Thursday, December 25, 2008

Królowa Śniegu, wąska droga i przepis na dobre Święta

Ostatni tydzień był dla mnie niesamowitą karuzelą. Dwanaście dni temu dostałem towar do Laredo w Teksasie i ruszyłem w swoją ostatnią przed Świętami trasę. Zabrałem domowy chlebek, upieczony przez moją kochaną Grażynkę i w drogę.



Wiele czasu, łatwa droga. Myślałem, że w tydzień obrócę i spokojnie będę czekał na ten wspaniały, świąteczny dzień. Niestety w Laredo nie było żadnych ładunków powrotnych i jedyne, co mi się udało znaleźć to ładunek do Eugene w stanie Oregon. Ale to jest na drugim końcu świata, nad Pacyfikiem. Ciągle nic straconego, ciągle sporo czasu i sporo cebuli czeka w Oregon na przewiezienie do Atlanty i Charlotte. Ruszyłem więc na północny zachód. Jednak wkrótce wszystko się zaczęło walić. Królowa Śniegu chciała chyba, bym nie miał Świąt w tym roku. I nagle wszystko, co mogło się źle potoczyć, toczyło się źle.

Autostrada I-5 idzie wzdłuż wybrzeża Pacyfiku i na północ od Los Angeles przechodzi przez niezbyt wysoką przełęcz, Tejon Pass. To tylko 1250 metrów nad poziomem morza, a szerokość geograficzna tego miejsca jest taka jak Cypru, Krety, czy Casablanki, więc śnieg nie jest tam codziennym zjawiskiem, ale tego dnia spadło go akurat tyle, że drogę zamknięto zupełnie na 12 godzin.




Przespałem się więc wraz z tysiącami innych kierowców w pobliskim miasteczku, przestawiany przez lokalną policję kilka razy, a o świcie ruszyłem w dalszą drogę. Królowa śniegu ciągle jednak nie dawała za wygraną.

Na granicy Kalifornii i Oregonu znowu są góry i tam pada niemal zawsze. W lecie deszcz, w zimie śnieg. Jednak ponieważ służby drogowe się tego tam spodziewają, droga zwykle jest przejezdna, ale wymagane są łańcuchy na kołach. Więc zaczęła się moja przygoda z łańcuchami. Czterokrotnie musiałem zakładać je na ciężarówkę. Sześć kół: Cztery zewnętrzne opony ciągnika i po dwie opony naczepy. A jest to, uwierzcie mi, ciężka fizyczna praca. Na mrozie, w topniejącym śniegu kapiącym z naczepy za kołnierz, klęcząc w ciapie solno-śnieżnej mieszkanki i użerając się z durną materią, która w żaden sposób nie chce z nami kooperować. A po założeniu łańcuchów trzeba przejechać kilkaset metrów i zatrzymać się, naciągnąć je lepiej, poprawić, bo inaczej łatwo się je zgubi.




Wielu kierowców po prostu zatrzymało się na poboczu i czekało na lepszą pogodę, ale dla mnie taka opcja nie wchodziła w grę. Musiałem zdążyć na piątek do Eugene, by mieć jakąkolwiek szansę na zobaczenie rodziny w Święta. A przez te niespodziewane i wyjątkowo obfite opady śniegu podróż, która miała być spacerkiem stała się uciążliwą, wyczerpującą walką z pogodą i czasem. Czas, który miałem poświęcić na odpoczynek, na spanie, na pisanie życzeń świątecznych straciłem na walkę z łańcuchami i złą Królową Śniegu.

Do tego doszła dodatkowa trudność: Wczesna fala mrozów na Środkowym Zachodzie. Cebulę można wozić na naczepie każdego rodzaju. Nie jest zazwyczaj wymagana lodówka, jedynie otwory wentylacyjne. Gdy jednak ma być -20 stopni mrozu, to nawet mając piecyk w naczepie nie da się uratować cebuli przed zmarznięciem. Towar, na który liczyłem, uciekł i trzeba było szukać czegoś innego. Udało się po wielu godzinach szukania znaleźć ładunek do Joplin w Missouri na poniedziałek i obietnicę, że stamtąd będzie coś do Północnej Karoliny na środę. Dwie trudności z takim planem wynikały z faktu, że do Joplin jest z Oregonu 3400 km, a środa to już Wigilia Bożego Narodzenia. Ale nie było specjalnie wyjścia, trzeba było się cieszyć, że w ogóle coś jest. Głównie, że jest ciągle nadzieja, że Święta będą rodzinne.

W Oregon ciągle padało. To miasto nad samym oceanem i zwykle ocean wystarczająco łagodzi klimat, by tam były opady deszczu, ale w ostatnią sobotę sypało w najlepsze. Ja się załadowałem dopiero późnym popołudniem i nie mając wiele czasu do stracenia ruszyłem w ten śnieg. Musiałem jeszcze dwukrotnie zakładać tego dnia łańcuchy. W sumie sześć razy. Więcej w ten jeden dzień, niż w sumie w czasie moich poprzednich 30 lat za kierownicą. Ale już się nawet nie złościłem, nie denerwowałem. Zacząłem się wręcz śmiać. Cóż mi zresztą innego pozostawało?





Dalej już było nieźle, choć mróz trzymał, a pech się wcale nie skończył. W ostatnią niedzielę Adwentu byłem na mszy w Rawlins, w Wyoming i po Mszy zobaczyłem, że mam dziurawą oponę. Jednak mimo niedzieli udało się ją naprawić. Straciłem jednak kolejne godziny cennego czasu.



Dojechałem do Joplin, rozładowałem się, zabrałem kolejny ładunek z okolic Kansas City i nawet udało się dobrać jeszcze jakiś dodatkowy towar z Kentucky. W Kentucky jednak Królowa Śniegu jeszcze raz pokazała, że chce, by to do niej należało ostatnie słowo.

Gdy ruszyłem w drogę, zaczęło padać. Zwykły, wydawałoby się, deszcz, ale termometr pokazywał minus dwa stopnie. I kto nie skojarzył tych faktów, szybko zakończył jazdę, bo droga momentalnie zamieniła się w lodowisko.




Znowu kierowcy się zatrzymywali, ale dla mnie nie była to możliwa opcja. Musiałem jechać. Nie przekraczając więc 20 km/godzinę ostrożnie posuwałem się na południe, gdzie po kilkudziesięciu kilometrach ociepliło się na tyle, że deszcz przestał marznąć. I dalej nie było już żadnych przeszkód mojej podróży.




Piszę o tym, by się jakoś wytłumaczyć. Otrzymałem dziesiątki, a może nawet setki życzeń od Was wszystkich. Gadu gadu, email, skype, prywatne wiadomości na forum i życzenia w nowym wątku, jaki ktoś na forum założył. Nie odpowiedziałem nikomu. Naprawdę nie miałem czasu. Ale chciałbym Wam tutaj i teraz wszystkim serdecznie podziękować i za życzenia i za modlitwy w intencji mojego szczęśliwego powrotu do domu.

Jednak dzień Bożego Narodzenia jest dopiero dzisiaj, więc nie jest jeszcze wcale za późno na życzenia. Życzę więc Wam wszystkim wiele dobrego. Zdrowia i miłości w rodzinie. Prawdziwej miłości, a nie fałszywego „ciepełka”, które szybko wymarza i odchodzi w przeszłość i o którym mówił Paweł Wdówik we wtorkowej audycji „Bądź zimny, bądź gorący” w Radiu Józef. Nie dajmy się Królowej Śniegu, ani żadnemu innemu wcieleniu kudłatego. Jezus nam przyniósł prawdziwą Miłość. Życzę Wam wielu Bożych błogosławieństw. I wiele sił na pokonywanie trudności, jakie nas czekają. Bo czekają one każdego z nas. Ale z Nim, z nowonarodzonym Synem Bożym, pokonamy każdą trudność.

Pan Franek Kucharczak napisał mi w liście z życzeniami bardzo mądre słowa:


„Z okazji urodzin Pana Jezusa życzę Ci szerokiej drogi tylko dla samochodu. Poza tym życzę drogi wąskiej, czyli tej, po której świadomie idziesz. Ona prowadzi najpierw do stajenki a potem do nieba. Pamiętasz ten tekst o Tobie w MGN? Nazwałem go "kierowany kierowca". Tak sobie myślę, że Maryja niczego nie zakładała - przyjęła Jezusa. Tylko tyle - a On wywrócił świat na właściwą stronę. Ona całe życie pozwalała sobą kierować. Życzę, żebyś chodził z Panem Jezusem i jeździł z Panem Jezusem. A jak trzeba, to i siedział z Panem Jezusem.”

Cóż, jeśli chodzi o to, czy ja już chodzę po wąskiej drodze, to chyba pan Kucharczak mnie ocenia zbyt optymistycznie. Pewnie ocenia po sobie. Ja tam jestem bardzo szybki w uciekaniu do drogi szerokiej i łatwej. Ale łatwo zapamiętać, że to ta wąska prowadzi do nieba. I pewnie dlatego pierwsze święto, jakie mamy w liturgicznym kalendarzu po Bożym Narodzeniu w naszym Kościele to Świętego Szczepana, który oddał za wiarę w Jezusa swe życie.

Jednak dziś ciągle mamy radosny dzień Narodzin Pana Jezusa, więc przytoczę jeszcze jeden świąteczny przepis, jaki podał nam na forum misjonarz w Hiszpanii, ksiądz, którego znamy pod pseudonimem „xsa”:


PRZEPIS NA DOBRE ŚWIĘTA. Składniki: 50 dag modlitwy, 1 kg wiary w Pana Jezusa, 20 dag oczekiwania, 20 dag radości, 12 dag życzliwości, 1 spowiedź, 1 dag miłości oczyszczonej, 2 łyżki ofiarności. Przepis: Modlitwę wymieszać z miłością oczyszczoną i wiarą, zrobić zagłębienie i wlać życzliwość. Zagnieść ciasto i rozwałkować na grubość około 3 mm. Wycinać kształty jakie kto potrafi i lubi. Ciastka piec w nagrzanym miłością, dobrocią i ciepłem piekarniku - przez około 10 minut. Po paru dniach można je dowolnie ozdabiać dobrymi uczynkami.

Przepis trudny, ale każdy z nas powinien go spróbować. Może na początku nam wyjdzie zakalec, ale jak będziemy wytrwale próbować, za którymś razem na pewno nam wyjdzie coś wspaniałego. Zwłaszcza, gdy je przyozdobimy dobrymi uczynkami. Czego i Wam życzę. Wszystkiego dobrego! Wesołych, radosnych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Piotr Jaskiernia z rodziną.

Tuesday, December 09, 2008

Smutne refleksje po wyborach.

Dawno nie pisałem niczego, ale były ku temu ważne powody. Sporo pracy i forum, na którym prowadzimy kilka interesujących dyskusji. Zapraszam na nie serdecznie.

Chciałbym jeszcze wrócić do ostatnich wyborów. Przyglądałem się analizie głosów, statystykom pokazującym kto i jak głosował i podzielę się z Wami swymi wnioskami. Uważam bowiem, że są one bardzo pouczające.

Biali ludzie w większości głosowali na McCaina. 55% z nich, w porównaniu z 43% głosów oddanych na Obamę. Jednak biali tworzą zaledwie 74% elektoratu, a Latynosi i murzyni głosowali zdecydowanie na kandydata Partii Demokratycznej. Latynosi w stosunku 2:1, 67% na demokratów, 31% na republikanów, a murzyni w 95 procentach głosowali na demokratę. To wystarczyło z nawiązką by przechylić szalę zwycięstwa na stronę Obamy. Tego można się było spodziewać, są to podobne wyniki jak w każdych wyborach, różnią się co najwyżej kilkoma procentami. Znacznie ciekawsze jest przyjrzenie się jak głosowali wyznawcy różnych religii.

Protestanci tworzący 54% elektoratu głosowali w stosunku głosów 54-45% na McCaina. Katolicy natomiast, których jest połowę mniej, 27% elektoratu, głosowali dokładnie przeciwnie: 54% na Obamę, 45% na McCaina. I to mimo tego, że osiemdziesięciu biskupów wydało przed wyborami oświadczenia pouczające nas o tym, czego uczy Kościół Katolicki. Oświadczenia i listy wyraźnie uczące, że nie da się pogodzić nauki Kościoła z programem najbardziej proaborcyjnego kandydata na prezydenta w całej historii USA.

Dlaczego więc stało się to, co się stało? Kolejne statystyki rzucą trochę światła na to zagadnienie. Zanim jednak dojdę do nich, przypomnę, że Żydzi także głosowali na Obamę i to w wysokim stosunku 78-21 %. Żydzi tradycyjnie głosują na demokratów w USA, ale w tym roku kandydat Partii Demokratycznej był sympatykiem sprawy palestyńskiej. Oczywiście nie mówił tego w czasie kampanii, a prasa także nie wyciągała starych sympatii politycznych Obamy (robiąc co może, by mu umożliwić zwycięstwo), ale i tak dla mnie jest to zdumiewający wynik. Myślę, że zdumiał on także wielu Żydów mieszkających w Izraelu.

Wracamy do głosów oddanych przez chrześcijan. Protestanci, którzy każdego tygodnia uczestniczą w nabożeństwie w swoich świątyniach głosowali w stosunku 67-32% za McCainem. Ci, którzy bywają w kościele rzadziej, głosowali już tylko 54-45 % za McCainem. Wśród katolików było znacznie gorzej. Ci, którzy co niedzielę bywają na Mszy głosowali co prawda za McCainem, ale tylko stosunkiem głosów 50-49%. Ci, co tylko czasem odwiedzają kościół głosowali już za Obamą, 58-40%.

Osobną grupę tworzą tak zwani „Born Again Evangelical Christians”. Ewangelicy narodzeni na nowo. Oni sami często nie bardzo lubią, by ich nazywać protestantami. Bardzo wielu z nich to „byli katolicy”, osoby które opuściły Kościół, często dlatego, że według nich Kościół zbyt tolerancyjnie i „letnio” podchodzi do spraw wiary. I ta grupa ludzi głosowała zdecydowanie za McCainem, w stosunku głosów 74-24%. I trochę smutne, że oni znacznie lepiej niż katolicy rozumieją na czym polega niebezpieczeństwo wyboru takiego człowieka, jak Obama.

Te statystyki pokazują wyraźnie jak mało rozumiemy z nauczania Kościoła. Pokazują także gdzie jest nasze serce. Rozumiem, że ludzie w USA są rozczarowani sytuacją gospodarczą i że głosowali często nie tyle na Obamę, co przeciw McCainowi. Ale nie usprawiedliwia to ich w żaden sposób. Obama bowiem był kandydatem którego w żaden sposób nie można zaakceptować z punktu widzenia katolickiego nauczania w tak ważnych sprawach, jak życie człowieka.

Dość głośno było przed wyborami o pięciu rzeczach, które dla katolika nie mogą podlegać dyskusji. Tymi rzeczami są aborcja, „małżeństwa” homoseksualistów, klonowanie, badania nad embrionalnymi komórkami macierzystymi i eutanazja. Oczywiście było o tym głośno wśród tych, którzy słuchają katolickiego radia, oglądają katolicką telewizję, czytają listy swoich biskupów. Problem polega na tym, że większość osób uważających się za katolików nigdy tego nie robi. Większość osób uważających się za katolików nie odwiedza nawet regularnie kościoła. Dlatego, myślę, wielu katolików nie słyszało nawet o tym, a głosowali kierując się raczej troską o swoje portfele, niż troską o nienarodzone dzieci.

W tych stanach, gdzie ludzie mogli głosować za zwiększeniem restrykcji dotyczących aborcji także przegraliśmy. Co prawda nie ma to chyba żadnego praktycznego znaczenia, bo Obama zrobi wszystko co w jego mocy, by prawo federalne unieważniło jakiekolwiek ograniczenia aborcji, ale wyniki te pokazują co się dzieje z Ameryką. Obama obiecał na spotkaniu w Planned Parenthood, organizacji odpowiedzialnej za zamordowanie większości z niemal 50 milionów nienarodzonych dzieci w ostatnich 30 latach w USA, że pierwszym dokumentem jaki podpisze po przejęciu władzy będzie FOCA, Freedom Of Choice Act, prawo znoszące jakiekolwiek restrykcje w tej dziedzinie. Wszelkie ograniczenia, typu oczekiwanie parę dni, zawiadamianie rodziców nieletnich dzieci o aborcji ich wnuka, zakazy przewożenia dzieci do innych stanów w celu wykonania aborcji itp. staną się nielegalne.

Jedyny optymistyczny obraz ostatnich wyborów, to głosowania definiujące czym jest małżeństwo. W trzech stanach ludzie mogli głosować za poprawkami konstytucji stanowych definiującymi małżeństwo jako związek między jednym mężczyzną i jedną kobietą. W Kalifornii toczyła się zażarta i bardzo kosztowna kampania w tej sprawie. Tam też, jak i w Arizonie, wystarczyło ponad 50% głosów by taką poprawkę zatwierdzić. Na Florydzie trzeba było ponad 60% głosów by przeforsować to prawo. I w Kalifornii 52,2% ludzi, w Arizonie 56,3%, a na Florydzie 62% wyborców głosowało za uznaniem za małżeństwo tego, co tak, wydawałoby się, jest oczywiste. Jednak wszyscy tutaj sobie zdają sprawę, że jest to zaledwie wygrana bitwa, a nie cała wojna i aktywiści pro-gejowscy nie ustaną w atakach na rodzinę i w próbach zmiany definicji tego czym powinno być i de facto jest małżeństwo.

Cała ta sytuacja byłaby niezmiernie przygnębiająca, gdyby nie to, że ja wierzę głęboko, że coś dobrego z tego wyniknie. Być może musimy osiągnąć dno, by zdać sobie sprawę, że to Bóg, nie politycy, mogą nam tu przynieść rozwiązanie. Może po prostu trzeba więcej się modlić, więcej pościć, oddać się całkowicie Bogu i w nim tylko szukać nadziei. Po wyborach widać także wyraźnie, że nawoływanie Jana Pawła II o nową ewangelizację jest palącą potrzebą. My, katolicy jako całość, nie mamy pojęcia czego naucza Kościół i co nam wolno robić, a czego nie. To, jak glosowaliśmy w listopadzie naprawdę przynosi nam wstyd. Jesteśmy letni, ważniejsze są dla nas mgliste obietnice, że ekonomia się poprawi i jesteśmy gotowi za nie ofiarować życie milionów nienarodzonych dzieci, zamordowanych w młynach aborcyjnych. Doprawdy wstyd.

Powiecie, że nikt tak nie myśli? Możliwe. Ale Bóg po to nam dał rozum, byśmy myśleli. Nie wiem jak Obama ma zamiar zmienić sytuację gospodarczą. Nie przedstawił żadnego planu. Cała ta nadzieja na poprawę to jest „wishful thinking”, pobożne życzenie. Żadne fakty nie potwierdzają tego optymizmu. Natomiast to, jak Obama głosował do tej pory w sprawach, które są istotne, nie jest tajemnicą. To publiczny rekord. Zawsze głosował za legalizacją aborcji, przez cały przebieg ciąży, do dziewiątego miesiąca łącznie i głosował nawet przeciwko prawu nakazującemu ratowanie dziecka, które przeżyło aborcję. Trudno mi wtym kontekście patrzeć na niego inaczej niż na jakiegoś potwora.

Dziwimy się jak to się stało, że Niemcy w demokratyczny sposób wybrali kogoś takiego jak Hitler. Ja się nie dziwię. Dla mnie Amerykanie zrobili w listopadzie dokładnie to samo i historia tak właśnie to za kilkadziesiąt lat oceni. I nie uważam wcale, że przesadzam w tym porównaniu. Obama jest wręcz gorszym potworem, bo walczy o prawo zabijania swych własnych rodaków. Rodaków, z których nieproporcjonalnie wielu jest do tego, tak jak on, murzynami. I jestem przekonany, że wreszcie otworzą nam się wszystkim oczy i wszyscy zobaczymy, czym naprawdę jest aborcja. Zabiciem niewinnego człowieka w miejscu, które powinno być najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Pod sercem matki.

Saturday, December 06, 2008

8 XII 12:00 Godzina Łaski dla całego świata

Matka Boża, objawiając się pielęgniarce Pierinie Gilli. we Włoszech,
w Montichiari, w święto Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1947 r. powiedziała:


"Życzę sobie, aby mnie czczono jako Maryję Róże Mistyczną, Matkę Kościoła".

"Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe
miała miejsce Godzina Łaski dla całego świata".

"Dzięki modlitwie zanoszonej w tej godzinie ześlę niezliczone łaski
dla duszy i ciała. Będą liczne nawrócenia".

"Pan Mój, Boski Syn Jezus okaże wielkie miłosierdzie jeżeli dobrzy
ludzie będą się modlić za swych grzesznych braci".

"Ci, którzy nie mogą przyjść do Kościoła, niech modlą się w domu".

"Jest moim życzeniem, aby ta Godzina Łaski była praktykowana
na całym świecie".

"Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski".

Za stroną www.fatimczyk.cc.pl/nawiedzenie.htm podaję więcej faktów
dotyczących tego objawienia:

OBJAWIENIA MATKI BOŻEJ RÓŻY DUCHOWNEJ

W MONTICHIARI KONTYNUACJĄ FATIMY.


Montichiari, z dzielnicą Fontanelle, jest miasteczkiem w Płn. Włoszech, oddalonym o 20 km od Brescii, gdzie urodził się papież Paweł VI. Leży ono u stóp Alp Włoskich, w żyznej dolinie Padu. Wyraz „montichiari” znaczy „jasne góry”. Na wysuniętym wzniesieniu znajduje się stary zamek ku czci MB i otaczany czcią kościół św. Pankracego.

Otrzymującą objawienia jest Pierina Gilli (czyt. Dżilli), pielęgniarka w miejscowym szpitalu, urodzona 3 sierpnia 1911r.

Pierwsze objawienie.

Miało ono miejsce na sali szpitalnej, wiosną 1947 roku. Madonna mająca postać pięknej Pani miała na sobie fioletową suknię i biały welon na głowie. Była bardzo smutna, a Jej oczy były pełne łez spływających na ziemię. Jej pierś przeszywały 3 duże miecze. Najświętsza Dziewica powiedział wtedy do Pieriny tylko 3 słowa:Modlitwy – wynagrodzenia – pokuty”.

Drugie objawienie.

Dokonało się ono 13 czerwca (!) 1947 roku i znowu w szpitalu, wcześnie rano, w niedzielę. Ty razem Przychodząca ubrana była na biało a w miejscu trzech mieczy znajdowały się 3 róże: biała, czerwona i złota. Pielęgniarka zapytała: „Kim jesteś, Pani?” Matka Boża uśmiechnęła się odpowiadając: „Jestem Matką Jezusa i Matką was wszystkich.”

Po przerwie dodała: „Nasz Pan posyła Mnie, abym objawiła nowe nabożeństwo dla wszystkich instytutów męskich i żeńskich, zgromadzeń zakonnych i kapłanów diecezjalnych. Tym instytutom, zgromadzeniom i kapłanom, którzy Mnie szczególnie czcić będą obiecuję specjalną opiekę, rozwój i rozkwit duchownych powołań, ograniczenia zdrad powołania i wielka świętość w służbie Bogu. Życzę sobie, aby trzynasty dzień każdego miesiąca był obchodzony jako dzień Maryjny, do którego winno trwać przygotowanie w modlitwie przez 12 poprzedzających go dni”.

Następnie, z wyrazem wielkiej radości, Najświętsza Dziewica dodała: „W tym dniu ześlę na te wszystkie instytuty religijne, zgromadzenia zakonne i kapłanów, od których doznam czci, bezmiar łask i obdarzę ich wszystkich wielką świętością stanu. Życzę sobie, aby 13 lipca każdego roku poświecony był czci Róży Duchownej – Rosa Mystica”.

Po tej wypowiedzi pielęgniarka zapytała czy Matka Boża uczyni jakiś cud, aby inni mogli jej uwierzyć. Usłyszała wtedy następującą odpowiedź: „Najbardziej oczywisty cud będzie polegał na tym, że dusze poświęcone Bogu które od dawna, a szczególnie w czasie wojny stały się oziębłe i niewierne swemu powołaniu zdradzając je nawet; duchowni którzy przez swoje wielkie winy sprowadzili kary Boże i ucisk jaki obecnie dokonuje się w Kościele – ci wszyscy zaprzestaną Boga ciężko obrażać. Pierwotny duch ich świętych założycieli ożyje w nich na nowo”.

Potem Róża Duchowna wyjaśniła Pierinie znaczenie trzech mieczy i trzech róż.

Pierwszy miecz oznacza utratę powołania kapłańskiego i zakonnego.

Drugi miecz to kapłani i zakonnicy żyjący nadal w grzechach śmiertelnych.

Trzeci miecz oznacza kapłanów i zakonników, którzy popełniają zdradę Judaszową; wraz z utratą powołania gubią często też i wiarę, stają się wrogami Kościoła i tracą szczęście wieczne.

Biała róża oznacza ducha modlitwy, czerwona róża oznacza ducha pokuty i gotowości do ofiar a róża złota oznacza ducha wynagradzania Bogu za grzechy.

Trzecie objawienie – 22 X 1947

Tym razem ukazanie się Matki Bożej było podczas nabożeństwa w kaplicy szpitalnej. Matka Boże powiedziała m.in.: „Wobec nadmiaru nieustających zniewag Mój Boski Syn chciał, aby dokonała się Jego Sprawiedliwość. Ja jednakże stanęłam między nim a ludźmi, a zwłaszcza duszami Bogu poświęconymi jako Pośredniczka”. Pierina podziękowała za to w imieniu obecnych. Pani z nieba pożegnała ją przepięknym pozdrowieniem, które stało się dla niej swego rodzaju dewizą: „Vivi d’amore” co znaczy: „Żyj miłością”.

Czwarte objawienie – 16 XI 1947

Róża Duchowna zjawiła się publicznie w katedrze w Montichiari w obecności kilku osób, w tym także księży. Powiedziała m.in.: „Nasz Pan, Mój Boski Syn Jezus Chrystus, nie może już znieść tych wielu ciężkich zniewag płynących z grzechów przeciwko czystości…” Tutaj urwała, ale potem mówiła dalej: „Jezus zamierza zesłać potop kar…”. Znowu przerwała przekaz na kilka chwil a kontynuując powiedziała: „Ja jednak wstawiłam się, aby jeszcze okazał litość. Dlatego proszę o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za te grzechy”. Pierina odpowiedziała Jej: „Dobrze”.

Piąte objawienie – 22 XI 1947

W czasie tego objawienia, także w katedrze i także w obecności kilku osób, Róża Duchowna poleciła Pierinie by naznaczyła językiem na posadce w centrum kościoła, dokładnie pod kopułą, cztery krzyże. Było to wyrazem aktu pokuty. Następnie MB zstąpiła na to miejsce i powiedziała: „Zstępuję tu dlatego, że tutaj właśnie będą się dokonywać wielkie nawrócenia”.

Uczyniła tez obietnicę, że 8 grudnia, w samo południe, zjawi się w kościele i będzie to Godzina Łaski. Pierina poprosiła o wyjaśnienie co znaczy ta Godzina Łaski. Otrzymała taką odpowiedź: „Godzina Łaski będzie wydarzeniem wielkich i licznych nawróceń. Dusze zatwardziałe i zimne jak ten marmur zostaną poruszone łaską bożą i staną się znów wierne i miłujące Boga”.

Szóste objawienie – 7 XII 1947

Matka Boża powiedziała m.in.: „W Fatimie wyraziłam życzenie, aby upowszechniła się praktyka poświęcania się Mojemu Sercu. W Bonate próbowałam aby to nabożeństwo przeniknęło do rodzin katolickich. Natomiast tu, w Montichiari, życzę sobie, aby to nabożeństwo do Róży Duchownej połączone ze czcią Mojego Niepokalanego Serca zostało pogłębione w instytutach religijnych i zgromadzeniach zakonnych po to, aby te dusze poświęcone Bogu otrzymały coraz większe łaski, płynące z Mojego Macierzyńskiego Serca”.

Pielęgniarka zobaczyła u boku Matki Bożej dwoje dzieci więc zapytała Ją kim one są. W odpowiedzi usłyszała: „To Hiacynta i Franciszek. One towarzyszą ci we wszystkich twoich smutkach. One także cierpiały chociaż były mniejsze do ciebie. Oto czego życzę sobie od ciebie: <>”.

Siódme objawienie – 8 XII 1947

Matka Boża ukazała się Pierinie na wielkich, białych schodach, ozdobionych po obu stronach białymi, czerwonymi i złotymi różami. Uśmiechając się powiedziała: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Schodząc, nadal mówiła: „Przez to moje przybycie tu, w Montichiari, życzę sobie, abym była wzywana i czczona jako <>. Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe, obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata.”

Potem Róża Duchowna ukazała swoje Serce i promieniejąc radością powiedziała z naciskiem:

Spójrz na to Serce, które tak bardzo kocha ludzi, podczas gdy większość z nich napełnia je zniewagami”.

Po chwili dodała: „Jeśli i dobrzy i źli połączą się w modlitwie otrzymają z tego Serca miłosierdzie i pokój. Obecnie dobrzy otrzymali przeze Mnie od Pana miłosierdzie, które wstrzymało okrutną karę Bożą.” Uśmiechając się jeszcze bardziej powiedziała: „Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski.”

* * *

Drugi okres objawień rozpoczął się w lutym 1966 roku i trwał przez wiele lat.

Już powyższe okoliczności objawień i ich treść, jak np. o każdym trzynastym dniu miesiąca, wskazują na ścisłe powiązania tych objawień z orędziem fatimskim. Główny symbol, w którym wyrażają się nowe życzenia MB do ludzi, stanowią trzy róże, z którymi MB się ukazuje za każdym razem w Montichiari. Dnia 8 XII 1947 ozdabiają one w widoczny sposób Jej promieniejące Serce. We wszystkich dalszych objawieniach, zwłaszcza Fontanelle, zdobią one Jej płaszcz na piersi.

Z całości objawień wynika ich dodatkowa, głęboka wymowa.

Biała Róża oznacza że Maryja jest Najczystszą Córą Ojca, jest Niepokalanie Poczętą, Stolicą Mądrości.

Czerwona Róża przypomina, że Maryja jest Matką Syna Bożego, jest Bolesną Królową i Matką Miłosierdzia.

Róża Złota (żółta) mówi nam o Maryi jako Oblubienicy Ducha Świętego, Królowej Nieba i Ziemi i Matce Kościoła.

W tych trzech Różach zawarta jest jeszcze głębsza, wprost cudowna symbolika: uzmysławiają nam one trzy największe sfery Bożej potęgi.

Biała Róża jest obrazem mądrości Bożej, niebiańskiego światła, nieskazitelności, ładu, mocy stwórczej, harmonii. Maryja jako pierwsza bierze w siebie strumień tych łask, doprowadza go do wspaniałego rozkwitu w postaci cudownej białej Róży i przekazuje go dalej swoim dzieciom.

Czerwona Róża jest obrazem miłości Boga, Jego sprawiedliwości, miłosierdzia, królewskiej władzy sędziowskiej, miecza Krzyża, zbawczej Krwi Chrystusa. Maryja doprowadza ten strumień łask w postaci pełnej, krwistoczerwonej róży do rozkwitu i skierowuje go w swojej macierzyńskiej miłości do swoich dzieci, jeśli tylko otworzą się na ten strumień łask od Ucieczki grzeszników, Matki Miłosierdzia, Królowej Męczenników.

Róża Złota jest obrazem świętości Boga, Jego Majestatu, wszechmocy i królewskiej godności; jest zarazem znakiem Królowej Nieba i Ziemi, Oblubienicy Ducha Świętego. W wylewnej miłości przekazuje go Ona dalej wszystkim swoim dzieciom jako Matka Łaski Bożej, Dom Złoty i Arka Przymierza.

Ten potrójny motyw uwielbienia Boga w Trójcy Jedynego za Mądrość, Moc i Miłosierdzie, szczególnie zaś udzielone Najświętszej Maryi Pannie, znany jest od dawna w „Nabożeństwie Trzech Zdrowaś Maryjo”.

* * *

Modlitwa do Najświętszej Maryi Panny Róży Duchownej

O Maryjo, Matko Jezusa i nasza Matko! Ty jesteś naszą Nadzieją, mocą i otuchą. Udziel nam z nieba twego matczynego i świętego błogosławieństwa w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen. (…)

Różo Duchowna, Królowo Apostołów spraw, aby w oków twoich ołtarzy zakwitły niezliczone zastępy nowych powołań kapłańskich i zakonnych które świętością swojego życia i żarliwą gorliwością w ratowaniu dusz potrafiłyby rozszerzyć na cały świat królestwo Twojego Syna, Jezusa. (…)

Maryjo, najlepsza Matko Kościoła, wybłagaj nam świętych kapłanów i świętych zakonników. Uświęć nasze rodziny i weź nas wszystkich pod swoją szczególną opiekę. Maryjo, królowo Apostołów, doprowadź wszystkich powołanych do świętego kapłaństwa. Maryjo, Matko przygotowujących się do stanu kapłańskiego wyproś im łaskę wytrwania. Maryjo, Różo Duchowna doprowadź swoją łaskawą, matczyną ręką zagubionych kapłanów z powrotem do ich Dobrego Pasterza. Ofiaruj Ojcu Przedwiecznemu Przenajdroższą Krew Swojego Boskiego Syna za dusze kapłańskie w czyśćcu cierpiące i niech za Twoją przyczyną święci Aniołowie wprowadzą je do nieba. Amen.

( Opracowano wg A. M. Weigl Maryja – Róża Duchowna. Montichiari – Fontanelle. 5 wydanie polskie)