Tuesday, September 25, 2007

Orędzie z Medjugorie 25 IX 2007

„Drogie dzieci! Również dziś wzywam was, by wasze serca płonęły jak najgorętszą miłością do Ukrzyżowanego i byście nie zapomnieli, że oddał Swe życie z miłości do was, abyście i wy zostali zbawieni. Dziatki, medytujcie i módlcie się, aby wasze serce otworzyło się na Bożą miłość. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

Sunday, September 16, 2007

Mojżesz, Szaweł i syn marnotrawny

Wiem, że kazania powinno się pisać przed, nie po mszy świętej, ale ja zawsze byłem spóźniony ze wszystkim, więc i to „kazanie” będzie na wczoraj. No, może na dzisiaj rano. Tak czy inaczej jest spóźnione. Ale ponieważ Słowo Boże zawsze jest aktualne, to może wielkiego nieszczęścia nie będzie. A dzisiaj w Kościele czytaliśmy Ewangelię z przypowieścią o synu marnotrawnym. Jednak o tej przypowieści pisałem poprzednio już parokrotnie, więc może tylko przypomnę, że te teksty można znaleźć TUTAJ i TUTAJ. Dzisiaj chciałbym podzielić się uwagami na temat pozostałych czytań z dzisiejszej mszy świętej.


Kościół zawsze stara się dobierać czytania parami. Nie jest nigdy przypadkiem, że akurat to, a nie inne czytanie ze Starego Testamentu jest dobrane do Ewangelii. Święty Augustyn powiedział, a Kościół za nim powtarza: "Nowy Testament jest ukryty w Starym, natomiast Stary znajduje wyjaśnienie w Nowym" – Novum in Vetere latet et in Novo Vetus patet (Św. Augustyn, Quaestiones in Heptateuchum, 2, 73: PL 34, 623; por. Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 16). Nie da się więc zrozumieć Słowa Bożego, gdy się nie czyta Biblii jako jednej całości. A ponieważ „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (to święty Hieronim), to widać jak ważne jest, by to Pismo poznać i zrozumieć.


Dzisiejsze pierwsze czytanie było z Księgi Wyjścia, rozdział 32. Jak pamiętamy wszyscy, Izraelici pod wodzą Mojżesza zmierzają przez pustynię do Ziemi Obiecanej. Ale nie wszystko jest tam tak, jak być powinno. Ciężko im się wyzbyć nawyków, jakich nabrali przez lata mieszkania wśród Egipcjan i gdy Mojżesz zostawił ich samych, by spotkać się z Panem na Synaju, zrobili sobie bożka, złotego cielca i oddawali mu boską cześć. Bóg się rozgniewał, a dzisiejszy fragment tej księgi przytacza nam rozmowę na ten temat między Bogiem a Mojżeszem:


Gdy Mojżesz przebywał na górze Synaj, Bóg rzekł do niego: Zstąp na dół, bo sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Bardzo szybko odwrócili się od drogi, którą im nakazałem, i utworzyli sobie posąg cielca ulanego z metalu i oddali mu pokłon, i złożyli mu ofiary, mówiąc: Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej. I jeszcze powiedział Pan do Mojżesza: Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku. Zostaw Mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem.


Bardzo mi się podoba ten fragment, bo wybrany naród Boga nagle stał się „ludem Mojżesza”. Zagniewany Bóg już nie nazywa ich swoim narodem, mówi Mojżeszowi: „…sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej…”. Co więcej daje Bóg Mojżeszowi niesamowitą obietnicę:


Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem.


Każdy, kto zna choć trochę kulturę wschodu wie, jak kusząca była taka propozycja. Dzieci zawsze były widziane tam jako wielkie błogosławieństwo i każdy, kto miał dużą rodzinę, kto tworzył wielki klan, miał poważanie i był uważany za kogoś szczególnie wybranego przez Boga. Izraelici zawsze uważali się za dzieci „Abrahama, Izaaka i Jakuba” i zawsze mieli poczucie, że są jedną, wielką rodziną. Nagle Bóg obiecuje Mojżeszowi, że nowy naród wybrany będzie jego narodem, jego ludem. Ale Mojżesz zaczyna prosić Boga za swymi braćmi. Odrzuca kuszącą propozycję i wstawia się za Izraelitami, którzy tak bardzo zgrzeszyli przeciw Bogu. Przypomina też Mu, że ten lud jest Jego, zawsze był. Nie Mojżesza, nie nikogo innego, ale właśnie jedynego Boga:


Mojżesz jednak zaczął usilnie błagać Pana, Boga swego, i mówić: Dlaczego, Panie, płonie gniew Twój przeciw ludowi Twemu, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej wielką mocą i silną ręką? Wspomnij na Abrahama, Izaaka i Izraela, Twoje sługi, którym przysiągłeś na samego siebie, mówiąc do nich: Uczynię potomstwo wasze tak liczne jak gwiazdy niebieskie, i całą ziemię, o której mówiłem, dam waszym potomkom, i posiądą ją na wieki. Wówczas to Pan zaniechał zła, jakie zamierzał zesłać na swój lud.


Oczywiście nie znaczy to wcale, że Bóg zmienił zdanie. Że postanowił wykonać plan „B”. Bóg od początku wiedział, co się stać musi. Nie wiedział tego jednak Mojżesz i cała ta rozmowa była potrzebna jemu, nie Bogu. Jest to prawda, którą każdy z nas powinien sobie uświadomić. Jak się modlimy, żeby zmienić Boga, to możemy sobie darować te modlitwy. To się na pewno nie stanie. Modlić się powinniśmy po to, żeby Bóg odmienił nas.


I to nas przenosi do drugiego czytania i do osoby Świętego Pawła. On sam, jak pisze w Liście do Tymoteusza, był kiedyś bluźniercą, prześladowcą i oszczercą. Ale też przyznaje, że działał z nieświadomością i w niewierze. Otrzymał łaskę i przejrzał na oczy, nawet jak towarzyszyła temu chwilowa utrata wzroku. Ale czasem tak musi być, czasem musimy oślepnąć, żeby nasze dusze zaczęły jasno widzieć. Święty Paweł przypomina, że Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których on, Paweł, jest pierwszy.


Ale Święty Paweł także przypomina nam swą postawą Mojżesza, bo i on sam był nieodrodnym dzieckiem Narodu Wybranego i kochał go do tego stopnia, że gotów był nawet oddać swoje zbawienie za nawrócenie się swoich braci:


Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. (Rz 9,1-4)


Niesamowite słowa i niesamowite bohaterstwo. Jak Mojżesz na Syjonie, tak Święty Paweł tutaj gotowi są do największych poświęceń dla swych braci, aby tylko oni uzyskali zbawienie. Odrzucając zaszczyty, odrzucając honory, poświęcając się dla innych ludzi. Jakże to odmienna postawa od tej, jaką pokazał brat syna marnotrawnego z dzisiejszej Ewangelii. Brat, który był pełen zawiści, zły na ojca, że przebaczył bratu to, co według niego było niewybaczalnym grzechem.


Oczywiście teraz trzeba by popatrzyć do lustra. Kogo tam zobaczymy? Czy Mojżesza błagającego za swych błądzących współplemieńców? Czy Pawła gotowego oddać swe zbawienie dla zbawienia swych rodaków? Czy może starszego brata z przypowieści, wściekłego, że ktoś komuś coś wybaczył? Czy nam w ogóle leży na sercu dobro naszych rodaków? Czy modlimy się za nich, pościmy w ich intencji, czy raczej najchętniej posłalibyśmy ich wszystkich do piekła? Bo łatwo się oburzać na starszego brata z przypowieści o synu marnotrawnym, dużo trudniej zauważyć, że to my sami nim jesteśmy.

Saturday, September 08, 2007

Czy błogosławiona Matka Teresa była hipokrytką?

Parę dni temu minęła 10. rocznica śmierci błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty. W związku z tym wiele się pisało i mówiło o niej w ostatnim czasie. Zwłaszcza o „ciemnej nocy duszy” Matki Teresy. Pewne media, negatywnie nastawione do chrześcijaństwa, przedstawiały to przeżycie Matki Teresy jako coś negatywnego, starając się ją wręcz przedstawić jako hipokrytkę.

Wielu świętych, mistyków przeżywało takie okresy braku odczuwania Boga. Stany duszy, w których odczuwali, że są zupełnie opuszczeni przez Boga. Przede wszystkim nasuwa się tu święty Jan od Krzyża, który napisał nawet książkę na ten temat, ale wiemy też, że i św. Tereska i święta Faustyna i wielu innych przeżywało podobne okresy. Czym jest ta „ciemna noc duszy” i o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego tak trudno niektórym zrozumieć istotę takiego doświadczenia? I dlaczego Bóg tak doświadcza pewne osoby?

Bardzo łatwo jest wierzyć w Boga, pozostawać w stanie łaski i euforii, gdy znajdujemy się wśród osób głęboko wierzących, świętych i entuzjastycznie nastawionych do wiary i Boga. Każdy, kto był na pielgrzymce wie, jak bardzo się „chce wierzyć”, jak bardzo się chce oddać swe cale życie Bogu i jaki się ma spokój w swym sercu. Ale potem pielgrzymka się kończy i zaczynają się schody. Spotykamy inne osoby, wchodzimy w inne środowisko i nagle okazuje się, że i z utrzymaniem naszej świętości zaczynamy mieć niejakie problemy. Bez poparcia, pomocy braci-chrześcijan, bez wzajemnej zachęty do wytrwania w świętości zaczynamy się często załamywać w swych zamiarach i ulegamy wpływom tego, co nam ma do zaoferowania otaczający świat.

Wtedy właśnie przechodzimy prawdziwą próbę. Wtedy, nie na pielgrzymce, okazuje się, ile jest warta nasza wiara. Jaka naprawdę jest nasza miłość do Boga. Nie trudno być świętym, gdy nie odczuwamy pokus. Nie trudno być świętym, gdy jesteśmy na bezludnej wyspie. Bez telewizji, gazet, radia, ale za to z Biblią, która jako jedyna rzecz uratowała się z rozbitego okrętu. Z samych nudów zabralibyśmy się za Jej czytanie. Ale prawdziwa próba zaczęłaby się, jakby na tę wyspę dostała się grupa szwedzkich modelek z innego rozbitego okrętu i okazałoby się, że następne miesiące, czy lata musi człowiek spędzić w ich towarzystwie. Czy wtedy sięgalibyśmy także po Biblię? Czy wtedy by pamiętalibyśmy, że gdzieś za morzem w domu czeka żona?

Czasem wydaje nam się, że mistycy mają łatwe życie. Oglądają Boga twarzą w twarz. Nie muszą mieć wątpliwości, jak każdy z nas, czy Bóg rzeczywiście istnieje, czy to, co nas uczy Kościół jest prawdziwe, czy warto przestrzegać przykazań i starać się według nich żyć. Oni „wiedzą”, nie „wierzą”. Ale właśnie dlatego otrzymują oni to, co znamy jako „ciemna noc duszy”. To coś więcej, niż brak odczuwania Boga. To odczucie, że Boga nie ma. To odczucie, jakiego doświadczył Jezus na Krzyżu, gdy wołał:
„Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46b) Ale to nie był krzyk rozpaczy. Ani Jezus, ani wszyscy święci nie odczuwający obecności Boga nie tracą nadziei. Wbrew uczuciom. W końcu Jezus zaraz potem, z ufnością małego dziecka, mówi: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.” (Łk 23,46)

Współczesne media starają się nam wmówić, że powinniśmy robić tylko to, co nam sprawia przyjemność. Jeżeli coś jest odczuwane jako przyjemne, to na pewno jest dobre. Stosując takie kryteria rzeczywiście odczucie ciemnej nocy duszy jest niezrozumiałe. Ale przecież nie musimy nawet uciekać się do religii, do Boga. Przypomnijmy sobie choćby Powstanie Warszawskie. Żołnierze tego powstania mieli po kilkanaście lat. Wiedzieli, że mogą zapłacić za udział w tym powstaniu najwyższą cenę. A jednak ochoczo brali w nim udział. Czy dlatego, że odczuwali jakąś przyjemność w umieraniu w wieku osiemnastu lat? Zapewniam Was, że nie. Ale wiedzieli, że są pewne wartości ważniejsze od tego, co odczuwamy.

Tak jest na każdym kroku. Nie musimy wcale odwoływać się do przykładu Powstania. Wystarczy popatrzeć na nasze mamy. Całe życie zajmują się swymi dziećmi, zmieniając im pieluchy, piorąc brudne ubrania, ucząc, odrabiając z nimi lekcje, karmiąc itd., itp. Często równocześnie pracując zawodowo. Czy dlatego, że uważają to za najprzyjemniejsze z zajęć? Wątpię. Ale z miłości dla dzieci z radością służą im wbrew uczuciom zmęczenia, czy nawet zniechęcenia. Każdy ma swe złe dni, każdy ma okresy takie, że ma wszystkiego dość, a jednak każda matka przełamuje się, by przygotować dziecku obiad, wykąpać je i położyć je do snu.

Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty całe dziesięciolecia miała okres ciemnej nocy swej duszy. Wiele, wiele lat nie odczuwała żadnej obecności Boga. A jednak nikt nawet tego się nie domyślał. Zawsze miała dla każdego uśmiech, zawsze pozostawała wierna swym ideałom. Zawsze widziała w każdym człowieku Jezusa, którego kochała nad wszystko, nawet, jak nie odczuwała, że On ją także kocha. Ale wiedziała, że Jego uczucia są niezmienne i nawet, gdy serce jej tego nie dawało odczuć, gdy szatan podszeptywał, że Boga nie ma, ona potrafiła sobie wytłumaczyć, że to tylko próba.

Matka Teresa całe godziny spędzała przed Najświętszym Sakramentem, adorując Jezusa. Mimo, że nie odczuwała Jego obecności. Ale wierzyła, że On jest obecny. Wierzyła, bo jej tak podpowiadał rozum, nawet, jak serce tego nie czuło.

Jej wewnętrzna pustka także chroniła ją od pychy i egzaltacji w kontaktach z mediami. Przemawiała przed głowami państw i parlamentami narodów, otrzymywała owacje na stojąco na tak liberalnych uniwersytetach jak Harvard, mówiąc o złu aborcji, była laureatką nagrody Nobla, była powszechnie podziwiana, lubiana i hołubiona przez wielu. Bez tego doświadczenia pustki w swej duszy mogłaby łatwo stać się dumna ze swych osiągnięć i dokonań. Tymczasem pozostała zawsze bardzo skromna, zawsze szczera i zawsze gotowa służyć innym.

Mówienie więc o hipokryzji w jej przypadku to jakieś totalne nieporozumienie. Właśnie cała jej zasługa polega na tym, że była wierna wbrew uczuciom. Że pozostała wierna swym ideałom, swej wierze, swym obietnicom mimo, że zupełnie nie odczuwała z tego powodu radości i szczęścia. Na tym właśnie polega jej wielkość, a nie jej słabość. I jest jeszcze jeden aspekt tego, czemu media nie rozumieją Matki Teresy. Dla tych, co piszą o niej w Timesie, czy Newsweeku, czarna noc duszy nie byłaby żadnym tragicznym przeżyciem. Brak odczuwania Boga nie bolałby ich, bo oni i tak w Boga nie wierzą. Dla nich problemem jest to, że Boga jednak czasem odczuwają. I to motywuje ich do pisania tych wszystkich bzdur. Po prostu starają się zagłuszyć własne sumienia.

Sunday, August 26, 2007

Orędzie z Medjugorie 25 VIII 2007

„Drogie dzieci! Również dziś wzywam was do nawrócenia. Dziatki, niech wasze życie będzie odbiciem dobroci Bożej, a nie nienawiści i braku wiary. Dziatki, módlcie się, by modlitwa stała się dla was życiem. W ten sposób w waszym życiu odkryjecie pokój i radość, które Bóg daje ludziom z sercem otwartym na Jego miłość. A wy, którzy jesteście daleko od Bożego miłosierdzia nawracajcie się, by Bóg nie stał się głuchy na wasze modlitwy i by nie było dla was za późno. Dlatego nawracajcie się w tym czasie łaski i umieśćcie Boga na pierwszym miejscu w waszym życiu. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

Sunday, August 19, 2007

Czy Bóg jest niesprawiedliwy?

Poniżej zamieszczam fragment listu, jaki niedawno otrzymałem. Ponieważ porusza on ważne zagadnienie, takie które być może zainteresuje więcej osób, postanowiłem odpowiedzieć tutaj. Sam bowiem nie raz zastanawiałem się: Dlaczego Bóg jest taki, wydawałoby się, niesprawiedliwy? Oto ten list i poniżej moje na ten temat przemyślenia:

„Przeczytałem także pana świadectwo wiary i inne teksty. Mam pytanie: dlaczego Bóg pomógł panu stać się prawdziwym chrześcijaninem (dawał znaki, czynił cuda w pana życiu) a innym takiej możliwości nie daje (nie każdy otrzymał takie wyraźne znaki z nieba jakie otrzymał pan- wydarzenia, które umożliwiły wyjazd do USA). Dlaczego niektórzy ludzie nie mają takich ,,znaków'' lub po prostu szczęścia i przez trudności w życiu chorują, np. na depresje-co niekiedy kończy się samobójstwem (dlaczego im Bóg nie chce pomóc??). Raz do mojego LO przyszedł były narkoman, aby przestrzec nas przed narkotykami. Na koniec powiedział, że uratował go Bóg (dzięki jakiemuś tam wydarzeniu). OK może i tak było, lecz dlaczego inni przez narkotyki umierają?? Dlaczego dzieci na świecie nie mają równych szans w życiu? Np. niektórzy mają ojców alkoholików, inni natomiast kochających rodziców ?? Trudno się dziwić tym pierwszym dzieciom, że nie wierzą w Boga prawda?? Bardzo proszę o wytłumaczenie mi tego.”


Często mamy takie wyobrażenie, że sprawiedliwość polega na tym, że wszyscy mają tyle samo. Takie same warunki, tyle samo pieniędzy, te same zdolności, takie samo zdrowie. Wychowaliśmy się w państwie realnego socjalizmu, a jak nie my, to nasi rodzice. Wieloletnia propaganda swoje robi i ciągle nam się wydaje, że jak jeden ma więcej, a drugi mniej, to jest to niesprawiedliwe. Ale czy rzeczywiście?
Biblia nigdzie nie mówi, że wszyscy mają mieć po równo. Wielokrotnie natomiast pokazuje, że różni ludzie otrzymali różne dary. Przypomina się choćby ta przypowieść:


Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz - w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.
(Mt 25, 14-30)

Jak widać, każdy z nas otrzymał inne dary i talenty i każdy z nas będzie rozliczony z tego, co otrzymał. Bóg, jak to już nie raz wspominałem, nie będzie nas porównywał ani do Matki Teresy, ani do Padre Pio, ani do Hitlera czy Stalina, ani nawet do naszych znajomych, sąsiadów i krewnych. Zapyta tylko jak wykorzystaliśmy te talenty, które otrzymaliśmy. Każdy z nas jest odpowiedzialny za siebie, za swoje życie, a nie za żonę, teściową, czy Kowalskiego.

Kościół uczy, że każdy człowiek otrzymuje wystarczającą ilość łask, żeby osiągnąć zbawienie. Ci, którzy otrzymali więcej: Kochających rodziców, religijne wychowanie, zdrowie, zdolności, pełne poznanie Boga, czy nawet zostali mistykami, muszą dać dużo lepsze owoce, niż ci, którzy nie mają niemal nic, poza naturalnym głosem sumienia i niejasną znajomością w zakresie wiary. Każdy jednak jakieś wołanie słyszy w swym sercu i powinien odpowiedzieć na to wołanie.

Biblia podając nam Boże Przykazania uczy, że:


… Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań. (Wj 20, 5b-6)


Znowu przykład niesprawiedliwego i mściwego Boga? Odpowiedzialność zbiorowa? Nie sądzę. Raczej ukazanie faktu, że to, co my robimy, ma swoje konsekwencje przez wiele pokoleń. To, jak wychowamy swoje dzieci kształtuje to, jak będą wychowane nasze prawnuki. Czy jest zatem niesprawiedliwe, że jedne dzieci mają kochających rodziców, a inne wychowały się domu alkoholika, czy w takim, gdzie ojca w ogóle nie było? Oczywiście, że jest to niesprawiedliwe. Ale nie można powiedzieć, że winien jest tu Bóg. Wina jest po stronie nas, rodziców i tego jak my wychowamy nasze dzieci. Niemniej jednak to ciągle nie zmienia faktu, że i one otrzymają wystarczającą ilość łask dla uzyskania zbawienia. Że będzie im być może trudniej? Możliwe. Ale co dobry Bóg ma w takiej sytuacji uczynić? Oddał za nas życie, czy to mało?

Bóg dał nam wielki dar: Wolną wolę. Nie stworzył nas robotami potakującymi Mu we wszystkim, ale dał nam możliwość wyboru. Gdy wybieramy źle, odrzucamy sami możliwość zbawienia i czasem utrudniamy drogę swym dzieciom. Być może będzie im trudniej, nie wiem. Być może wcale nie, bo ilość łask, jakie otrzymały wystarczy by ten cel osiągnąć. Święty Paweł wyraźnie uczy, że:


Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska.
(Rz 5,20b)

Musimy też pamiętać, że nie zawsze ci, co wiele otrzymali, wiele dali w zamian. Lucyfer był być może najwspanialszym stworzeniem i właśnie dlatego pycha go zaślepiła i odwrócił się od Boga. Wiele osób, które wychowały się we wspaniałych, kochających się rodzinach wyrasta na ludzi „letnich” w wierze. A co z takimi uczyni Jezus, wiemy:


Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi.
(Ap 3, 15-17)

Nie każdy, kto jest „dobrym człowiekiem”, kto nikogo nie zamordował i nie okradł banku, osiągnie życie wieczne. Nie każdy nawet, kto uważa się za człowieka religijnego i klepie te swoje zdrowaśki. Nie na tym polega nasza wiara. Jezus ostrzega:


Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach. Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości! (Mt 7, 19-23)
>

Cytowana przypowieść na samym początku tego tekstu pochodzi z 25. rozdziału Ewangelii Mateusza. Dalsza cześć tego rozdziału to słynna wizja Sądu Ostatecznego. („
Byłem głodny, a nie daliście mi jeść…”) Wynika z niej, że sądzeni będziemy także z tego dobra, którego nie zrobiliśmy, choć powinniśmy je zrobić. Nie wystarczy „być dobrym” i nie robić nic złego. To za mało. Bóg wzywa nas do radykalnego działania. Do prawdziwego życia przykazaniami, do wprowadzenia naszej wiary w życie. Czy to w pracy, czy w rodzinie, czy w nadchodzących wyborach. I to zrobić może każdy. Niezależnie od tego, ile otrzymał od Niego talentów.

Prawdą jest, że są osoby, które otrzymały nadzwyczajne łaski. Gdy czytamy życiorysy takich świętych jak Padre Pio, czy Faustyna, widzimy, że oni rozmawiali z Jezusem twarzą w twarz. Ale ta niezwykła łaska przyszła z wieloma innymi darami, których raczej żaden z nas nie pragnie: Wielkie cierpienia, choroby, stygmaty, wizje szatana, fizyczne torturowanie i bicie przez kudłatego, całe lata „pustyni duchowej”, uczucia oddalenia się od nas Boga i wiele innych. Życie pełne cierpienia i pełne niesamowitej odpowiedzialności za to, by nie zmarnować darów, jakie się otrzymało.

Jest jeszcze kwestia podejścia do tego, co nas w życiu spotyka. Ja, jak to napisałem w swoim świadectwie, widziałem wiele znaków od Boga w swoim życiu. Nie były to jednak przeżycia mistyczne, nie ukazywały mi się anioły i święci, ani dusze czyśćcowe, ani sam Bóg nie uznał w swej mądrości, że należy mi się taki zaszczyt bym Go oglądał już teraz, tu, za mojego życia na ziemi. Większość ludzi uzna te wszystkie moje przeżycia za przypadki, zbiegi okoliczności, za coś wytłumaczalnego racjonalnie. I tak właśnie jest w życiu większości z nas. Bóg nam zsyła te drobne prezenty, dowody swej obecności, a my je szybko wrzucamy do szufladki „przypadek”.

Na mojej stronie jest cudowne świadectwo Darka. Darek był narkomanem i będąc pod wpływem działania narkotyków wpadł pod samochód. W konsekwencji tego wypadku został inwalidą przykutym do łóżka na wiele lat. Co więcej, choroba ta była niezwykle bolesna i zakończyła się śmiercią. Wiele osób odebrałoby to jako przekleństwo, Darek nazwał ten samochód błogosławionym. Przez chorobą bowiem odnalazł Boga, nawrócił się i odszedł do domu Pana pogodzony z Bogiem i ze sobą. Ale przecież to, że on się nawrócił zależało tylko od niego, prawda?

Każdy z nas otrzymuje więc tyle, ile mu jest konieczne do osiągnięcia zbawienia. Nie mamy równych szans, prawda. Ale wszyscy mamy jakieś szanse. Wszyscy też mamy gwarancję, że zostaniemy sprawiedliwie ocenieni. I o ile w doczesnym życiu wyraźnie widać, że dzieci z ubogich, rozbitych rodzin, w których alkohol jest czymś codziennym, dzieci chore, kalekie mają dużo gorsze warunki, dużo mniejsze szanse na ukończenie szkoły, zdobycie zawodu i spokojne, godne życie, to gdy chodzi o życie duchowe, o możliwość zbawienia czasami bywa dokładnie odwrotnie. Komfort naszego codziennego życia, brak stresów i cierpień powoduje, że stajemy się letnimi w swej wierze.

Nasze życie duchowe musi się hartować. Każdy jest „święty”, jak nie ma ani pokus, ani możliwości grzechu. Problem się zaczyna, gdy zaczyna się pokusa. W dzisiejszym czytaniu z Listu do Hebrajczyków autor nam przypomina:
„Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi.” Hbr 12:4 Dlatego często ci, co ich życie hartuje, jak wielu w historii Kościoła, zostają kanonizowanymi świętymi. Dlatego tak do mnie przemawia świadectwo Darka. A na wielu z tych, którym zazdrościmy teraz łatwego i spokojnego życia, czeka smutna i bolesna niespodzianka, gdy zobaczą swe życie tak, jak je widzi Bóg.