Friday, September 18, 2009

40 dni dla życia - jesień 2009

W najbliższą środę, 23. września w 45 stanach USA, pięciu prowincjach Kanady i w Danii rozpocznie się kampania pod nazwą „40 DAYS FOR LIFE”. Tej jesieni ponad 212 miast uczestniczy w tej akcji. Rok temu było ich 177, dwa lata temu – 89 miast w 33 stanach. Ja widać więc zwolennicy legalnej aborcji na żądanie, propagatorzy "cywilizacji śmierci" wcale nie odnieśli zwycięstwa. Dalecy są od tego. Wygrali parę bitew, ale walka dopiero się rozpoczyna i zwycięstwo na pewno będzie nasze.

Sama akcja "40 dni dla życia" na celu zwiększyć zainteresowanie i wiedzę problemem aborcji, uratować wiele nienarodzonych dzieci, przynieść uzdrowienie duszy tym, którzy zabili swoje dziecko i przygotować Amerykę (a teraz także i inne kraje, gdy Dania, a wcześniej także Australia i Irlandia Północna dołączyły do nas) na ponowne zdelegalizowanie zabijania nienarodzonych dzieci. Akcja zaczyna się 23. września, trwa do 1. listopada i składa się z trzech elementów:

1. Modlitwa i post. Pierwsze, najważniejsze, co można uczynić, co każdy z nas może zrobić, to modlitwa. W modlitwie każdy może się przyłączyć do tej kampanii. Nie tylko w USA, ale na całym świecie. Bo to nie jest problem Ameryki, to problem ludzkości. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi i wszyscy są dziećmi Bożymi. Za wszystkich Jezus oddał swe życie na Krzyżu i za wszystkich mamy obowiązek się modlić. Ponieważ jednak Biblia nas uczy, że pewne złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem, organizatorzy tego ruchu serdecznie zachęcają do tego, by swe modlitwy wspomóc jakąś formą postu. Każdy sam w swoim sercu oceni ile może poświęcić Bogu. Nie musi to nawet być post od pokarmów, może być od telewizji, plotkowania, spędzania bezużytecznych godzin na czatach i innych stronach internetowych, post od złego języka i złego spojrzenia, post od grzechu. Ale post o chlebie i wodzie na pewno nikomu także nie zaszkodzi. ;)

2. Pokojowe czuwanie. Drugą rzeczą, jaką będziemy robić w czasie tych 40 dni, to pokojowe czuwanie przed klinikami aborcyjnymi, modląc są o ich zamknięcie i oferując gotowość pomocy wszystkim tym, którzy może nie widzą innego wyjścia, niż zabicie własnego dziecka. Modlitwa taka ma wielką moc, ratuje życie dzieciom i o ile nie jest niczym nadzwyczajnym w USA spotkanie modlących się ludzi przed klinikami zabijającymi dzieci, to w czasie tej akcji czuwanie w wielu miejscach będzie trwało niezmiennie przez całą dobę, dzień i noc, przez okres 40 dni.

Ja pierwszy raz modliłem się pod kliniką aborcyjną dwa lata temu, podczas podobnej kampanii. Zawsze chciałem to zrobić, nigdy nie było czasu. Jednak znalazłem ten czas, zabrałem także dzieci. Poszliśmy całą rodziną, a później jeszcze kilkakrotnie uczestniczyłem w takim czuwaniu. A jak bardzo takie akcje przeszkadzają właścicielom tych młynów aborcyjnych wiem choćby stąd, że gdy modliłem się tam ostatniego dnia akcji, czuwałem do północy, parę minut później zobaczyłem właścicielkę tego miejsca, która mimo okropnej pogody przyjechała swoim pięknym Mercedesem i osobiście posprzątała wszystkie znicze, plakaty i znaki, jakie zostawiliśmy po sobie. Mimo, że były one nie na jej terenie, ale na publicznym miejscu i prawdę mówiąc nie miała ona żadnego prawa do usuwania tych rzeczy.

3. Wyciągnięcie ręki do lokalnej społeczności. W czasie tych 40 dni akcji jej uczestnicy aktywnie będą starali się dotrzeć do wszystkich mieszkańców naszego miasta z wiadomością o niej. Będą petycje do podpisania i ulotki informujące. Ludzie będą chodzili od drzwi do drzwi informując o akcji, będą informacje udostępnione mediom, uczelniom, kościołom itd., itp.

Dlaczego 40 dni? W biblijnej historii Bóg niejednokrotnie używał okresów 40-dniowych by odmienić ludzi, społeczności i narody. 40 dni padał deszcz w czasach Noego, przynosząc oczyszczenie i niszcząc zło: 40 dni modlił się Mojżesz na Górze Synaj, 40 dni Goliat urągał Izraelitom, odmieniając serce Dawida, który zdobył się na odwagę i go pokonał. Niniwa została uratowana przez 40 dniowy post i modlitwę na skutek ostrzeżeń Jonasza. Jezus przez 40 dniowy post na pustyni przygotował się do swej działalności, która odmieniła świat. Po zmartwychwstaniu Jezus przez 40 dni pouczał swych apostołów, którzy zostali całkowicie odmienieni.

My także możemy odmienić świat naszymi czterdziestoma dniami. Akcje takie przynoszą rezultaty. W kilku miastach doprowadziły do zamknięcia młynów aborcyjnych. Uratowały wiele ludzkich istot. Amerykanie coraz częściej zdają sobie sprawę, że coś z tą legalizacją aborcji w czasie całych dziewięciu miesięcy ciąży jest nie tak. Że jak co trzecia ciąża kończy się zabiciem dziecka, jak ponad 40 milionów dzieci zostało zamordowanych od legalizacji tej zbrodni, jak nawet zabijane są dzieci zupełnie zdrowe, dzieci zupełnie zdrowych matek i to w siódmym, ósmym, czy dziewiątym miesiącu ciąży, to te „prawa kobiece” zaszły naprawdę zbyt daleko.

Oczywiście każde życie ludzkie jest tak samo wartościowe i Kościół uczy, Bóg uczy, że zabicie dziecka w dziewiątym miesiącu ciąży jest takim samym grzechem, jak zabicie go w dziewiątym dniu. Jednak aby odmienić ludzkie serca, trzeba czasem apelować do uczuć. A te inaczej spostrzegają zabicie dziecka które „wygląda jak dziecko”, niż zabicie go zaraz po jego poczęciu. Jednak z naukowego, teologicznego, filozoficznego punktu widzenia nie ma tu różnicy: Żywy organizm, mający DNA człowieka jest człowiekiem. Co więcej, kod genetyczny nowego życia w organizmie matki różni się od samego początku od jej kodu genetycznego. Nie jest to więc nigdy część jej organizmu, zawsze jest to inny człowiek.

Łatwo sobie to wyobrazimy, gdy pomyślimy o momencie w którym archanioł Gabriel zwiastował Maryi, że została matką Bożego Syna. Dziecko, które w tym momencie powstało w jej łonie było od początku Synem Bożym, nie częścią Jej organizmu, prawda? I tak jest z każdym nowym człowiekiem. Gdy sobie to uświadomimy, to staje się jasne, że aborcja jest zabiciem niewinnego człowieka. Jest niewyobrażalną wręcz zbrodnią. Jednak od razy chciałem tu dodać, że żadna zbrodnia nie jest zbyt wielka, by jej Bóg nie mógł wybaczyć.

Matki decydujące się na taki krok, jeszcze raz to podkreślę, często są zaszczute, zahukane, zabłąkane w swej trudnej sytuacji, często właśni rodzice i bliscy kładą wielki nacisk na to, by przerwały ciążę i nawet w swej rozpaczy nie są w stanie dostrzec tego, czym obiektywnie jest ten czyn, na który się zdecydowały. Opamiętanie przychodzi często znacznie później i żyją one całe lata w stanie depresji, żalu za tym, co się stało, z tęsknotą za swym dzieckiem, którego nigdy nie zobaczą. Ale pomoc dla nich istnieje. W Stanach jest wiele możliwości pomocy takim matkom. Bardzo dobrą organizacją jest Rachel’s Vineyard Ministries, www.rachelsvineyard.org .

Ponieważ w Stanach są miliony matek, które miały aborcję, one to paradoksalnie są częścią tego ruchu, który powoduje odmianę serc społeczeństwa USA. One bowiem widzą w swoim życiu, że nie był to „zwykły zabieg” jak wyrwanie zęba, czy usunięcie wyrostka robaczkowego. Widzą jak głębokie rany w ich psychice zostawiła ta tragiczna decyzja i jak bardzo trudno jest potem z nią żyć.

Aborcja nie rozwiązuje żadnych problemów. Nie pomaga kobiecie i z pewnością nie pomaga nienarodzonemu dziecku. Aborcja powoduje całą masę nowych problemów zdrowotnych, tworząc rany na ciele, duszy i psychice człowieka. I o ile rany na ciele czasem są nieodwracalne, to rany w sferze psychiki leczą takie organizacje jak Rachel’s Vineyard Ministries. Częścią tej terapii jest pogodzenie się z Bogiem, przez spowiedź świętą i przeproszenie Go. On na pewno wybaczy i, jak ojciec z przepowiedni o synu marnotrawnym, wybiegnie z rozpostartym ramionami przytulić powracającą na łono rodziny córkę.

A ja na koniec chciałbym zachęcić wszystkich do przyłączenia się do tej kampanii. Tych, którzy są w Stanach do aktywnego udziału w modlitwach pod klinkami mi aborcyjnymi, tych w Polsce i innych krajach proszę o post i modlitwy w tej intencji. Zwłaszcza kapłanów i siostry zakonne, ale też wszystkich ludzi dobrej woli. Bo wspólnie możemy naprawdę zatrzymać bieg historii i odwrócić to zło, jakie się stało gdy aborcja została zalegalizowana. Jestem przekonany, że już niedługo będzie ten dzień, gdy odmieni się nie tylko prawo, ale głownie serca Amerykanów i gdy aborcja będzie czymś tak odstręczającym i oburzającym dla wszystkich, jak teraz jest choćby niewolnictwo. Serdeczne Bóg zapłać.

Monday, September 14, 2009

Sola fide

Ostatniej niedzieli drugie czytanie na Mszy było z Listu św. Jakuba, który uczy nas o konieczności robienia dobrych uczynków. Jednak wielu protestantów nie zgadza się z tym, by jakiekolwiek uczynki były konieczne do zbawienia. Wręcz zarzucają nam, katolikom, że my chcemy sobie zapracować na zbawienie, gdy zbawienie jest darem. Doktryna "sola fide", "tylko wiara", jest jednym z fundamentów reformacji. Jakże zatem z tym jest? Jesteśmy zbawieni przez wiarę, czy uczynki? A może jedno i drugie?

Luter oparł swoje nauczanie przede wszystkim na Liście do Rzymian 3,28:

"Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa."

W swoim tłumaczeniu Biblii na niemiecki posunął się on nawet do tego, że zamieściłtam słowo „allein”, „sama”, którego nie ma w greckim oryginale. Jego tłumaczenie mówiło więc, że człowiek jest zbawiony przez „samą wiarę”. Przyznał to sam, że takie słowo dodał, ale powiedział, że było to dopuszczalne, bo pomogło ono zrozumieć to, co Paweł chciał powiedzieć. Niestety, Paweł akurat wcale tego powiedzieć nie chciał. Co więcej, słowa „wiara” i „sama” rzeczywiście występują gdzie indziej w Biblii w jednym wersecie, ale obok nich występuje jeszcze jedno słowko, „nie”. To właśnie Św. Jakub pisze, że człowiek NIE jest zbawiony przez samą tylko wiarę:

"Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary". (Jk 2,24)

Jak więc protestanci radzą oni sobie z tym problemem? Luter po prostu uznał cały list Jakuba za „plewy” i wręcz chciał usunąć List Jakuba z kanonu Biblii. Współcześnie nasi bracia często tłumaczą, że Jakub nie pisał o zbawieniu, ale o uświęceniu, o owocach zbawienia, które jest darmowym darem. Sam tekst jednak nie uzasadnia w żaden sposób takiej interpretacji. Nie ma żadnych podstaw, by rozdzielać "usprawiedliwienie" od "uświęcenia". Zobaczmy sami ten werset w kontekście:

Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy /sama/ wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą. Chcesz zaś zrozumieć, nierozumny człowieku, że wiara bez uczynków jest bezowocna? Czy Abraham, ojciec nasz, nie z powodu uczynków został usprawiedliwiony, kiedy złożył syna Izaaka na ołtarzu ofiarnym? Widzisz, że wiara współdziała z jego uczynkami i przez uczynki stała się doskonała. I tak wypełniło się Pismo, które mówi: Uwierzył przeto Abraham Bogu i poczytano mu to za sprawiedliwość, i został nazwany przyjacielem Boga. Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary. Podobnie też nierządnica Rachab, która przyjęła wysłanników i inną drogą odprawiła ich, czy nie dostąpiła usprawiedliwienia za swoje uczynki? Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków. (Jk 2,14-26)

Doprawdy, czytając to trudno nie zauważyć, że uczynki są konieczne dla naszego zbawienia. Ale nie znaczy to wcale, (jak nam niektórzy zarzucają) że my, katolicy, wierzymy, że można sobie zapracować na zbawienie. Zbawienie otrzymujemy dzięki Bożej Łasce i wiara w Boga jest także konieczna dla zbawienia. Ale właśnie uczynki są dowodem na to, że otwarliśmy się na te dary, że otrzymaliśmy łaskę i że naprawdę wierzymy. My bowiem nie podchodzimy tak, jak wielu protestantów, do poszczególnych wersetów Biblii, przeciwstawiając je sobie. "Albo ten jest prawdziwy, albo tamten". Dla nas zawsze jest "to i to". Każdy werset jest tak samo natchnionym Słowem Bożym.

O czym więc mówi Paweł w Liście do Rzymian? Jego list jest do sekty „judaizerów”, Żydów, którzy zostali chrześcijanami i głosili, że poganie muszą najpierw stać się wyznawcami judaizmu, obrzezać się i przyjąć wszystkie prawa Mojżesza, zanim zostaną chrześcijanami. Dlatego to Paweł pisze o „wypełnianiu nakazów Prawa”, a nie o uczynkach miłości względem bliźnich. Wystarczy zresztą przeczytać kontekst wypowiedzi Pawła.

Zresztą Biblia, często przytaczając słowa Pana Jezusa, mówi w wielu innych miejscach na temat tego, jak osiągnąć zbawienie i nigdzie nie jest to "sama wiara". Oto parę przykładów:

Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. (Mt 7,21)

Czyli nie wystarczy mówić, nie wystarczy ogłosić Jezusa Panem, trzeba coś zrobić, aby osiągnąć zbawienie, prawda?

Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10,22)

Wytrwa w czym? W wierze? Czy w czynieniu dobra? A może w jednym i drugim? Niektórzy protestanci, za Lutrem, Kalwinem i innymi ojcami Reformacji nie uznają w ogóle możliwości utraty zbawienia. Według nich wystarczy raz uwierzyć i mamy gwarancję, że osiągniemy życie wieczne. Czemu więc ten werset mówi o wytrwaniu? Potrzebę, konieczność wytrwania potwierdza sam Jezus w dalszej części Ewangelii Mateusza, gdzie także pisze, że "oziębnie miłość". A zatem trzeba wytrwać w miłości, nie w samej tylko wierze:

"Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą; a ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony." (Mt 24, 11-13)

Jeżeli mamy wierzyć Biblii, to musimy uznać, że także chrzest jest konieczny do zbawienia. A to niektórzy fundamentaliści, ewangelicy, czy baptyści wręcz odrzucają:

Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. (Mk 16,16)

Ciekawą sytuację nam opisuje Święty Łukasz:

Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. (Łk 19, 8-9)

Zacheusz więc nie tylko uwierzył, ale w konsekwencji zaraz zaczął działać. Jego wiara nie była więc martwa. I dopiero wtedy otrzymał obietnicę zbawienia, nie po samej deklaracji wiary. Kolejne przykłady:

A oto podszedł do Niego pewien człowiek i zapytał: Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?[…] Jezus mu odpowiedział: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! ( Mt 19,16 i 21)

A oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. Jezus rzekł do niego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył. (Łk 10, 25-28)

A zatem miłość, nie sama tylko wiara. Miłość, którą się "czyni", a zatem nie uczucia, ale "caritas", miłość, która objawia się uczynkami. A kolejny werset uczy, że Eucharystia także jest konieczna do zbawienia:

Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. (J 6,54)

Co więcej, sam Paweł, w tym samym Liście do Rzymian, gdzie pisze, że przez wiarę jesteśmy zbawieni, pisze także o sprawiedliwym sądzie Bożym, który nam odda według naszych uczynków:

Oto przez swoją zatwardziałość i serce nieskłonne do nawrócenia skarbisz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia się sprawiedliwego sądu Boga, który odda każdemu według uczynków jego: tym, którzy przez wytrwałość w dobrych uczynkach szukają chwały, czci i nieśmiertelności – życie wieczne; tym zaś, którzy są przekorni, za prawdą pójść nie chcą, a oddają się nieprawości – gniew i oburzenie. (Rz 2,5-8)

Czyżby "apostoł pogan" sam nie wiedział, co za parę linijek listu napisze? Sam sobie zaprzeczał? Nie sądzę. Święty Paweł powtarza to samo Galatom:

Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne. W czynieniu dobrze nie ustawajmy, bo gdy pora nadejdzie, będziemy zbierać plony, o ile w pracy nie ustaniemy. (Ga 6, 8-9)

I na koniec jeszcze jeden cytat, być może najbardziej przemawiający i dobrze nam wszystkim znany. To opis sądu ostatecznego, roztoczony przed nami przez samego Jezusa:

Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;[…] Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;[…] Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25, 31-35, 40b-42, 45b-46)

Wynika z niego wyraźnie i ponad wszelką wątpliwość, że sama wiara niewiele znaczy, gdy nie wynikają z niej uczynki miłosierdzia.

Zatem gdzie tu jest „sola fide”? Gdzie w Biblii jest doktryna Lutra, że sama tylko wiara nas zbawia, a nie uczynki? Czy może oni jakiejś innej Biblii używają? Nie sądzę. Jeżeli chodzi o Nowy Testament, to nasze Biblie są identyczne. Problem polega tylko na tym, że oni patrzą na niektóre wersety przez okulary swoich własnych tradycji. Tradycji przez małe "k".

W maju byłem w Ziemi Świętej i siedziałem sobie na jakimś kamieniu nad Jeziorem Genezareth, w podkoszulku z napisem "Proud to be Catholic" i z różańcem w ręce. Podszedł do mnie jakiś pielgrzym "przypadkowo" także z Północnej Karoliny, a nawet z metropolii Charlotte, gdzie i ja teraz mieszkam i zaczął mi udowadniać, że jak nie przyjmę Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela, a dalej będę praktykował takie pogańskie gusła jak różaniec, to skończę w ogniu piekielnym. Zaczęła się więc dyskusja, w trakcie której poprosiłem go o przeczytanie drugiego rozdziału z Listu Jakuba.

Musielibyście widzieć jego minę. On naprawdę nigdy nie widział tego fragmentu Biblii, albo nie dotarła do niego jego treść. Oczywiście zanim go poprosiłem o przeczytanie, zapytałem, czy wierzy, że Biblia jest Słowem Bożym, a sama dyskusja dotyczyła właśnie w tym momencie doktryny "sola fide". Powiedział tylko, że chętnie mi to wyjaśni, ale już musi lecieć do swej grupy i dał mi wizytówkę z telefonem i adresem mailowym. Poprosił o kontakt po powrocie do Stanów..

Oczywiście napisałem, podając przy okazji linki do wykładów Scotta Hahna, które tam nagrałem. Napisałem po tygodniu ponownie. Ale choć minęło już kilka miesięcy, nie doczekałem się na odpowiedź. :-D

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Te powyższe rozważania to jest "podstawowa apologetyka" pomocna może (choć rzadko skuteczna) w dyskusjach z fundamentalistami, baptystami, czy "pozadenominacyjnymi ewangelikami". Sam Kościół Luterański nie bardzo się z Lutrem zgadza i prawdę mówiąc jest znacznie bliższy katolikom, niż swojemu założycielowi. Stanowisko tego kościoła, wraz z porównaniem do tego w co my wierzymy najlepiej poznać czytając "Wspólną Deklarację o Usprawiedliwieniu", z której wynika, że różnice między nami często są wynikiem jedynie innego rozumienia definicji pewnych słów i tak naprawdę jesteśmy czasem bardzo blisko siebie.

Friday, September 11, 2009

Fronda mi brzydnie? Eee, może jednak nie. Chyba mi tylko brzydną niektórzy blogerzy.

Dzisiaj będą „odpowiedzi na listy czytelników”, czyli moje komentarze do komentarzy pod postem tłumaczącym dlaczego „Fronda” mi brzydnie. Przede wszystkim jednak chciałem coś wyjaśnić, co może nie dla wszystkich jest jasne.

Pisząc poprzedni post nie sugerowałem wcale tego, że mam ochotę, czy też zamiar opuszczać „Frondę”. Pisałem jedynie o tym, że zauważyłem, że nie jestem „jednym z nich”. Po prostu kiedyś, przed laty, gdy „Frondę” odkryłem (na moim „starym” blogu, www.polonus.alleluja.pl link do „Frondy” jest od niemal sześciu lat), uważałem, że znalazłem ludzi myślących identycznie jak ja. Teraz jednak widzę, że albo wtedy byli tu inni ludzie, albo ja nieuważnie czytałem, albo może to ja się zmieniłem. Nie wiem. Jakby nie było, to teraz raczej spostrzegam „Frondę” jako pole dla misyjnej działalności, niż jako miejsce, gdzie spotkam ludzi myślących identycznia jak ja.

Nie zmienia to zresztą w niczym faktu, że ludzi myślących podobnie do mnie jest tu bardzo wielu. Muszę także uczciwie przyznać, że kilkakrotnie moje posty były promowane jako „komentarz dnia” mimo, że ani nie jestem „człowiekiem <>”, ani nie wyrażam „popularnych” poglądów. Zatem daleki jestem od głoszenia teorii spiskowych, mówiących, że cała "Fronda" dąży do obalenia Soboru Watykańskiego, czy podobnych nonsensów. To zresztą nadal jest mocną stroną tego portalu, że nie boi się on przedstawiać felietonów i postów autorów o dość zróżnicowanym wachlarzu poglądów. Dodaje to „Frondzie” obiektywności i wiarygodności i świadczy o braku kompleksów.

To tyle ogólnych uwag, a teraz szczegóły:

Elfi napisał/a:

Hiobie, nie wszyscy tak myślą, ale jednym głosem się nie da. Nie rejteruj, bo faktycznie sami"faryzeusze" zostaną, pogadaj czasem z nami poszukującymi, nie wyrokującymi. Pozdrawiam serdecznie.

Ja także pozdrawiam i zapewniam, że nie zrejteruję. Piszę znacznie dłużej, niż jestem widoczny na "Frondzie", bo od 2003. roku. To tutaj jestem „nowy”, ale blogowanie stało się już moją drugą naturą i nie wyobrażam sobie wręcz możliwości przestania. Ja tylko, jak wspomniałem wyżej, zauważyłem, że to nie tylko „innym” trzeba głosić Dobrą Nowinę, ale także wielu spośród nas, „frondowiczów”.

Anzelm napisał/a:

Jak ci sie nie podoba to spadaj i po problemie,a nie przynudzaj tu przez cala strone.

Widzisz, Anzelm, rejterada nigdy nie rozwiązuje żadnych problemów. A co do przynudzania przez całą stronę, to niewiele mogę poradzić. Ja nie potrafię pisać haseł i sloganów i nie potrafię rzucać wykrzykników. Ja muszę uzasadniać to, co mam do powiedzenia. I choć wiem, że robię to rozwlekle i może zbyt szczegółowo, to i tak połowa ludzi nic z tego nie może (albo nie chce) zrozumieć.

Romeus de Livia napisał/a:

[…] Czasem też wzdycham ciężko, widząc jak niektórzy dyskutanci – oględnie pisząc – nie są zbyt dobrze wychowani, o Chrystusowej łagodności i cierpliwości nie wspominając. Jednak wielu z nich nie brak inteligencji, a nierzadko i sporej wiedzy, w konfrontacji z którą trzeba nieraz na nowo przemyśleć wiele ze swych poglądów. To niezaprzeczalna wartość! Wszak chodzi o Prawdę, a nie dobre samopoczucie, że "mam rację".

Masz absolutną rację. I nigdy nie miałem problemu z nikim, kto ma inne od moich poglądy, jeżeli tylko potrafi je jakoś uzasadnić. Stąd pomysł mojego forum, gdzie każdy może się tymi poglądami podzielić. Jednak forma także dla mnie jest istotna. Pan Jezus wspomina o tym nie bez przyczyny w „Kazaniu na Górze”. Jakoś nie bardzo mogę sobie pogodzić nienawiść i „dołowanie” innych z katolicyzmem. Słowa Jezusa: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: "Bezbożniku", podlega karze piekła ognistego” coś znaczą. Święty Jan naucza: „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.” To są dość proste i zrozumiałe słowa. Jednak, mam wrażenie, zupełnie nieznane wielu z braciom obecnym tu, na blokowisku.

Romeus de Livia napisał/a:

Jesteśmy ludźmi, więc co jakiś czas ktoś tu narzeka, zniechęca się, a czasem nawet odchodzi (zwykle na krótko). Twój blog jest moim zdaniem jednym z ciekawszych na tym portalu (choć nie zawsze zgadzam się z Twoimi poglądami) i byłoby szkoda, gdybyś zaniechał pisania. Przecież jeśli jesteś tak mocno pewien swojej wizji chrześcijaństwa to powinieneś niestrudzenie ją lansować, a jeśli okaże się, że jakieś jej punkty nie wytrzymują krytyki to będzie okazja je zrewidować. Same plusy!

Nie obawiaj się, nigdzie nie pójdę, choć pewnie jeszcze nie raz będę krytycznie pisał o innych. A co do rewizji mojej wizji chrześcijaństwa, to zawsze jestem na to otwarty. W końcu to „przegrywający” dyskusję jest zawsze zwycięzcą, bo to tylko on się czegoś dowiedział i nauczył. Jednak rewizja musi być następstwem argumentów, a nie takich uwag, jak powyższa Anzelma, czy parę innych, jakie tu padły.

Shork napisał/a:

nawet nie jestem w stanie policzyć, który raz to piszę.

NIE PODOBA SIĘ? TO TO ZMIEŃ!

Nie tylko Tomasz Terlikowski, także Ty jesteś częścią frondy.pl. I to od Ciebie zależy jaka będzie.

A osobiście napiszę, że ostatni fragment bardzo wybiórczo opisuje Tego, który pasie rózgą żelazną i kazał wziąć ze sobą miecz. Wiem, że trudno pogodzić dobro i męstwo. Ale przynajmniej możemy się postarać.

Toteż, drogi Shorku, zmieniam. Robię co mogę. A co do rózgi i miecza, to rózgę trzyma mocno w ręce nasz Pan. Ten, który nakazuje nam nastawiać drugi policzek. Nie my. A miecz? Gdy został użyty, Pan skarcił Piotra: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów?»

Marguar napisał/a:

Problem polega na tym, że na Frondzie dominują tradycjoci – fanatyczni i agresywni zwolennicy "trydentu" – ludzikowie o mentalności sekciarskiej. Tworzą oni swego rodzaju panopticum portalowe. Nie należy się zrażać. To taki miejscowy koloryt.

To prawda, tylko że ja to dość późno spostrzegłem. Albo raczej dostrzegałem to od początku, ale nie jako „dominującą frakcję”. Jednak to tym bardziej sprawia, że czuję się wręcz zobowiązany do pisania tutaj.

1Artek napisał/a:

Panie Hiobie, jedna uwaga, którą niech pan spokojnie przemyśli. Czy źródłem pana irytacji Frondą nie jest aby brak możliwości "wywalania" (jak to ma miejsce na pańskim autorskim forum-portalu) współbraci, zmieniania tematów po zabraniu głosu przez dyskutantów, dzielenie tych tematów na odrębne wątki tematyczne i przez to diametralnie wypaczające sens wypowiedzi.

Nie, panie Artku. A co do dzielenia wątków na forach, gdy się tworzą potężne off topy, czy innych spraw jakie Pan tu porusza, to myślę, że nie jest to ani miejsce, ani czas. Pan, panie Artku wyleciał z mojego forum za naruszenie prostego regulaminu. Nikt Pańskich postów nie edytował, są tam nadal obecne. Nic nie wypacza sensu Pańskich wypowiedzi.

Np taka sytuacja miała miejsce przy dyskusji na temat Intronizacji Chrystusa Króla (pan hiob jest przeciwnikiem tej idei, czego nie ukrywa-to informacja dla innych forumowiczów)

Czy jestem przeciwnikiem idei Intronizacji, każdy może przeczytać na moim forum. Napisałem tam między innymi:

„a co do samej Rozalii Celakówny, to byłem dwa lata temu na jej grobie na Cmentarzu Rakowickim. Jej przesłanie jest bliskie mojemu sercu. Czytałem już parę lat temu jakieś książki na jej temat. Ale jej przesłanie nie jest polityczne, jest wezwaniem do nawrócenia. Z tego co Ty piszesz, ksiądz Natanek interpretuje to inaczej, mieszając do tego sprawy polityki, a to nie pomaga wcale przesłaniu Celakówny.”

…czy tutaj:

„Jeszcze raz powtórzę. Nie mam żadnego problemu z uznaniem Jezusa za naszego Króla. Jak długo nikt nie miesza tego z polityką i z wymyślaniem, która bestia jest odpowiednikiem której partii politycznej, to jestem cały "za".

Cały wątek jest do prześledzenia TUTAJ, jakby ktoś miał ochotę.

[…] Taka wypowiedź jaką pan zaprezentował powyżej niczemu dobremu niesłuży, tylko podziałom, awanturom- służy złemu. Pan najlepiej się chyba czuje w swoim sosie, czyli swoim "hiobocentrycznym" forum, wśród zafascynowanych pana osobą klakierów. W związku z tym zgadzam się z powyższą wypowiedzią Anzelma na temat spadania.

Hehe, rozumiem, że Twoja (sorry, Pańska) wypowiedź służy zgodzie, jedności i Dobremu. A co do spadania, to już wcześniej się na ten temat wypowiedziałem.

Miedźbrzęcząca napisał/a:

Hiob,

Z drugiej strony wazne jest jak widzisz swoje powołanie. Jeśli czujesz się w jakis sposób powołany do prezentowania swojego punktu widzenia tutaj, to zostań.

;-)

Jaacek2 napisał/a:

przyłączam się do opinii, że należy skończyć z apologetyką posoborowia, której hiob hołduje; Kościół katolicki ma trochę więcej niż 40 lat; także, bez żalu, liczę, że dotrzymasz hiobie słowa i spadniesz.

Drogi Jaacku2, nie przypominam sobie, bym takie słowo kiedykolwiek dawał. I prawdą jest, że Kościół ma trochę więcej, niż 40 lat. Problem z Twoją „logiką” polega na tym, że zdajesz się zapominać, że ma dużo więcej, niż 40 lat. Ma dużo więcej niż 400 lat.

Ja jestem wierny nauczaniu Kościoła, który ma 2000 lat. I każdy sobór i każdy papież, są dla mnie autorytatywni. Nie będę wybierał, który sobór jest „be”, a który „cacy”, bo mi się tak podoba.

Tradycjonaliści często określają siebie jako „zawsze wiernych”, ale to ja jestem zawsze wierny. Wierny nauczaniu Biblii, wierny każdemu soborowi i wierny każdemu papieżowi. Nie jestem liberałem, nie jestem konserwatywny i na pewno jestem tradycyjny. Tylko tradycja to nie jest Trydent, albo ściśle mówiąc nie tylko to, lecz Jezus i apostolski depozyt wiary przechowywany przez Kościół. Kościół, który nigdy nie zbłądzi, nawet, gdy czasem jest miotany falami burz.

Miedźbrzęcząca napisał/a:

Posłuchajcie dobrze Hioba; jemu nie tyle chodzi o to jak ta Fronda będzie wyglądała , ale decydujące jest to, że Bóg którego na niej spotyka, to nie jest jego Bóg. Mój też nie.

Każdy ma prawo do wyboru własnej wspólnoty, a poszukiwanie nie jest rejteradą.

Cieszę się, że jednak czasem mnie ktoś rozumie. Ale, jak już wspomniałem, nigdzie stąd (jeszcze) nie uciekam.

Romeus de Livia napisał/a:

[…] Róbmy swoje[…]

Amen. I pamiętajmy, że Bóg nie wymaga od nas sukcesów, ale wierności.

Jaacek2 napisał/a:

"Kościół nas – nietradycjonalistów wiernych Kościołowi…"

.

- w kwestii formalnej, bo popadamy już w absurdy: jak można być wiernym bez zachowania tradycji? to następny językowy wytwór posoborowej nowomowy podobny do katolewackiego "wierzący niepraktykujący"

To zależy w jaki sposób używamy słowa „nietradycjonalista”. Jeżeli jako określenie kogoś, kto sam siebie uważa za „tradycjonalistę”, to akurat to z samą Tradycją nie ma nic wspólnego. Tym bardziej, że jak wyżej wspomniałem, „tradycjonaliści” są bardzo wybiórczy w swoim kulcie tradycji i przypomnienie im na przykład, że pierwsi chrześcijanie ani się nie modlili po łacinie, ani nie przyjmowali Eucharystii na język, ani nie mieli balustradek w kościołach – hej, co tam balustradek. Nawet kościołów nie mieli. Coś mi to wygląda jak wspólnota Neo…

A ja mam taką tradycję, że pozostaję wierny Kościołowi. Dzisiejszemu Kościołowi, bo, naiwny, uwierzyłem w słowa Pana Jezusa, że bramy piekielnie nigdy Kościoła nie przemogą.

Marguar napisał/a:

[…]

Ps. Nie jestem żadnym fanatykiem "nomu". Jak już gdzieś napisałem: cieszę się, że ryt "trydencki" został przywrócony.

Ja także nie raz podkreślałem potrzebę nabożnego traktowania liturgii. Gdy mam okazję, zawsze idę na Mszę Trydencką. Jednak moim "przestępstwem” jest to, że nie odrzucam NOM-u i wręcz jestem w nowej liturgii zakochany. Gdyby tylko była częściej odprawiana nabożnie…

Powtarzałem tu wiele razy, że wszystko się sprowadza do nawrócenia serc. Czy to będzie sprawa Intronizacji, czy taka, czy inna liturgia. I to nie jest moja opinia, to jest jasna, jednoznaczna nauka Biblii. Pan Jezus powtarzał to przez trzy lata, a św. Paweł przez kolejne kilkadziesiąt. Cała nauka Jezusa sprowadza się do tego, że nie ważne są formy, gdy nasze serca nie są na właściwym miejscu.

Dlatego porównywałem tu czasem tradycjonalistów do faryzeuszy. Oni naprawdę podobnie myślą. Nie interesują ich intencje, nie interesują ich serca innych, są gotowi wysłać papieża do diabła, bo ołtarz jest zwrócony nie w tą stronę co trzeba.

I nie zrozumcie mnie źle. Formy są ważne. Liturgia jest istotna. Ale zawsze jako konsekwencja, wynik tego, co jest w naszych sercach, nigdy odwrotnie. Wiem także, o czym już tu także często mówiliśmy, że nie tylko serce wpływa na formę, ale i forma nasze serca. Piękna muzyka sakralna, piękne modlitwy, wspaniałe świątynie (tak jak piękne krajobrazy) przybliżają nas do Boga. A w kościele wyglądającym jak magazyn zbożowy, w którym gra jakaś rockowa kapela i to na dodatek gra źle, bardzo trudno odnaleźć Boga. Jednak to, by nasze kościoły wyglądały ponownie jak średniowieczne katedry, a muzyka brzmiała jak przed wiekami możemy osiągnąć tylko poprzez nawrócenie, a nie poprzez wymachiwanie szabelką i rozpoczynanie krucjaty przeciw każdemu, kto ośmiela się nie potępiać Soboru Watykańskiego Drugiego.

Elfi napisał/a:

Pomyślmy szanowni dyskutanci:

Hehe, nie chciałby być złośliwy, ale to jest zbyt wielkie wyzwanie dla niektórych z nas. ;-)

3 Raczej wykształceni

Z tym także różnie bywa. ;-)

Obrońcy NOM" dla nas rada Romusa de…:

"Fanatyków" zanim się fanatykami określi warto czasem uważnie przeczytać i przemyśleć,".

To prawda. Tylko, że chyba żaden z nas nie jest wrogiem Mszy Trydenckiej i wszyscy także tę Mszę kochamy. Ja się zgadzam w większością pozytywnych argumentów tradycjonalistów. Nigdy przeciw nim nie występowałem. Problem mam z twierdzeniem, że to NOM i SV II są winne temu, co się często dzieje w Kościele. Problem mam z mieszaniem skutków z przyczynami. Mam też problem z naiwną wiarą, że gdyby nie było Soboru i nowej liturgii, to kościoły byłyby pełne, w szyscy wierni byliby aniołami. Także mam problem z niezauważaniem przez nich faktu, że wykroczenia liturgiczne nie są „wynalazkiem posoborowym”. Istniały zawsze.

Geoffrey napisał/a:

@Hiob: Nie jesteś sam, poczytaj choćby ostatni wpis Krisa. Jest sporo ludzi, którzy szczerze poszukują prawdy. Dla nich Twoje wpisy są bezcenne. Dla mnie też.

Dziękuję i zdaję sobie z tego sprawę. To znaczy nie z bezcenności wpisów, ale z tego, że nie jestem sam. Co więcej, wierzę, że nas jest zdecydowana większość.

@Marguar: Zgadzam się z Twoimi poglądami, ale absolutnie nie akceptuję Twojego języka. Nienawiść aż w nim kipi. Twoje wypowiedzi skierowane przeciw tradsom przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Z bólem serca muszę Ci, Geoffrey, przyznać rację. Nic tak mnie zresztą nie rani, jak hipokryzja i ueganie podszeptom kudłatego wśród „nas”. Żeby skutecznie głosić Ewangelię musimy przede wszystkim Nią żyć. Jeżeli nam przeszkadza ton wypowiedzi naszych adwersarzy, musimy być jeżeli nie serdeczni i mili, to przynajmniej „profesjonalni” w swoich wypowiedziach.

Marguar napisał/a:

Geoffrey, jaka nienawiść? Ja szukam nowych słów, aby język wzbogacić. Nawet "słowniczek antytradycjotyczny" napisałem.

Hmm…

KrisRuminski napisał/a:

@Hiob:

Odwagi, […]

I zasłużyłeś na swoje odsłony.

Bez "pornograficznych" albo "chemicznych" plakatów.

Tak trzymaj.

I nie pękaj!

Dziękuję.

KrisRuminski napisał/a:

Swoją drogą, nie mogę aż uwierzyć, że tak spokojny i wyważony wpis, pomijając jego słuszność, przy dzisiejszej "demokracji", pożal się Boże, wzbudził tak zawstydzające reakcje.

Oni się po prostu pogrążają. […]

Czytają a nie rozumieją. Znają ale nie wiedzą.

Walczą o niebo a tworzą piekło na ziemi.

Kompromitują się a są coraz bardzie bezczelni.[…]

Amen.

KrisRuminski napisał/a:

Trochę mnie poniosło, przepraszam wszystkich, wychodzę trochę z roli. Ale może niektórzy w końcu uwierzą, że potrafię przylutować.

Przeczytałem komentarz Romeus de Livia.

Ze względu na Ciebie, Czcigodny Blogerze, którego wpisy uważam za najwyższego lotu, pokajam się.

Burak byłem. Przepraszam jeszcze raz, kto się poczuł urażony.

Już będę dalej misiaczkował.

Taki gest zawsze świadczy o klasie człowieka. Albo o jego prawdziwej pokorze serca. Co w sumie jest tym samym.

Polipid napisał/a:

[…] No widzicie dla katolewaków "Kościół jakby się zaczął się wraz z Vaticanum II …" to prawda "dla tradycjotów (chamskie! tym samym nazywasz tak wielu świętych i papieży KK) […]

Wybacz, ale to jest nadużycie. Nie znam żadnego świętego, ani papieża KK, który by odrzucał Sobór tego Kościoła i liturgię przez Kościół i prawowitego papieża zatwierdzoną.

Chamku modelowy wykształciuchu w stylu PO :)

Cóż, jak ktoś sam się chce skompromitować swoimi wpisami, to nie ma potrzeby tego komentować.

Coldcut napisał/a:

Prawda z definicji wyklucza wszelki błąd. Jeśli istnieje jakaś prawda to nie może istnieć inna która dotyczy tego samego a która jeśli istnieje – jest błędem .

Amen.

Moderniśći posiadają hegeliański umysł który kanalizuje sprzeczności. Tradycyjny umysł tego nie potrafi. Modernista sprzeczność jednoczy w nowej formie z owej sprzeczności powstałej. Traycjonalista będzie bronił jednej, jedynej prawdy przed jakąkolwiek sprzecznością.

No dobrze, ale co ten elaborat ma wspólnego z moim poprzednim postem? O jakich modernistach mówisz? Czy ja jestem jednym z nich? Czy mój błąd polega na tym, że jestem wierny Kościołowi? Kościołowi, który jest synonimem Jezusa? I to nie moje wymysły, to są Jego, Jezusa, słowa? Słowa skierowane do świętego Pawła, który od tego momentu zaczyna uczyć o Kościele wszędzie, gdzie się pojawia.

Chcesz tradycji? Zacznijmy zatem od początku. Czego nas uczy Biblia? „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał” (Łk 10, 16). „Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” (Mt 18,17) „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”. (Mt 16, 18) „Gdybym zaś się opóźniał, [piszę], byś wiedział, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy” (1 Tm 3,15) Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi. (J 16, 13-15) To jest moja Tradycja.

I na koniec słowa Świętego Piotra, który mówi o „apologetyce”. O wyjaśnianiu tej nadziei, która w nas jest…Bardzo ważne słowa, bo mówiące nam jak to należy czynić. Podkreślenie moje, bo mam wrażenie, że tej części nakazu naszego pierwszego papieża jakoś niektórzy z nas nie mogą dostrzec. Wszyscy znamy i pamiętamy piętnasty wers, ale ten szesnasty także jest Słowm Bożym. Dwa tłumaczenia, by lepiej oddać to, co chce nam święty Piotr przekazać:

Natomiast Pana, Chrystusa, poświęcajcie w waszych sercach, zawsze gotowi do obrony przed każdym, kto domaga się od was zdania sprawy z nadziei, która jest w was, czyńcie to jednak z łagodnością i bojaźnią, mając dobre sumienie, aby w tym, w czym jesteście oczerniani, zawstydzeni byli ci, którzy znieważają wasze dobre codzienne życie w Chrystusie. (1 P 3, 15-16, Przekład Dosłowny 2002)

lecz Pana – Chrystusa pobożnie czcijcie w sercach waszych, zawsze gotowi do obrony przed każdym, kto żąda od was uzasadnienia waszej nadziei. Ale (czyńcie to) z łagodnością i z szacunkiem. Zachowujcie czyste sumienie, aby ci, którzy obrzucają obelgami wasze uczciwe życie w Chrystusie, musieli się wstydzić swoich oszczerstw. (1 P 3, 15, Biblia Poznańska 1975)

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze i serdecznie pozdrawiam.

Thursday, September 10, 2009

Fronda mi brzydnie.

Nie jestem na „Frondzie” zbyt długo. Zaledwie na początku tego roku zamieściłem swój pierwszy post. Jednak jestem wystarczająco długo, by sobie wyrobić swoje zdanie na temat tego portalu. I coraz mniej mi się on podoba.

Dlaczego? Dlatego, że Jezus jakiego znam z „Biblii” i Jezus, jakiego widzę w wielu braciach uważających się za katolików nie są, że tak brzydko powiem, kompatybilni. A ja jestem zakochany w tym biblijnym Jezusie, nie w tym lansowanym przez Frondę.

Pan Tomasz Terlikowski, którego zawsze darzyłem szacunkiem i podziwiałem za celność spostrzeżeń i ostrość pióra, pisze na swym blogu w tekście zatytułowanym „Międzyreligijne pitu pitu”, że „Asyż w Krakowie – to kolejna z cyklu wielkich, kosztownych, i nikomu niepotrzebnych (poza organizatorami) imprez międzyreligijnych.” No nie wiem. Może jednak są one komuś potrzebne?

I kosztowne? Nie rozumiem dlaczego zawsze jest podnoszony argument kosztów, gdy tylko ktoś chce skrytykować jakąkolwiek imprezę niezgodną z jego przekonaniami. Tak było np. zawsze z okazji każdej papieskiej pielgrzymki do Polski. Zwłaszcza "za komuny". Ale jeżeli nawet ten argument wtedy miał swoją wagę, bo w czasach nieudolnej gospodarki było to obciążenie dla niewydolnego systemu, to w dzisiejszych czasach wszystkie miasta wolnego świata prześcigają się w pomysłach jak ściągnąć do siebie choćby najmniejszą grupę ludzi na konferencję, zjazd, konwencję czy w ogóle cokolwiek. Takie imprezy nie kosztują, one zarabiają na siebie. Promują miasto, dają zarobić hotelarzom, restauracjom, a ci z kolei płacą podatki i zarabia na tym także miasto

Pan Terlikowski pisze dalej, że „wcale nie chodzi to, że mam coś przeciwko takim spotkaniom. Nie mam. Ale mają one sens, gdy są rzeczywiście dialogiem, gdy podejmuje się na nich kwestie ważne dla wyznawców różnych religii, także wtedy gdy są one trudne. A w Krakowie (i gdzie indziej także) zwyczajnie się tego nie robi. Z muzułmanami nie rozmawia się o tym, że ich współbracia w wierze mordują i prześladują chrześcijan (w Arabii Saudyjskiej, Sudanie, Egipcie itd.), a ich religia wciąż karze (i na nic zdają się zapewnienia islamskich dialogistów, że tak nie jest, bo są ofiary) konwersję na chrześcijaństwo śmiercią. Nie zadaje się także pytania o to, czy i kiedy w Arabii Saudyjskiej (której król jest jednym z liderów dialogu międzyreligijnego) wydana zostanie zgoda na budowę kościoła, i kiedy przestanie się karać więzieniem za noszenie krzyżyka czy wspólne czytanie Pisma Świętego. Takie pytania nie padają. Zamiast tego chrześcijanie biją się w piersi za nieodpowiednie traktowanie muzułmanów w Europie…”

…tylko co to ma wspólnego z czymkolwiek? Jeżeli muzułmanie karzą śmiercią za konwersję na chrześcijaństwo, to tym bardziej należy budować mosty i współpracować z tymi, którzy pragną wspólnie modlić się o pokój. Nie rozwiąże się każdego problemu zaczynając kolejną wojnę krzyżową. Powiem więcej: Nie rozwiąże się żadnego problemu w taki sposób.

Spotkanie w Krakowie nie ma na celu rozwiązanie wszystkich problemów i różnic między chrześcijanami i muzułmanami, więc nie róbmy mu z tego powodu zarzutów. Cel takiego spotkania jest inny. Gdy byłem w tym roku w Ziemi Świętej, widziałem wspólnie pracujących studentów chrześcijan, żydów i muzułmanów, razem tworzących jakieś rzeźby mające ozdobić park na jeziorem Genezaret. Niby niewiele, ale jak dużo. Ci ludzie już są „wygrani”. Im już będzie bardzo trudno nienawidzić, bo wyznawcy innych religii to nie są jacyć abstrakcyjni „obcy”, ale koledzy i koleżanki ze wspólnych wakacji. I taki też cel mają krakowskie spotkania. Wspólny krok w kierunku cywilizacji miłości, cywilizacji życia.

Jednak nie jest moim celem dokładna analiza tekstu pana Terlikowskiego. To nie chodzi tylko o niego, choć on jest na „Frondzie” teraz szefem, więc jego poglądy będą w jakiś sposób kształtowały profil wydawnictwa. Chodzi także o „tradycjonalistów” i w ogóle o „ducha Frondy”.

Czasem bardzo trudno uchwycić co to jest. Nie wiem. Może ten brak miłości, czy miłosierdzia. Gdyby ktoś np. chciał sobie wyrobić zdanie o pontyfikacie Jana Pawła Wielkiego na podstawie forum i blokowiska Frondy, to mógłby pomyśleć, że jedyne, co się wtedy stało to incydent z pocałowaniem Koranu i wspólne modlitwy „z poganami” w Asyżu. Jakże odmienny obraz od tego, jaki np. przedstawia EWTN, gdzie praktycznie nie ma tygodnie, by co najmniej dwie audycje nie byłyby poświęcone jego nauczaniu. W USA powszechnie się uważa, że Jan Paweł II będzie doktorem Kościoła, nikt go nie nazywa inaczej, niż „wielkim” i tylko wśród swoich, w Polsce, coraz więcej ludzi uważa niemal za „znak honoru” opluć go i zdołować.

„Ewa_t_”, z której wieloma poglądami się nie zgadzam i która sama siebie określa jako agnostyczkę napisala na swoim blogu w tekście zatytułowanym "o sztuce prowadzenia sporu" coś, czemu trudno nie przyznać racji: „Dam Wam dobrą radę- NIE wyzywajcie nikogo od masonów, Żydów i głupków. To samo tyczy się tekstów, sugerujacych, że ktoś ma jakies sympatie np proradzieckie czy socjalistyczne. Stosując taki argument sami sobie wystawiacie laurkę. Ja np nie uważam, że jeśli ktoś mówi mi, że jestem lewakiem ,postępowcem, ateuszem, a żyję bo mama zapomniała włożyc zarodek, który stał się mną, do lodówki, itp itd- nie uważam, że ta osoba jest w stanie mnie obrazić.

To w zasadzie wszystko. Trzeba rozmawiać, ale uważajmy jak się do siebie zwracamy. Uważam bardzo by kogoś (zbytnio) nie urazić i nie stosować argumentów poniżej pasa. Tego samego oczekiwałabym od innych.”

Smutne słowa, ale niestety prawdziwe. I nie bardzo można się dziwić tym, którzy tu (na Frondę) przychodzą jako agnostycy i ateiści, że nimi pozostają. Chrześcijaństwo, jakiego są tu świadkami wcale nie zachęca. I jeżeli jedyne ich wyobrażenie o Jezusie powstanie na podstawie tego, co tu zobaczyli, to są bardzo niewielkie szanse na to, by kiedykolwiek tymi chrześcijanami zostaną.

A Jezus? Cóż. On jadał z grzesznikami, przyjaźnił się z celnikami, podawał rękę cudzołożnicy, zrywał kłosy w szabat, jadł niemytymi rękami, nie rzekł słowa o okropnej politycznej sytuacji swojej ojczyzny i krytykował faryzeuszy. Czyli tych, którzy byli bez skazy. Bez zarzutu. Doskonali. Jak on śmiał? Nic dziwnego, że się doigrał. Zawsze wierni nie mogli znieść takiego czegoś i pokazali Mu czyje na wierzchu. Prawda? Czy może jednak nie? Hmmm.

Friday, September 04, 2009

Do braci liturgistów.

Dyskusja na „Frondzie” na temat liturgii nie słabnie. Blogowisko pełne jest komentarzy „za” i „przeciw” i nawet „jestem za, a nawet przeciw”. A ja chciałbym, zainspirowany jednym z komentarzy przypominającym fragment książki Hahna, opowiedzieć właśnie o nim. O nim i o Stevie Rayu.

Oczywiście pisałem już o obydwu tych gentlemanach. Poznałem ich osobiście i w tym roku byłem z nimi na pielgrzymce w Ziemi Świętej. Nie będę więc powtarzał tego, co wspominałem przy innych okazjach, ale przypomnę jaką rolę odegrała Msza Święta w ich drodze do Kościoła Katolickiego. Obaj bowiem są konwertytami na katolicyzm.

Scott Hahn, były pastor kościoła prezbiteriańskiego, sam opisał, co przeżył pierwszy raz uczestnicząc w Mszy Świętej. Zatem po prostu przytoczę jego własne słowa, jakie wypowiedział w wywiadzie z 1998 roku z Rafałem Smoczyśnkim i zamieszczonym we „Frondzie” numer 15/16, s. 222-233:

„Tak naprawdę nigdy przedtem nie byłem na Mszy. I kiedy zdecydowałem się pójść, postanowiłem, że pójdę na Mszę w tygodniu, w południe, do kaplicy w podziemiach, gdzie, jak myślałem, będę sam. Poszedłem więc pewnego dnia na tę Mszę w południe, usiadłem z tyłu, nie wstawałem, nie klękałem, byłem tylko obserwatorem. Patrzyłem jak schodzi się sporo osób, biznesmenów, gospodyń domowych, wszystkie typy ludzi. Klękali, siadali, skłonili się, kiedy wszedł kapłan, a ja tylko przyszedłem, żeby przyjrzeć się i posłuchać z bliska. Podczas Liturgii Słowa natychmiast uderzyło mnie, jak bardzo antyfony i modlitwy nasycone były Pismem. Nie mieli jednego czy dwóch, ale trzy czytania Pisma.

W trakcie liturgii zauważałem, jak wiele było tam Biblii. Miałem poczucie, że to naprawdę jest dom Pisma, właściwe dla niego miejsce. Potem zaczęła się Liturgia Eucharystii. Znowu nie wstałem jak inni, nie klękałem siedziałem, patrzyłem i słuchałem. Ale kiedy usłyszałem, że kapłan doszedł do słów konsekracji, kiedy usłyszałem jak mówi: „To jest Ciało moje", kiedy podniósł Hostię, poczułem jak wysycha gdzieś we mnie ostatnia kropla wątpliwości. Usłyszałem swój szept: „Panie mój i Boże mój, to naprawdę Ty!" Nagle stwierdziłem, że dotarłem do domu. Patrzyłem na tych obcych ludzi jak na braci i siostry będących częścią Rodziny Boga! Patrzyłem na nich przystępujących do Komunii św. i miałem poczucie, że to naprawdę Chrystus, dający samego siebie Swojemu Kościołowi.

Kiedy się już skończyło, kiedy zostało udzielone błogosławieństwo i wszyscy się rozeszli wciąż tam siedziałem. Nie mogłem uwierzyć w to, czego właśnie byłem świadkiem. Jednak wiedziałem, że było to prawdziwe. Nie miałem komu o tym powiedzieć. Zatrzymałem to więc dla siebie, ale następnego dnia, w południe, powróciłem na to samo miejsce. Drugiego dnia już stałem i klęczałem. I wiedziałem, że jest to rzeczywiście Ciało i Krew, Dusza i Bóstwo Jezusa Chrystusa. To było Nowe Przymierze. To była Rodzina Boga, którą Jezus założył na całym świecie. Na przestrzeni wieków On karmił nas samym sobą, obdarowywał swoim życiem… W ciągu następnego tygodnia codzienny udział we Mszy nawet jeśli nie mogłem przyjąć Komunii św.! stał się dla mnie światłem wskazującym drogę i źródłem siły.”

Steve Ray wychował się w rodzinie fundamentalistów chrześcijańskich. Jego rodzice byli „poganami”, jak to sam określa, ale pod wpływem nauki Billy Grahama przyjęli Jezusa jako swego Pana i Zbawiciela. Przez 12 lat jego mama miała serię poronień i obiecała Bogu, że jak jej da syna, to go Mu poświęci, jak Hanna Samuela. 10 miesięcy później urodził się Steve i w kościele baptystów, do którego rodzice uczęszczali, ofiarowała go Jezusowi.

Nie będę opisywał całej jego duchowej drogi, wspomnę tylko, że był on przekonany (bo tak go nauczali rodzice i pastor i nauczyciele w szkółce niedzielnej), że papież to antychryst, Kościół Katolicki to Nierządnica Babilonu o której mówi Apokalipsa, a sam Kościół jest taką samą sektą jak Mormoni, czy Świadkowie Jehowy.

Jednak u baptystów nie wszystko było, jego zdaniem, tak, jak trzeba. Steve miał w domu raczej dość pokaźną bibliotekę, ponad 20 tysięcy tomów. Głównie na temat Biblii. Nie zawsze więc się zgadzał z tym, czego naucza pastor. Co więcej, nie bardzo rozumiał dlaczego godzinne kazanie ma być tym, co po angielsku nazywa się „worship”. Słowo raczej trudne do przetłumaczenia, ale jedna z definicji, jaką podaje Słownik Fundacji Kościuszkowskiej, to „czcić, wielbić, brać udział w nabożeństwie”.

On sam, by nie narażać się na słuchanie czasem nie najlepszych kazań, zabierał po prostu ze sobą jakąś książkę z kazaniami najlepszych kaznodziei. Później stwierdził, że lepiej będzie po prostu zostać w domu, zaprosić inne rodziny myślące podobnie jak on i zacząć własny, domowy kościół. W końcu jego własne kazania były na znacznie lepszym poziomie, więc… co za różnica, gdzie się spotkają? „Gdzie dwóch, albo trzech…” Wierzyli, że Jezus jest wśród nich i że dokładnie tak samo wyglądały nabożeństwa w pierwszych wiekach.

Jednak gdy serdeczny przyjaciel Raya, Al Kresta, pastor i człowiek o wielkiej wiedzy został katolikiem, Steve nie mógł tego zrozumieć. Wręcz powiedział mu: „Al, ty jesteś za mądry, by zostać katolikiem.” Wierzył, że coś go musiało opętać, zamroczyć. Al najpierw pożyczył mu książkę Thomasa Howarda „Evangelical is not Enough” (wywiad z Howardem także zamieszczała kiedyś Fronda), a potem zaproponował mu, że zabierze go kiedyś na Mszę.

Ray zgodził się, choć bez entuzjazmu. Kresta był dla niego zbyt wielkim autorytetem, by go po prostu zbyć. Powiedział tylko: „Dobrze, ale przyjdziemy późno, siądziemy z tyłu i wcześnie wychodzimy”. Potem się śmiał: „Nie wiedziałem, jak bardzo już wtedy byłem katolikiem”. Jednak prawda jest taka, że nie przyszli późno i nie siedzieli z tyłu. Co prawda nie zabrali dzieci (Ray powiedział, że się bał, bo naprawdę nie wiedział, czego się spodziewać), ale siedzieli z przyjaciółmi blisko ołtarza.

Steve Ray potem powiedział, że płakał całą Mszę. Mówił parę lat później, że ciągle nie może powstrzymać łez i płacze na każdej Mszy. A jego drobna i łagodna żona była zła i nie ukrywała tego. Była wręcz wściekła i powiedziała im to zaraz po Mszy. „Dlaczego?” –Zapytał Steve. –„Co się stało?” „Jestem zła, na baptystów i na katolików, bo okłamywali mnie całe moje życie. Dlaczego nikt nam nie powiedział, że tak wygląda Msza? Dlaczego nikt nam nie powiedział, że można tak oddawać cześć Bogu?”

To tyle wspomnień dwóch byłych antykatolików, których Msza Święta „wygrała” dla Kościoła. Msza, przypomnę, posoborowa. Ta "okropna" Msza nowego rytu (za którą i ja jestem bardzo Kościołowi wdzięczny). Dedykuję te historyjki wszystkim tym, których oburza to, co Kościół zrobił. Przypomnę także, że w Kościele jest znacznie więcej rytów, niż Novus Ordo i Msza Trydencka. Gdy jestem w Miami odwiedzam czasem unicki Ukraiński Kościół Grecko-Katolicki, który ma naprawdę przecudną liturgię. "Zwykła", codzienna Msza trwa półtorej godziny i cała jest śpiewana (często tylko głosami księdza, jego żony i teściowej, bo poza nimi i mną nikogo więcej nie ma, a ja nie chcę zbyt głośno podnosić głosu, by nie zepsuć tej cudownej harmonii dźwięków). To także „nasza Msza”, a sama parafia jest częścią Kościoła Katolickiego. Ojciec Pacwa z EWTN, poza tym, że jest jezuitą w obrządku rzymsko-katolickim, jest kapłanem w Kościele Maronickim, w którym nadal liturgia jest odprawiana w języku aramejskim. Wszystkich rytów jest podobno 83, choć niektórzy twierdzą, że to są tylko warianty, a samych rytów jest tylko dwadzieścia kilka. Jednak nie jest to istotne. Dlaczego? Dlatego, że Msza jest tylko jedna.

Czytałem kiedyś broszurkę napisaną przez siostrę Elwirę pod tytułem „Najpiękniejsza Msza na świecie”. (Cytuję z pamięci, więc może to być parafraza tytułu). W książeczce tej pisze ona, całkiem słusznie, że najpiękniejszą Mszą jest ta, na której jesteśmy.

Bo tak naprawdę to, czy Msza jest piękna nie zależy od rytu, czy formy. Podczas tej historycznie pierwszej Mszy, 2000 lat temu, nie grały organy, nie śpiewał chór. Podczas pierwszej Mszy Jezus przelewał za nas swą Krew. Zaczęła się w Wieczerniku, jako wieczerza paschalna, zakończyła się na Krzyżu, gdy Jezus powiedział: „Wykonało się”. I w pewnym sensie każda Msza: I ta grecko-katolicka i ta maronicka i trydencka i posoborowa to jest ta sama pierwsza Msza.

Żaden z dzisiejszych rytów Mszy nie jest identyczny z tym, jak to się odbywało, gdy zmartwychwstały Jezus dawał się poznać uczniom „przy łamaniu chleba”. Żaden nie przypomina tych Mszy, jakie się odbywały w katakumbach. Ale też każdy z tych rytów ma zachowane te elementy, które są ważne. Które powodują, że Msza jest Ofiarą, że kapłan „In persona Christi” biorąc w ręce chleb i kielich z winem wypowiada słowa: „To jest moje ciało… To jest moja krew.” A jeżeli któryś z rytów jest zbliżony do tego, czego świadkami byli piersi chrześcijanie, to na pewno nie będzie to Msza Trydencka i na pewno nie będzie to liturgia po łacinie.

Zupełnie nie rozumiem tradycjonalistów, choć liturgia jest dla mnie bardzo ważna. Oczywiście, że mi przeszkadza, gdy Msza jest odprawiona niedbale. Jasne, że mam problem z niektórymi kapłanami, którzy stawiają się ponad Kościół. Co tydzień jestem w innej diecezji, w innej parafii i różne rzeczy widziałem. Nie raz musiałem interweniować, bo sumienie nie pozwalało mi na pozostawienie tego, co widziałem bez odpowiedzi. Tylko… tylko, że to nie liturgia ponosi tu winę, ale człowiek.

Jest taki amerykański dowcip. Śmieszny, bo niestety prawdziwy:

„Pytanie: Jaka jest różnica między terrorystą a liturgistą? Odpowiedź: Z terrorystą można pertraktować.” ;-)

„Liturgiści” są zaślepieni. Skupiają się na tym, co nieistotne i przecedzając muchę połykają wielbłąda. A tacy "ślepi" antykatolicy jak Hahn i Ray z powodu tej liturgii, która podobno jest tak okropna i skażona, że trzeba poświęcać całe swoje życie, czasem aż do spowodowania schizmy, by ją odrzucić, zostają katolikami. Mimo tego, że cale życie byli wychowywani w bardzo antykatolickim duchu. Kto tu zatem jest "anty"?

I jasne jest, że wszystko można i trzeba poprawiać. Dlatego liturgia zmienia się przez wieki. Dlatego mamy tyle rytów i tyle modlitw eucharystycznych. Dlatego mamy ciągłą troskę Kościoła o piękno liturgii. Dlatego niedługo w amerykańskim Kościele będziemy mieli nowe, poprawione tłumaczenie Mszy. Jednak jeżeli Kościół coś zatwierdzi, to ja, szeregowy katolik, przyjmuję to zawsze z pokorą. Czasem czegoś nie rozumiem, to staram się więcej nauczyć. A jak dalej nie rozumiem, to naginam swoją wolę i podporządkowuję się Kościołowi. Dlaczego? Bo to nie mnie Jezus obiecał, że da Ducha, który będzie mnie prowadził. Obietnica była dla Kościoła. A ja Mu po prostu wierzę. I nawet, jakbyśmy przyjęli, że nie wszystko stało się tak, jak Duch Święty zamierzał, to zapewniam wszystkich, że On nie machnie ręką i nie powie: „Niech im będzie”.

Jak zmiany są potrzebne, to będą. Spokojna głowa. Ja jednak nie mogę sam decydować, co jest dobrem, a co złem. Już niejaka Ewa ze swym oblubieńcem Adamem postanowili tak zrobić wynikło z tego troszkę zamieszania, którego skutki odczuwamy wszyscy do dzisiaj. Przypomnę zatem tylko na zakończenie parę wersetów z Biblii, która jest, w co moi bracia „liturgiści” z pewnością nie wątpią, Słowem Bożym:

Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie». (Mt 16, 18-19)

Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10, 16)

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. (J 13, 20)

Nie wiem kto posłał domorosłych liturgistów, którym tak się nie podoba akurat jeden z dziesiątków rytów Mszy. Przypominają mi zresztą oni moich sąsiadów, fundamentalistów, którzy mają nalepki na zderzakach: "If it ain't KJV, it ain't Bible", co oznacza mniej więcej tyle: „Jeżeli nie jest to Biblia Króla Jakuba, to nie jest to Biblia”. A „jak nie jest to Msza Trydencka, to nie jest to Msza”, prawda? Otóż nie prawda. Mam dla Was, bracia, wiadomość: Biblia Króla Jakuba ani nie jest oryginałem, ani nawet nie jest pierwszym tłumaczeniem na angielski. Katolicy wcześniej przetłumaczyli Biblię!. A później było i jest wiele znacznie lepszych tłumaczeń. I liturgia Mszy Trydenckiej ani nie była pierwsza, ani nie będzie ostatnia.

Bracia liturgiści! (nie będę Was nazywał „tradycjonalistami, bo cóż to za tradycja? Msza Trydencka, jak mawia ojciec Pacwa, to też nowinka. Tradycja to jest u niego, gdzie liturgia pochodzi z siódmego wieku, a język liturgiczny pochodzi z czasów Jezusa). Zatem bracia liturgiści! Liturgia zmieniała się wiele razy, zanim powstała „ta jedyna”. I zmieni się jeszcze wiele razy. Bo ta prawdziwa „jedyna” to jest liturgia w Niebie. Liturgia, którą opisał święty Jan w Apokalipsie. I może dobrze, że nasze ziemskie ryty nie do końca ją przypominają. Jednak na każdej Mszy, w każdym rycie, łączymy się z tą ponadczasową liturgią niebieską, w której kapłanem jest Jezus i jest On Ofiarą za nasze grzechy. I to jest istotne, a nie to, że Modlimy się teraz po polsku, a ołtarz jest zwrócony do wiernych.

Cały wywiad ze Scottem Hahnem można przeczytać np. TUTAJ, a wywiad z Thomasem Howardem TUTAJ. Zdjęcia z mojej pielgrzymki z nimi do Ziemi Świętej są TUTAJ. Strona internetowa Hahna TUTAJ, a Raya TUTAJ. Ciekawy esej o rytach w Kościele Katolickim TUTAJ.