy się słucha ciekawych opowieści. "Przeczytałem" kilka książek znanych mi z dzieciństwa - przygody Tomka Wilmowskiego i Pana Samochodzika, przypomniałem sobie powieść W Pustyni i w Puszczy Sienkiewicza, parę książek Cejrowskiego, wspomnienia obozowe Gustawa Herlinga Grudzińskiego i kilka innych. Zdumiewające jak wiele można "przeczytać", gdy się ma tyle czasu, ile mają kierowcy w swej pracy i gdy im pasażerowie nie zawracają głowy.
Jak na razie więc jestem z nowej pracy bardzo zadowolony i nie planuję żadnych zmian. Nie kupuję nowej ciężarówki, a gdy patrzę na zasolone pojazdy zjeżdżające na naszą bazę, z resztkami śniegu przylepionymi do podwozia naczep, cieszę się, że mam wreszcie pierwszą od wielu lat zimę, w czasie której nie tylko nie obawiam się zlej pogody, ale wręcz jej oczekuję, bo zapowiedź opadów śniegu powoduje jedynie to, że my mamy więcej pracy - a śnieg i tak u nas raczej nie spadnie.
Koniec sprawozdania z nowej pracy. Za parę tygodni może znowu coś napiszę, a wcześniej dodam jakieś zdjęcia z drogi. Mam tu spore zaległości, ale po prostu brakuje mi czasu. Postaram się jednak zmobilizować w ten weekend i coś tu zamieścić.
Thursday, January 24, 2013
Monday, December 17, 2012
Kolejny tydzień, kolejne sprawozdanie.
Jak obiecałem, zamieszczam kolejną relację z pracy. Minął bowiem kolejny tydzień. Ten się zaczął spokojnie, pierwsze dwa dni - praca lokalna, w mieście, stanie w korkach i wczesne powroty do domu. Ale potem było lepiej - jakieś wyjazdy do innych miast, dłuższe zmiany, mniej korków i więcej pieniędzy.
My mamy jakby dwa rodzaje pracy: Zabieramy naczepy załadowane w naszym magazynie i rozwozimy towar do odbiorcy, po czym zwykle wracamy z jakimiś "zwrotami" - puste skrzynki po mleku, palety, sprasowana tektura do recyklingu itp. Czasem jednak jedziemy po towar do naszego magazynu: Po mleko do mleczarni, po mięso itp. Albo jazda do naszego magazynu w innym mieście i powrót do nas.
Czasem jest to połączone: Najpierw jadę z towarem, potem z pustą naczepą do mleczarni, zabrać mleko i powrót na bazę. I w sumie nie ma wielkiego znaczenia co się danego dnia robi, zapłata i tak jest "na godzinę". Jedynie, gdy trzeba rozwozić towar w Charlotte w godzinach szczytu, praca jest dość nieprzyjemna, jeśli się nie lubi stania w korkach. To jednak szybko mija, a za opóźnienia firma płaci nam ekstra. Inaczej mówiąc, gdy jakaś robota powinna zająć 2 godziny, a z powodu korków zajęła trzy, mamy zapłacone za trzy.
Zatem jak to wyszło za pierwsze dwa tygodnie? W pierwszym zarobiłem brutto 1150 dolarów. Nie wiem ile wyszło w drugim, to się okaże jutro, ale najprawdopodobniej był to bardzo podobny tydzień. Czyli, mogę przyjąć, 2300 brutto za dwa tygodnie, albo 60 tys dolarów rocznie.
Nie jest to jakaś niezwykła stawka, wielu kierowców zarabia tyle, albo nawet więcej. Ja, w US Xpress, rozwożąc towar dla Dollar Tree zarabiałem średnio tysiąc dolarów tygodniowo, więc tylko 20% mniej. Ale 20% to jednak sporo, poza tym teraz jestem co noc w domu, nie pracuję tak ciężko - nie ma fizycznego, ręcznego rozładowywania towaru, a do tego mam tu jakieś dodatki - składka emerytalna ( do każdego dolara, jaki odkładam, firma dopłaca 50 centów, aż do sumy 1000 dolarów rocznie), bonus za bezpieczną jazdę, czy dzielenie się zyskiem z pracownikami. To wszystko się składa na ładną "trzynastkę", w skali roku wynoszącą parę tysięcy dolarów.
Poza tym ja zaczynam od najniższej stawki, 17,30 na godzinę. Po paru latach ta stawka wzrośnie do 23 dolarów, więc i zarobki wzrosną o kolejne 30%. I choć pewnie są tam dni, czy tygodnie, gdy pracy jest mniej, to przecież tak bywa wszędzie, a w transporcie artykułów spożywczych te fluktuacje zwykle są najmniejsze. Ludzie bowiem jedzą zawsze, niezależnie od sytuacji ekonomicznej, czy pory roku.
Wszystko więc wygląda dobrze i cieszę się, że udało mi się tę pracę zdobyć. A w miarę, gdy będę poznawał wszystkich odbiorców, będzie jeszcze przyjemniej, bo zniknie stres związany z faktem, że teraz nie znam adresów, najlepszej drogi itp. Co prawda mamy "książeczkę" z wszystkimi klientami, ich adresami i opisem jak najlepiej dojechać, używam także GPS-u, ale ciągle łatwiej jest, gdy się wraca do miejsca, które się widziało na własne oczy.
My mamy jakby dwa rodzaje pracy: Zabieramy naczepy załadowane w naszym magazynie i rozwozimy towar do odbiorcy, po czym zwykle wracamy z jakimiś "zwrotami" - puste skrzynki po mleku, palety, sprasowana tektura do recyklingu itp. Czasem jednak jedziemy po towar do naszego magazynu: Po mleko do mleczarni, po mięso itp. Albo jazda do naszego magazynu w innym mieście i powrót do nas.
Czasem jest to połączone: Najpierw jadę z towarem, potem z pustą naczepą do mleczarni, zabrać mleko i powrót na bazę. I w sumie nie ma wielkiego znaczenia co się danego dnia robi, zapłata i tak jest "na godzinę". Jedynie, gdy trzeba rozwozić towar w Charlotte w godzinach szczytu, praca jest dość nieprzyjemna, jeśli się nie lubi stania w korkach. To jednak szybko mija, a za opóźnienia firma płaci nam ekstra. Inaczej mówiąc, gdy jakaś robota powinna zająć 2 godziny, a z powodu korków zajęła trzy, mamy zapłacone za trzy.
Zatem jak to wyszło za pierwsze dwa tygodnie? W pierwszym zarobiłem brutto 1150 dolarów. Nie wiem ile wyszło w drugim, to się okaże jutro, ale najprawdopodobniej był to bardzo podobny tydzień. Czyli, mogę przyjąć, 2300 brutto za dwa tygodnie, albo 60 tys dolarów rocznie.
Nie jest to jakaś niezwykła stawka, wielu kierowców zarabia tyle, albo nawet więcej. Ja, w US Xpress, rozwożąc towar dla Dollar Tree zarabiałem średnio tysiąc dolarów tygodniowo, więc tylko 20% mniej. Ale 20% to jednak sporo, poza tym teraz jestem co noc w domu, nie pracuję tak ciężko - nie ma fizycznego, ręcznego rozładowywania towaru, a do tego mam tu jakieś dodatki - składka emerytalna ( do każdego dolara, jaki odkładam, firma dopłaca 50 centów, aż do sumy 1000 dolarów rocznie), bonus za bezpieczną jazdę, czy dzielenie się zyskiem z pracownikami. To wszystko się składa na ładną "trzynastkę", w skali roku wynoszącą parę tysięcy dolarów.
Poza tym ja zaczynam od najniższej stawki, 17,30 na godzinę. Po paru latach ta stawka wzrośnie do 23 dolarów, więc i zarobki wzrosną o kolejne 30%. I choć pewnie są tam dni, czy tygodnie, gdy pracy jest mniej, to przecież tak bywa wszędzie, a w transporcie artykułów spożywczych te fluktuacje zwykle są najmniejsze. Ludzie bowiem jedzą zawsze, niezależnie od sytuacji ekonomicznej, czy pory roku.
Wszystko więc wygląda dobrze i cieszę się, że udało mi się tę pracę zdobyć. A w miarę, gdy będę poznawał wszystkich odbiorców, będzie jeszcze przyjemniej, bo zniknie stres związany z faktem, że teraz nie znam adresów, najlepszej drogi itp. Co prawda mamy "książeczkę" z wszystkimi klientami, ich adresami i opisem jak najlepiej dojechać, używam także GPS-u, ale ciągle łatwiej jest, gdy się wraca do miejsca, które się widziało na własne oczy.
Wednesday, December 05, 2012
Minął tydzień.
Minął tydzień w mojej nowej firmie. Dwa dni pracowałem z innym kierowcą i głównie odwiedzaliśmy te miejsca, gdzie nawet najlepsi miewają problemy. Pisałem o tym w poprzedniej notce. Trzeciego dnia byłem już sam i, rzecz jasna, przyszykowałem się duchowo do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Wszystko miało być perfekcyjne, ale...
Ale nie było. Zaczęło się na bazie. auto nie chciało zapalić. Kręcił, dławił się, gasł - w końcu jednak odpalił i zabrzmiał, mimo miliona km na liczniku, pięknym, zdrowym warkotem. Do czasu.
Parę kilometrów od bazy zgasł, gdy ruszałem ze świateł. Na trzypasmowej ulicy, a ja na środkowym pasie. I spory ruch. Byłem bardziej czerwony na gębie, niż światła na sygnalizatorach - bo przecież wyglądało to, jakbym nie potrafił jeździć. Przynajmniej takie opinie wyrażały spojrzenia tych, którzy mnie objeżdżali bokami.
Auto odpaliło i ruszyłem dalej. Po pół godzinie zgasł w czasie jazdy autostradą. Zjechałem na pobocze, odpaliłem jeszcze raz i dojechałem do klienta. Tam się rozładowałem i... to by było na tyle. Zadzwoniłem do dyspozytora po pomoc, bo samochód odmówił kolejnym próbom odpalenia silnika.
Czemu nie zadzwoniłem wcześniej? Czemu nie zawróciłem, gdy zgasł na światłach, kilka km od bazy? Hmm... Pewnie powinienem, ale to przecież pierwszy dzień w pracy. Co będzie, jak auto już dalej będzie pracować normalnie? Wyjdę na idiotę. "Nowy kierowca, nie umie jeździć, dzwoni, że zgasł mu silnik na światłach, a teraz przecież wszystko gra. samo się naprawiło?" Wszyscy znamy złośliwość przedmiotów martwych. Każdy z nas przeżył podobne doświadczenie. Jedziemy do mechanika, tłumaczymy, że coś dzwoniło, stukało i gwizdało, a mechanik patrzy na nas, jakbyśmy spadli z księżyca. "Przecież nic nie słychać, coś się panu przewidziało".
Po godzinie przyjechał mechanik. Odpalił auto "samostartem". Nie wiem jak to się teraz nazywa, taki aerozol wybuchowy, którym psikamy do filtra powietrza i samochód pali jak złoto. Nawet, gdy nie ma paliwa. Oczywiście to żadna naprawa, ale mechanik powiedział, że nie widzi niczego złego z autem, silnik gra i mam jechać dalej.
Pojechałem. Klient numer dwa. Rozładowałem się, nie gasząc silnika, ale silnik sam się zgasił. i nie odpalił więcej. Telefon, po kilku godzinach przyjechał "tow truck", samochód pomocy drogowej, przyciągając mi inny ciągnik i zabrał tego na bazę do warsztatu. A ja, za nim, wróciłem innym pojazdem.
Dzień był jeszcze młody, mogłem dostać kolejną trasę, ale na dziś mi podziękowano. Poszedłem więc do domu, lekko poirytowany. Ładnie się zaprezentowałem w pierwszym dniu. Niby nie moja wina, ale... wiadomo, jak to jest.
Kolejne dwa dni akurat miałem wolne i wczoraj zacząłem mój "normalny" tydzień: Wtorek do soboty, pięć dni. Wczoraj dostałem sprawne autko i klientów w mieście oddalonym o 200 km. Cztery miejsca, czas na wykonanie pracy: 14 godzin. My mamy "komputerowe godziny" w pracy, wszystko ma swój czas. Nawet, gdy w jakimś mieście jest paru klientów, mamy obliczony rzeczywisty dystans między nimi, nie tak, jak było w US Xpress, gdzie z Charlotte do Charlotte zawsze było zero mil, nawet, gdy faktycznie trzeba było przejechać ich czterdzieści.
Zacząłem pracę o 15, zakończyłem o 3 rano. Wyrobiłem się w 12 godzin. Co to znaczy? to znaczy, że jestem wydajnym pracownikiem. W firmie nie ma ekonoma z batem, który stoi nad każdym zatrudnionym, jest system wynagradzania, który sam kontroluje kierowców. Ja mam na początek 17,30 na godzinę. Wczorajsza trasa płaciła więc 17.30 x 14 = 242 dolary. Ponieważ wykonałem pracę w 12 godzin, zarabiałem 20 dolarów na godzinę. Zatem to w moim interesie jest, by się żwawo brać za pracę. Obcyndalanie nic nie daje, płacone mamy i tak "godziny komputerowe".
Zdumiewające jest jednak to, że w tej firmie średnio kierowcy zarabiają niemal 20% więcej, niż pracują. Dokładna średnia to 118% w przekroju całej firmy. Tak więc mój wczorajszy wynik nie był czymś nadzwyczajnym, to raczej coś, czego się oczekuje od pracowników. I nie jest tak, jak było w PRL-u, że gdy wszyscy przekraczają normę, to się normę podnosi. Tu raczej ważniejsze jest dla pracodawcy, by kierowcy mieli motywację do wydajnej pracy. Podnoszenie normy takiej motywacji szybko by ich pozbawiło.
Dziś kolejna trasa za miasto, do miasta odległego o 200 mil. Zaczynam o 16:30, będzie długa noc. Kończę zatem, bo się strasznie rozpisałem i uciekam do pracy. Trochę głupio bez Was, po tylu latach wspólnego podróżowania, ale zacząłem ponownie dokształcanie, słuchanie moich wykładów na taśmach i słuchanie polskiego radia i audiobooki - teraz słucham Wiedźmina, dzięki Wojtkowi, który mi go podesłał - więc nie jest źle. Żal, że nie ma kamerki, ale życie toczy się naprzód i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nie pomoże.
Pozdrawiam serdecznie i za parę dni będzie kolejna relacja, a teraz muszę uciekać do pracy. Nie wypada bowiem spóźniać się w pierwszym tygodniu pracy... Zwłaszcza, że pierwsze dwa miesiące, to jest okres próbny i znacznie łatwiej wtedy wylecieć z roboty. Szczególnie, gdy się człowiek powinien pokazać z jak najlepszej strony - jako osoba odpowiedzialna, na której zawsze można polegać.
Szerokości zatem i przyczepności i niech nas św. Krzysztof ma w swej opiece.
Ale nie było. Zaczęło się na bazie. auto nie chciało zapalić. Kręcił, dławił się, gasł - w końcu jednak odpalił i zabrzmiał, mimo miliona km na liczniku, pięknym, zdrowym warkotem. Do czasu.
Parę kilometrów od bazy zgasł, gdy ruszałem ze świateł. Na trzypasmowej ulicy, a ja na środkowym pasie. I spory ruch. Byłem bardziej czerwony na gębie, niż światła na sygnalizatorach - bo przecież wyglądało to, jakbym nie potrafił jeździć. Przynajmniej takie opinie wyrażały spojrzenia tych, którzy mnie objeżdżali bokami.
Auto odpaliło i ruszyłem dalej. Po pół godzinie zgasł w czasie jazdy autostradą. Zjechałem na pobocze, odpaliłem jeszcze raz i dojechałem do klienta. Tam się rozładowałem i... to by było na tyle. Zadzwoniłem do dyspozytora po pomoc, bo samochód odmówił kolejnym próbom odpalenia silnika.
Czemu nie zadzwoniłem wcześniej? Czemu nie zawróciłem, gdy zgasł na światłach, kilka km od bazy? Hmm... Pewnie powinienem, ale to przecież pierwszy dzień w pracy. Co będzie, jak auto już dalej będzie pracować normalnie? Wyjdę na idiotę. "Nowy kierowca, nie umie jeździć, dzwoni, że zgasł mu silnik na światłach, a teraz przecież wszystko gra. samo się naprawiło?" Wszyscy znamy złośliwość przedmiotów martwych. Każdy z nas przeżył podobne doświadczenie. Jedziemy do mechanika, tłumaczymy, że coś dzwoniło, stukało i gwizdało, a mechanik patrzy na nas, jakbyśmy spadli z księżyca. "Przecież nic nie słychać, coś się panu przewidziało".
Po godzinie przyjechał mechanik. Odpalił auto "samostartem". Nie wiem jak to się teraz nazywa, taki aerozol wybuchowy, którym psikamy do filtra powietrza i samochód pali jak złoto. Nawet, gdy nie ma paliwa. Oczywiście to żadna naprawa, ale mechanik powiedział, że nie widzi niczego złego z autem, silnik gra i mam jechać dalej.
Pojechałem. Klient numer dwa. Rozładowałem się, nie gasząc silnika, ale silnik sam się zgasił. i nie odpalił więcej. Telefon, po kilku godzinach przyjechał "tow truck", samochód pomocy drogowej, przyciągając mi inny ciągnik i zabrał tego na bazę do warsztatu. A ja, za nim, wróciłem innym pojazdem.
Dzień był jeszcze młody, mogłem dostać kolejną trasę, ale na dziś mi podziękowano. Poszedłem więc do domu, lekko poirytowany. Ładnie się zaprezentowałem w pierwszym dniu. Niby nie moja wina, ale... wiadomo, jak to jest.
Kolejne dwa dni akurat miałem wolne i wczoraj zacząłem mój "normalny" tydzień: Wtorek do soboty, pięć dni. Wczoraj dostałem sprawne autko i klientów w mieście oddalonym o 200 km. Cztery miejsca, czas na wykonanie pracy: 14 godzin. My mamy "komputerowe godziny" w pracy, wszystko ma swój czas. Nawet, gdy w jakimś mieście jest paru klientów, mamy obliczony rzeczywisty dystans między nimi, nie tak, jak było w US Xpress, gdzie z Charlotte do Charlotte zawsze było zero mil, nawet, gdy faktycznie trzeba było przejechać ich czterdzieści.
Zacząłem pracę o 15, zakończyłem o 3 rano. Wyrobiłem się w 12 godzin. Co to znaczy? to znaczy, że jestem wydajnym pracownikiem. W firmie nie ma ekonoma z batem, który stoi nad każdym zatrudnionym, jest system wynagradzania, który sam kontroluje kierowców. Ja mam na początek 17,30 na godzinę. Wczorajsza trasa płaciła więc 17.30 x 14 = 242 dolary. Ponieważ wykonałem pracę w 12 godzin, zarabiałem 20 dolarów na godzinę. Zatem to w moim interesie jest, by się żwawo brać za pracę. Obcyndalanie nic nie daje, płacone mamy i tak "godziny komputerowe".
Zdumiewające jest jednak to, że w tej firmie średnio kierowcy zarabiają niemal 20% więcej, niż pracują. Dokładna średnia to 118% w przekroju całej firmy. Tak więc mój wczorajszy wynik nie był czymś nadzwyczajnym, to raczej coś, czego się oczekuje od pracowników. I nie jest tak, jak było w PRL-u, że gdy wszyscy przekraczają normę, to się normę podnosi. Tu raczej ważniejsze jest dla pracodawcy, by kierowcy mieli motywację do wydajnej pracy. Podnoszenie normy takiej motywacji szybko by ich pozbawiło.
Dziś kolejna trasa za miasto, do miasta odległego o 200 mil. Zaczynam o 16:30, będzie długa noc. Kończę zatem, bo się strasznie rozpisałem i uciekam do pracy. Trochę głupio bez Was, po tylu latach wspólnego podróżowania, ale zacząłem ponownie dokształcanie, słuchanie moich wykładów na taśmach i słuchanie polskiego radia i audiobooki - teraz słucham Wiedźmina, dzięki Wojtkowi, który mi go podesłał - więc nie jest źle. Żal, że nie ma kamerki, ale życie toczy się naprzód i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nie pomoże.
Pozdrawiam serdecznie i za parę dni będzie kolejna relacja, a teraz muszę uciekać do pracy. Nie wypada bowiem spóźniać się w pierwszym tygodniu pracy... Zwłaszcza, że pierwsze dwa miesiące, to jest okres próbny i znacznie łatwiej wtedy wylecieć z roboty. Szczególnie, gdy się człowiek powinien pokazać z jak najlepszej strony - jako osoba odpowiedzialna, na której zawsze można polegać.
Szerokości zatem i przyczepności i niech nas św. Krzysztof ma w swej opiece.
Wednesday, November 28, 2012
Pierwszy dzien w nowej pracy
Mam za sobą pierwszy dzień w nowej pracy. Jak zatem było?
Pierwszy dzień zawsze jest stresujący. Jeździłem z kierowcą, który pracuje tam już siedem lat, a na naczepie mieliśmy towar do najgorszych miejsc w mieście. Jego zadaniem było pokazać mi jak tam sobie poradzić i sprawdzić, czy rzeczywiście to zrobię.
Polak, który był moim przewodnikiem powiedział, że niedawno zadzwonił do niego dyspozytor i poprosił go, by podjechał do jednego ze sklepów, bo tam świeżo przyjęty kierowca od trzech godzin usiłuje cofnąć do rampy. Sklep ten nie przyjmuje towaru po 21, ze względu na bliskie sąsiedztwo domów, których mieszkańcom przeszkadza hałas. Tymczasem to już była 23, a kierowca nadal walczył. A przecież to był doświadczony szofer, jeden z lepszych.
Gdy przyjmowaliśmy się do pracy, dwóch kierowców i dwóch ładowaczy, dyrektor przywitał nas i pogratulował, mówiąc, że wie, że jesteśmy jednymi z najlepszych, bo na każde miejsce pracy u nich przypada co najmniej stu kandydatów. Po czym zapytał, czy są wśród nas kierowcy. Gdy się przedstawiliśmy, powiedział, że naszym przypadku to jest bliżej tysiąca kandydatów na jedno miejsce. Zatem jesteśmy "crème de la crème", najlepsi z najlepszych.
Miałem więc lekkiego stresa, jadąc do tego "legendarnego" miejsca, ale okazało się, że wcale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jasne, musiałem "podciągnąć" kilka razy, zanim udało się wjechać, ale nie zajęło to więcej, niż pięć minut. Inne sklepy były łatwiejsze, choć w każdym z nich trzeba uważać. Bo uważać trzeba wszędzie.
Po rozładowaniu pierwszej naczepy, w trzech sklepach i zabraniu pustych palet i skrzynek z czwartego wróciliśmy na bazę. Zabraliśmy drugą naczepę, tym razem lodówkę i mieliśmy jeszcze cztery sklepy. Po 11 godzinach powrót i koniec pracy. Tankowanie auta, przemycie szyb i powrót do domku. Kolejny dzień w pracy w piątek.
Mój "trener" powiedział, że on stara się brać dodatkowe dni, gdy to jest możliwe, więc często pracuje sześć dni w tygodniu i że zarobił w ubiegłym roku ponad 80 tys dolarów. Ja, rzecz jasna, nie zarobię tyle w pierwszym roku, bo też do maksymalnej stawki będę dochodził przez trzy lata, ale nawet, gdyby na to trzeba zaczekać parę lat, to warto. Lokalna praca kierowcy z takimi zarobkami to jest coś.
A przecież tam jest nie tylko pensja, ale są dodatkowe formy wynagradzania kierowców. "Safety bonus", dodatek za bezpieczną, bezwypadkową i bez mandatów jazdę, który może w skali roku przekroczyć 2 tys dolarów, plus udział w zysku firmy, wypłacany dwukrotnie w roku, wynoszący także ok. 1500 na rękę raz na 6 miesięcy, poza tym coroczne podwyżki, dopłacanie 50% do składki emerytalnej przez firmę, aż do 1000 dolarów w skali roku - to wszystko, choć może drobiazgi, dodaje się razem i powoduje, że praca tam jest przyjemna i pożądana.
Jaka różnica w porównaniu z takim US Xpress, który nie płaci dodatkowo nic. Ani za tankowanie, ani za mycie auta, ani za codzienną obsługę - jak się koła nie kręcą, to kierowca nie zarabia, nawet, gdy ma obowiązki związane z pracą. Oczywiście są wyjątki, jak rozładunki dla Dollar Tree, ale i tam nie ma szans na zarobienie tylu pieniędzy co w mojej nowej firmie, a pracować trzeba naprawdę ciężko.
Mówiąc o ciężkiej pracy - tutaj cały towar jest na paletach i wywozi go z naczepy personel sklepu. Kierowca ma im "asystować", co w praktyce sprowadza się do tego, że sprawdza etykiety na paletach i ewentualnie podtrzymuje te, co są niedbale i krzywo zabudowane. Trudno więc tam się przepracować.
Na razie więc jestem bardzo zadowolony, a jak to będzie później, okaże się w praniu. Mam jeszcze jeden dzień z asyście doświadczonego kolegi, potem w sobotę pierwszy samodzielny wyjazd. Potem dwa dni przerwy i we wtorek zaczynam pierwszy normalny tydzień, pięć dni pod rząd. Gdy się tamten tydzień skończy, zapewne będę wiedział więcej jak ta nowa praca "smakuje" i z pewnością podzielę się z Wami swoimi wrażeniami.
Pierwszy dzień zawsze jest stresujący. Jeździłem z kierowcą, który pracuje tam już siedem lat, a na naczepie mieliśmy towar do najgorszych miejsc w mieście. Jego zadaniem było pokazać mi jak tam sobie poradzić i sprawdzić, czy rzeczywiście to zrobię.
Polak, który był moim przewodnikiem powiedział, że niedawno zadzwonił do niego dyspozytor i poprosił go, by podjechał do jednego ze sklepów, bo tam świeżo przyjęty kierowca od trzech godzin usiłuje cofnąć do rampy. Sklep ten nie przyjmuje towaru po 21, ze względu na bliskie sąsiedztwo domów, których mieszkańcom przeszkadza hałas. Tymczasem to już była 23, a kierowca nadal walczył. A przecież to był doświadczony szofer, jeden z lepszych.
Gdy przyjmowaliśmy się do pracy, dwóch kierowców i dwóch ładowaczy, dyrektor przywitał nas i pogratulował, mówiąc, że wie, że jesteśmy jednymi z najlepszych, bo na każde miejsce pracy u nich przypada co najmniej stu kandydatów. Po czym zapytał, czy są wśród nas kierowcy. Gdy się przedstawiliśmy, powiedział, że naszym przypadku to jest bliżej tysiąca kandydatów na jedno miejsce. Zatem jesteśmy "crème de la crème", najlepsi z najlepszych.
Miałem więc lekkiego stresa, jadąc do tego "legendarnego" miejsca, ale okazało się, że wcale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jasne, musiałem "podciągnąć" kilka razy, zanim udało się wjechać, ale nie zajęło to więcej, niż pięć minut. Inne sklepy były łatwiejsze, choć w każdym z nich trzeba uważać. Bo uważać trzeba wszędzie.
Po rozładowaniu pierwszej naczepy, w trzech sklepach i zabraniu pustych palet i skrzynek z czwartego wróciliśmy na bazę. Zabraliśmy drugą naczepę, tym razem lodówkę i mieliśmy jeszcze cztery sklepy. Po 11 godzinach powrót i koniec pracy. Tankowanie auta, przemycie szyb i powrót do domku. Kolejny dzień w pracy w piątek.
Mój "trener" powiedział, że on stara się brać dodatkowe dni, gdy to jest możliwe, więc często pracuje sześć dni w tygodniu i że zarobił w ubiegłym roku ponad 80 tys dolarów. Ja, rzecz jasna, nie zarobię tyle w pierwszym roku, bo też do maksymalnej stawki będę dochodził przez trzy lata, ale nawet, gdyby na to trzeba zaczekać parę lat, to warto. Lokalna praca kierowcy z takimi zarobkami to jest coś.
A przecież tam jest nie tylko pensja, ale są dodatkowe formy wynagradzania kierowców. "Safety bonus", dodatek za bezpieczną, bezwypadkową i bez mandatów jazdę, który może w skali roku przekroczyć 2 tys dolarów, plus udział w zysku firmy, wypłacany dwukrotnie w roku, wynoszący także ok. 1500 na rękę raz na 6 miesięcy, poza tym coroczne podwyżki, dopłacanie 50% do składki emerytalnej przez firmę, aż do 1000 dolarów w skali roku - to wszystko, choć może drobiazgi, dodaje się razem i powoduje, że praca tam jest przyjemna i pożądana.
Jaka różnica w porównaniu z takim US Xpress, który nie płaci dodatkowo nic. Ani za tankowanie, ani za mycie auta, ani za codzienną obsługę - jak się koła nie kręcą, to kierowca nie zarabia, nawet, gdy ma obowiązki związane z pracą. Oczywiście są wyjątki, jak rozładunki dla Dollar Tree, ale i tam nie ma szans na zarobienie tylu pieniędzy co w mojej nowej firmie, a pracować trzeba naprawdę ciężko.
Mówiąc o ciężkiej pracy - tutaj cały towar jest na paletach i wywozi go z naczepy personel sklepu. Kierowca ma im "asystować", co w praktyce sprowadza się do tego, że sprawdza etykiety na paletach i ewentualnie podtrzymuje te, co są niedbale i krzywo zabudowane. Trudno więc tam się przepracować.
Na razie więc jestem bardzo zadowolony, a jak to będzie później, okaże się w praniu. Mam jeszcze jeden dzień z asyście doświadczonego kolegi, potem w sobotę pierwszy samodzielny wyjazd. Potem dwa dni przerwy i we wtorek zaczynam pierwszy normalny tydzień, pięć dni pod rząd. Gdy się tamten tydzień skończy, zapewne będę wiedział więcej jak ta nowa praca "smakuje" i z pewnością podzielę się z Wami swoimi wrażeniami.
Wednesday, November 21, 2012
Kamera live? Niestety, to już koniec.
A więc stało się to, czego wszyscy się tu obawiali. Nie będzie już kamery live z tras. Zakończył się pewien wspaniały etap mojego życia i nic na to nie mogę poradzić.
Są dwa ważne powody dlaczego tak musi być. Pierwszy i najważniejszy jest taki, że mój nowy pracodawca przywiązuje niezwykle dużą wagę do bezpieczeństwa na drodze. Do tego stopnia, że np. za używanie telefonu, nawet podłączonego do urządzenia głośnomówiącego, czy do słuchawki można wylecieć z pracy. Także za jedzenie w czasie jazdy, czy jakąkolwiek inną aktywność rozpraszającą uwagę kierowcy.
Oczywiście ja zawsze byłem niepokorny i nie będę ukrywał, że przeszła mi przez głowę myśl, by po prostu robić to co robię nadal i nikomu nic nie mówić, ale...
Ale po pierwsze zależy mi na tej nowej pracy. Dużo bardziej, niż na pracy w US Xpress, więc jej utrata byłaby zbyt bolesna. Po drugie - i to jest przyczyna numer dwa dlaczego kamery już nie będzie - moja nowa praca to będzie jazda w stałych godzinach, od 23 do 7, czy 8 rano w Polsce. A w tych godzinach, zwłaszcza w zimie ani nic nie widać, bo jest noc, ani nie ma chętnych do oglądania, bo wszyscy śpią.
Czy zatem już się nie zobaczymy? W trasie już nie, ale być może zrobimy coś w rodzaju audycji z domu. Jakąś godzinkę dziennie, czy dwie, przed moją pracą, powiedzmy o 18 lub 19 polskiego czasu. To na razie wstępna idea, ale jak Wam się podoba, napiszcie.
Dziękuję Wam za te lata spędzone razem. Szkoda, że się nie da tego kontynuować, ale cóż... tak już w życiu jest, że nic tu nie trwa wiecznie. Pozostaje nasze forum i blog i kanał na YouTube, gdzie na pewno będą się pojawiały nowe filmiki. Także takie, na których będę odpowiadał na Wasze pytania, jeżeli będzie taka potrzeba.
Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia!
Są dwa ważne powody dlaczego tak musi być. Pierwszy i najważniejszy jest taki, że mój nowy pracodawca przywiązuje niezwykle dużą wagę do bezpieczeństwa na drodze. Do tego stopnia, że np. za używanie telefonu, nawet podłączonego do urządzenia głośnomówiącego, czy do słuchawki można wylecieć z pracy. Także za jedzenie w czasie jazdy, czy jakąkolwiek inną aktywność rozpraszającą uwagę kierowcy.
Oczywiście ja zawsze byłem niepokorny i nie będę ukrywał, że przeszła mi przez głowę myśl, by po prostu robić to co robię nadal i nikomu nic nie mówić, ale...
Ale po pierwsze zależy mi na tej nowej pracy. Dużo bardziej, niż na pracy w US Xpress, więc jej utrata byłaby zbyt bolesna. Po drugie - i to jest przyczyna numer dwa dlaczego kamery już nie będzie - moja nowa praca to będzie jazda w stałych godzinach, od 23 do 7, czy 8 rano w Polsce. A w tych godzinach, zwłaszcza w zimie ani nic nie widać, bo jest noc, ani nie ma chętnych do oglądania, bo wszyscy śpią.
Czy zatem już się nie zobaczymy? W trasie już nie, ale być może zrobimy coś w rodzaju audycji z domu. Jakąś godzinkę dziennie, czy dwie, przed moją pracą, powiedzmy o 18 lub 19 polskiego czasu. To na razie wstępna idea, ale jak Wam się podoba, napiszcie.
Dziękuję Wam za te lata spędzone razem. Szkoda, że się nie da tego kontynuować, ale cóż... tak już w życiu jest, że nic tu nie trwa wiecznie. Pozostaje nasze forum i blog i kanał na YouTube, gdzie na pewno będą się pojawiały nowe filmiki. Także takie, na których będę odpowiadał na Wasze pytania, jeżeli będzie taka potrzeba.
Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia!
Subscribe to:
Posts (Atom)