Ciąg dalszy biografii Matki Angeliki:
27. stycznia 1981. roku, zaledwie dwa miesiące po złożeniu podania o licencję na prowadzenie satelitarnej stacji telewizyjnej, FCC przysłało pozytywną odpowiedź. Do dziś nie jest pewne jak to się stało, że nadeszła ona tak szybko. Podobno w FCC pracowała jakaś osoba znająca imię matki Angeliki z ruchu charyzmatycznego w Kościele i przełożyła jej podanie na sam początek kolejki, ale nie da się tego w żaden sposób zweryfikować. Dla matki Angeliki było to po prostu kolejne potwierdzenie Bożej Opatrzności.
Licencja, zezwolenie to rzecz konieczna, ale z pewnością niewystarczająca. Trzeba było jeszcze zbudować samo studio, nadajnik, antenę, a potem podpisać umowę z jakimś operatorem satelity, który będzie odbierał sygnał i przekazywał go powrotem na ziemię. Tam operatorzy sieci kablowych będą dalej przekazywać programy do odbiorców w domach. Plan teoretycznie prosty, ale w praktyce matkę Angelikę czekały spore koszty i kolejne przeszkody, a jak do tej pory jeszcze ani jedna osoba nie widziała jej programów dostarczonych satelitarnie.
W 1981. roku powstał zarząd spółki EWTN, a Bill Steltemeier został jej prezydentem. Matka Angelica była prezesem z prawem bezwzględnego wetowania każdego ustalenia zarządu. To ciągle była „jej stacja” i ona ciągle podejmowała wszystkie najważniejsze decyzje. Członkiem zarządu został także ojciec John Hardon, który wkrótce mimowolnie stał się przyczyną sporych kłopotów i największego kryzysu w religijnym życiu matki Angeliki.
Ojciec Hardon podzielił się prywatnie z kimś w Watykanie wątpliwościami co do legalności działalności matki Angeliki polegającej na podróżowaniu po całych Stanach Zjednoczonych z odczytami i wykładami. Była ona przeoryszą kontemplacyjnego, papieskiego zakonu Klarysek i choć miała zezwolenie lokalnego biskupa na taką działalność, Kongregacja ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego zabroniła jej dalszych podróży, poza wizytami w jej lokalnym studio. Takie postanowienie było wielkim ciosem dla powstającego przedsięwzięcia, bo bez możliwości podróżowania kończyła się możliwość zdobywania funduszy. To charyzma, urok, dar przekonywania matki Angeliki otwierał serca i portfele ludzi. Bez jej obecności cale przedsięwzięcie było martwe w momencie urodzenia.
Oczywiście dla matki Angeliki to była tylko kolejna przeszkoda do pokonania. Ponieważ była przekonana, że to, co robi jest wolą Bożą, po prostu wyżaliła się przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie i szukała drogi wyjścia z kryzysu. Jedyną drogę, jaką zaproponowano matce Angelice, to trzyletnie opuszczenie klasztoru, tymczasowy powrót do świeckiego życia, ale na to nie mogła się ona zgodzić. Jej powołanie, jej rola „oblubienicy Jezusa” była ważniejsza od możliwości podróżowania i taki krok byłby dla niej zdradą swego Oblubieńca. Cel nigdy nie uświęca środków i takie rozwiązanie nie wchodziło w ogóle w grę.
A kryzys trwał i właśnie nadeszło wyposażenie satelitarne zamówione w RCA. Dwie ciężarówki z anteną i innym sprzętem zajechały do klasztoru, ale kierowca nie mógł zezwolić na rozładunek, dopóki nie otrzyma potwierdzenia o wpłacie sześciuset tysięcy dolarów na konto RCA. Matka Angelica nie miała pieniędzy. Nie miała żadnych ukrytych asów w rękawie. Wydawało się, że to już koniec jej szalonego przedsięwzięcia. Poszła więc do kaplicy Adoracji i zaczęła się modlić: „Zawaliłam, Panie.” Z ludzkiego punktu widzenia osiągnęła ślepy zaułek. Wyszła z kaplicy, by odesłać ciężarówki powrotem, gdy jedna z sióstr zawołała ją do pilnego telefonu. Dzwonił ze swego jachtu płynącego gdzieś na Bahamach milioner, który twierdził, że dzięki broszurkom pisanym i drukowanym przez matkę Angelikę jego syn będący w poważnych kłopotach z prawem nawrócił się i zaczął prowadzić dobre życie. Milioner ten chciał ofiarować matce Angelice mały datek, w wysokości 600 tysięcy dolarów. „Czy może pan przysłać te pieniądze teraz?” –to była jedyna odpowiedź matki Angeliki. Okazało się, że raz jeszcze Bóg wynagrodził jej zawierzenie i wiarę małego dziecka.
W maju 81. roku kardynał Silvio Oddi, przewodniczący Kongregacji ds. Duchowieństwa przybył do Nowego Jorku, by prowadzić trzydniową konferencję katechetyczną. Ponieważ matka Angelica miała zakaz podróżowania, wysłała na tę konferencję Billa Steltemeiera. Miał on przekonać kardynała do przyjazdu do Birmingham, do pobłogosławienia powstającego przedsięwzięcia i do ewentualnego przekonania kogo trzeba w Rzymie, by zniósł zakaz podróżowania dla matki Angeliki. Kardynał początkowo odmówił, bo następnego dnia powracał do Rzymu, ale Steltemeier wynajął prywatny samolot i zdążył przywieźć kardynała na parę godzin do Alabamy. Kardynał Oddi był zachwycony tym, co robi matka Angelica. Pobłogosławił przedsięwzięcie i obiecał, że po powrocie do Watykanu załatwi zgodę na jej podróże. Matka Angelica i EWTN zyskali ważnego przyjaciela w Watykanie. 10. czerwca nadeszła trzyletnia zgoda z Watykanu na dalsze podróże i prowadzenie działalności matki Angeliki poza murami monastyru.
15. sierpnia 1981. roku matka Angelica, w obecności sióstr i lokalnego biskupa włączyła przekaźnik i stacja telewizyjna EWTN zaczęła wysyłać sygnał do drugorzędnego satelity Westar III, przekazującego dalej sygnał do małej grupy operatorów lokalnych sieci kablowych w kilkunastu niewielkich miastach. Cały program trwał cztery godziny dziennie i poza audycjami prowadzonymi przez Matkę Angelikę nadawał stare filmy, nie tylko religijne. Można było zobaczyć wtedy w EWTN nawet Lassie i Bill Cosby Show. Dwa miesiące po premierze jej sygnał docierał do zaledwie sześciu sieci kablowych, mając potencjalną możliwość dotarcia do 300 tysięcy domów. To ciągle był początek drogi. A przecież matka Angelica miała już niemal 60 lat.
W końcu i biskupi zaczęli dostrzegać potrzebę ewangelizacji przez telewizję. Albo raczej należałoby powiedzieć pewne osoby związane z Episkopatem. Z budżetem początkowym w wysokości 4 i pół miliona dolarów powstał CTNA, Catholic Telecommunications Network of America. Jednak zamiast pójść taką drogą, jaką wybrała matka Angelica i wysyłać swój sygnał bezpośrednio do każdego, kto był skłonny go odbierać, CTNA wysyłało zakodowany sygnał do diecezji, które zainwestowały w anteny odbiorcze i diecezje mogły, po opłaceniu abonamentu, dalej transmitować program. Gdyby tylko miały dostęp do jakiejś stacji telewizyjnej. Cały ten system był niezbyt sensowny i od początku skazany na porażkę. Stanowił jednak zagrożenie dla matki Angeliki, bo w momencie, gdy okazało się, że programy CTNA nie trafiają do odbiorców naturalną rzeczą było zazdrosne spoglądanie na to, co zbudowała matka Angelika. Tym bardziej, że Episkopat miał fundusze, których tak brakowało matce Angelice. Niestety miał on też wielu biskupów będących w bardziej lub mniej skrywanej opozycji do nauczania Magisterium Kościoła. Liberalne skrzydło w amerykańskim Kościele, niezadowolone z „konserwatyzmu” papieża Jana Pawła II widziało w CTNA narzędzie mogące przedstawiać ich „postępowe” poglądy na ordynację kobiet, zmiany w nauczaniu na temat antykoncepcji, czy legalizacji homoseksualnych związków małżeńskich. Ponieważ jednak CTNA była firmowana przez Episkopat, a EWTN była prywatną stacją zwykłej zakonnicy z Alabamy, zachodziła obawa, że sieci kablowe wybiorą tylko jeden katolicki program w swej ofercie. I nie będzie to ortodoksyjna EWTN…
Jesienią 1981. roku matka Angelica została wezwana do Waszyngtonu na rozmowę z biskupami odpowiedzialnymi za media. Pytano ją dlaczego promuje taki właśnie typ religijności, ograniczony, ich zdaniem. CTNA promuje (ich zdaniem) pełny, szeroki obraz katolicyzmu. Zapytano też matkę Angelikę o budżet. „Ja nie mam budżetu” –odparła. Odpowiedzią był wybuch śmiechu. „Jak to? Musisz mieć budżet w tym biznesie. Nie można prowadzić stacji telewizyjnej bez budżetu!” –powiedział biskup Gelineau, przewodniczący Konferencji Episkopatu. „To jaki powinnam mieć budżet, skoro w ubiegłym roku zostało nam po wydatkach 300 tysięcy dolarów?” –„Myślę, że około 600 tysięcy” odparł po namyśle biskup. „To jest dokładnie to, co mam na myśli. My działamy w oparciu o Boże przeznaczenie. Datki w ubiegłym roku przyniosły nam dwa miliony. Jakbyśmy mieli budżet, stracilibyśmy milion czterysta tysięcy dolarów” –odpowiedziała Angelica. Nikt jej nigdy nie przekonał, że jest jej potrzebny jakikolwiek budżet. A samo spotkanie zakończyło się niczym. Biskupi życzyli jej powodzenia, choć niektórzy niezbyt szczerze. Wymieniono niewiążące obietnice współpracy i spotkanie się zakończyło. Jednak nikt już nie miał wątpliwości, że EWTN jest zauważone przez konferencję biskupów, którzy nie bardzo mogli przełknąć fakt, że nie mają żadnej kontroli nad potężnym medialnym narzędziem prowadzonym przez przeoryszę zakonu podlegającego bezpośrednio Rzymowi.
Tuesday, February 12, 2008
Monday, February 11, 2008
Matka Angelica. Część trzecia
Poniższy tekst jest dalszą częścią biografii matki Angeliki, zamieszczonej przed paru dniami.
Po wizycie w studio telewizyjnym matka Angelica miała spotkanie w parafii Saint Margaret Mary na przedmieściach Chicago. W tym samym czasie na konwencji prawników był w Chicago Bill Steltemeier, współpartner zespołu adwokackiego z Nashville, Steltemeier & Westbrook, zajmującego się głównie nieruchomościami. Był on od trzech lat diakonem katolickim i w weekendy kapelanem więziennym i zobaczywszy ogłoszenie o spotkaniu z Matką Angeliką postanowił ją odwiedzić. On sam wspomina, że nigdy nie słyszał tak przemawiającej osoby, jak ona. W kościele pełnym ludzi, tak, że większość musiała stać, matka Angelica raz tylko spojrzała w stronę prawnika. Wtedy właśnie usłyszał on wewnętrzny głos: „Aż do chwili śmierci”. Prawnik wspomina, że głos ten przeraził go śmiertelnie. Nie rozmawiał wtedy z matką Angeliką i powtarzał sobie: „Nie dam się w to wciągnąć”. Jednak przez następny miesiąc codziennie słyszał on ten głos: „Aż do chwili śmierci”. W końcu wsiadł on w auto i pojechał z Nashville do Birmingham i zapytał o przeoryszę. Matka Angelica przywitała go słowami: „Zastanawiałam się kiedy wreszcie przyjedziesz”. Bill Steltemeier złożył sporą ofiarę na klasztor i zaoferował matce Angelice swe prawnicze usługi. Został on „prawnym aniołem stróżem” misji matki Angeliki i do dzisiaj, 30 lat później, jest nim w dalszym ciągu.
Zanim jednak Bill odwiedził Birmingham, matka Angelica zaczęła się dowiadywać jak się robi telewizyjne programy. Nie myślała jeszcze wcale o własnej stacji telewizyjnej. Jej misją była ewangelizacja, ale zdawała sobie sprawę, że ręcznie roznoszone broszurki i książeczki mają bardzo ograniczony zasięg. Gdyby udało jej się nagrać to, o czym pisała, a następnie znaleźć jakąś stację telewizyjną, która by te audycje nadała, dotarłaby do znacznie większej ilości osób. Po poszukiwaniach udało jej się dotrzeć do lokalnej stacji telewizyjnej, która zgodziła się nagrać półgodzinną audycję za sumę tysiąca dolarów. Gotową taśmę przyjaciółka matki Angeliki zawiozła osobiście do protestanckiej stacji telewizyjnej Christian Brodcast Network, założonej rzez Pata Robertsona i mieszczącej się w Virginia Beach, Va. CBN docierał do trzech i pół miliona rodzin ze swymi programami i akurat ich zarząd rozglądał się za jakimś katolickim programem. Taśma matki Angeliki była odpowiedzią na ich modlitwy. Po zobaczeniu tego, co matka Angelica nagrała od razu zaproponowali jej, że codziennie otrzyma półgodzinny czas na antenie, ale musi dostarczyć im programy na pierwsze dwa miesiące. „60 epizodów? Hmm… Jak chcecie 60 epizodów, to otrzymacie 60 epizodów” –zobowiązała się Angelica, nie myśląc nawet o tym, skąd weźmie 60 tys. $ na koszty produkcji. Jednak, jak zwykle, pieniądze zawsze się znajdowały. Matka Angelica nadal podróżowała, dając swe wykłady i lekcje, a także organizacja zrzeszająca ochotników zajmujących się dystrybucją jej broszurek była w stanie zebrać pewną kwotę na pokrycie części kosztów produkcji jej programów telewizyjnych.
W październiku 1978, pół roku po tym, jak matka Angelica nagrała swą pierwszą telewizyjną audycję, przeczytała ona w jakimś katolickim czasopiśmie o planach sieci telewizyjnej CBS nadania miniserialu „Słowo” opartego o powieść Irwinga Wallace o tym samym tytule. Film, oparty o fakty zawarte w starożytnym papirusie negował boską naturę Jezusa. Papirus okazał się zresztą później fałszerstwem, jak to zwykle bywa w takich wypadkach. Gdy Matka Angelica przybyła do studia nagrać kolejne odcinki swego programu, zażądała widzenia z menadżerem stacji. Powiedziała mu, że nie mogą oni nadać tego filmu, bo jest on bluźnierczy. Ta uwaga tylko rozbawiła zarząd stacji. Odpowiedzieli matce Angelice, że nie tylko nadadzą ten film, ale że ona nic nie będzie w stanie zrobić. „Będę mogła przestać nagrywać u was swoje programy” –odrzekła. „Tak? I co zrobisz? Nigdzie indziej w Birmingham nie dasz rady ich nagrywać”. „To zbuduję sobie swoje własne studio”.
Po powrocie do klasztoru i po tym, jak matka Angelica opanowała swoje wzburzenie, siostry zastanawiały się co dalej zrobić. Jedna z nich zauważyła, że właśnie zaczęły budować garaż, więc jakby go powiększyć, to można by zamiast garażu zrobić studio telewizyjne. Plan został przyjęty i matka Angelica zawiadomiła wykonawcę budowy, że ma poszerzyć fundamenty, bo od teraz buduje studio. Budowlaniec popatrzył na nią, jakby nagle ona zaczęła do niego mówić po aramejsku. „Ależ ja się nie znam na studiach telewizyjnych” -protestował. „To nic, ja też się nie znam. Dlatego właśnie wybudujemy jedno”.
Matka Angelica nieraz wspominała, że Bóg szuka „dodów”. „Dodo” to jest taki głupek, który nie wie, że czegoś się nie da zrobić i dlatego to próbuje. Mądrzy ludzie nie próbują wielu rzeczy, bo wiedzą, że to niemożliwe do wykonania. „Dodo” jest za głupi, żeby to wiedzieć, więc nic go nie wstrzymuje od prób. „Ja jestem taki ‘dodo’” –mówiła. W momencie podjęcia decyzji o budowie własnego studia TV matka Angelica miała niemal 56 lat, była schorowaną, chodzącą o kulach prostą i niewykształconą klauzurową siostrą zakonną, nie miała pojęcia o produkcji telewizyjnej, o tym jak się buduje i zarządza stacją telewizyjną i miała na koncie na wszystkie koszty związane z utrzymaniem klasztoru 200 dolarów. Rzeczywiście, tylko „dodo” w takiej sytuacji może się porwać na takie szalone pomysły. "Unless you are willing to do the ridiculous, God will not do the miraculous.” – mówiła. “Dopóki nie zrobisz czegoś żałosnego, śmiesznego, Bóg nie zrobi nic cudownego”. Powiedzenie, które w jej życiu sprawdziło się wielokrotnie.
Wkrótce ruszyła budowa studia, a wolontariusze zebrali wystarczającą ilość funduszy na zakup przyczepy- starego wozu transmisyjnego, który zaczął służyć jako tymczasowe studio do nagrywania kolejnych odcinków audycji matki Angeliki. Ona sama nadal podróżowała, by zdobyć fundusze na budowę studia i jego wyposażenie. Samo oświetlenie kosztowało kilkanaście tysięcy dolarów, a pierwsza profesjonalna kamera Hitachi 24 000. Gdy podczas jednego ze spotkań jakiś sceptyk zapytał ją co się stanie, gdy jej misja się nie powiedzie, matka Angelica odpaliła: „Będę miała najlepiej oświetlony garaż w Birmingham”.
Pod koniec 1979 roku matka Angelica miała już całkiem pokaźną ilość taśm ze swoimi programami. Nadawane były przez protestancki kanał CBN i przez kilka komercyjnych stacji telewizyjnych. Matka Angelica wysłała listy do wszystkich biskupów amerykańskich z propozycją darmowego udostępnienia kopii jej audycji w celu dalszego rozpowszechniania. Nie otrzymała ani jednej odpowiedzi. Matka Angelica wiedziała, że potrzebna jest jej jakaś forma dystrybucji jej programów. Komercyjna telewizja nie wchodziła w grę, bo była zbyt kosztowna. Biskupi nie wyrażali zainteresowania, ani nie szli z chęcią pomocy. Matce Angelice przypomniała się satelitarna antena widziana przed dwoma laty w Chicago. „Co się robi, żeby wysłać program z Birmingham do satelity?” –zapytała jednego z kilku inżynierów pracujących na pół etatu w klasztorze. „Potrzebna jest antena, licencja-zezwolenie i prawnik:- odpowiedział. „A co potrzebuję najpierw?” „Zacząć trzeba od prawnika”. A więc matka Angelica kupiła czasopismo zajmujące się satelitarną telewizją i zaczęła przeglądać ogłoszenia firm prawniczych specjalizujących się w załatwianiu licencji. Oczywiście szukała włosko brzmiących nazwisk. Gdy trafiła na firmę „Pepper & Corazzini”, zadzwoniła tam i po kilkunastu próbach udało jej się dotrzeć do Roberta Corazzini.
Corrazini był fachowcem w branży. Załatwił między innymi licencję Tedowi Turnerowi, założycielowi CNN. Jednak jak matka Angelica powiedziała mu, że jest przeoryszą zakonu i chce nadawać swoje programy przez satelitę, był przekonany, że to jakiś głupi żart. Gdy jednak się przekonał, że jest ona zupełnie poważna, przyleciał do Birmingham by przedyskutować tę sprawę. Poinformował on swą nową klientkę, że taka sprawa może potrwać parę lat i że nie ma żadnej gwarancji na pozytywne załatwienie sprawy. Ilość licencji wydawanych przez FCC, Federal Communications Commision, jest ograniczona, a chętnych na ich otrzymanie wielu. Kablowa i satelitarna telewizja była wtedy nowością i wielu nowych biznesmanów próbowało zaistnieć w tej dziedzinie medialnej. Po rozmowie prawnik powrócił do Waszyngtonu prowadzić sprawę, a Bill Steltemeier założył nową cywilną spółkę „Eternal Word Television Network”. „Eternal Word” to „Odwieczne Słowo”, niewątpliwie nazwa zainspirowana bluźnierczym filmem „Słowo”, z powodu którego matka Angelica odstąpiła od współpracy z CBS i zaczęła budowę swojego studia.
W połowie maja 1980. roku Angelica była winna 380 000 dolarów za wyposażenie studia. Bill Steltemeier szukał pomocy finansowej wśród biznesmanów, matka Angelica podróżowała by zbierać donacje od zwykłych katolików, ale to wszystko nie wystarczało. Koszty, jakie się piętrzyły przed nią były olbrzymie. Postanowiła więc poszukać szczęścia u Harry’ego Johna, wnuka Fredricka Millera, założyciela browaru Miller Brewing Company.
Harry John był ekscentrykiem. Wyglądał bardziej jak bezdomny bum, niż milioner. Kilku dziennikarzy przeprowadzających z nim wywiady wręcz określiło go jako „robiącego wrażanie niedomytego”. Na spotkania przychodził ubrany w spodnie klowna na szelkach i w kolorowy beret. Cały swój udział w browarze założonym przez dziadka, 47% akcji, złożył on w filantropijnej fundacji „De Rance Fundation”, nazwanej tak na cześć Armanda-Jeana De Rance, XVII-wiecznego ascetycznego opata, założyciela zakonu trapistów. Jego majątek sięgał stu milionów dolarów, więc gdyby tylko zechciał, mógłby wspomóc matkę Angelikę. Jej wizyta odniosła jednak tylko częściowy sukces. Otrzymała czek na 220 tysięcy. Potrzebowała jednak znacznie więcej.
Trzeba było zamówić 10-metrową antenę satelitarną za sumę 350 tys. dolarów. Matka Angelica zawahała się. Stare długi nie były spłacone, a tu dochodził nowy potężny wydatek. Jednak stwierdziła, że jak się coś robi dla Boga, to po prostu trzeba to zrobić. „Strach nie jest problemem” -mówiła. „Problemem jest nie robienie niczego ze strachu”.
Bill Steltemeier otrzymał polecenie napisania kontraktu z RCA na dostawę satelity i dodatkowego wyposażenia studia. Zakup ten zwiększał zadłużenie matki Angeliki do miliona dolarów. Pierwsza kopia umowy zawierała klauzulę, że klasztor gwarantuje swoim majątkiem wywiązanie się z umowy. Klauzula ta spowodowała, że biedny prawnik musiał wysłuchać wykładu na temat tego, że to, co należy do Boga nie może być przedmiotem żadnych umów i że nie będą nigdy ryzykować majątku klasztornego dla organizacji EWTN. Powstała więc nowa umowa, ale tę odrzucono natychmiast w RCA. W końcu trafiła ona do jednego z wiceprezydentów RCA, oczywiście Włocha z pochodzenia. Zadzwonił on do matki Angeliki i zapytał: „Rzeczywiście chcesz, żebyśmy zaakceptowali taką umowę?” „Tak, chcę tego ja i chce tego Bóg” –odpowiedziała Angelica. „Podpiszę tę umowę, ale pod jednym warunkiem. Będziemy potrzebowali 600 tysięcy dolarów na pierwszą wpłatę, zanim wyposażenie będzie mogło być dostarczone do studia. W jaki sposób zdobędziesz taką sumę?” „Bóg nam dostarczy” –brzmiała odpowiedź matki Angeliki.
W międzyczasie Robert Corazzini był gotów złożyć aplikację do FCC, ale potrzebował gwarancję kredytową w wysokości 280 tys. dolarów. Matka Angelica była akurat w kaplicy, modląc się przed mszą, gdy do kościoła weszli Lloyd Skinner i John Bruno. „Oto twój list kredytowy” –usłyszała wewnętrzny głos. Skinner właśnie sprzedał swoją fabrykę makaronu Brunowi i odwiedzał Birmingham. Po mszy matka Angelica pokazała im klasztor, studio, opowiedziała o swych planach i zapytała o pomoc. Skinner podpisał jej list kredytowy, co umożliwiło staranie się o licencję na nadawanie programów.
Jednak nie był to koniec finansowych problemów. Dług jej wynosił milion dolarów i wkrótce czekały ją koszty operacyjne w wysokości półtora miliona dolarów rocznie. Matka Angelika postanowiła odwiedzić ekscentrycznego milionera, Harry’ego Johna raz jeszcze. Tym razem prosiła go o 700 tysięcy dolarów. Zgodził się pod warunkiem, że to on będzie miał kontrolę nad anteną satelitarną. Na taką propozycję matka Angelica nie mogła i nie chciała się zgodzić. Powróciła do Birmingham z niczym i z narastającym uczuciem strachu. „Bóg spodziewa się po mnie działać w wierze, nie w wiedzy. Spodziewa się, że będę działać bez pieniędzy, bez mądrości, bez talentu – tylko z wiarą. Ale czym jest wiara? To jedna noga na ziemi, druga w powietrzu, a w żołądku uczucie strachu”. Uczucie strachu miało się wkrótce zintensyfikować…
CDN.
Po wizycie w studio telewizyjnym matka Angelica miała spotkanie w parafii Saint Margaret Mary na przedmieściach Chicago. W tym samym czasie na konwencji prawników był w Chicago Bill Steltemeier, współpartner zespołu adwokackiego z Nashville, Steltemeier & Westbrook, zajmującego się głównie nieruchomościami. Był on od trzech lat diakonem katolickim i w weekendy kapelanem więziennym i zobaczywszy ogłoszenie o spotkaniu z Matką Angeliką postanowił ją odwiedzić. On sam wspomina, że nigdy nie słyszał tak przemawiającej osoby, jak ona. W kościele pełnym ludzi, tak, że większość musiała stać, matka Angelica raz tylko spojrzała w stronę prawnika. Wtedy właśnie usłyszał on wewnętrzny głos: „Aż do chwili śmierci”. Prawnik wspomina, że głos ten przeraził go śmiertelnie. Nie rozmawiał wtedy z matką Angeliką i powtarzał sobie: „Nie dam się w to wciągnąć”. Jednak przez następny miesiąc codziennie słyszał on ten głos: „Aż do chwili śmierci”. W końcu wsiadł on w auto i pojechał z Nashville do Birmingham i zapytał o przeoryszę. Matka Angelica przywitała go słowami: „Zastanawiałam się kiedy wreszcie przyjedziesz”. Bill Steltemeier złożył sporą ofiarę na klasztor i zaoferował matce Angelice swe prawnicze usługi. Został on „prawnym aniołem stróżem” misji matki Angeliki i do dzisiaj, 30 lat później, jest nim w dalszym ciągu.
Zanim jednak Bill odwiedził Birmingham, matka Angelica zaczęła się dowiadywać jak się robi telewizyjne programy. Nie myślała jeszcze wcale o własnej stacji telewizyjnej. Jej misją była ewangelizacja, ale zdawała sobie sprawę, że ręcznie roznoszone broszurki i książeczki mają bardzo ograniczony zasięg. Gdyby udało jej się nagrać to, o czym pisała, a następnie znaleźć jakąś stację telewizyjną, która by te audycje nadała, dotarłaby do znacznie większej ilości osób. Po poszukiwaniach udało jej się dotrzeć do lokalnej stacji telewizyjnej, która zgodziła się nagrać półgodzinną audycję za sumę tysiąca dolarów. Gotową taśmę przyjaciółka matki Angeliki zawiozła osobiście do protestanckiej stacji telewizyjnej Christian Brodcast Network, założonej rzez Pata Robertsona i mieszczącej się w Virginia Beach, Va. CBN docierał do trzech i pół miliona rodzin ze swymi programami i akurat ich zarząd rozglądał się za jakimś katolickim programem. Taśma matki Angeliki była odpowiedzią na ich modlitwy. Po zobaczeniu tego, co matka Angelica nagrała od razu zaproponowali jej, że codziennie otrzyma półgodzinny czas na antenie, ale musi dostarczyć im programy na pierwsze dwa miesiące. „60 epizodów? Hmm… Jak chcecie 60 epizodów, to otrzymacie 60 epizodów” –zobowiązała się Angelica, nie myśląc nawet o tym, skąd weźmie 60 tys. $ na koszty produkcji. Jednak, jak zwykle, pieniądze zawsze się znajdowały. Matka Angelica nadal podróżowała, dając swe wykłady i lekcje, a także organizacja zrzeszająca ochotników zajmujących się dystrybucją jej broszurek była w stanie zebrać pewną kwotę na pokrycie części kosztów produkcji jej programów telewizyjnych.
W październiku 1978, pół roku po tym, jak matka Angelica nagrała swą pierwszą telewizyjną audycję, przeczytała ona w jakimś katolickim czasopiśmie o planach sieci telewizyjnej CBS nadania miniserialu „Słowo” opartego o powieść Irwinga Wallace o tym samym tytule. Film, oparty o fakty zawarte w starożytnym papirusie negował boską naturę Jezusa. Papirus okazał się zresztą później fałszerstwem, jak to zwykle bywa w takich wypadkach. Gdy Matka Angelica przybyła do studia nagrać kolejne odcinki swego programu, zażądała widzenia z menadżerem stacji. Powiedziała mu, że nie mogą oni nadać tego filmu, bo jest on bluźnierczy. Ta uwaga tylko rozbawiła zarząd stacji. Odpowiedzieli matce Angelice, że nie tylko nadadzą ten film, ale że ona nic nie będzie w stanie zrobić. „Będę mogła przestać nagrywać u was swoje programy” –odrzekła. „Tak? I co zrobisz? Nigdzie indziej w Birmingham nie dasz rady ich nagrywać”. „To zbuduję sobie swoje własne studio”.
Po powrocie do klasztoru i po tym, jak matka Angelica opanowała swoje wzburzenie, siostry zastanawiały się co dalej zrobić. Jedna z nich zauważyła, że właśnie zaczęły budować garaż, więc jakby go powiększyć, to można by zamiast garażu zrobić studio telewizyjne. Plan został przyjęty i matka Angelica zawiadomiła wykonawcę budowy, że ma poszerzyć fundamenty, bo od teraz buduje studio. Budowlaniec popatrzył na nią, jakby nagle ona zaczęła do niego mówić po aramejsku. „Ależ ja się nie znam na studiach telewizyjnych” -protestował. „To nic, ja też się nie znam. Dlatego właśnie wybudujemy jedno”.
Matka Angelica nieraz wspominała, że Bóg szuka „dodów”. „Dodo” to jest taki głupek, który nie wie, że czegoś się nie da zrobić i dlatego to próbuje. Mądrzy ludzie nie próbują wielu rzeczy, bo wiedzą, że to niemożliwe do wykonania. „Dodo” jest za głupi, żeby to wiedzieć, więc nic go nie wstrzymuje od prób. „Ja jestem taki ‘dodo’” –mówiła. W momencie podjęcia decyzji o budowie własnego studia TV matka Angelica miała niemal 56 lat, była schorowaną, chodzącą o kulach prostą i niewykształconą klauzurową siostrą zakonną, nie miała pojęcia o produkcji telewizyjnej, o tym jak się buduje i zarządza stacją telewizyjną i miała na koncie na wszystkie koszty związane z utrzymaniem klasztoru 200 dolarów. Rzeczywiście, tylko „dodo” w takiej sytuacji może się porwać na takie szalone pomysły. "Unless you are willing to do the ridiculous, God will not do the miraculous.” – mówiła. “Dopóki nie zrobisz czegoś żałosnego, śmiesznego, Bóg nie zrobi nic cudownego”. Powiedzenie, które w jej życiu sprawdziło się wielokrotnie.
Wkrótce ruszyła budowa studia, a wolontariusze zebrali wystarczającą ilość funduszy na zakup przyczepy- starego wozu transmisyjnego, który zaczął służyć jako tymczasowe studio do nagrywania kolejnych odcinków audycji matki Angeliki. Ona sama nadal podróżowała, by zdobyć fundusze na budowę studia i jego wyposażenie. Samo oświetlenie kosztowało kilkanaście tysięcy dolarów, a pierwsza profesjonalna kamera Hitachi 24 000. Gdy podczas jednego ze spotkań jakiś sceptyk zapytał ją co się stanie, gdy jej misja się nie powiedzie, matka Angelica odpaliła: „Będę miała najlepiej oświetlony garaż w Birmingham”.
Pod koniec 1979 roku matka Angelica miała już całkiem pokaźną ilość taśm ze swoimi programami. Nadawane były przez protestancki kanał CBN i przez kilka komercyjnych stacji telewizyjnych. Matka Angelica wysłała listy do wszystkich biskupów amerykańskich z propozycją darmowego udostępnienia kopii jej audycji w celu dalszego rozpowszechniania. Nie otrzymała ani jednej odpowiedzi. Matka Angelica wiedziała, że potrzebna jest jej jakaś forma dystrybucji jej programów. Komercyjna telewizja nie wchodziła w grę, bo była zbyt kosztowna. Biskupi nie wyrażali zainteresowania, ani nie szli z chęcią pomocy. Matce Angelice przypomniała się satelitarna antena widziana przed dwoma laty w Chicago. „Co się robi, żeby wysłać program z Birmingham do satelity?” –zapytała jednego z kilku inżynierów pracujących na pół etatu w klasztorze. „Potrzebna jest antena, licencja-zezwolenie i prawnik:- odpowiedział. „A co potrzebuję najpierw?” „Zacząć trzeba od prawnika”. A więc matka Angelica kupiła czasopismo zajmujące się satelitarną telewizją i zaczęła przeglądać ogłoszenia firm prawniczych specjalizujących się w załatwianiu licencji. Oczywiście szukała włosko brzmiących nazwisk. Gdy trafiła na firmę „Pepper & Corazzini”, zadzwoniła tam i po kilkunastu próbach udało jej się dotrzeć do Roberta Corazzini.
Corrazini był fachowcem w branży. Załatwił między innymi licencję Tedowi Turnerowi, założycielowi CNN. Jednak jak matka Angelica powiedziała mu, że jest przeoryszą zakonu i chce nadawać swoje programy przez satelitę, był przekonany, że to jakiś głupi żart. Gdy jednak się przekonał, że jest ona zupełnie poważna, przyleciał do Birmingham by przedyskutować tę sprawę. Poinformował on swą nową klientkę, że taka sprawa może potrwać parę lat i że nie ma żadnej gwarancji na pozytywne załatwienie sprawy. Ilość licencji wydawanych przez FCC, Federal Communications Commision, jest ograniczona, a chętnych na ich otrzymanie wielu. Kablowa i satelitarna telewizja była wtedy nowością i wielu nowych biznesmanów próbowało zaistnieć w tej dziedzinie medialnej. Po rozmowie prawnik powrócił do Waszyngtonu prowadzić sprawę, a Bill Steltemeier założył nową cywilną spółkę „Eternal Word Television Network”. „Eternal Word” to „Odwieczne Słowo”, niewątpliwie nazwa zainspirowana bluźnierczym filmem „Słowo”, z powodu którego matka Angelica odstąpiła od współpracy z CBS i zaczęła budowę swojego studia.
W połowie maja 1980. roku Angelica była winna 380 000 dolarów za wyposażenie studia. Bill Steltemeier szukał pomocy finansowej wśród biznesmanów, matka Angelica podróżowała by zbierać donacje od zwykłych katolików, ale to wszystko nie wystarczało. Koszty, jakie się piętrzyły przed nią były olbrzymie. Postanowiła więc poszukać szczęścia u Harry’ego Johna, wnuka Fredricka Millera, założyciela browaru Miller Brewing Company.
Harry John był ekscentrykiem. Wyglądał bardziej jak bezdomny bum, niż milioner. Kilku dziennikarzy przeprowadzających z nim wywiady wręcz określiło go jako „robiącego wrażanie niedomytego”. Na spotkania przychodził ubrany w spodnie klowna na szelkach i w kolorowy beret. Cały swój udział w browarze założonym przez dziadka, 47% akcji, złożył on w filantropijnej fundacji „De Rance Fundation”, nazwanej tak na cześć Armanda-Jeana De Rance, XVII-wiecznego ascetycznego opata, założyciela zakonu trapistów. Jego majątek sięgał stu milionów dolarów, więc gdyby tylko zechciał, mógłby wspomóc matkę Angelikę. Jej wizyta odniosła jednak tylko częściowy sukces. Otrzymała czek na 220 tysięcy. Potrzebowała jednak znacznie więcej.
Trzeba było zamówić 10-metrową antenę satelitarną za sumę 350 tys. dolarów. Matka Angelica zawahała się. Stare długi nie były spłacone, a tu dochodził nowy potężny wydatek. Jednak stwierdziła, że jak się coś robi dla Boga, to po prostu trzeba to zrobić. „Strach nie jest problemem” -mówiła. „Problemem jest nie robienie niczego ze strachu”.
Bill Steltemeier otrzymał polecenie napisania kontraktu z RCA na dostawę satelity i dodatkowego wyposażenia studia. Zakup ten zwiększał zadłużenie matki Angeliki do miliona dolarów. Pierwsza kopia umowy zawierała klauzulę, że klasztor gwarantuje swoim majątkiem wywiązanie się z umowy. Klauzula ta spowodowała, że biedny prawnik musiał wysłuchać wykładu na temat tego, że to, co należy do Boga nie może być przedmiotem żadnych umów i że nie będą nigdy ryzykować majątku klasztornego dla organizacji EWTN. Powstała więc nowa umowa, ale tę odrzucono natychmiast w RCA. W końcu trafiła ona do jednego z wiceprezydentów RCA, oczywiście Włocha z pochodzenia. Zadzwonił on do matki Angeliki i zapytał: „Rzeczywiście chcesz, żebyśmy zaakceptowali taką umowę?” „Tak, chcę tego ja i chce tego Bóg” –odpowiedziała Angelica. „Podpiszę tę umowę, ale pod jednym warunkiem. Będziemy potrzebowali 600 tysięcy dolarów na pierwszą wpłatę, zanim wyposażenie będzie mogło być dostarczone do studia. W jaki sposób zdobędziesz taką sumę?” „Bóg nam dostarczy” –brzmiała odpowiedź matki Angeliki.
W międzyczasie Robert Corazzini był gotów złożyć aplikację do FCC, ale potrzebował gwarancję kredytową w wysokości 280 tys. dolarów. Matka Angelica była akurat w kaplicy, modląc się przed mszą, gdy do kościoła weszli Lloyd Skinner i John Bruno. „Oto twój list kredytowy” –usłyszała wewnętrzny głos. Skinner właśnie sprzedał swoją fabrykę makaronu Brunowi i odwiedzał Birmingham. Po mszy matka Angelica pokazała im klasztor, studio, opowiedziała o swych planach i zapytała o pomoc. Skinner podpisał jej list kredytowy, co umożliwiło staranie się o licencję na nadawanie programów.
Jednak nie był to koniec finansowych problemów. Dług jej wynosił milion dolarów i wkrótce czekały ją koszty operacyjne w wysokości półtora miliona dolarów rocznie. Matka Angelika postanowiła odwiedzić ekscentrycznego milionera, Harry’ego Johna raz jeszcze. Tym razem prosiła go o 700 tysięcy dolarów. Zgodził się pod warunkiem, że to on będzie miał kontrolę nad anteną satelitarną. Na taką propozycję matka Angelica nie mogła i nie chciała się zgodzić. Powróciła do Birmingham z niczym i z narastającym uczuciem strachu. „Bóg spodziewa się po mnie działać w wierze, nie w wiedzy. Spodziewa się, że będę działać bez pieniędzy, bez mądrości, bez talentu – tylko z wiarą. Ale czym jest wiara? To jedna noga na ziemi, druga w powietrzu, a w żołądku uczucie strachu”. Uczucie strachu miało się wkrótce zintensyfikować…
CDN.
Sunday, February 10, 2008
Matka Angelica. Część druga.
Dalszy ciąg biografii zaczętej przed paru dniami:
Matka Angelica odnalazła w klasztorze dom, którego nigdy tak naprawdę nie miała. Bardzo szybko okazało się, że ma wiele talentów i zdolności. Na długo przed Soborem Watykańskim II instynktownie szukała innego podejścia do trochę militarnego reżimu wśród sióstr zakonnych. Dla Angeliki wszystko było bardzo personalne. Ona naprawdę kochała z całego serca Jezusa i chciała wszystkim przekazać tę miłość. Szybko stała się duchową opiekunką sióstr w nowicjacie, pocieszając je w chwilach zwątpienia i zapewniając o miłości Jezusa do nich.
Inną nieocenioną zaletą matki Angeliki była znajomość ludzi w sąsiedztwie i umiejętność rozmawiania z „normalnymi ludźmi”. Gdy w klasztorze trzeba było coś zbudować, naprawić, Angelica wiedziała do kogo zadzwonić i jak przekonać „chłopców z sąsiedztwa” by społecznie ofiarowali swój czas dla klasztoru. Potrafiła ona także czytać plany i egzekwować ich wykonanie. Zaleta, która bardzo się jej przydała w przyszłości.
Pewnego dnia matka Angelica froterując podłogę zaplątała się w kabel od froterki, przewróciła na śliskiej podłodze i uszkodziła sobie kręgosłup. Przez parę lat cierpiała z tego powodu, aż doszło do tego, że nie dało się dłużej unikać interwencji chirurga. Operacja była poważna i matka Angelica została uprzedzona, że ma 50% szans na to, że już nigdy nie będzie chodzić. Modląc się przed operacją obiecała ona swemu ukochanemu Jezusowi, że jak będzie mogła chodzić po operacji, to na południu Stanów Zjednoczonych zbuduje nowy klasztor, gdzie będzie się modliła w intencji prześladowanych Murzynów.
Operacja nie była sukcesem. Według siostry będącej instrumentariuszką towarzyszącą chirurgowi, w trakcie operacji lekarz zrobił błędne cięcie skalpelem i wiedział, że Angelica nie będzie więcej chodzić. Wyszedł nie kończąc operacji, rzucając ze złością skalpel na podłogę. Trzeba było szybko szukać innego lekarza i jakiś inny lekarz, zresztą Muzułmanin, akurat będący w szpitalu dokończył operacji. Kilka porcji krwi było potrzebnych do transfuzji i według Matki Angeliki, były na nich następujące nazwiska dawców: Luntz, Goldberg i Cohen. Zawsze wspominała ona żartobliwie, spotykając się z Żydowską widownią: „Od tego czasu nigdy już nie byłam tą samą osobą”
Według wszelkich znaków Matka Angelica powinna być sparaliżowana, ale po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu odzyskała częściową władzę w nogach. Musiała ubierać gorset ortopedyczny i chodzić o kulach, ale chodziła sama. Nie raz powtarzała ona później pół żartem: „Jak się modlicie o coś, zawsze bądźcie bardzo precyzyjni. Ja prosiłem Jezusa, żebym mogła chodzić, a nie żebym była całkiem zdrowa. Zostałam więc wysłuchana, dostałam dokładnie to, o co prosiłam”.
Matka Angelica zaczęła więc starania o to, by założyć nowy klasztor gdzieś na południu USA. Nie było to wcale proste, bo zgromadzenie w którym się znajdowała nie było zbyt liczne, ona sama była zbyt młoda, by stać się przełożoną nowego zakonu, nie było funduszy, ani zgody biskupa, do tego inna zakonnica z zakonu w którym przebywała Angelica, dużo starsza, także chciała założyć w innym miejscu nowe zgromadzenie. Parę lat zajęło przekonywanie biskupa i szukanie drogi by niemożliwe stało się możliwe. Matka przełożona wysłała równocześnie dwa listy do dwu biskupów pytając o możliwość założenia zakonów na ich terenie. Jeden do Alabamy, drugi do Minnesoty, gdzie ta druga zakonnica chciała zacząć nowe zgromadzenie. Który biskup odpowiedziałby wcześniej, tam byłoby nowe zgromadzenie. Pierwsza była odpowiedź z Alabamy, więc plan Angeliki był wdrażany w życie.
Problemem było znalezienie funduszy. Ale tutaj znowu matka Angelica okazała się pomocna. Najpierw chciała zbierać dżdżownice i sprzedawać je rybakom, ale matka przełożona absolutnie się sprzeciwiła. Kolejnym pomysłem było składanie przynęt i haczyków wędkarskich. Siostry kupowały gotowe półprodukty i składały z nich spławiki i inne akcesoria wędkarskie. Siostry nazwały swój biznes „Przynęty Świętego Piotra”, a wśród produktów były między innymi „Muszka świętego Michała”, czy „Mały Jonasz”. Zakonnice produkujące przynęty na ryby stały się małą sensacją i wiadomości o nich zamieściła prasa w wielu miastach, od Maiami do Chicago, robiąc im darmową reklamę. Nawet „Sports Ilustrated”, największe sportowe czasopismo w USA w 1961. roku przyznało matce Angelice (która nigdy w życiu nie złowiła żadnej ryby) specjalną plakietkę w uznaniu jej zasług dla sportu wędkarskiego.
Nadszedł w końcu dzień, gdy Matka Angelica z jedną siostrą wyjechały do Birmingham w Alabamie. Zamieszkały początkowo gościnnie w innym zakonie i szukały miejsca na budowę swojego monastyru. Zajęło im to ładnych kilka miesięcy, ale w końcu znalazły 6-hektarowy pagórkowaty teren na przedmieściach Birmingham, mający nawet jakiś domek z dwoma sypialniami, gdzie do czasu wybudowania własnego klasztoru mogłyby zakonnice zamieszkać. Cena za ten teren wynosiła 14 tysięcy dolarów. Dokładnie tyle, ile zarobiły siostry sprzedając przynęty świętego Piotra. Co prawda w momencie, w którym trzeba było podpisać kontrakt siostry nie miały jeszcze zgody na budowę, ale matka Angelica zaryzykowała, z dziecięcą ufnością oddając się przeznaczeniu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. A zezwolenie nadeszło wkrótce po podpisaniu umowy.
Dwie zakonnice mogły więc zamieszkać w starym domu i wkrótce dojechały do nich kolejne z Ohio. Teraz tylko trzeba było jakoś zorganizować kolejne fundusze na budowę. Matka Angelica od razu zwróciła się w stronę małej społeczności katolików o pomoc. Byli to głównie imigranci z Włoch, Niemiec i Irlandii, ale by la to bardzo niewielka społeczność.. Zaledwie 2% mieszkańców Birmingham to byli katolicy. Na szczęście matka Angelica potrafiła przekonać wszystkich i wkrótce otrzymała pomoc także od protestantów i od żydowskiej społeczności Birmingham. Zapewne jej opowieść o tym, że od operacji także w jej żyłach płynie semicka krew pozwalała przełamywać lody i powodowała życzliwość Żydów do jej projektu.
W Birmingham matka Angelica spotkała ojca Roberta DeGrandis, znanego i w Polsce charyzmatycznego kapłana. Był on wtedy proboszczem jednej z parafii w Birmingham, zamieszkałej głównie przez Murzynów. Odwiedzał on często plac budowy klasztoru, namawiając matkę Angelikę na „chrzest Ducha Świętego”. Ona nie chciała się zgodzić, słusznie twierdząc, że podczas sakramentu bierzmowania otrzymała Ducha Świętego, ale ojciec DeGrandis nie ustępował. Gdy Birmingham odwiedziła w 1971. roku Barbara Schlemon, mająca dar uzdrawiania, chciała ona zobaczyć się z matką Angeliką. W zakonie przebywała już wtedy jako jedna z sióstr mama Angeliki. („Zostałam swoją własną babką” –żartowała, gdyż jej mama zwracała się do niej „matko”, jako do przeoryszy zakonu). Mama Angeliki była schorowana, więc Angelica zgodziła się, by Schlemon i ojciec DeGrandis pomodlili się nad nią i nad jej mamą.
Nic się nie stało tego dnia, ale tydzień później, gdy matka Angelica czytała Ewangelię Świętego Jana, zaczęła mówić językami. Była przerażona, bo jakiś czas nie mogła powiedzieć nic po angielsku. Z jej ust wydobywał się jakiś obcy, niezrozumiały dla niej język. Doświadczenie to spowodowało, że zmienił się zupełnie jej stosunek do Biblii. Zaczęła ona dużo poświęcać studiom biblijnym i zaczęła dużo lepiej rozumieć biblijne przesłanie. Nie zapominajmy, że matka Angelica była prostą, niewykształconą kobietą. Jednak jej rozumienie Biblii jest bardzo głębokie. Od tamtego czasu zaczęła ona spotykać się z różnymi grupami ludzi i dawać wykłady na temat Biblii. Nie tylko dla katolików, ale także wiele kościołów protestanckich zaczęło ją zapraszać, by dzieliła się z nimi swą mądrością.
Opłaty, jakie otrzymywała za swe wykłady były głównym źródłem utrzymania klasztoru. Jednak rosnące koszty budowy powodowały, że nie wystarczało to wcale. Przez pewien okres czasu siostry produkowały orzeszki ziemne na sprzedaż, ale i to nie trwało zbyt długo, gdyż nieuczciwy dostawca starał się je oszukiwać na cenie półproduktów. Jednak zawsze w jakiś sposób udawało się im płacić rachunki. A jak naprawdę nie było już grosza, robotnicy budujący klasztor dobrowolnie kontynuowali pracę wiedząc, że jest to teraz ich dar dla ukochanej matki Angeliki.
Na początku lat 70. matka Angelica zaczęła nagrywać 10-minutowe wykłady na kasety, które później były nadawane w lokalnym radiu. Można je także było nabyć u sióstr. Zaczęła również pisać swe pierwsze broszurki. Jednak te działania raczej kosztowały, niż przynosiły zyski. Książeczki nie były sprzedawane, ale rozdawane gdzie się tylko dało. W klasztorze nawet na ogrodnika nie było funduszy, więc trawą zajęły się kozy i owce, które dodatkowo zasilały stół zakonnic. Ich duchowym ojcem był Święty Franciszek, ale do zwierząt podchodziły one dużo bardziej pragmatycznie, niż ten wielki święty.
Mówiąc o książkach matki Angeliki warto wspomnieć, że zazwyczaj pisała je ona w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem. Nigdy nie planowała wcześniej, co napisze. Opowiadała ona potem: „To było jak sensacyjna powieść. Sama nigdy nie wiedziałam, co będzie następne. Pisałam, co powstawało w mojej głowie, a jak myśl się kończyła, kończyła się i książka”. Nie były to jakieś mistyczne przeżycia, ale raczej inspiracja, natchnienie. Do końca już matka Angelica polegała właśnie na takim przewodnictwie Ducha Świętego. Nigdy nie przygotowywała się do swych audycji telewizyjnych, czy do wystąpień. Zawsze uważała, że Duch Święty podpowie jej, o czym ma rozmawiać.
W 1975. roku matka Angelica napisała książeczkę o Eucharystii. Drukarnia, która drukowała jej broszurki odmówiła tym razem wykonania usługi. Tłumaczyli się zmianą właściciela, choć siostry były przekonane, że to zawartość broszurki nie została zaakceptowana przez wewnętrzną cenzurę właściciela drukarni. Nie był on katolikiem i miał inne poglądy na to, czym, a raczej Kim jest Eucharystia. Matka Angelica jednak, jak zawsze w swoim życiu, nie tylko nie przejęła się zbytnio, ale po prostu zakupiła własne wyposażenie drukarni. Za „jedyne” 14 tysięcy dolarów. Zapytana przez towarzyszącą jej siostrę skąd weźmie pieniądze, odpowiedziała: „Z banku”. Wszystkie banki jednak odmówiły jej kredytu. Prywatne kontakty pozwoliły na zgromadzenie czterech tysięcy, ale to ciągle było mało. Jednak matka Angelica ciągle była optymistką. „Praca dla Jego Królestwa to mój problem, pieniądze to Jego problem. Ja się zajmę moim problemem, a On, jestem przekonana, rozwiąże to, co jest Jego problemem”. Zawsze ufała ona swemu Oblubieńcowi jak małe dziecko swym rodzicom. 16. października 1975 w recepcji klasztoru był częsty wolontariusz, Albert Moore. Matka zapytała go, czy nie pożyczyłby jej 10 tys. dolarów. „Oczywiście, pożyczę”. „Nie robisz sobie żartów?” „Nie, a Ty?” „Ja żartowałam, ale jak Ty mówisz serio, to bardzo by te pieniądze się przydały…”. I tak matka Angelica zdobyła fundusze na własną drukarnię.
Mówiąc o wierze małego dziecka… gdy wyposażenie drukarni dotarło do klasztoru, wściekły kierowca zapytał, czy ktoś zmierzył drzwi, zanim zamówił te maszyny? One przecież nie zmieszczą się tam wcale. „Pomódlmy się w takim razie” –odpowiedziała matka Angelica. „Kobieto, nawet Wszechmocny Bóg nie spowoduje, że coś większego zmieści się w czymś mniejszym”. „Spróbujcie”- to była jedyna odpowiedź Angeliki. Czterech mężczyzn wzięło największy element wyposażenia i próbując, przekrzywiając i pasując urządzenie przeszli przez drzwi z zapasem paru centymetrów z każdej strony.
Wkrótce po tym pierwszym zakupie powstała nowa drukarnia i sieć wolontariuszy w całym kraju rozprowadzała mini-książeczki produkowane w tej drukarni. Drukowano ich po 25 tysięcy dziennie. Materiały drukarskie, papier, farby były darem, tak samo jak darem była praca wolontariuszy rozprowadzających gotowe broszurki. Nad drukarnią wisiał ręcznie namalowany plakat: „Drukarnia Pana. Co prawda nie wiemy, co robimy, ale jesteśmy w tym coraz lepsze.”
Matka Angelica kontynuowała swe wykłady i lekcje, głównie dla charyzmatycznych grup chrześcijan. Odczuwała wielką potrzebę ewangelizowania. „Dajcie mi takich katolików jak Świadkowie Jehowy, a zmienię świat” -mówiła. „Każda osoba powinna być misjonarzem. Powinniśmy być tak podekscytowani naszą wiarą, że powinniśmy chcieć się nią dzielić z każdym”. „Książeczki i broszurki są jak ziarnka gorczycy. Każda gospodyni domowa, każdy biznesman może być misjonarzem. Zostaw broszurkę gdziekolwiek jesteś. Zasiałeś ziarno, a Duch Święty zrobi resztę”. Podczas jednego ze spotkań w Clearwater na Florydzie ośmiuset wolontariuszy zgłosiło się, by rozprowadzić 13 tysięcy książeczek, jakie matka Angelica przywiozła ze sobą.
Kontakty z charyzmatycznymi ruchami chrześcijańskimi upewniły jednak matkę Angelikę, że nie jest to zupełnie taka droga, jaką ona by chciała iść. Przede wszystkim sama nękana ciągłymi chorobami uważała, że cierpienie może mieć wielką wartość. Leczenie ludzi z chorób jest ważne, ale nie może być celem samym w sobie. Dużo ważniejsze jest zdrowie duszy, niż ciała. Tymczasem z tego, co zaobserwowała wynikało, że w ruchu tym często same dary Ducha Świętego wydają się ważniejsze od Tego, od którego pochodzą. A przecież jak nie prowadzą one do Boga, to jaki jest z nich pożytek?
W 1978. roku matka Angelica odwiedziła Chicago i była gościem stacji telewizyjnej, kanał 38, prowadzonej przez baptystów. Gdy zapytała, w jaki sposób nagranie w studio dostaje się do telewizorów, pokazano jej antenę satelitarną. Matka Angelica zapytała o koszty. „950 tysięcy dolarów” –padła odpowiedź. „Tylko tyle? Ja muszę mieć kiedyś coś takiego. Tak niewiele trzeba, żeby dotrzeć do milionów ludzi. Bez drukarni i tysięcy wolontariuszy.” –westchnęła matka Angelica.
CDN.
Matka Angelica odnalazła w klasztorze dom, którego nigdy tak naprawdę nie miała. Bardzo szybko okazało się, że ma wiele talentów i zdolności. Na długo przed Soborem Watykańskim II instynktownie szukała innego podejścia do trochę militarnego reżimu wśród sióstr zakonnych. Dla Angeliki wszystko było bardzo personalne. Ona naprawdę kochała z całego serca Jezusa i chciała wszystkim przekazać tę miłość. Szybko stała się duchową opiekunką sióstr w nowicjacie, pocieszając je w chwilach zwątpienia i zapewniając o miłości Jezusa do nich.
Inną nieocenioną zaletą matki Angeliki była znajomość ludzi w sąsiedztwie i umiejętność rozmawiania z „normalnymi ludźmi”. Gdy w klasztorze trzeba było coś zbudować, naprawić, Angelica wiedziała do kogo zadzwonić i jak przekonać „chłopców z sąsiedztwa” by społecznie ofiarowali swój czas dla klasztoru. Potrafiła ona także czytać plany i egzekwować ich wykonanie. Zaleta, która bardzo się jej przydała w przyszłości.
Pewnego dnia matka Angelica froterując podłogę zaplątała się w kabel od froterki, przewróciła na śliskiej podłodze i uszkodziła sobie kręgosłup. Przez parę lat cierpiała z tego powodu, aż doszło do tego, że nie dało się dłużej unikać interwencji chirurga. Operacja była poważna i matka Angelica została uprzedzona, że ma 50% szans na to, że już nigdy nie będzie chodzić. Modląc się przed operacją obiecała ona swemu ukochanemu Jezusowi, że jak będzie mogła chodzić po operacji, to na południu Stanów Zjednoczonych zbuduje nowy klasztor, gdzie będzie się modliła w intencji prześladowanych Murzynów.
Operacja nie była sukcesem. Według siostry będącej instrumentariuszką towarzyszącą chirurgowi, w trakcie operacji lekarz zrobił błędne cięcie skalpelem i wiedział, że Angelica nie będzie więcej chodzić. Wyszedł nie kończąc operacji, rzucając ze złością skalpel na podłogę. Trzeba było szybko szukać innego lekarza i jakiś inny lekarz, zresztą Muzułmanin, akurat będący w szpitalu dokończył operacji. Kilka porcji krwi było potrzebnych do transfuzji i według Matki Angeliki, były na nich następujące nazwiska dawców: Luntz, Goldberg i Cohen. Zawsze wspominała ona żartobliwie, spotykając się z Żydowską widownią: „Od tego czasu nigdy już nie byłam tą samą osobą”
Według wszelkich znaków Matka Angelica powinna być sparaliżowana, ale po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu odzyskała częściową władzę w nogach. Musiała ubierać gorset ortopedyczny i chodzić o kulach, ale chodziła sama. Nie raz powtarzała ona później pół żartem: „Jak się modlicie o coś, zawsze bądźcie bardzo precyzyjni. Ja prosiłem Jezusa, żebym mogła chodzić, a nie żebym była całkiem zdrowa. Zostałam więc wysłuchana, dostałam dokładnie to, o co prosiłam”.
Matka Angelica zaczęła więc starania o to, by założyć nowy klasztor gdzieś na południu USA. Nie było to wcale proste, bo zgromadzenie w którym się znajdowała nie było zbyt liczne, ona sama była zbyt młoda, by stać się przełożoną nowego zakonu, nie było funduszy, ani zgody biskupa, do tego inna zakonnica z zakonu w którym przebywała Angelica, dużo starsza, także chciała założyć w innym miejscu nowe zgromadzenie. Parę lat zajęło przekonywanie biskupa i szukanie drogi by niemożliwe stało się możliwe. Matka przełożona wysłała równocześnie dwa listy do dwu biskupów pytając o możliwość założenia zakonów na ich terenie. Jeden do Alabamy, drugi do Minnesoty, gdzie ta druga zakonnica chciała zacząć nowe zgromadzenie. Który biskup odpowiedziałby wcześniej, tam byłoby nowe zgromadzenie. Pierwsza była odpowiedź z Alabamy, więc plan Angeliki był wdrażany w życie.
Problemem było znalezienie funduszy. Ale tutaj znowu matka Angelica okazała się pomocna. Najpierw chciała zbierać dżdżownice i sprzedawać je rybakom, ale matka przełożona absolutnie się sprzeciwiła. Kolejnym pomysłem było składanie przynęt i haczyków wędkarskich. Siostry kupowały gotowe półprodukty i składały z nich spławiki i inne akcesoria wędkarskie. Siostry nazwały swój biznes „Przynęty Świętego Piotra”, a wśród produktów były między innymi „Muszka świętego Michała”, czy „Mały Jonasz”. Zakonnice produkujące przynęty na ryby stały się małą sensacją i wiadomości o nich zamieściła prasa w wielu miastach, od Maiami do Chicago, robiąc im darmową reklamę. Nawet „Sports Ilustrated”, największe sportowe czasopismo w USA w 1961. roku przyznało matce Angelice (która nigdy w życiu nie złowiła żadnej ryby) specjalną plakietkę w uznaniu jej zasług dla sportu wędkarskiego.
Nadszedł w końcu dzień, gdy Matka Angelica z jedną siostrą wyjechały do Birmingham w Alabamie. Zamieszkały początkowo gościnnie w innym zakonie i szukały miejsca na budowę swojego monastyru. Zajęło im to ładnych kilka miesięcy, ale w końcu znalazły 6-hektarowy pagórkowaty teren na przedmieściach Birmingham, mający nawet jakiś domek z dwoma sypialniami, gdzie do czasu wybudowania własnego klasztoru mogłyby zakonnice zamieszkać. Cena za ten teren wynosiła 14 tysięcy dolarów. Dokładnie tyle, ile zarobiły siostry sprzedając przynęty świętego Piotra. Co prawda w momencie, w którym trzeba było podpisać kontrakt siostry nie miały jeszcze zgody na budowę, ale matka Angelica zaryzykowała, z dziecięcą ufnością oddając się przeznaczeniu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. A zezwolenie nadeszło wkrótce po podpisaniu umowy.
Dwie zakonnice mogły więc zamieszkać w starym domu i wkrótce dojechały do nich kolejne z Ohio. Teraz tylko trzeba było jakoś zorganizować kolejne fundusze na budowę. Matka Angelica od razu zwróciła się w stronę małej społeczności katolików o pomoc. Byli to głównie imigranci z Włoch, Niemiec i Irlandii, ale by la to bardzo niewielka społeczność.. Zaledwie 2% mieszkańców Birmingham to byli katolicy. Na szczęście matka Angelica potrafiła przekonać wszystkich i wkrótce otrzymała pomoc także od protestantów i od żydowskiej społeczności Birmingham. Zapewne jej opowieść o tym, że od operacji także w jej żyłach płynie semicka krew pozwalała przełamywać lody i powodowała życzliwość Żydów do jej projektu.
W Birmingham matka Angelica spotkała ojca Roberta DeGrandis, znanego i w Polsce charyzmatycznego kapłana. Był on wtedy proboszczem jednej z parafii w Birmingham, zamieszkałej głównie przez Murzynów. Odwiedzał on często plac budowy klasztoru, namawiając matkę Angelikę na „chrzest Ducha Świętego”. Ona nie chciała się zgodzić, słusznie twierdząc, że podczas sakramentu bierzmowania otrzymała Ducha Świętego, ale ojciec DeGrandis nie ustępował. Gdy Birmingham odwiedziła w 1971. roku Barbara Schlemon, mająca dar uzdrawiania, chciała ona zobaczyć się z matką Angeliką. W zakonie przebywała już wtedy jako jedna z sióstr mama Angeliki. („Zostałam swoją własną babką” –żartowała, gdyż jej mama zwracała się do niej „matko”, jako do przeoryszy zakonu). Mama Angeliki była schorowana, więc Angelica zgodziła się, by Schlemon i ojciec DeGrandis pomodlili się nad nią i nad jej mamą.
Nic się nie stało tego dnia, ale tydzień później, gdy matka Angelica czytała Ewangelię Świętego Jana, zaczęła mówić językami. Była przerażona, bo jakiś czas nie mogła powiedzieć nic po angielsku. Z jej ust wydobywał się jakiś obcy, niezrozumiały dla niej język. Doświadczenie to spowodowało, że zmienił się zupełnie jej stosunek do Biblii. Zaczęła ona dużo poświęcać studiom biblijnym i zaczęła dużo lepiej rozumieć biblijne przesłanie. Nie zapominajmy, że matka Angelica była prostą, niewykształconą kobietą. Jednak jej rozumienie Biblii jest bardzo głębokie. Od tamtego czasu zaczęła ona spotykać się z różnymi grupami ludzi i dawać wykłady na temat Biblii. Nie tylko dla katolików, ale także wiele kościołów protestanckich zaczęło ją zapraszać, by dzieliła się z nimi swą mądrością.
Opłaty, jakie otrzymywała za swe wykłady były głównym źródłem utrzymania klasztoru. Jednak rosnące koszty budowy powodowały, że nie wystarczało to wcale. Przez pewien okres czasu siostry produkowały orzeszki ziemne na sprzedaż, ale i to nie trwało zbyt długo, gdyż nieuczciwy dostawca starał się je oszukiwać na cenie półproduktów. Jednak zawsze w jakiś sposób udawało się im płacić rachunki. A jak naprawdę nie było już grosza, robotnicy budujący klasztor dobrowolnie kontynuowali pracę wiedząc, że jest to teraz ich dar dla ukochanej matki Angeliki.
Na początku lat 70. matka Angelica zaczęła nagrywać 10-minutowe wykłady na kasety, które później były nadawane w lokalnym radiu. Można je także było nabyć u sióstr. Zaczęła również pisać swe pierwsze broszurki. Jednak te działania raczej kosztowały, niż przynosiły zyski. Książeczki nie były sprzedawane, ale rozdawane gdzie się tylko dało. W klasztorze nawet na ogrodnika nie było funduszy, więc trawą zajęły się kozy i owce, które dodatkowo zasilały stół zakonnic. Ich duchowym ojcem był Święty Franciszek, ale do zwierząt podchodziły one dużo bardziej pragmatycznie, niż ten wielki święty.
Mówiąc o książkach matki Angeliki warto wspomnieć, że zazwyczaj pisała je ona w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem. Nigdy nie planowała wcześniej, co napisze. Opowiadała ona potem: „To było jak sensacyjna powieść. Sama nigdy nie wiedziałam, co będzie następne. Pisałam, co powstawało w mojej głowie, a jak myśl się kończyła, kończyła się i książka”. Nie były to jakieś mistyczne przeżycia, ale raczej inspiracja, natchnienie. Do końca już matka Angelica polegała właśnie na takim przewodnictwie Ducha Świętego. Nigdy nie przygotowywała się do swych audycji telewizyjnych, czy do wystąpień. Zawsze uważała, że Duch Święty podpowie jej, o czym ma rozmawiać.
W 1975. roku matka Angelica napisała książeczkę o Eucharystii. Drukarnia, która drukowała jej broszurki odmówiła tym razem wykonania usługi. Tłumaczyli się zmianą właściciela, choć siostry były przekonane, że to zawartość broszurki nie została zaakceptowana przez wewnętrzną cenzurę właściciela drukarni. Nie był on katolikiem i miał inne poglądy na to, czym, a raczej Kim jest Eucharystia. Matka Angelica jednak, jak zawsze w swoim życiu, nie tylko nie przejęła się zbytnio, ale po prostu zakupiła własne wyposażenie drukarni. Za „jedyne” 14 tysięcy dolarów. Zapytana przez towarzyszącą jej siostrę skąd weźmie pieniądze, odpowiedziała: „Z banku”. Wszystkie banki jednak odmówiły jej kredytu. Prywatne kontakty pozwoliły na zgromadzenie czterech tysięcy, ale to ciągle było mało. Jednak matka Angelica ciągle była optymistką. „Praca dla Jego Królestwa to mój problem, pieniądze to Jego problem. Ja się zajmę moim problemem, a On, jestem przekonana, rozwiąże to, co jest Jego problemem”. Zawsze ufała ona swemu Oblubieńcowi jak małe dziecko swym rodzicom. 16. października 1975 w recepcji klasztoru był częsty wolontariusz, Albert Moore. Matka zapytała go, czy nie pożyczyłby jej 10 tys. dolarów. „Oczywiście, pożyczę”. „Nie robisz sobie żartów?” „Nie, a Ty?” „Ja żartowałam, ale jak Ty mówisz serio, to bardzo by te pieniądze się przydały…”. I tak matka Angelica zdobyła fundusze na własną drukarnię.
Mówiąc o wierze małego dziecka… gdy wyposażenie drukarni dotarło do klasztoru, wściekły kierowca zapytał, czy ktoś zmierzył drzwi, zanim zamówił te maszyny? One przecież nie zmieszczą się tam wcale. „Pomódlmy się w takim razie” –odpowiedziała matka Angelica. „Kobieto, nawet Wszechmocny Bóg nie spowoduje, że coś większego zmieści się w czymś mniejszym”. „Spróbujcie”- to była jedyna odpowiedź Angeliki. Czterech mężczyzn wzięło największy element wyposażenia i próbując, przekrzywiając i pasując urządzenie przeszli przez drzwi z zapasem paru centymetrów z każdej strony.
Wkrótce po tym pierwszym zakupie powstała nowa drukarnia i sieć wolontariuszy w całym kraju rozprowadzała mini-książeczki produkowane w tej drukarni. Drukowano ich po 25 tysięcy dziennie. Materiały drukarskie, papier, farby były darem, tak samo jak darem była praca wolontariuszy rozprowadzających gotowe broszurki. Nad drukarnią wisiał ręcznie namalowany plakat: „Drukarnia Pana. Co prawda nie wiemy, co robimy, ale jesteśmy w tym coraz lepsze.”
Matka Angelica kontynuowała swe wykłady i lekcje, głównie dla charyzmatycznych grup chrześcijan. Odczuwała wielką potrzebę ewangelizowania. „Dajcie mi takich katolików jak Świadkowie Jehowy, a zmienię świat” -mówiła. „Każda osoba powinna być misjonarzem. Powinniśmy być tak podekscytowani naszą wiarą, że powinniśmy chcieć się nią dzielić z każdym”. „Książeczki i broszurki są jak ziarnka gorczycy. Każda gospodyni domowa, każdy biznesman może być misjonarzem. Zostaw broszurkę gdziekolwiek jesteś. Zasiałeś ziarno, a Duch Święty zrobi resztę”. Podczas jednego ze spotkań w Clearwater na Florydzie ośmiuset wolontariuszy zgłosiło się, by rozprowadzić 13 tysięcy książeczek, jakie matka Angelica przywiozła ze sobą.
Kontakty z charyzmatycznymi ruchami chrześcijańskimi upewniły jednak matkę Angelikę, że nie jest to zupełnie taka droga, jaką ona by chciała iść. Przede wszystkim sama nękana ciągłymi chorobami uważała, że cierpienie może mieć wielką wartość. Leczenie ludzi z chorób jest ważne, ale nie może być celem samym w sobie. Dużo ważniejsze jest zdrowie duszy, niż ciała. Tymczasem z tego, co zaobserwowała wynikało, że w ruchu tym często same dary Ducha Świętego wydają się ważniejsze od Tego, od którego pochodzą. A przecież jak nie prowadzą one do Boga, to jaki jest z nich pożytek?
W 1978. roku matka Angelica odwiedziła Chicago i była gościem stacji telewizyjnej, kanał 38, prowadzonej przez baptystów. Gdy zapytała, w jaki sposób nagranie w studio dostaje się do telewizorów, pokazano jej antenę satelitarną. Matka Angelica zapytała o koszty. „950 tysięcy dolarów” –padła odpowiedź. „Tylko tyle? Ja muszę mieć kiedyś coś takiego. Tak niewiele trzeba, żeby dotrzeć do milionów ludzi. Bez drukarni i tysięcy wolontariuszy.” –westchnęła matka Angelica.
CDN.
Wednesday, February 06, 2008
Matka Angelica
Pisałem już parokrotnie o amerykańskiej rozgłośni radiowej i stacji telewizyjnej EWTN. To największe na świecie katolickie medialne imperium zostało stworzone 25 lat temu przez niemal 60-letnią zakonnicę, klauzurową klaryskę, matkę Angelikę. Jak to się stało, że jej się powiodło to, czego nie byli w stanie dokonać inni? Kilku milionerów i synod biskupów amerykańskich Kościoła Katolickiego wielokrotnie próbowali, niezależnie od siebie, zbudować katolickie radio w USA. Jedyne, co osiągnęli, to zmarnowanie milionów dolarów. Matka Angelica bez grosza przy duszy, bez komisji, ekspertyz, zespołów doradców, ale za to z wiarą, że robi to, czego Jezus od niej wymaga dokonała rzeczy graniczącej z cudem. Albo raczej to Bóg dokonał cudu, wysłuchując modlitw sióstr i niemożliwe stało się faktem.
Kim jednak jest ta matka Angelica? Jest to tak zdumiewająca postać, że postanowiłem szerzej o niej napisać. Wszystkie fakty podane poniżej będą pochodziły z książki Raymonda Arroyo pod tytułem „Mother Angelica. The Remarkable Story of a Nun, Her Nerve, and a Network of Miracles”.
Matka Angelika urodziła się 20. kwietnia 1923, roku w Canton, Ohio. Niewielkie, przemysłowe miasto godzinę drogi od Cleveland, zamieszkałe głównie przez imigrantów szukających pracy za oceanem. Jej prawdziwe nazwisko to Rita Rizzo. Region miasta, gdzie mieszkała jako dziecko, to prawdziwe slumsy, getto włoskich imigrantów, rządzone przez „Czarną Rękę”, organizację kryminalną mającą swe korzenie na Sycylii.
Matka Angelica pamięta taki epizod ze swego dzieciństwa ilustrujący warunki, w jakich się wychowywała. Jej wujek miał bar, „saloon”, który był bardzo popularnym miejscem wśród miejscowej ludności. Matka mającej może z pięć lat Rity zostawiła ją tam pod opieką krewnych. Wuj, żeby nie przeszkadzała w barze, dał jej kufel piwa i kilka precli i kazał jej iść na dwór. Rita pamięta, że akurat przechodziła tamtędy orkiestra Armii Zbawienia i jak zobaczyli kilkuletnie dziecko siedzące na krawężniku, z kuflem piwa w ręce i to w czasach prohibicji, zatrzymali się i zaczęli się modlić o jej zbawienie.
Rita nie była oczekiwanym, kochanym dzieckiem. Ojciec jak tylko się dowiedział, że jej matka jest ona w ciąży opuścił ich, a kilka lat później jej rodzice się rozwiedli. Rita Rizzo była jedynym dzieckiem rozwiedzionych rodziców w katolickiej szkole w Canton i siostry uczące w tej szkole dyskryminowały ją za to. Gdy na przykład z okazji Świąt dzieci otrzymywały drobne prezenty, Rita jako jedyna dostawała stare, używane i zniszczone zabawki. Nienawidziła swe nauczycielki za to z całego serca.
Matka Rity musiała sama zarobić na utrzymanie siebie i córki, choć nie było to łatwe w latach wielkiej depresji. Pracowała jako praczka, ale to Rita musiała jej pomagać, rozwożąc sama pranie klientom do domu. Rita już w wieku jedenastu lat sama prowadziła samochód, zastępując matkę nękaną ciągłymi depresjami.
Mała Rita pamięta z dzieciństwa jeszcze jeden epizod, który wart jest opowiedzenia. Wracała od dentysty i przebiegając do autobusu przez szeroką ulicę zobaczyła nagle kątem oka światła pędzącej na nią ciężarówki. Zamarła z przerażenia i zamknęła oczy. Nagle poczuła, jak jakieś ręce chwyciły ją pod pachami i przeniosły na bezpieczne miejsce, koło zaparkowanych samochodów. Następnego dnia kierowca autobusu opowiadał jej matce: „To był prawdziwy cud. Nigdy nie widziałem nikogo, kto tak wysoko potrafi podskoczyć”.
W grudniu 1940. roku Rita zaczęła odczuwać bardzo intensywne bóle brzucha. „Największy dar, jaki Bóg mi kiedykolwiek dał” – mówiła później Matka Angelica. Przez lata lekarze nie mogli znaleźć przyczyny tego bólu i uważali go za nerwicę. Rita nie mogła jeść, nękały ją biegunki i intensywny ból nie opuszczał jej całymi dniami. Musiała ubierać specjalny gorset, gdyż inaczej nie była nawet w stanie chodzić. Była na surowej diecie, bo zjedzenie jakiejkolwiek ciężej strawnej potrawy musiała odchorować.
Przyjaciółka mamy, która pracowała jako sprzątaczka w domach zamożniejszych mieszkańców Canton namówiła ją, żeby zabrała Ritę do Rhody Wise. Rhoda, protestantka, sama cierpiąca przez lata na wiele schorzeń, podczas jednego ze swych licznych szpitalnych pobytów została przekonana przez odwiedzającą ją zakonnicę, by zaczęła się modlić Modlitwą Różańcową i by zmówiła Nowennę do świętej Tereski od Dzieciątka Jezus w intencji swego uzdrowienia. Początkowo nie miała zamiaru słuchać katolickiej zakonnicy, ale bezustanny ból spowodował, że zmieniła zdanie.
Rhoda Wise została wyleczona ze swej choroby. W konsekwencji przeszła na katolicyzm. Była wizjonerką, twierdziła, że miała widzenie Jezusa i świętej Tereski. Otrzymała także dar widzialnych stygmatów. Była odwiedzana w swym domu przez wielu chorych i wielu odzyskało zdrowie po wizycie u mistyczki i stygmatyczki. Nawet świecka prasa z ówczesnych lat podaje wiele świadectw ludzi twierdzących, że w cudowny sposób odzyskali zdrowie podczas wizyty u Rhody Wise.
Rita Rizzo nie bardzo wierzyła w to, że mogłaby odzyskać w cudowny sposób zdrowie, ale poszła, bo jej matka nalegała na to. Rita nie miała zbyt głębokiej wiary w tym czasie. Prawdę mówiąc można by powiedzieć, że nie miała żadnej wiary. Jednak widząc, że taka wizyta sprawi radość matce, która sama miała ciągłe problemy ze swą psychiką, zrobiła to dla niej. Sama wizyta była raczej mało przekonywująca i nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego. Mistyczka nakazała Ricie usiąść na krześle, na którym „siedział Jezus” podczas widzenia. Rozmawiały pół godziny, Rhoda Wise nakazała jej modlić się, odmówić nowennę do Świętej Tereski i był to koniec wizyty.
Po powrocie do domu rzeczywiście Rita z całą rodziną codziennie odmawiała nowennę. Dziewiątego dnia, po skończonej modlitwie odczuła ona taki ból, jak gdyby jej ktoś wyrywał żołądek. Ból jednak zaraz ustał i poczuła ona, że jest całkowicie uzdrowiona. Poleciała do babci do kuchni i zażądała, by babcia jej usmażyła kotleta. „Ależ ty nie możesz jadać kotletów”. „Mogę, babciu, popatrz” –powiedziała Rita, pokazując brzuch, który do niedawna zniekształcony i zaczerwieniony prezentował się zupełnie zdrowo. Aby udowodnić zdumionej rodzinie, że uzdrowienie było prawdziwe, Rita nawet poprosiła 10-letnią kuzynkę Joannę, żeby ta skakała po jej brzuchu. Joanna do dziś pamięta: „Jej brzuch był jak skała, twardy i zupełnie zdrowy”.
Po cudownym uzdrowieniu Rita zmieniła się całkowicie. „Wiedziałem, że jest Bóg i wiedziałam, że mnie kocha i że interesuje się mną. Nigdy wcześniej tego nie wiedziałam. Wszystko, czego teraz pragnęłam, to oddać się całkowicie Jezusowi”. Zaczęła czytać religijne książki, zaczęła regularnie praktykować katolickie zwyczaje, jak modlitwa Drogi Krzyżowej i po kilkunastu miesiącach, piętnastego sierpnia 1944. roku, wstąpiła do franciszkańskiego monasteru Świętego Pawła Nieustającej Adoracji w Cleveland, Ohio.
CDN.
Kim jednak jest ta matka Angelica? Jest to tak zdumiewająca postać, że postanowiłem szerzej o niej napisać. Wszystkie fakty podane poniżej będą pochodziły z książki Raymonda Arroyo pod tytułem „Mother Angelica. The Remarkable Story of a Nun, Her Nerve, and a Network of Miracles”.
Matka Angelika urodziła się 20. kwietnia 1923, roku w Canton, Ohio. Niewielkie, przemysłowe miasto godzinę drogi od Cleveland, zamieszkałe głównie przez imigrantów szukających pracy za oceanem. Jej prawdziwe nazwisko to Rita Rizzo. Region miasta, gdzie mieszkała jako dziecko, to prawdziwe slumsy, getto włoskich imigrantów, rządzone przez „Czarną Rękę”, organizację kryminalną mającą swe korzenie na Sycylii.
Matka Angelica pamięta taki epizod ze swego dzieciństwa ilustrujący warunki, w jakich się wychowywała. Jej wujek miał bar, „saloon”, który był bardzo popularnym miejscem wśród miejscowej ludności. Matka mającej może z pięć lat Rity zostawiła ją tam pod opieką krewnych. Wuj, żeby nie przeszkadzała w barze, dał jej kufel piwa i kilka precli i kazał jej iść na dwór. Rita pamięta, że akurat przechodziła tamtędy orkiestra Armii Zbawienia i jak zobaczyli kilkuletnie dziecko siedzące na krawężniku, z kuflem piwa w ręce i to w czasach prohibicji, zatrzymali się i zaczęli się modlić o jej zbawienie.
Rita nie była oczekiwanym, kochanym dzieckiem. Ojciec jak tylko się dowiedział, że jej matka jest ona w ciąży opuścił ich, a kilka lat później jej rodzice się rozwiedli. Rita Rizzo była jedynym dzieckiem rozwiedzionych rodziców w katolickiej szkole w Canton i siostry uczące w tej szkole dyskryminowały ją za to. Gdy na przykład z okazji Świąt dzieci otrzymywały drobne prezenty, Rita jako jedyna dostawała stare, używane i zniszczone zabawki. Nienawidziła swe nauczycielki za to z całego serca.
Matka Rity musiała sama zarobić na utrzymanie siebie i córki, choć nie było to łatwe w latach wielkiej depresji. Pracowała jako praczka, ale to Rita musiała jej pomagać, rozwożąc sama pranie klientom do domu. Rita już w wieku jedenastu lat sama prowadziła samochód, zastępując matkę nękaną ciągłymi depresjami.
Mała Rita pamięta z dzieciństwa jeszcze jeden epizod, który wart jest opowiedzenia. Wracała od dentysty i przebiegając do autobusu przez szeroką ulicę zobaczyła nagle kątem oka światła pędzącej na nią ciężarówki. Zamarła z przerażenia i zamknęła oczy. Nagle poczuła, jak jakieś ręce chwyciły ją pod pachami i przeniosły na bezpieczne miejsce, koło zaparkowanych samochodów. Następnego dnia kierowca autobusu opowiadał jej matce: „To był prawdziwy cud. Nigdy nie widziałem nikogo, kto tak wysoko potrafi podskoczyć”.
W grudniu 1940. roku Rita zaczęła odczuwać bardzo intensywne bóle brzucha. „Największy dar, jaki Bóg mi kiedykolwiek dał” – mówiła później Matka Angelica. Przez lata lekarze nie mogli znaleźć przyczyny tego bólu i uważali go za nerwicę. Rita nie mogła jeść, nękały ją biegunki i intensywny ból nie opuszczał jej całymi dniami. Musiała ubierać specjalny gorset, gdyż inaczej nie była nawet w stanie chodzić. Była na surowej diecie, bo zjedzenie jakiejkolwiek ciężej strawnej potrawy musiała odchorować.
Przyjaciółka mamy, która pracowała jako sprzątaczka w domach zamożniejszych mieszkańców Canton namówiła ją, żeby zabrała Ritę do Rhody Wise. Rhoda, protestantka, sama cierpiąca przez lata na wiele schorzeń, podczas jednego ze swych licznych szpitalnych pobytów została przekonana przez odwiedzającą ją zakonnicę, by zaczęła się modlić Modlitwą Różańcową i by zmówiła Nowennę do świętej Tereski od Dzieciątka Jezus w intencji swego uzdrowienia. Początkowo nie miała zamiaru słuchać katolickiej zakonnicy, ale bezustanny ból spowodował, że zmieniła zdanie.
Rhoda Wise została wyleczona ze swej choroby. W konsekwencji przeszła na katolicyzm. Była wizjonerką, twierdziła, że miała widzenie Jezusa i świętej Tereski. Otrzymała także dar widzialnych stygmatów. Była odwiedzana w swym domu przez wielu chorych i wielu odzyskało zdrowie po wizycie u mistyczki i stygmatyczki. Nawet świecka prasa z ówczesnych lat podaje wiele świadectw ludzi twierdzących, że w cudowny sposób odzyskali zdrowie podczas wizyty u Rhody Wise.
Rita Rizzo nie bardzo wierzyła w to, że mogłaby odzyskać w cudowny sposób zdrowie, ale poszła, bo jej matka nalegała na to. Rita nie miała zbyt głębokiej wiary w tym czasie. Prawdę mówiąc można by powiedzieć, że nie miała żadnej wiary. Jednak widząc, że taka wizyta sprawi radość matce, która sama miała ciągłe problemy ze swą psychiką, zrobiła to dla niej. Sama wizyta była raczej mało przekonywująca i nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego. Mistyczka nakazała Ricie usiąść na krześle, na którym „siedział Jezus” podczas widzenia. Rozmawiały pół godziny, Rhoda Wise nakazała jej modlić się, odmówić nowennę do Świętej Tereski i był to koniec wizyty.
Po powrocie do domu rzeczywiście Rita z całą rodziną codziennie odmawiała nowennę. Dziewiątego dnia, po skończonej modlitwie odczuła ona taki ból, jak gdyby jej ktoś wyrywał żołądek. Ból jednak zaraz ustał i poczuła ona, że jest całkowicie uzdrowiona. Poleciała do babci do kuchni i zażądała, by babcia jej usmażyła kotleta. „Ależ ty nie możesz jadać kotletów”. „Mogę, babciu, popatrz” –powiedziała Rita, pokazując brzuch, który do niedawna zniekształcony i zaczerwieniony prezentował się zupełnie zdrowo. Aby udowodnić zdumionej rodzinie, że uzdrowienie było prawdziwe, Rita nawet poprosiła 10-letnią kuzynkę Joannę, żeby ta skakała po jej brzuchu. Joanna do dziś pamięta: „Jej brzuch był jak skała, twardy i zupełnie zdrowy”.
Po cudownym uzdrowieniu Rita zmieniła się całkowicie. „Wiedziałem, że jest Bóg i wiedziałam, że mnie kocha i że interesuje się mną. Nigdy wcześniej tego nie wiedziałam. Wszystko, czego teraz pragnęłam, to oddać się całkowicie Jezusowi”. Zaczęła czytać religijne książki, zaczęła regularnie praktykować katolickie zwyczaje, jak modlitwa Drogi Krzyżowej i po kilkunastu miesiącach, piętnastego sierpnia 1944. roku, wstąpiła do franciszkańskiego monasteru Świętego Pawła Nieustającej Adoracji w Cleveland, Ohio.
CDN.
Chrzest Pana Jezusa
Kilka tygodni temu obchodziliśmy w Kościele Święto Chrztu Pańskiego. Pan Jezus przyszedł nad Jordan, gdzie Święty Jan chrzcił i nawoływał do nawrócenia i poprosił o to, by i Jego Św. Jan także ochrzcił. Święty Jan nie rozumiał tej prośby, gdyż będąc prorokiem wiedział, że Jezus jest Mesjaszem i wiedział, że to raczej on, Jan, powinien być ochrzczony przez Jezusa. Nasz Pan jednak nalegał i Jan Go ochrzcił. Jan jednak nie był jedynym, który nie rozumiał dlaczego Pan Jezus chciał się ochrzcić. My także często tego nie rozumiemy. Mnie się wydaje, że żeby zrozumieć czym był chrzest Pana Jezusa trzeba spojrzeć na cale Jego życie jako nauczyciela w Palestynie. Na to, co robił i jakie miało to skutki.
Pamiętamy wszyscy, że pan Jezus urodził się jako Żyd i podlegał Prawu Mojżeszowemu. Był obrzezany w ósmym dniu, ofiarowany Bogu w czterdziestym, odwiedzał Świątynie w nakazanych terminach itd., itp. Równocześnie wiemy, że wiele przepisów interpretował inaczej niż uczeni w piśmie i faryzeusze. Nie tak, jak by był podległym Prawu, ale jakby był Prawodawcą. Widzimy to na przykład w dniach szabatu, gdzie Jezus robi wiele dobrego, ale ta działalność gorszy faryzeuszy, uważających, że w tym dniu nie należy robić nic.
Prawo wówczas obowiązujące miało wiele zakazów. Łamanie ich powodowało, że człowiek stawał się „nieczysty”. Księga Kapłańska jest pełna przepisów szczegółowo mówiących w jaki sposób to się staje. Między innymi przez dotknięcie zmarłego, trędowatego, czy krwawiącej kobiety. Tymczasem Jezus dotykając zmarłej córeczki Jaira, czy też trędowatego, albo gdy krwawiąca kobieta dotknęła się Jego płaszcza nie tylko nie spowodowało to, że Jezus stał się nieczysty, ale wręcz odwrotnie: Jego świętość, Jego czystość „przeszła” na chorych, trędowatych, zmarłych i spowodowała ich oczyszczenie.
Gdy przebywał w jednym z miast, zjawił się człowiek cały pokryty trądem. Gdy ujrzał Jezusa, upadł na twarz i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Jezus wyciągnął rękę i dotknął go, mówiąc: Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast trąd z niego ustąpił. (Łk 5,12-13)
A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi; całe swe mienie wydała na lekarzy, a żaden nie mógł jej uleczyć. Podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza, a natychmiast ustał jej upływ krwi. Lecz Jezus zapytał: Kto się Mnie dotknął? Gdy wszyscy się wypierali, Piotr powiedział: Mistrzu, to tłumy zewsząd Cię otaczają i ściskają. Lecz Jezus rzekł: Ktoś się Mnie dotknął, bo poznałem, że moc wyszła ode Mnie. Wtedy kobieta, widząc, że się nie ukryje, zbliżyła się drżąca i upadłszy przed Nim opowiedziała wobec całego ludu, dlaczego się Go dotknęła i jak natychmiast została uleczona.[…] Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, oprócz Piotra, Jakuba i Jana oraz ojca i matki dziecka. A wszyscy płakali i żałowali jej. Lecz On rzekł: Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi. I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła. On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: Dziewczynko, wstań! Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść. (Łk 8, 43-47,51-55)
Myślę, że przez analogię możemy zrozumieć sens chrztu Pana Jezusa. To nie On potrzebował oczyszczenia, ale Jego chrzest nadał moc sakramentowi chrztu. Chrzest Janowy był symboliczny, był gestem nie mającym rzeczywistej mocy. Pan Jezus „dotknął” wody używanej w tym sakramencie i nadał jej i samemu sakramentowi moc oczyszczania z grzechów. Przez chrzest Pana Jezusa nasz chrzest jest czymś więcej niż symbolem. Stał się sakramentem mającym rzeczywistą moc zmycia naszych grzechów. Bo to nie woda oczyściła Pana Jezusa w Jego chrzcie, ale On uświęcił wodę, by nasz chrzest był tym, czym rzeczywiście jest: Sakramentem powodującym, że stajemy się Dziećmi Bożymi, stajemy się członkami Kościoła, członkami mistycznego Ciała Jezusa i oczyszczeni możemy osiągnąć życie wiecznie.
.
Pamiętamy wszyscy, że pan Jezus urodził się jako Żyd i podlegał Prawu Mojżeszowemu. Był obrzezany w ósmym dniu, ofiarowany Bogu w czterdziestym, odwiedzał Świątynie w nakazanych terminach itd., itp. Równocześnie wiemy, że wiele przepisów interpretował inaczej niż uczeni w piśmie i faryzeusze. Nie tak, jak by był podległym Prawu, ale jakby był Prawodawcą. Widzimy to na przykład w dniach szabatu, gdzie Jezus robi wiele dobrego, ale ta działalność gorszy faryzeuszy, uważających, że w tym dniu nie należy robić nic.
Prawo wówczas obowiązujące miało wiele zakazów. Łamanie ich powodowało, że człowiek stawał się „nieczysty”. Księga Kapłańska jest pełna przepisów szczegółowo mówiących w jaki sposób to się staje. Między innymi przez dotknięcie zmarłego, trędowatego, czy krwawiącej kobiety. Tymczasem Jezus dotykając zmarłej córeczki Jaira, czy też trędowatego, albo gdy krwawiąca kobieta dotknęła się Jego płaszcza nie tylko nie spowodowało to, że Jezus stał się nieczysty, ale wręcz odwrotnie: Jego świętość, Jego czystość „przeszła” na chorych, trędowatych, zmarłych i spowodowała ich oczyszczenie.
Gdy przebywał w jednym z miast, zjawił się człowiek cały pokryty trądem. Gdy ujrzał Jezusa, upadł na twarz i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Jezus wyciągnął rękę i dotknął go, mówiąc: Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast trąd z niego ustąpił. (Łk 5,12-13)
A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi; całe swe mienie wydała na lekarzy, a żaden nie mógł jej uleczyć. Podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza, a natychmiast ustał jej upływ krwi. Lecz Jezus zapytał: Kto się Mnie dotknął? Gdy wszyscy się wypierali, Piotr powiedział: Mistrzu, to tłumy zewsząd Cię otaczają i ściskają. Lecz Jezus rzekł: Ktoś się Mnie dotknął, bo poznałem, że moc wyszła ode Mnie. Wtedy kobieta, widząc, że się nie ukryje, zbliżyła się drżąca i upadłszy przed Nim opowiedziała wobec całego ludu, dlaczego się Go dotknęła i jak natychmiast została uleczona.[…] Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, oprócz Piotra, Jakuba i Jana oraz ojca i matki dziecka. A wszyscy płakali i żałowali jej. Lecz On rzekł: Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi. I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła. On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: Dziewczynko, wstań! Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść. (Łk 8, 43-47,51-55)
Myślę, że przez analogię możemy zrozumieć sens chrztu Pana Jezusa. To nie On potrzebował oczyszczenia, ale Jego chrzest nadał moc sakramentowi chrztu. Chrzest Janowy był symboliczny, był gestem nie mającym rzeczywistej mocy. Pan Jezus „dotknął” wody używanej w tym sakramencie i nadał jej i samemu sakramentowi moc oczyszczania z grzechów. Przez chrzest Pana Jezusa nasz chrzest jest czymś więcej niż symbolem. Stał się sakramentem mającym rzeczywistą moc zmycia naszych grzechów. Bo to nie woda oczyściła Pana Jezusa w Jego chrzcie, ale On uświęcił wodę, by nasz chrzest był tym, czym rzeczywiście jest: Sakramentem powodującym, że stajemy się Dziećmi Bożymi, stajemy się członkami Kościoła, członkami mistycznego Ciała Jezusa i oczyszczeni możemy osiągnąć życie wiecznie.
.
Subscribe to:
Posts (Atom)