Thursday, August 17, 2006

Krzyże Las Cruces


Niektórzy ludzie mają naprawdę zbyt dużo wolnego czasu. Wydaje się, że jednym z nich jest pewien mieszkaniec miasta Las Cruces w Nowym Meksyku, który podał miasto do sądu, gdyż używa ono symbolu trzech krzyży na urzędowych dokumentach.

Nie ma w tym nic takiego dziwnego, Las Cruces oznacza „Krzyże” po hiszpańsku i legenda głosi, że miasto to powstało w miejscu, gdzie przed laty ktoś pochował rodzinę i ustawił kilka krzyży na ich grobach. Lokalni mieszkańcy tamtych terenów nazywali to miejsce „las cruces” i gdy później powstało tam miasto, utrzymano tę historyczną nazwę.

Krzyże występujące w logo miasta nie mają więc nawet specjalnie konkretnej, chrześcijańskiej wymowy. Oczywiście, że to przez śmierć Jezusa na Krzyżu przyjęło się ustawiać na grobach krzyże, ale robią to także ludzie, którzy nie są specjalnie wierzący. Krzyże te także są dość wyraźnie stylizowane i trzeba się chwilę przyjrzeć temu symbolowi, żeby w ogóle je dostrzec.

Sama ta sprawa jest tak surrealistyczna, że aż śmieszna. Ale tak naprawdę to nie jest mi wcale do śmiechu. Tu nie brakuje ludzi, dla których religią jest „antychrzescijaństwo”. Będą walczyć z uporem godnym lepszej sprawy o to, żeby w naszej rzeczywistości nie było żadnych symboli religijnych. Ani w naszym otoczeniu, ani nawet w nazwach.

Już doprowadzili do tego, że nie mamy Świąt Bożego Narodzenia, ale zimowe wakacje, szopka jest dopuszczalna w publicznym miejscu tylko wtedy, gdy zawiera odpowiednią ilość zwierząt i pastuszków i gdzieś w okolicy menorę, a uczeń, który podziękuje Bogu w publicznej szkole, jest zawieszany w prawach ucznia. I wszystko to z powodu jednej wzmianki w Konstytucji, której celem miało być coś zupełnie przeciwnego.

Biali Amerykanie, w uproszczeniu, są potomkami uciekinierów z Anglii. Uciekinierzy ci, znani tu jako „pilgrims”, pielgrzymi, uciekali, bo w Anglii obowiązywała religia państwowa, a pielgrzymi nie byli Anglikanami, ale Purytanami. Uciekli więc przed prześladowaniami najpierw do Holandii, a później przypłynęli na statku „Mayflower” do Nowej Anglii i założyli osadę o nazwie „Plumouth”.

Gdy lata później powstały Stany Zjednoczone, wszyscy pamiętali przyczyny, dla których przybyli tu pierwsi osadnicy. Dlatego to pierwsza poprawka do Konstytucji mówi o wolności religijnej. Dla wyjaśnienia, poprawki do konstytucji to nie jest coś, co trzeba było zrobić, by naprawić błędy w konstytucji oryginalnej. Pierwsze 10 poprawek, tzw. „Bill of Rights” to nieodłączna część konstytucji od samego początku. Są to po prostu pierwsze rozdziały tej konstytucji.

Pierwsza poprawka brzmi tak:

Congress shall make no law respecting an establishment of religion, or prohibiting the free exercise thereof; or abridging the freedom of speech, or of the press; or the right of the people peaceably to assemble, and to petition the Government for a redress of grievances.

Oznacza to mniej więcej tyle: “Kongres nie uchwali żadnych praw tworzących jakąkolwiek religię, ani zabraniających swobodnego jej wyznawania; ani ograniczenia wolności słowa, albo prasy, albo praw ludzi do pokojowego gromadzenia się i dawania petycji rządowi, by naprawił krzywdzące decyzje.

To cała pierwsza poprawka do konstytucji. Tyle. Jak z tego tekstu można dojść do zakazu wspominania Boga przez ucznia w publicznej szkole? Jak na podstawie tego paragrafu można dojść do wniosku, że 10 przykazań powieszonych na ścianie jest sprzeczne z konstytucją? Jak w końcu można ujrzeć, że poprawka ta zabrania miastu, które nazywa się „Krzyże” umieszczenia krzyży w herbie? Hmm. Dziwny jest ten świat.

Oczywiście w tej sprawie nie ma jeszcze decyzji. Ma być rozpatrywana w listopadzie. Dobrze, że chociaż tylko herb, a nie nazwa miasta komuś przeszkadza. Gdyby tak było, trzeba by chyba zmienić nazwy tysięcy miast w USA. Na zachodzie i południu Stanów, gdzie miasta powstawały wokół katolickich misji, wręcz trudno znaleźć miasto nie nazwane na cześć jakiegoś świętego, czy innych symboli religijnych.

Stalin nie wahał się przed zmianą nazw, może tu i do tego dojdziemy. Zamienimy te wszystkie Los Angeles, Sacramento, Corpus Christi, San Francisco, San Diego, Santa Clara, Saint Augustine (najstarsze miasto w USA), i nawet San Bruno. (Oj, mój anioł stróż by tego nie lubił). W samej tylko Kalifornii jest 50 miast nazwanych imionami świętych, w Teksasie i na Florydzie pewnie co najmniej drugie tyle.

A inne symbole? Południowa Karolina ma w swym herbie palmę i półksiężyc. Nie wiem, co ma on symbolizować, ale czy nie jest to narzucanie mi jakiejś religii? Czy półksiężyc nie jest przypadkiem symbolem Islamu? Południowa Karolina jest o rzut beretem od mojego domu, metropolia Charlotte leży częściowo w tym stanie. Co będzie, jak ktoś postawi wielki billboard z tym półksiężycem i obrazi mnie zupełnie?

Świat zupełnie zwariował. Ludzie nie mają prawdziwych problemów, to wymyślają sobie sztuczne. Tylko dlaczego przy okazji utrudniają życie tej normalnej większości? Dlaczego przez jednego idiotę, któremu przeszkadza szopka bożonarodzeniowa, ja muszę świętować teraz Dni Przerośniętych Krasnali? Dlaczego każda religia (bo wojujący ateizm także nią jest) jest politycznie poprawna, a chrześcijaństwo, a zwłaszcza Katolicyzm, nie?

Ja wiem dlaczego. Bo jest tylko jedna prawdziwa religia. Półksiężyc w herbie Południowej Karoliny nie drażni kudłatego. Nie drażni go menora. Ale na pewno drażni go krzyż, bo na Krzyżu został on pokonany. Tak więc w sumie jest i dobra strona tych wszystkich ataków na chrześcijaństwo. Potwierdzają one, że nasza wiara jest Prawdziwa. A do symbolu Las Cruces powrócę, jak tylko sąd zadecyduje, czy te trzy stylizowane, małe krzyże nie zagrażają przypadkiem istnieniu Stanów Zjednoczonych.

PS. Już po napisaniu tego tekstu zwróciłem uwagę na fakt, że krzyże w logo Las Cruces są umieszczone w symbolu słońca. Ale słońce także jest przecież symbolem religijnym. Wiele religii używa tego symbolu i wiele uważa słońce za Boga. Jednak osoby, które podały miasto Las Cruces do sądu nie mają problemu ze słońcem. Mają problem tylko z krzyżami. Co tylko potwierdza moją tezę, że tu wcale nie chodzi o prawo, konstytucję i o używanie przez miasto symboli religijnych, ale o wyrzucenie z naszego życia jakichkolwiek śladów chrześcijaństwa. Tylko symbole chrześcijańskie drażnią ludzi, bo tylko te, obiektywnie, mają jakąkolwiek wartość. Prawo, rzecz jasna, nie może robić takich rozgraniczeń i jeżeli krzyże byłyby nielegalne w symbolu miasta, to i słońce musiałoby być nielegalne. Jednak tu nie chodzi o prawo, nie chodzi o sprawiedliwość i nie chodzi o zakaz stosowania jakichkolwiek symboli religijnych w oficjalnych dokumentach miasta Las Cruces. Tu chodzi tylko i wyłącznie o zdelegalizowanie krzyży i usunięcie chrześcijańskich śladów.

Friday, August 04, 2006

Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje.

Znowu udało mi się dostać taki ładunek, że czuję się niemal jak na wakacjach. Z Iowa (to mniej-więcej okolice Chicago, stan na zachód od Illinois) pojechałem przez Denver, Góry Skaliste, przełęcz Loveland Pass (3655 m npm), potem przez pustynie w Utah i Nevadzie, przez Las Vegas i dojechałem do Fresno w Kalifornii. Po rozładunku wziąłem następny towar, do Kent w stanie Washington, jadę więc teraz najbardziej na zachód wysuniętą autostradą w USA, szosą Interstate 5, przez Sacramento (stolicę Kalifornii), u podnóża góry Mount Szasta (4316m npm), gdzie teraz mam przerwę, i potem dalej przez Oregon do mojego docelowego miejsca. Chciałbym jednak napisać parę słów o tym, jakie wrażenia miałem przejeżdżając przez Las Vegas.

Do Las Vegas jedzie się przez pustynię. Cała Nevada to, prawdę mówiąc, pustynia. Nevada ma powierzchnię niemal równą powierzchni Polski, ale zamieszkuje ją zaledwie 2 i pół miliona ludzi. Milion siedemset tysięcy spośród nich mieszka w metropolii Las Vegas. Gdy się dojeżdża w nocy do tego miasta, już z blisko stu kilometrów widać łunę, jak przed wschodem słońca. Problem tylko, że ja ją widziałem na południowo-zachodnim niebie, diametralnie naprzeciw miejsca, gdzie słońce wschodzi o tej porze roku. Ale ta łuna nie była od słońca, ale od świateł oświetlających całą dobę to miasto.


Poprzedni raz byłem w Las Vegas niemal dwadzieścia lat temu. Wtedy było to zaledwie półmilionowe miasto. Wzrost, przypływ ludności, jest w tym mieście niesamowity. Zaledwie w jednym dziesięcioleciu, 1990-2000 liczba mieszkańców Nevady wzrosła o 66%, i niemal cały ten wzrost przypada właśnie na Las Vegas.

W mieście powstały przepiękne hotele i kasyna. W całej Nevadzie bowiem nie ma ani żadnego przemysłu (poza turystycznym jeżeli można to nazwać przemysłem), ani warunków dla rozwoju rolnictwa. Jedyne, co przyciąga ludzi, to właśnie kasyna. Żeby być uczciwym dodam, że na pewno część osób wybiera osiedlenie się w Nevadzie także ze względu na klimat, ale podobny klimat jest i w Utah i w Nowym Meksyku i w Arizonie, a tam napływ ludności jest zdecydowanie mniejszy. Myślę więc, że klimat jest tylko jednym z elementów decyzji osiedlenia się w Las Vegas, ale dla wielu właśnie te kasyna są główną siłą przyciągającą do Nevady.


Gdy tak jechałem o 5 rano przez miasto, które wcale nie było uśpione i w którym ruch był większy parę godzin przed świtem, niż niejednym mieście w samo południe, myślałem o mojej córeczce, która akurat tego dnia była w sanktuarium w Licheniu. Pomyślałem o świątyniach, jakie budujemy Bogu i o tych, jakie stawiamy naszym bożkom. Pomyślałem, że bez przerwy słyszę o tym, że nie powinno się wydawać tyle pieniędzy na świątynie, ale rozdać je biednym. Mówią to oczywiście nie ci, którzy wspomagają Kościół, ale ci, którzy już dawno zapomnieli którędy droga do kościoła. Ale denerwuje ich, że ja i inni chrześcijanie chcemy, by Dom Pański nie wyglądał jak szopa na węgiel czy waląca się rudera, ale jak pałac, jak siedziba Króla Królów.

Z drugiej strony jakoś nie słyszałem krytyki, że się buduje takie pałace, jakich pełno w Las Vegas. Nikt nie krytykuje luksusowych hoteli, prywatnych rezydencji, ośrodków wczasowych. Dlaczego? Jaka to różnica? To nie ma nic złego w budowaniu luksusowego hotelu czy kasyna, a jest cos złego z budowaniu pięknej świątyni? Co to za logika? Powie ktoś, że deweloper buduje ze swoich pieniędzy, lub pieniędzy klienta tamte budynki, a kościoły powstają z pieniędzy wiernych. No dobrze. To ja powtórzę pytanie: Jaka to różnica?

Gdy się kogoś kocha, chce się Mu dać to, co najlepsze. Jak już pisałem kiedyś w TYM FELIETONIE, gdybym na rocznicę ślubu dał mojej ukochanej żonie plastikowy pierścionek z plastikowym oczkiem, wyleciałbym z hukiem z domu. Zloty pierścionek z brylantem natomiast wywołałby na jej twarzy niezwykle szeroki uśmiech. Dlaczego? Bo jest łasa na świecidełka? Bo pragnie bogactw? Przecież ja jej mogę zrobić prezent tylko z pieniędzy, jakie zaoszczędziłem z domowego budżetu. Nie przybędzie nam o takich upominków. Jej uśmiech jest spowodowany tym, że taki prezent jest dowodem mojej miłości.

Kościół Katolicki jest największą charytatywną instytucją na świecie. Na pewno nikt tak nie pomaga potrzebującym, jak Kościół. Ale to nie chodzi o to, żeby albo dać biednym, albo budować świątynie. Trzeba i można zrobić jedno i drugie. A przykład Las Vegas niech nam uświadomi, że nie traktujemy jednakowo spraw związanych z wiarą i spraw życia codziennego. Świątynie budowane „wszechmogącemu dolarowi” nikogo nie denerwują. Wspaniałe centra handlowe, sklepy i pasaże, hotele i kasyna, które służą tylko temu, byśmy wydali więcej pieniędzy na rzeczy nam zupełnie zbędne bardzo często przepychem przewyższają najwspanialsze świątynie. Ale nie drażni to nas, bo bardziej kochamy ten świat, niż naszego Boga.

Król Salomon, który zbudował pierwszą Świątynię w Jerozolimie, miał wątpliwości, czy pomieści ona Boga:

Czyż jednak naprawdę zamieszka Bóg z człowiekiem na ziemi? Przecież niebo i najwyższe niebiosa nie mogą Cię objąć, a tym mniej ta świątynia, którą zbudowałem. (2 Krn 6:18)
Bóg sam jednak rozwiewa te wątpliwości:

Wówczas Salomonowi w nocy ukazał się Pan i rzekł mu: Wysłuchałem twojej modlitwy i wybrałem sobie to miejsce na dom ofiar. Gdy zamknę niebiosa i nie będzie deszczu, i gdy nakażę szarańczy, by zniszczyła pola, lub gdy ześlę na mój lud zarazę, jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza, a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę. Teraz moje oczy będą otwarte, a uszy moje uważne na modlitwę w tym miejscu. (2 Krn 7:12-15)

Bóg jest wszechobecny, to prawda. Ale Bóg wcielony, Jezus w Najświętszym Sakramencie jest obecny w konkretnym miejscu w naszym materialnym świecie. Jeżeli więc dla transcendentalnego Boga syn Dawida musiał wybudować Świątynię, o ile bardziej my powinniśmy je budować prawdziwemu Synowi Dawida. Jeżeli Bóg w czasach króla Salomona w specjalny sposób wysłuchiwał próśb wiernych w Świątyni, dlaczego miałoby być teraz inaczej? Bóg przecież się nie zmienia! Uważajmy jednak, by pozostać Mu wiernym:

Ale jeżeli odwrócicie się ode Mnie i porzucicie moje prawa i nakazy, które wam dałem, oraz zechcecie pójść i służyć obcym bogom i oddawać im pokłon - to wykorzenię was z mojej ziemi, którą wam dałem, a dom, który poświęciłem memu Imieniu, odtrącę od mego oblicza i uczynię z niego przedmiot przypowieści i pośmiewiska u wszystkich narodów. Świątynia, która była tak wspaniała, będzie dla każdego przechodzącego obok niej przedmiotem zdumienia, tak iż zapyta: Dlaczego Pan tak uczynił temu krajowi i tej świątyni? A odpowiedzą: Dlatego, że opuścili Pana, Boga ich ojców, który wyprowadził ich z ziemi egipskiej, a upodobali sobie innych bogów oraz oddawali im pokłon i służyli: dlatego sprowadził na nich całe to nieszczęście. (2 Krn 7:19-22)

Mam więc propozycję dla wszystkich tych, których „przepych Kościoła” denerwuje. Zajmijcie się swoimi świątyniami. Ponieważ i tak nie z waszych pieniędzy powstały takie sanktuaria, jak to w Licheniu, dajcie sobie spokój. Idźcie w pokoju do waszych świątyń i wspomagajcie je jak możecie. One też tego potrzebują. To są świątynie nienasyconego molocha i bez dopływu kasy popadają w niebyt. Ale dajcie nam prawo robić z naszymi pieniędzmi na co my mamy ochotę.
Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. (Mt 6,21)

Wednesday, July 26, 2006

Historia pewnej kapliczki

Gdy dwadzieścia pięć lat temu powstawało imperium medialne Matki Angeliki wszystkie katolickie stacje radiowe całych Stanach Zjednoczonych można by policzyć na palcach jednej ręki. I jeszcze większość tych palców pozostawałaby nieużyteczna. Dziś jest ich około setki, nie mówiąc o możliwości słuchania przez Internet, na falach krótkich i przez system radia satelitarnego, coraz bardziej popularnego w USA. Jedną z tych lokalnych rozgłośni radiowych, które powstały w ostatnim ćwierćwieczu jest „The Station of the Cross Catholic Radio” z Buffalo w stanie Nowy York.

Jak wiele podobnych rozgłośni, zaczynali posiadając niewiele więcej poza entuzjazmem, w mieszkaniu prywatnym, instalując transmiter nadający lokalnie sygnał, jako dostarczała przez satelitę rozgłośnia Matki Angeliki. Z czasem zaczęli produkować własne programy, przyjmując do pracy kilka osób i niedawno okazało się, że po prostu nie ma już miejsca na wstawianie kolejnych biurek do małego pomieszczenia. Był jeszcze jeden pokoik, ale ten od początku był przeznaczony na kaplicę, gdzie, za zgodą lokalnego biskupa, był przechowywany Najświętszy Sakrament.

Ponieważ kapliczka ta i tak była zbyt mała na odprawianie mszy, zarząd rozgłośni postanowił przenieść ją do pobliskiego pomieszczenia biurowego, które od niedawna było do wynajęcia. Pomieszczenie to, mające około 30m kwadratowych, mogło już posłużyć jako miejsce do odprawiania codziennej mszy dla pracowników rozgłośni. Tym bardziej, że od niedawna przebywa w niej na rezydencji kapłan z Afryki, uczący się, jak stworzyć stacje radiową w swojej ojczyźnie.

Spakowano więc meble, zabrano Tabernakulum, przeniesiono statuetki świętych i przewieszono obrazki. Jeden z nich, który przed wieloma laty podarował ktoś właścicielom rozgłośni, przedstawia Jezusa modlącego się nad zabitym, nienarodzonym dzieckiem, spoczywającym na jego dłoni.
" Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią":

Image Hosting by PicsPlace.to


Gdy pracownicy rozgłośni instalowali wszystko w nowej kaplicy, ktoś przechodzący tamtędy zapytał, czy wiedzą, co się tu znajdowało poprzednio. Nie wiedzieli, więc poinformował ich, że był to lokal wynajmowany przez lekarza prowadzącego klinikę aborcyjną. „Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, zapewne szukalibyśmy innego pomieszczenia na naszą kaplicę. Ale teraz, gdy o tym pomyślę, wydaje mi się, że Bóg od początku miał taki cel. Dlatego poświęciliśmy naszą kaplicę niewinnym dzieciom, które zginęły w młynach aborcyjnych” –powiedziała właścicielka rozgłośni.

Image Hosting by PicsPlace.to


A dla mnie cała ta historia jest jeszcze jednym dowodem na to, że dobry Bóg nie zapomina o nas. Pewno, że wiele rzeczy mnie przeraża. Świat się zmienia i to nie koniecznie tak, jakbym ja sobie tego życzył, ale także wiele się zmienia na lepsze. Choćby w Buffalo. 25 lat temu nie było tam katolickiego radia, za to był lekarz przeprowadzający aborcje. A teraz radio jest, każdy może słuchać Słowa Bożego, a w gabinecie, gdzie zabijano dzieci, przebywa teraz sam Dawca Życia, nasz Stworzyciel, Jezus Chrystus. I jak tu nie być optymistą? Pewno, że chciałoby się, by te korzystne zmiany postępowały szybciej, ale Bóg nie tylko stworzył świat, On także stworzył czas. Zaufajmy Mu więc i róbmy swoje, a On już na pewno ze wszystkim zdąży.

Jeszcze o komórkach macierzystych

Są pewne rzeczy, które są święte. Jedną z nich jest właśnie ludzkie życie. Nikt z nas nie potrafi go stworzyć z niczego, nikt z nas nie potrafi go „zbudować” od zera. Oczywiście, nauka jest w stanie zbadać mechanizmy powstawania życia i może w laboratoriach skopiować to, co powinno pozostać tajemnicą sanktuarium domowego kościoła. Ale tak, jak nie mamy prawa ingerować w naturalne mechanizmy powstania życia, tak samo nie mamy tego prawa do ingerowania w mechanizmy jego zakończenia. Nie bawmy się w Pana Boga, bo piętrzące się przed nami trudności bardzo szybko zaczynają nas przerastać. Nie mówię tu o trudnościach naukowych, te niech nauka pokonuje, ale o trudnościach moralnych. Moralność bowiem nie jest czymś, co możemy i powinniśmy zmieniać i reformować.

W poniższym poście pisałem o sukcesie polskich naukowców pracujących na Uniwersytecie w Louisville w stanie Kentucky. Profesor Ratajczak, który przewodniczył tym badaniom, udzielił wywiadu , w którym możemy przeczytać między innymi:


"- Skąd bierze się wśród naukowców takie zainteresowanie komórkami macierzystymi?
- Są to jedyne komórki organizmu, które zachowują wieczną młodość. Można śmiało postawić tezę, że zidentyfikowanie komórek macierzystych otworzyło nowy rozdział w historii ludzkości. Tak jak rozwój fizyki i chemii doprowadził do rozwoju energii jądrowej, która z jednej strony służyła dobrym rzeczom (mam na myśli np. wykorzystanie promieniowania w leczeniu wielu chorób, czy pozyskiwanie energii elektrycznej) a z drugiej strony do wielu złych rzeczy (np. do produkcji bomby atomowej). Tak samo rozwój biologii i chemii doprowadził do rozwoju szeregu terapii opartych o komórki macierzyste. My teraz jesteśmy w takiej samej sytuacji, co fizycy 60 lat temu. Mamy komórki macierzyste i możemy z nich robić różne rzeczy - zarówno te dobre (np. leczenie chorych) jak i te złe (np. klonowanie ludzi). Tak duże zainteresowanie komórkami macierzystymi bierze się właśnie z olbrzymiego potencjału, jaki one posiadają. Jak my ten potencjał wykorzystamy zależy przede wszystkim od norm etycznych i od naszego sumienia.

- Panu Profesorowi udało się już zróżnicować komórki macierzyste w kierunku naprawy wysepek trzustki, tkanki nerwowej oraz mięśnia sercowego. Czy można zatem mieć nadzieję, że hodowla ludzkich organów metodami laboratoryjnymi nastąpi w najbliższych latach?
- Trudno w tej chwili podać konkretną datę, kiedy zostanie wyhodowany pierwszy ludzki organ z komórek macierzystych. Najtrudniejsze zadanie jest jeszcze przed nami. Oprócz możliwości skutecznego zróżnicowania komórek macierzystych w komórki różnych narządów trzeba także odtworzyć architekturę całego narządu. Na to potrzeba jeszcze kilku a może kilkunastu lat. Jestem jednak przekonany, że w przeciągu 10-15 lat tego typu rozwiązania będą szeroko dostępne dla pacjentów. Wiek XXI przyniesie takie możliwości lecznicze.

- Czy każdego będzie stać na taki przeszczep?
- Organy wyhodowane w oparciu o komórki macierzyste będą dostępne dla każdego pacjenta. Szczególnie u ludzi młodych takie komórki będzie można pozyskiwać i wykorzystać je do leczenia. Już obecnie posiadamy dane wskazujące na to, że komórki macierzyste o charakterze komórek embrionalnych występują w ludzkiej krwi pępowinowej. Sam fakt istnienia takich komórek w krwi pępowinowej oznacza, że każdy noworodek może mieć już dzisiaj zapewnione źródło własnych komórek macierzystych, które w przyszłości mogą posłużyć do regeneracji jego narządów. Obecnie obserwuję duże zainteresowanie, pomimo dość wysokiej ceny, mrożeniem krwi pępowinowej na wypadek zaistnienia u dziecka w późniejszym wieku białaczki. Jestem przekonany, że komórki z zamrożonej krwi pępowinowej będzie można w niedalekiej przyszłości wykorzystywać do leczenia innych chorób.

- Czy istnieje zatem szansa, że dzięki komórkom macierzystym ludzie będą żyć dłużej?
- To jest bardzo dobre pytanie. Gdybyśmy zadali je dwieście lat temu to wtedy marzeniem każdego było dożycie siedemdziesięciu lat. Obecnie ten wiek osiąga większość z nas. Myślę, że dzięki komórkom macierzystym możliwe będzie przedłużenie średniej długości życia do ponad stu lat. Sądzę, że granica 120 lat dla zwykłego śmiertelnika jest jak najbardziej realna do osiągnięcia. Należy sobie zadać pytanie, z jakiego powodu obecnie umieramy? Bo się starzejemy, bo następuje defekt regeneracji komórek macierzystych. Człowiek całe życie się regeneruje. Za miesiąc czy rok będziemy tak samo prawie wyglądać, ale będziemy się składać z zupełnie innych komórek. Cały czas w naszych narządach odbywa się odbudowa tkanek z komórek macierzystych. Nasze komórki cały czas się wymieniają. Skuteczność takiej wymiany niestety pogarsza się z wiekiem. Dlatego się starzejemy. Jeżeli zatem pojawią się nowe metody farmakologiczne, które będą poprawiały kondycję komórek macierzystych, to będzie to automatycznie prowadziło do wydłużenia życia. Z drugiej strony jeśli opracujemy metody regenerowania uszkodzonych narządów w wyniku chorób, to również będzie to następny krok do dłuższego życia. Jednym słowem: komórki macierzyste są kluczem do długowieczności. […]

- Pracuje Pan Profesor nad jedynymi z najcięższych ludzkich chorób: m.in. nad rakiem żołądka, płuc i białaczką. Obserwuje Pan Profesor przy tym dużo cierpienia. Czy ludzkie cierpienie można zmniejszyć?
- Z pomocą przychodzi tutaj także nauka. Mamy coraz więcej dowodów na to, że choroby nowotworowe mają swoje źródło w komórkach macierzystych. Czyli jeżeli coś złego się stanie i dobra komórka macierzysta, która ma za zadanie odnawianie np. nabłonka śluzówki żołądka niespodziewanie stanie się komórką złośliwą to daje to początek tej strasznej chorobie. Pracując nad komórkami macierzystymi możemy również dotrzeć do źródła powstawania nowotworów. Jeden z patologów powiedział, że nowotwór to jest rana, która się nigdy nie goi. Ucząc się, jakie są to mechanizmy można opracować lepsze mechanizmy leczenia nowotworów, które będą oparte o eliminację komórek macierzystych nowotworowych.

- Jak Pan Profesor, jako wybitny specjalista w zakresie biologii, zagłębiając się w ludzkie ciało odbiera sprawy związane z wiarą w Boga?
- My, jako naukowcy, musimy przede wszystkim zachować olbrzymią pokorę wobec tego, co poznajemy. Prawda jest taka, że my widzimy, odbieramy świat i budujemy całą naszą wiedzę bazując na odbiorze fal elektromagnetycznych, które dają złudzenie widzenia obrazu albo słyszenia. I bazując na tych naszych niedoskonałych zmysłach w trójwymiarowym świecie, staramy się zrozumieć, jak jest zbudowany wszechświat. Być może cały otaczający nas świat wygląda zupełnie inaczej. Nasza rzeczywistość, o czym się mówi od dłuższego czasu, może posiadać cztery lub nawet więcej, wymiarów. Cały czas, pojawia się coraz więcej pytań, powstają nowe naukowe problemy. Poznając coraz więcej, coraz mniej wiemy. Kartezjusz powiedział "wiem, że nic nie wiem" - i jego słowa są nadal aktualne. W tej niesamowitej łamigłówce pojawia się jakaś wyższa celowość. Chęć zadania sobie pytania: dlaczego to wszystko jest tak zorganizowane? Osobiście, chociaż publicznie nie przyznaję się do żadnej religii, wierzę, że istnieje pewne działanie, które przez dawnych filozofów było opisywane jako siła życia. Wierzę, że istnieje jakaś siła nadprzyrodzona, która tym wszystkim kieruje. Jak bardzo jest to związane z Bogiem, trudno powiedzieć. Na pewno naukowiec, który bada mechanizmy ma coraz więcej pytań i widzi olbrzymią logikę w tym co bada."


Jedna uwaga, jaka mi się nasuwa, to moralny problem z niszczeniem ludzkiego życia, aby innej osobie przedłużyć życie do 120 lat. Nie bardzo mi się także podoba „hodowla organów”. Jak to niby ma wyglądać? Kim, czy czym będą te serca, płuca i nerki, wyhodowane z komórek macierzystych? I jaki jest tego cel? Jeżeli nasze życie na ziemi można porównać do „egzaminu”, do okresu wylęgania, do życia nienarodzonego dziecka, bo przecież to tylko mgnienie oka w porównaniu do wieczności, to czy warto? Oczywiście, że choroby trzeba leczyć, ale nie za wszelką cenę! Tak jak nie można zabić innej osoby, bo potrzebujemy jej nerkę, tak samo nie można „wyhodować” innej osoby, by jej tę nerkę zabrać.

Profesor mówi o 120 latach. Hmm. Mówi też, że dawniej marzeniem było dożyć 70. Nie całkiem to prawda. Dawniej nikt nie był starcem, jak miał 50 i nikt się nie dziwił, gdy ktoś dożył setki. Pewno, że było to rzadsze, ale tylko dlatego, że ludzie chorowali i umierali wcześniej. A gdy ktoś miał szczęście i nie zachorował, dożywał takich lat, jak my teraz. Zwalczanie chorób, by każdy z nas miał szansę dożyć 90 lat jest pięknym celem. Ingerowanie w genetykę, aby żyć lat 120, czy dwieście, czy potencjalnie 500 (przecież nikt mi nie powie, ze naukowcy będą usatysfakcjonowani tymi stu dwudziestoma) to jednak, moim zdaniem, zupełnie co innego.

Profesor Ratajczak mówi: „Osobiście, chociaż publicznie nie przyznaję się do żadnej religii, wierzę, że istnieje pewne działanie, które przez dawnych filozofów było opisywane jako siła życia. Wierzę, że istnieje jakaś siła nadprzyrodzona, która tym wszystkim kieruje. Jak bardzo jest to związane z Bogiem, trudno powiedzieć. Na pewno naukowiec, który bada mechanizmy ma coraz więcej pytań i widzi olbrzymią logikę w tym co bada.” Cóż, każdy może wierzyć, w co chce. Tylko, że człowiek nauki, odrzucający istnienie Boga, mimo, że „widzi olbrzymią logikę w tym, co bada”, może stać się potencjalnie bardzo niebezpieczny. Dlaczego miałby bowiem powstrzymać się przed klonowaniem? Przed hodowlą ciał ludzkich, pozbawionych głów, dla uzyskiwania organów do przeszczepów, czy podobnych „naukowych eksperymentów”?

Nie oskarżam tu o nic profesora Ratajczaka. Nie znam go. Nie sugeruję, że on by kiedykolwiek takie badania prowadził. Cieszę się z jego odkrycia, bo może ono uratować wiele ludzkich istnień. Ale boję się nauki, która odrzuca moralny kodeks praw, jaki daje nam Bóg. Nic z tego bowiem nie może wyjść dobrego. I tak, jak bezsensowne byłoby, gdyby podekscytowany naukowiec ogłosił, ze znalazł sposób na to, by ciąża trwała półtora roku, zamiast dziewięciu miesięcy, tak bezsensowne dla mnie jest walczenie o przedłużanie w nieskończoność ludzkiego życia na ziemi. Nauka, medycyna, powinny się skupić na leczeniu chorób. Na likwidacji cierpienia. Na zapobieganiu niepotrzebnemu odchodzeniu ludzi, którzy powinni pozostać wśród nas. Ale jak zaczynamy mówić o przedłużaniu życia dla samego przedłużania, gdy celem ma być pozostawania na ziemi jak najdłużej, to zaczynamy stawiać problem na głowie.

Celem życia na ziemi jest poznanie Boga, zrodzenie potomstwa, wychowanie go, doczekanie się wnuków. Gdy nasz czas mija, powinniśmy podziękować Bogu za to wszystko, co otrzymaliśmy i z ufnością udać się do Domu Ojca. Powinniśmy tęsknić za tym Domem, bo tam nas czeka wielkie szczęście, bez cierpień i chorób, czekają na nas bliscy, którzy odeszli i czeka sam Zbawiciel. Czemu o tym zapominamy? Setki gazet zajmują się problemem przemijającej urody. Najszybciej rozwijającą gałęzią medycyny jest chirurgia plastyczna. Lekarze obiecujący przedłużenie młodości, przywrócenie sił witalnych, diety cud, chińskie specyfiki, maseczki, głodówki, oczyszczania, wody, sauny i inne cuda stają się coraz popularniejsze, a kolejki przed konfesjonałami, gdzie naprawdę możemy się wyleczyć ze śmiertelnej choroby, są coraz krótsze. W wielu krajach zanikły zupełnie. I nie zrozumcie mnie źle. Nasze ciała są Świątynią Ducha Świętego. Powinniśmy o nie dbać. Ale nie łudźmy się. 70, 100, czy 120 to nie jest wieczność. Nie róbmy z medycyny bożka, bo i tak wszyscy umrzemy.

Ważne ostatecznie jest tylko jedno. I jak przedłużymy swe życie kosztem życia innej osoby, to co zyskamy? 20 lat na ziemi i wieczne potępienie? Co to w ogóle za rachunek? To jakby mi ktoś dal do wyboru 10 groszy teraz, albo milion za godzinę. Jaki idiota wziąłby te grosze? Każdy zaczekałby godzinkę na konkretną kasę. Ale my, finansując badania powodujące zabicie powstałego już życia, bo potencjalnie przedłużyłoby to nasze życie na ziemi, zachowujemy się tak, jak ten, kto złakomi się na 10 groszy. Zupełnie bez sensu.

Cieszę się, że Bush zawetował ustawę nakazującą finansowanie badań niszczących ludzkie życie. Cieszę się, że Polska była wśród tych krajów, które nie zgadzały się na to, by Unia Europejska finansowała takie badania. W Unii ustawa i tak przeszła, ale dzięki glosom Polski i paru innych krajów, w formie kompromisowej. Teraz nie będzie nakazu z Brukseli na co mają iść pieniądze, ale każdy kraj sam zadecyduje, jak te pieniądze wydać. Mam nadzieję, że w Polsce przeznaczy się je na badania niepowodujące moralnych trudności. Nie tylko bowiem unikniemy tu moralnych problemów, ale i należy się spodziewać, że wyniki będą owocniejsze. I do tego po pracowitym życiu na ziemi wszyscy spotkamy się w niebie. A przecież o to chyba najbardziej chodzi.

Pierwsze weto prezydenta

Prezydent Bush pięć i pół roku po objęciu swego stanowiska zawetował pierwszą ustawę. Nie jest to takie dziwne, że dopiero teraz, bo od początku swej kadencji ma większość w obu izbach parlamentu. Prezydent w USA jest nie tylko głową państwa, ale i szefem rządu, więc wszelkie trudności legislacyjne udawało się rozwiązać na etapie przygotowania ustaw, a nie już po głosowaniu. Zawsze jednak jest w końcu pierwszy raz i tak teraz się zdarzyło. Prezydent Bush zawetował ustawę mającą znieść zakaz finansowania z federalnych pieniędzy badań nad komórkami macierzystymi uzyskanymi z ludzkich embrionów.

Ponieważ podobnym zagadnieniem zajmował się ostatnio także parlament europejski, warto napisać parę zdań na ten temat. Wiedza o tych komórkach jest bowiem minimalna i ludzie kierują się głównie uczuciami, zamiast użyć swojej głowy i pomyśleć troszkę. A sprawa wcale nie jest aż tak bardzo skomplikowana i postaram się ją wyjaśnić. Oczywiście będzie to w wielkim uproszczeniu i tekst ten nie ma najmniejszych ambicji być źródłem naukowych, czy medycznych wyjaśnień czym są komórki macierzyste i jakie są perspektywy leczenia chorób przy ich pomocy. Będzie to tylko ogólny zarys, ale i tak jestem przekonany, że wiele osób dowie się z niego faktów, o których nie informuje codzienna prasa, radio i TV, ani też politycy tworzący takie ustawy.

Czym więc są te „komórki macierzyste”? W uproszczeniu są to komórki, z jakich każdy z nas składał się tuż po poczęciu. Wszyscy byliśmy najpierw „komórką macierzystą”, która się podzieliła na dwie, potem cztery, osiem itd. Wtedy żadna z nich nie była komórką kości, czy skóry, czy krwi, czy komórką układu nerwowego, ale była taką uniwersalną komórką, która potencjalnie mogłaby się stać dowolną częścią ludzkiego organizmu.

Wcale więc nie dziwi, że naukowcy są entuzjastycznie nastawieni do badań nad tymi komórkami. Gdyby bowiem można odpowiednio pokierować ich rozwojem, umieszczając je, powiedzmy, w przerwanym układzie nerwowym sparaliżowanej osoby tak, by połączyły się z istniejącymi komórkami, można by umożliwić pełną rehabilitację i odzyskanie sprawności chorego. Dlatego to na przykład Christopher Reeve, sparaliżowany aktor grający „Supermana” tak wiele walczył o wzrost funduszy na badania nad tymi komórkami.

Komórki macierzyste są nie tylko obecne we wczesnym stadium rozwoju płodu ludzkiego, ale można je także uzyskać od osób dorosłych. Są one m.in. w pępowinie i teraz już wiele ludzi zamraża ją po porodzie swego dziecka, na wypadek, gdyby postęp badań umożliwił użycie ich w przyszłym leczeniu. Niedawno czytałem też o wielkim sukcesie grupy polskich uczonych pracujących na Uniwersytecie w Kentucky, którym udało się wydzielić komórki macierzyste ze szpiku kostnego myszy. Oto fragment notatki prasowej PAP:


„Polscy naukowcy pracujący w USA jako pierwsi w świecie zidentyfikowali w szpiku myszy komórki o cechach macierzystych komórek embrionalnych. Odkrycie to stanowi poważny krok na drodze do regeneracji ludzkich narządów - poinformował prof. Mariusz Z. Ratajczak z uniwersytetu w Kentucky.

Według nadzorującego projekt prof. Ratajczaka, dyrektora Programu Komórki Macierzystej w Centrum Rakowym na Uniwersytecie Louisville w Kentucky w USA, podobne komórki można by znaleźć także w szpiku kostnym innego ssaka - człowieka.

"Uważamy, że byłoby to alternatywne źródło najwcześniejszych rozwojowo komórek macierzystych, odpowiadające komórkom embrionalnym pozyskiwanym z zarodków. Możemy uniknąć dzięki temu kontrowersyjnego problemu pozyskiwania komórek macierzystych z zarodków dla celów badawczych i leczniczych" - poinformował.”

„Uniknąć kontrowersyjnego problemu”. Właśnie. Na czym w ogóle polega tu ta cała kontrowersja? Jeżeli te komórki są taką rewelacją i pozwalają leczyć różne choroby, to czemu niby nie mielibyśmy finansować nad nimi badań? O co tu chodzi? Cóż. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to prawie zawsze chodzi o pieniądze. Ale tu chodzi także o coś jeszcze. Mianowicie o zachowanie ludzkiego życia.

To „pozyskiwanie komórek macierzystych z zarodków” wiąże się bowiem z jednym bardzo przykrym skutkiem ubocznym. Z zabiciem nienarodzonego dziecka. Każdy z nas był kiedyś bowiem „zarodkiem”, „embrionem”, tak, jak później byliśmy „noworodkiem”, dzieckiem, młodzieńcem, osobą dojrzałą, i da Bóg, starcem. Na każdym etapie naszego życia jesteśmy człowiekiem, bo, z biologicznego punktu widzenia, nasze człowieczeństwo określa 46 chromosomów i pewien konkretny kod genetyczny, unikalny dla gatunku znanego nam jako „homo sapiens”.

Jest jeszcze jedno ciekawe zagadnienie związane z komórkami macierzystymi. Mianowicie takie, że setki tysięcy ludzi na całym świecie zostały już wyleczone z różnych chorób dzięki komórkom macierzystym. Tylko że z tych setek tysięcy ani jedna, powtarzam, ANI JEDNA nie została wyleczona dzięki komórkom uzyskanym przez zabicie embrionu. Wszystkie znane medycynie sposoby leczenia przy pomocy komórek macierzystych korzystają z komórek uzyskanych od osób dorosłych. Dlaczego? Nie dlatego, że badacze są tak moralni i nigdy nie zabiliby nienarodzonego dziecka. To, niestety, nie jest prawda. Bardzo wielu naukowców w ogóle nie przejmuje się takimi drobiazgami. Dzieje się to tylko dlatego, że wszelkie próby leczenia jakichkolwiek chorób przy pomocy komórek macierzystych pobranych od ludzkich zarodków kończą się totalną klęską.

Jeden z poważniejszych problemów w praktycznym stosowaniu takiego leczenia, to problem z dostarczeniem i umiejscowieniem komórek w odpowiednim miejscu organizmu. Opowiem o „przypadku”, jaki przedstawił na pewnej konferencji naukowej lekarz zajmujący się takimi badaniami. Opowiadał o próbie wyleczenia złamania kręgosłupa. Badanie było prowadzone na psie. Wprowadzono do psiego krwioobiegu komórki macierzyste, pobrane z zarodków, i obserwowano, jak krwioobieg dostarcza je do uszkodzonego nerwu i jak nerw ten zaczyna się odbudowywać. Wyniki były bardzo obiecujące, tylko, że pies zdechł na raka. Prawdę mówiąc zdechł na wiele chorób nowotworowych. Ogarnęły one cale jego ciało, bo krew nie dostarczała komórek macierzystych tylko do uszkodzonego nerwu, ale do wszystkich organów organizmu, a komórki macierzyste tego typu są niemalże „zarazkami nowotworowymi”. Niemal pewne, że zaczną się rozwijać tak, jak komórki rakowe i nikt nie jest w stanie teraz temu zapobiec.

Ponieważ problem ten jest znany od dawna i przez lata nikt nie wymyślił, jak mu zapobiec, wielu naukowców uważa, że ten kierunek badań to ślepa uliczka. Komórki macierzyste pobrane od osób dorosłych nie powodują tego typu trudności. Czemu więc naukowcy z uporem godnym lepszej sprawy upierają się przy tego typu komórkach? Jak już wspomniałem, chodzi głównie o pieniądze. Nie ma problemu z pieniędzmi na badania nad komórkami pobranymi od dorosłych. Finansują je państwa, popiera takie badanie Kościół, daje pieniądze sektor prywatny. Ale tu nie da się wiele zarobić. Tu można najwyżej pomoc chorym. Natomiast w badaniach nad komórkami pobranymi z zabitych embrionów można zarobić potencjalnie bardzo duże pieniądze, bo komórki te są opatentowane. Naukowiec rozmnażający takie komórki ma do nich „prawa”, jak autor ma prawa autorskie do swojego tekstu. Gdyby rzeczywiście udało się wytworzyć leki z takich komórek, od każdego sprzedanego opakowania leku, naukowiec otrzymywałby należną mu działkę. Czemu więc sektor prywatny nie zainwestuje w te badania? Bo ci, którzy mają pieniądze, widzą, że to ślepa uliczka i do niczego nie prowadzi. Łatwiej więc przekonać polityków, wykorzystując takie osoby, jak aktorzy, najlepiej z chorobą Parkinsona i ze złamanymi kręgosłupami, by przeznaczyli na ten cel pieniądze podatników, niż przekonać prywatnego inwestora, którego mało obchodzą wzniosłe hasła i następne wybory, a więcej możliwość odzyskania zainwestowanego wkładu.

Podczas uroczystości zawetowania ustawy Buszowi towarzyszyły dzieci urodzone z „adoptowanych embrionów”. Bush powiedział, ze podatnicy amerykańscy nie powinni finansować badań na ludzkich embrionach, nawet, gdyby potencjalnie miały one doprowadzić do leczenia pewnych schorzeń. „Przegłosowane prawo wspomagałoby zabijanie ludzkiego życia w nadziei znalezienia pomocy medycznej dla innych. […] Każde dziecko tu obecne zaczęło swe życie jako zamrożony embrion, stworzony do zabiegu zapłodnienia in vitro. […] Ci chłopcy i te dziewczynki to nie są części zamienne.”

Bush podpisał inną ustawę, przegłosowaną bez jednego głosu sprzeciwu, zakazującą kreowania ludzkich zarodków dla uzyskiwania organów, które miałyby być wykorzystywane później dla leczenia innych ludzi. Kilku republikańskich kongresmanów zapowiedziało także, że będą pracowali nad ustawą, która sprzeciwi się takim badaniom, w wyniku których zostanie zakończone ludzkie życie, ale będzie promowała inne badania nad komórkami macierzystymi. Demokraci nazwali to „politycznym listkiem figowym” mającym odwrócić uwagę od weta prezydenta.

Bush powiedział także, że zamrożone embriony nie mogą służyć badaniom naukowym tak, jak nie można używać do badań naukowych więźniów oczekujących na egzekucję. Gdyby ustawa ta weszła w życie, podatnicy amerykańscy po raz pierwszy w historii byliby zmuszeni do finansowania celowego niszczenia ludzkiego życia w celach badawczych. Przeciwnicy takiego myślenia mówią jednak, że myśląc w ten sposób musielibyśmy dojść do logicznego wniosku, ze każda para małżeńska, która wyprodukowała zarodki dla zapłodnienia in vitro i nie użyła ich wszystkich, popełniałaby morderstwo.

„Jeżeli to jest morderstwo, to dlaczego prezydent pozwala na kontynuowanie tego procederu? Gdzie jest tutaj oburzenie prezydenta?” Zapytał senator Tom Harkin, demokrata z Iowa, potencjalny kandydat na prezydenta w nadchodzących wyborach. Nazwał tez Busha ignorantem i hipokrytą.

A ja muszę przyznać, że senator Harkin ma rację. I jestem dumny, że te wszystkie problemy przewidział doskonale już ponad 40 lat temu Paweł VI w swej encyklice „Humanum Vitae”. Rzeczywiście niezrozumiale jest, dlaczego jest rzeczą legalną zapłodnienie „in vitro” i w oczach większości ludzi zupełnie moralną, a badanie nad komórkami macierzystymi nie. Jedno i drugie prowadzi do zniszczenia poczętego ludzkiego życia. Walka o zamrożone embriony w kraju, w którym zabicie dziecka w dziewiątym miesiącu ciąży, z jakiegokolwiek powodu, lub bez żadnego powodu, jest legalne, według Sądu Najwyższego chronione przez konstytucję i często sugerowane w klinikach aborcyjnych ze względów finansowych, jest walką z wiatrakami. Jestem pełen uznania dla Busha za to weto. Politycznie na pewno będzie go to kosztowało. Prasa mu tego nie zapomni. Ale dobrze, że są jeszcze politycy, którzy robią to, co należy, a nie byle co, byle się przypodobać „opinii publicznej”.

Oczywiście, ze Bush nie jest ideałem. Ale ja nie zajmuję się polityką. Nie interesuje mnie ona. Jest już inny Jaskiernia, który jest politykiem i myślę, że już jest o jednego za dużo. Głosowałem na Busha, bo uważam, że każdy ma obowiązek brać udział w demokratycznych procesach i głosowałem na niego tylko z jednego powodu: Jego obietnic przedwyborczych, że będzie stal na straży nienarodzonego życia ludzkiego. Jego kontrkandydat z kolei nie ukrywał, ze będzie bronił „praw kobiety do wyboru”. Do wyboru czego? Drastyczne zdjęcia, do których jest link na tej stronie nie pozostawiają wątpliwości co do tego, czym jest taki wybór. Cieszę się, że Bush dotrzymał swych przedwyborczych obietnic.