Pisałem już parokrotnie o amerykańskiej rozgłośni radiowej i stacji telewizyjnej EWTN. To największe na świecie katolickie medialne imperium zostało stworzone 25 lat temu przez niemal 60-letnią zakonnicę, klauzurową klaryskę, matkę Angelikę. Jak to się stało, że jej się powiodło to, czego nie byli w stanie dokonać inni? Kilku milionerów i synod biskupów amerykańskich Kościoła Katolickiego wielokrotnie próbowali, niezależnie od siebie, zbudować katolickie radio w USA. Jedyne, co osiągnęli, to zmarnowanie milionów dolarów. Matka Angelica bez grosza przy duszy, bez komisji, ekspertyz, zespołów doradców, ale za to z wiarą, że robi to, czego Jezus od niej wymaga dokonała rzeczy graniczącej z cudem. Albo raczej to Bóg dokonał cudu, wysłuchując modlitw sióstr i niemożliwe stało się faktem.
Kim jednak jest ta matka Angelica? Jest to tak zdumiewająca postać, że postanowiłem szerzej o niej napisać. Wszystkie fakty podane poniżej będą pochodziły z książki Raymonda Arroyo pod tytułem „Mother Angelica. The Remarkable Story of a Nun, Her Nerve, and a Network of Miracles”.
Matka Angelika urodziła się 20. kwietnia 1923, roku w Canton, Ohio. Niewielkie, przemysłowe miasto godzinę drogi od Cleveland, zamieszkałe głównie przez imigrantów szukających pracy za oceanem. Jej prawdziwe nazwisko to Rita Rizzo. Region miasta, gdzie mieszkała jako dziecko, to prawdziwe slumsy, getto włoskich imigrantów, rządzone przez „Czarną Rękę”, organizację kryminalną mającą swe korzenie na Sycylii.
Matka Angelica pamięta taki epizod ze swego dzieciństwa ilustrujący warunki, w jakich się wychowywała. Jej wujek miał bar, „saloon”, który był bardzo popularnym miejscem wśród miejscowej ludności. Matka mającej może z pięć lat Rity zostawiła ją tam pod opieką krewnych. Wuj, żeby nie przeszkadzała w barze, dał jej kufel piwa i kilka precli i kazał jej iść na dwór. Rita pamięta, że akurat przechodziła tamtędy orkiestra Armii Zbawienia i jak zobaczyli kilkuletnie dziecko siedzące na krawężniku, z kuflem piwa w ręce i to w czasach prohibicji, zatrzymali się i zaczęli się modlić o jej zbawienie.
Rita nie była oczekiwanym, kochanym dzieckiem. Ojciec jak tylko się dowiedział, że jej matka jest ona w ciąży opuścił ich, a kilka lat później jej rodzice się rozwiedli. Rita Rizzo była jedynym dzieckiem rozwiedzionych rodziców w katolickiej szkole w Canton i siostry uczące w tej szkole dyskryminowały ją za to. Gdy na przykład z okazji Świąt dzieci otrzymywały drobne prezenty, Rita jako jedyna dostawała stare, używane i zniszczone zabawki. Nienawidziła swe nauczycielki za to z całego serca.
Matka Rity musiała sama zarobić na utrzymanie siebie i córki, choć nie było to łatwe w latach wielkiej depresji. Pracowała jako praczka, ale to Rita musiała jej pomagać, rozwożąc sama pranie klientom do domu. Rita już w wieku jedenastu lat sama prowadziła samochód, zastępując matkę nękaną ciągłymi depresjami.
Mała Rita pamięta z dzieciństwa jeszcze jeden epizod, który wart jest opowiedzenia. Wracała od dentysty i przebiegając do autobusu przez szeroką ulicę zobaczyła nagle kątem oka światła pędzącej na nią ciężarówki. Zamarła z przerażenia i zamknęła oczy. Nagle poczuła, jak jakieś ręce chwyciły ją pod pachami i przeniosły na bezpieczne miejsce, koło zaparkowanych samochodów. Następnego dnia kierowca autobusu opowiadał jej matce: „To był prawdziwy cud. Nigdy nie widziałem nikogo, kto tak wysoko potrafi podskoczyć”.
W grudniu 1940. roku Rita zaczęła odczuwać bardzo intensywne bóle brzucha. „Największy dar, jaki Bóg mi kiedykolwiek dał” – mówiła później Matka Angelica. Przez lata lekarze nie mogli znaleźć przyczyny tego bólu i uważali go za nerwicę. Rita nie mogła jeść, nękały ją biegunki i intensywny ból nie opuszczał jej całymi dniami. Musiała ubierać specjalny gorset, gdyż inaczej nie była nawet w stanie chodzić. Była na surowej diecie, bo zjedzenie jakiejkolwiek ciężej strawnej potrawy musiała odchorować.
Przyjaciółka mamy, która pracowała jako sprzątaczka w domach zamożniejszych mieszkańców Canton namówiła ją, żeby zabrała Ritę do Rhody Wise. Rhoda, protestantka, sama cierpiąca przez lata na wiele schorzeń, podczas jednego ze swych licznych szpitalnych pobytów została przekonana przez odwiedzającą ją zakonnicę, by zaczęła się modlić Modlitwą Różańcową i by zmówiła Nowennę do świętej Tereski od Dzieciątka Jezus w intencji swego uzdrowienia. Początkowo nie miała zamiaru słuchać katolickiej zakonnicy, ale bezustanny ból spowodował, że zmieniła zdanie.
Rhoda Wise została wyleczona ze swej choroby. W konsekwencji przeszła na katolicyzm. Była wizjonerką, twierdziła, że miała widzenie Jezusa i świętej Tereski. Otrzymała także dar widzialnych stygmatów. Była odwiedzana w swym domu przez wielu chorych i wielu odzyskało zdrowie po wizycie u mistyczki i stygmatyczki. Nawet świecka prasa z ówczesnych lat podaje wiele świadectw ludzi twierdzących, że w cudowny sposób odzyskali zdrowie podczas wizyty u Rhody Wise.
Rita Rizzo nie bardzo wierzyła w to, że mogłaby odzyskać w cudowny sposób zdrowie, ale poszła, bo jej matka nalegała na to. Rita nie miała zbyt głębokiej wiary w tym czasie. Prawdę mówiąc można by powiedzieć, że nie miała żadnej wiary. Jednak widząc, że taka wizyta sprawi radość matce, która sama miała ciągłe problemy ze swą psychiką, zrobiła to dla niej. Sama wizyta była raczej mało przekonywująca i nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego. Mistyczka nakazała Ricie usiąść na krześle, na którym „siedział Jezus” podczas widzenia. Rozmawiały pół godziny, Rhoda Wise nakazała jej modlić się, odmówić nowennę do Świętej Tereski i był to koniec wizyty.
Po powrocie do domu rzeczywiście Rita z całą rodziną codziennie odmawiała nowennę. Dziewiątego dnia, po skończonej modlitwie odczuła ona taki ból, jak gdyby jej ktoś wyrywał żołądek. Ból jednak zaraz ustał i poczuła ona, że jest całkowicie uzdrowiona. Poleciała do babci do kuchni i zażądała, by babcia jej usmażyła kotleta. „Ależ ty nie możesz jadać kotletów”. „Mogę, babciu, popatrz” –powiedziała Rita, pokazując brzuch, który do niedawna zniekształcony i zaczerwieniony prezentował się zupełnie zdrowo. Aby udowodnić zdumionej rodzinie, że uzdrowienie było prawdziwe, Rita nawet poprosiła 10-letnią kuzynkę Joannę, żeby ta skakała po jej brzuchu. Joanna do dziś pamięta: „Jej brzuch był jak skała, twardy i zupełnie zdrowy”.
Po cudownym uzdrowieniu Rita zmieniła się całkowicie. „Wiedziałem, że jest Bóg i wiedziałam, że mnie kocha i że interesuje się mną. Nigdy wcześniej tego nie wiedziałam. Wszystko, czego teraz pragnęłam, to oddać się całkowicie Jezusowi”. Zaczęła czytać religijne książki, zaczęła regularnie praktykować katolickie zwyczaje, jak modlitwa Drogi Krzyżowej i po kilkunastu miesiącach, piętnastego sierpnia 1944. roku, wstąpiła do franciszkańskiego monasteru Świętego Pawła Nieustającej Adoracji w Cleveland, Ohio.
CDN.
Wednesday, February 06, 2008
Chrzest Pana Jezusa
Kilka tygodni temu obchodziliśmy w Kościele Święto Chrztu Pańskiego. Pan Jezus przyszedł nad Jordan, gdzie Święty Jan chrzcił i nawoływał do nawrócenia i poprosił o to, by i Jego Św. Jan także ochrzcił. Święty Jan nie rozumiał tej prośby, gdyż będąc prorokiem wiedział, że Jezus jest Mesjaszem i wiedział, że to raczej on, Jan, powinien być ochrzczony przez Jezusa. Nasz Pan jednak nalegał i Jan Go ochrzcił. Jan jednak nie był jedynym, który nie rozumiał dlaczego Pan Jezus chciał się ochrzcić. My także często tego nie rozumiemy. Mnie się wydaje, że żeby zrozumieć czym był chrzest Pana Jezusa trzeba spojrzeć na cale Jego życie jako nauczyciela w Palestynie. Na to, co robił i jakie miało to skutki.
Pamiętamy wszyscy, że pan Jezus urodził się jako Żyd i podlegał Prawu Mojżeszowemu. Był obrzezany w ósmym dniu, ofiarowany Bogu w czterdziestym, odwiedzał Świątynie w nakazanych terminach itd., itp. Równocześnie wiemy, że wiele przepisów interpretował inaczej niż uczeni w piśmie i faryzeusze. Nie tak, jak by był podległym Prawu, ale jakby był Prawodawcą. Widzimy to na przykład w dniach szabatu, gdzie Jezus robi wiele dobrego, ale ta działalność gorszy faryzeuszy, uważających, że w tym dniu nie należy robić nic.
Prawo wówczas obowiązujące miało wiele zakazów. Łamanie ich powodowało, że człowiek stawał się „nieczysty”. Księga Kapłańska jest pełna przepisów szczegółowo mówiących w jaki sposób to się staje. Między innymi przez dotknięcie zmarłego, trędowatego, czy krwawiącej kobiety. Tymczasem Jezus dotykając zmarłej córeczki Jaira, czy też trędowatego, albo gdy krwawiąca kobieta dotknęła się Jego płaszcza nie tylko nie spowodowało to, że Jezus stał się nieczysty, ale wręcz odwrotnie: Jego świętość, Jego czystość „przeszła” na chorych, trędowatych, zmarłych i spowodowała ich oczyszczenie.
Gdy przebywał w jednym z miast, zjawił się człowiek cały pokryty trądem. Gdy ujrzał Jezusa, upadł na twarz i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Jezus wyciągnął rękę i dotknął go, mówiąc: Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast trąd z niego ustąpił. (Łk 5,12-13)
A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi; całe swe mienie wydała na lekarzy, a żaden nie mógł jej uleczyć. Podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza, a natychmiast ustał jej upływ krwi. Lecz Jezus zapytał: Kto się Mnie dotknął? Gdy wszyscy się wypierali, Piotr powiedział: Mistrzu, to tłumy zewsząd Cię otaczają i ściskają. Lecz Jezus rzekł: Ktoś się Mnie dotknął, bo poznałem, że moc wyszła ode Mnie. Wtedy kobieta, widząc, że się nie ukryje, zbliżyła się drżąca i upadłszy przed Nim opowiedziała wobec całego ludu, dlaczego się Go dotknęła i jak natychmiast została uleczona.[…] Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, oprócz Piotra, Jakuba i Jana oraz ojca i matki dziecka. A wszyscy płakali i żałowali jej. Lecz On rzekł: Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi. I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła. On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: Dziewczynko, wstań! Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść. (Łk 8, 43-47,51-55)
Myślę, że przez analogię możemy zrozumieć sens chrztu Pana Jezusa. To nie On potrzebował oczyszczenia, ale Jego chrzest nadał moc sakramentowi chrztu. Chrzest Janowy był symboliczny, był gestem nie mającym rzeczywistej mocy. Pan Jezus „dotknął” wody używanej w tym sakramencie i nadał jej i samemu sakramentowi moc oczyszczania z grzechów. Przez chrzest Pana Jezusa nasz chrzest jest czymś więcej niż symbolem. Stał się sakramentem mającym rzeczywistą moc zmycia naszych grzechów. Bo to nie woda oczyściła Pana Jezusa w Jego chrzcie, ale On uświęcił wodę, by nasz chrzest był tym, czym rzeczywiście jest: Sakramentem powodującym, że stajemy się Dziećmi Bożymi, stajemy się członkami Kościoła, członkami mistycznego Ciała Jezusa i oczyszczeni możemy osiągnąć życie wiecznie.
.
Pamiętamy wszyscy, że pan Jezus urodził się jako Żyd i podlegał Prawu Mojżeszowemu. Był obrzezany w ósmym dniu, ofiarowany Bogu w czterdziestym, odwiedzał Świątynie w nakazanych terminach itd., itp. Równocześnie wiemy, że wiele przepisów interpretował inaczej niż uczeni w piśmie i faryzeusze. Nie tak, jak by był podległym Prawu, ale jakby był Prawodawcą. Widzimy to na przykład w dniach szabatu, gdzie Jezus robi wiele dobrego, ale ta działalność gorszy faryzeuszy, uważających, że w tym dniu nie należy robić nic.
Prawo wówczas obowiązujące miało wiele zakazów. Łamanie ich powodowało, że człowiek stawał się „nieczysty”. Księga Kapłańska jest pełna przepisów szczegółowo mówiących w jaki sposób to się staje. Między innymi przez dotknięcie zmarłego, trędowatego, czy krwawiącej kobiety. Tymczasem Jezus dotykając zmarłej córeczki Jaira, czy też trędowatego, albo gdy krwawiąca kobieta dotknęła się Jego płaszcza nie tylko nie spowodowało to, że Jezus stał się nieczysty, ale wręcz odwrotnie: Jego świętość, Jego czystość „przeszła” na chorych, trędowatych, zmarłych i spowodowała ich oczyszczenie.
Gdy przebywał w jednym z miast, zjawił się człowiek cały pokryty trądem. Gdy ujrzał Jezusa, upadł na twarz i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Jezus wyciągnął rękę i dotknął go, mówiąc: Chcę, bądź oczyszczony. I natychmiast trąd z niego ustąpił. (Łk 5,12-13)
A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi; całe swe mienie wydała na lekarzy, a żaden nie mógł jej uleczyć. Podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza, a natychmiast ustał jej upływ krwi. Lecz Jezus zapytał: Kto się Mnie dotknął? Gdy wszyscy się wypierali, Piotr powiedział: Mistrzu, to tłumy zewsząd Cię otaczają i ściskają. Lecz Jezus rzekł: Ktoś się Mnie dotknął, bo poznałem, że moc wyszła ode Mnie. Wtedy kobieta, widząc, że się nie ukryje, zbliżyła się drżąca i upadłszy przed Nim opowiedziała wobec całego ludu, dlaczego się Go dotknęła i jak natychmiast została uleczona.[…] Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, oprócz Piotra, Jakuba i Jana oraz ojca i matki dziecka. A wszyscy płakali i żałowali jej. Lecz On rzekł: Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi. I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła. On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: Dziewczynko, wstań! Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść. (Łk 8, 43-47,51-55)
Myślę, że przez analogię możemy zrozumieć sens chrztu Pana Jezusa. To nie On potrzebował oczyszczenia, ale Jego chrzest nadał moc sakramentowi chrztu. Chrzest Janowy był symboliczny, był gestem nie mającym rzeczywistej mocy. Pan Jezus „dotknął” wody używanej w tym sakramencie i nadał jej i samemu sakramentowi moc oczyszczania z grzechów. Przez chrzest Pana Jezusa nasz chrzest jest czymś więcej niż symbolem. Stał się sakramentem mającym rzeczywistą moc zmycia naszych grzechów. Bo to nie woda oczyściła Pana Jezusa w Jego chrzcie, ale On uświęcił wodę, by nasz chrzest był tym, czym rzeczywiście jest: Sakramentem powodującym, że stajemy się Dziećmi Bożymi, stajemy się członkami Kościoła, członkami mistycznego Ciała Jezusa i oczyszczeni możemy osiągnąć życie wiecznie.
.
Sunday, January 27, 2008
Orędzie z Medjugorie 25 I 2008
Drogie dzieci! W okresie wielkopostnym przybliżacie się do czasu łaski. Wasze serce, niczym zorana ziemia, gotowe jest na przyjęcie plonu, który przyniesie dobro. Dziatki, macie wolność wyboru pomiędzy dobrem i złem. Dlatego wzywam was módlcie się i pośćcie. W waszych sercach posadźcie radość, a owoce radości, dla waszego dobra, wyrosną w waszych sercach. Inni to zobaczą i przyjmą dzięki waszemu życiu. Wyrzeknijcie się grzechu i wybierzcie życie wieczne. Jestem z wami i oręduję za wami przed moim Synem. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.
Thursday, January 10, 2008
Nie wystarczy uwierzyć. Trzeba jeszcze siąść w taczkach.
Święta, święta i już po. Aż trudno uwierzyć, że tłusty czwartek już za trzy tygodnie, a do Środy Popielcowej zostało 26 dni. Najkrótszy karnawał od niemal stu lat. A ja, jak zwykle spóźniony, chciałem napisać coś o święcie, jakie było w ostatnią niedzielę. Chodzi oczywiście o Święto Trzech Króli.
Co prawda najprawdopodobniej nie byli to wcale królowie i nie jest też pewne, czy było ich trzech, ale tradycja, ta przez małe „t” tak utrzymuje i nawet nadała im imiona Kacper, Melchior i Baltazar. Być może dlatego myślimy, że było ich trzech, bo Biblia wspomina o trzech darach, jakie przynieśli. Jednak wcale nie jest pewne, czy każdy z nich przyszedł z innym darem. Mogło być ich dwóch, mogło być więcej. Niemal pewne jest także, że nie byli to królowie, ale raczej magowie, astrologowie, czy mędrcy z Persji lub krainy Medów.
Nie jest też wcale pewne, że odwiedzili oni Jezusa w stajence. Raczej jest to wręcz mało prawdopodobne. Tekst Biblii sugeruje, że przybyli oni znacznie później i odwiedzili Świętą Rodzinę już w domu. Bowiem po narodzinach Jezusa, gdy tłumy przybyłe w związku ze spisem ludności rozjechały się do domów, nie było już powodu, dla którego Józef nie mógłby znaleźć jakiegoś znacznie przytulniejszego locum dla swej rodziny. Skoro pochodził on z Betlejem, zapewne miał tam jakiś krewnych i jest całkiem prawdopodobne, że pozostał tam jakiś czas, zamiast narażać Maryję i nowo narodzone dziecko na uciążliwą powrotną drogę. Zobaczmy sami co podaje nam Biblia:
Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. […] Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał /oprawców/ do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. (Mt 2, 7-12,16)
Jak widzimy Mędrcy „weszli do domu”, nie do stajenki, a oszukany Herod „kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców.” Czyli Biblia potwierdza, że Święta Rodzina mogła zamieszkać w Betlejem dłużej. Może niekoniecznie aż dwa lata, Herod „na wszelki wypadek” mógł pozabijać nawet starsze dzieci, ale chyba możemy przyjąć, że mieszkali tam co najmniej kilka, czy kilkanaście miesięcy. Możliwe jest też, że gwiazda ukazała się na niebie dopiero w momencie narodzin Pana Jezusa, a w tamtych czasach wędrówka z Persji do Palestyny zapewne mogła zająć wiele tygodni. A przecież mędrcy nie ruszyli tego wieczora, kiedy ujrzeli gwiazdę. Zapewne długo sprawdzali najpierw co to za fenomen powstał na niebie. Pamiętajmy, że to były czasy przed powstaniem Internetu, więc poszukiwania takie były dość pracochłonne.
Jest jeszcze jeden aspekt historii Narodzenia Pana Jezusa i odwiedzenia Go przez Mędrców, na który chciałem zwrócić uwagę. Mianowicie chodzi o wiarę i o to, co z nią zrobimy. Wielu protestantów, zwłaszcza fundamentalistów i „Evangelical Christians” uważa, że człowiek jest zbawiony tylko przez wiarę i zarzuca nam, katolikom, że my chcemy sobie „zapracować na niebo”. Ale Biblia wyraźnie uczy, że sama wiara, wiara abstrakcyjna nie ma żadnej zbawczej mocy. Święty Jakub wręcz mówi:
Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą. Chcesz zaś zrozumieć, nierozumny człowieku, że wiara bez uczynków jest bezowocna? (Jk 2,19-20)
W opowiadaniu o narodzinach Pana Jezusa mamy trzy, lub może nawet cztery postawy ludzi, którzy uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem. Niekoniecznie wiedzieli do końca co to oznacza, ale byli przekonani w swych sercach i w swoim rozumie, że jest to Król Żydowski. Jednak to, co zrobili ze swą wiarą różni ich diametralnie.
Pierwszą grupą byli pasterze:
W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie. I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania. Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił. Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. (Łk 2,8-20)
Im wiara została „podana na talerzu”, sami aniołowie im oznajmili narodziny Zbawiciela. I gdy tylko się to stało, „udali się z pośpiechem” do żłóbka by oddać cześć Jezusowi. „Wielbili i wysławiali Boga” za to, co się stało i czego byli świadkami.
Mędrcy ze wschodu nie mieli żadnych odwiedzin anielskich. Sami musieli szukać, badać księgi, ale jak swą wytrwałą pracą doszukali się prawdy o przyjściu Mesjasza, zareagowali tak, jak pasterze. Niezwłocznie ruszyli w długą i uciążliwą drogę, aby oddać cześć nowonarodzonemu Królowi.
Herod, gdy przyjął Mędrców, zaczął ich rozpytywać o czas ukazania się gwiazdy. Zapytał też arcykapłanów i uczonych ludu:
Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok. (Mt 2,4-5)
Mamy tu dwie kolejne postawy. Zarówno uczeni i arcykapłani, jak i Herod uwierzyli, że narodził się Mesjasz. Ale uczeni po prostu przekazali swą wiedzę Herodowi, nie biorąc jej do serca. Wiedza ta nie miała żadnego wpływu na ich życie, na ich wewnętrzną postawę.
A Herod? On, niestety, także uwierzył, ale to tylko spowodowało u niego chęć pozbycia się „rywala”. Z historii wiemy, że Herod zamordował swą własną matkę i synów, bo obawiał się, że chcą oni pozbawić go tronu. Nie dziwi więc, że gdy dowiedział się o narodzinach Króla Żydowskiego, zareagował w taki sam sposób.
No, a my? Do której z tych grup my się zaliczamy? Ale tak naprawdę? Niektórzy z nas otrzymali wiarę jak pasterze. Może nie całkiem objawili nam prawdę o Mesjaszu aniołowie, ale opowiedzieli nam o Nim rodzice, babcie, katecheci. Inni dochodzili do poznania prawdy o Jezusie długimi latami. Nieraz dalej szukają, nie będąc pewnymi. Innym opowiedzieli o Nim „uczeni ludu”. Jeszcze inni są tymi „uczonymi”. Teologami, katechetami. Ale co robimy z tą naszą wiarą?
Czy udajemy się niezwłocznie do Jezusa oddać Mu pokłon i zaczynamy żyć nauką, którą On nam przekazał? Czy też nasza wiara, nasza wiedza o Nim jest czysto akademicka i nie ma żadnego praktycznego wpływu na nasze życie? Czy może wręcz zwalczamy Go, na przykład aktywnie i głośno negując nauczanie Kościoła. Zapytacie co ma krytyka Kościoła wspólnego z Jezusem? Moim zdaniem wiele. Bo Kościół nie tylko nieomylnie przekazuje nam naukę Jezusa, ale jest Jego mistycznym Ciałem.
Bo nie wystarczy uwierzyć, że Jezus jest Synem Bożym. Nikt nie pozostanie do końca niedowiarkiem. Uwierzą w Niego nawet najwięksi sceptycy, materialiści i ateiści. Uwierzą w Niego jak Go spotkają w momencie śmierci. Ale to nie wiara zbawia. Nie taka wiara. Jezusa musimy przyjąć do naszych serc i postępować według Jego nauki. Taka wiara jest żywa i tylko taka wiara ma zbawczą moc.
Najpopularniejszy werset wśród Evangelical Christians i fundamentalistów to niewątpliwie J 3,16:
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.
Często jest on cytowany jako dowód, że wystarczy uwierzyć i nic więcej nam nie trzeba. Ale, jak wszyscy wiemy, tekst bez kontekstu jest co najwyżej pretekstem. Zobaczmy co dalej mówi nam Święty Jan:
Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,17-21)
Skoro więc uwierzyliśmy, „spełniajmy wymagania prawdy” i nie bądźmy jak ci ludzie, co „bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło”. Bo prawdziwą, żywą wiarę poznaje się nie po tym, co kto wie, ale po tym, co robi z tą wiedzą. A żeby lepiej zilustrować różnicę, opowiem anegdotkę, którą kiedyś uslyszałem. Anegdotkę o prawdziwej wierze.
Nad Niagarą rozciągnięto linę i jakiś cyrkowiec postanowił przejść po tej linie nad przepaścią wodospadu. Zebrały się tłumy i głośno go dopingowały. "Naprawdę wierzycie, że potrafię to zrobić?" zapytał. "Wierzymy, wierzymy", odpowiedziały tłumy. Cyrkowiec przeszedł, po czym zapowiada: "A teraz przejdę w drugą stronę, tym razem z zawiązanymi oczami. Wierzycie, że to zrobię?" "Wierzymy" krzyczał tłum. Artysta ponownie przeszedł nad przepaścią i znowu mówi: "Teraz trzecia, najtrudniejsza próba. Przejdę z zawiązanymi oczami, bez tego pręta pomagającego utrzymać mi równowagę, ale za to pchając przed sobą po linie taczki z siedzącym w nich człowiekiem. Wierzycie, że to zrobię? Wierzycie, że mi się uda?" "Wierzymy, wierzymy" odpowiada podekscytowany tłum. "Wspaniale. W takim razie potrzebuję do taczek jednego ochotnika".
Właśnie. Jaka jest więc nasza wiara? Czy naprawdę jesteśmy gotowi siąść w tych taczkach? A jeżeli nie, to dlaczego? Pomyślmy o tym.
Co prawda najprawdopodobniej nie byli to wcale królowie i nie jest też pewne, czy było ich trzech, ale tradycja, ta przez małe „t” tak utrzymuje i nawet nadała im imiona Kacper, Melchior i Baltazar. Być może dlatego myślimy, że było ich trzech, bo Biblia wspomina o trzech darach, jakie przynieśli. Jednak wcale nie jest pewne, czy każdy z nich przyszedł z innym darem. Mogło być ich dwóch, mogło być więcej. Niemal pewne jest także, że nie byli to królowie, ale raczej magowie, astrologowie, czy mędrcy z Persji lub krainy Medów.
Nie jest też wcale pewne, że odwiedzili oni Jezusa w stajence. Raczej jest to wręcz mało prawdopodobne. Tekst Biblii sugeruje, że przybyli oni znacznie później i odwiedzili Świętą Rodzinę już w domu. Bowiem po narodzinach Jezusa, gdy tłumy przybyłe w związku ze spisem ludności rozjechały się do domów, nie było już powodu, dla którego Józef nie mógłby znaleźć jakiegoś znacznie przytulniejszego locum dla swej rodziny. Skoro pochodził on z Betlejem, zapewne miał tam jakiś krewnych i jest całkiem prawdopodobne, że pozostał tam jakiś czas, zamiast narażać Maryję i nowo narodzone dziecko na uciążliwą powrotną drogę. Zobaczmy sami co podaje nam Biblia:
Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. […] Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał /oprawców/ do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. (Mt 2, 7-12,16)
Jak widzimy Mędrcy „weszli do domu”, nie do stajenki, a oszukany Herod „kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców.” Czyli Biblia potwierdza, że Święta Rodzina mogła zamieszkać w Betlejem dłużej. Może niekoniecznie aż dwa lata, Herod „na wszelki wypadek” mógł pozabijać nawet starsze dzieci, ale chyba możemy przyjąć, że mieszkali tam co najmniej kilka, czy kilkanaście miesięcy. Możliwe jest też, że gwiazda ukazała się na niebie dopiero w momencie narodzin Pana Jezusa, a w tamtych czasach wędrówka z Persji do Palestyny zapewne mogła zająć wiele tygodni. A przecież mędrcy nie ruszyli tego wieczora, kiedy ujrzeli gwiazdę. Zapewne długo sprawdzali najpierw co to za fenomen powstał na niebie. Pamiętajmy, że to były czasy przed powstaniem Internetu, więc poszukiwania takie były dość pracochłonne.
Jest jeszcze jeden aspekt historii Narodzenia Pana Jezusa i odwiedzenia Go przez Mędrców, na który chciałem zwrócić uwagę. Mianowicie chodzi o wiarę i o to, co z nią zrobimy. Wielu protestantów, zwłaszcza fundamentalistów i „Evangelical Christians” uważa, że człowiek jest zbawiony tylko przez wiarę i zarzuca nam, katolikom, że my chcemy sobie „zapracować na niebo”. Ale Biblia wyraźnie uczy, że sama wiara, wiara abstrakcyjna nie ma żadnej zbawczej mocy. Święty Jakub wręcz mówi:
Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą. Chcesz zaś zrozumieć, nierozumny człowieku, że wiara bez uczynków jest bezowocna? (Jk 2,19-20)
W opowiadaniu o narodzinach Pana Jezusa mamy trzy, lub może nawet cztery postawy ludzi, którzy uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem. Niekoniecznie wiedzieli do końca co to oznacza, ale byli przekonani w swych sercach i w swoim rozumie, że jest to Król Żydowski. Jednak to, co zrobili ze swą wiarą różni ich diametralnie.
Pierwszą grupą byli pasterze:
W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie. I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania. Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił. Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. (Łk 2,8-20)
Im wiara została „podana na talerzu”, sami aniołowie im oznajmili narodziny Zbawiciela. I gdy tylko się to stało, „udali się z pośpiechem” do żłóbka by oddać cześć Jezusowi. „Wielbili i wysławiali Boga” za to, co się stało i czego byli świadkami.
Mędrcy ze wschodu nie mieli żadnych odwiedzin anielskich. Sami musieli szukać, badać księgi, ale jak swą wytrwałą pracą doszukali się prawdy o przyjściu Mesjasza, zareagowali tak, jak pasterze. Niezwłocznie ruszyli w długą i uciążliwą drogę, aby oddać cześć nowonarodzonemu Królowi.
Herod, gdy przyjął Mędrców, zaczął ich rozpytywać o czas ukazania się gwiazdy. Zapytał też arcykapłanów i uczonych ludu:
Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok. (Mt 2,4-5)
Mamy tu dwie kolejne postawy. Zarówno uczeni i arcykapłani, jak i Herod uwierzyli, że narodził się Mesjasz. Ale uczeni po prostu przekazali swą wiedzę Herodowi, nie biorąc jej do serca. Wiedza ta nie miała żadnego wpływu na ich życie, na ich wewnętrzną postawę.
A Herod? On, niestety, także uwierzył, ale to tylko spowodowało u niego chęć pozbycia się „rywala”. Z historii wiemy, że Herod zamordował swą własną matkę i synów, bo obawiał się, że chcą oni pozbawić go tronu. Nie dziwi więc, że gdy dowiedział się o narodzinach Króla Żydowskiego, zareagował w taki sam sposób.
No, a my? Do której z tych grup my się zaliczamy? Ale tak naprawdę? Niektórzy z nas otrzymali wiarę jak pasterze. Może nie całkiem objawili nam prawdę o Mesjaszu aniołowie, ale opowiedzieli nam o Nim rodzice, babcie, katecheci. Inni dochodzili do poznania prawdy o Jezusie długimi latami. Nieraz dalej szukają, nie będąc pewnymi. Innym opowiedzieli o Nim „uczeni ludu”. Jeszcze inni są tymi „uczonymi”. Teologami, katechetami. Ale co robimy z tą naszą wiarą?
Czy udajemy się niezwłocznie do Jezusa oddać Mu pokłon i zaczynamy żyć nauką, którą On nam przekazał? Czy też nasza wiara, nasza wiedza o Nim jest czysto akademicka i nie ma żadnego praktycznego wpływu na nasze życie? Czy może wręcz zwalczamy Go, na przykład aktywnie i głośno negując nauczanie Kościoła. Zapytacie co ma krytyka Kościoła wspólnego z Jezusem? Moim zdaniem wiele. Bo Kościół nie tylko nieomylnie przekazuje nam naukę Jezusa, ale jest Jego mistycznym Ciałem.
Bo nie wystarczy uwierzyć, że Jezus jest Synem Bożym. Nikt nie pozostanie do końca niedowiarkiem. Uwierzą w Niego nawet najwięksi sceptycy, materialiści i ateiści. Uwierzą w Niego jak Go spotkają w momencie śmierci. Ale to nie wiara zbawia. Nie taka wiara. Jezusa musimy przyjąć do naszych serc i postępować według Jego nauki. Taka wiara jest żywa i tylko taka wiara ma zbawczą moc.
Najpopularniejszy werset wśród Evangelical Christians i fundamentalistów to niewątpliwie J 3,16:
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.
Często jest on cytowany jako dowód, że wystarczy uwierzyć i nic więcej nam nie trzeba. Ale, jak wszyscy wiemy, tekst bez kontekstu jest co najwyżej pretekstem. Zobaczmy co dalej mówi nam Święty Jan:
Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,17-21)
Skoro więc uwierzyliśmy, „spełniajmy wymagania prawdy” i nie bądźmy jak ci ludzie, co „bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło”. Bo prawdziwą, żywą wiarę poznaje się nie po tym, co kto wie, ale po tym, co robi z tą wiedzą. A żeby lepiej zilustrować różnicę, opowiem anegdotkę, którą kiedyś uslyszałem. Anegdotkę o prawdziwej wierze.
Nad Niagarą rozciągnięto linę i jakiś cyrkowiec postanowił przejść po tej linie nad przepaścią wodospadu. Zebrały się tłumy i głośno go dopingowały. "Naprawdę wierzycie, że potrafię to zrobić?" zapytał. "Wierzymy, wierzymy", odpowiedziały tłumy. Cyrkowiec przeszedł, po czym zapowiada: "A teraz przejdę w drugą stronę, tym razem z zawiązanymi oczami. Wierzycie, że to zrobię?" "Wierzymy" krzyczał tłum. Artysta ponownie przeszedł nad przepaścią i znowu mówi: "Teraz trzecia, najtrudniejsza próba. Przejdę z zawiązanymi oczami, bez tego pręta pomagającego utrzymać mi równowagę, ale za to pchając przed sobą po linie taczki z siedzącym w nich człowiekiem. Wierzycie, że to zrobię? Wierzycie, że mi się uda?" "Wierzymy, wierzymy" odpowiada podekscytowany tłum. "Wspaniale. W takim razie potrzebuję do taczek jednego ochotnika".
Właśnie. Jaka jest więc nasza wiara? Czy naprawdę jesteśmy gotowi siąść w tych taczkach? A jeżeli nie, to dlaczego? Pomyślmy o tym.
Thursday, January 03, 2008
Matka Boga i ulubione wersety w Biblii
Nie wiem jak Wy, ale ja mam swoje ulubione wersety w Biblii. Ile razy je widzę, powodują one jakieś ciepło w moim sercu i uśmiech na twarzy. Każdy, kto odwiedza moje strony w Internecie pewnie wie, które to są wersety. Prędzej, czy później natknie się na nie. A piszę o tym teraz, bo tak się złożyło, że niektóre z nich słyszeliśmy w ostatnich dniach w kościele.
Pierwszy stycznia to nie tylko Nowy Rok i Światowy Dzień Pokoju, ale przede wszystkim święto Maryi, Świętej Bożej Rodzicielki. Czyli Matki Boga. W tym dniu usłyszeliśmy tak znane z moich stronek błogosławieństwo:
Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. (Lb 6,24-26)
Błogosławieństwo rzeczywiście piękne, ale co z tą Matką Boga? Jak to Matka Boga? Jak Maryja, która jest tylko człowiekiem może być matką Kogoś, kto istnieje od zawsze? Kto nie ma początku? Często takie zarzuty stawiane są nam, katolikom. „Przesadzacie z tym uwielbianiem Maryi, nadając jej jakieś niezrozumiałe i wręcz bluźniercze tytuły”. Ale negowanie tego, że Maryja jest Matką Boga jest negowaniem tego, że Jezus jest Bogiem. Ten tytuł ma bowiem niewiele wspólnego z Maryją, za to bardzo dużo z tym, kim naprawdę jest Jezus.
Sam tytuł („Theotókos”) został Jej nadany na soborze powszechnym w Efezie w roku 431. Nestroriusz, patriarcha Konstantynopola i Cyryl, patriarcha Aleksandrii, nie tylko inaczej interpretowali słowa, że „Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”, ale także walczyli ze sobą o to, kto ma być przywódcą Kościoła na Wschodzie. Zwalczali się także w sferze politycznej, walcząc o wpływy w tamtym rejonie świata. (Więcej zainteresowani mogą przeczytać choćby tutaj: http://apologetyka.katoli...nt/view/387/56/ ) W wielkim skrócie powiem tylko, że pogląd Nestoriusza został potępiony i herezja ta znana jest dzisiaj jako „nestorianizm”. Nestorianizm to doktryna głosząca, że Jezus Chrystus składa się z dwóch odrębnych bytów: ludzkiego i boskiego. Według Nestoriusza więc Maryja urodziła „Jezusa-człowieka”, ale nie Boga. Cyryl nauczał, że Jezus jest jedną Osobą, Boską, ale mającą dwie natury: Boską i ludzką. Nie da się więc „dzielić” Jezusa na Boga i na człowieka. On jest cały czas, niepodzielnie, jednym i drugim. Zatem Maryja rodząc Go musiała urodzić Boga.
Pamiętam raz, jak przysłuchiwałem się debacie między Timem Staples i jakimś wrogo nastawionym do Kościoła Katolickiego fundamentalistą. Tim, sam były Zielonoświątkowiec, były pastor, aktywnie w swoim czasie zwalczający Kościół Katolicki, a teraz wielki obrońca Kościoła Katolickiego, zadał pytanie swemu adwersarzowi: „Czy Jezus był Bogiem zanim anioł Gabriel zwiastował Maryi, że pocznie i porodzi Syna?” „Tak, oczywiście”, odpowiedział jego rozmówca. „A czy Jezus był nadal Bogiem w minutę po Zwiastowaniu?” „Tak”. „A później… pięć miesięcy później, czy dziewięć, na moment przed Bożym Narodzeniem… Czy Jezus był ciągle Bogiem?” „Taaak… myślę, że tak…na pewno tak” z rozmysłem odpowiedział protestant, czując, że pakuje się w jakąś pułapkę. „A czy Jezus był Bogiem minutę po tym jak go urodziła Maryja?” „Tak”. To czy nie jest prawdą, że Maryja urodziła Boga, a więc jest Matką Boga?” „Nie!” –brzmiała natychmiastowa odpowiedź. Tak to bywa, jak nasze uprzedzenia są ważniejsze od logicznego myślenia.
Nikt w Kościele nie twierdzi, że boskość Jezusa jest w jakikolwiek sposób darem Maryi. Ale też nikt nie twierdzi, że, powiedzmy, moja mama dała mi duszę. Moja mama dała mi ciało, a duszę dostałem od Boga. Ale ja nie nazywam mojej mamy „Mamą mojego ciała”. Moja mama jest moją mamą. Urodziła mnie. I niezależnie skąd otrzymałem duszę, ciągle jest ona (mama, nie dusza) mamą całej mojej osoby. Bo ja nie jestem ciałem, w którym telepie się dusza, ( która zresztą zazwyczaj siedzi na ramieniu). Nie jestem też duszą uwięzioną w ciele. Jestem urodzonym przez kobietę człowiekiem.
Dogmat o Maryi, matce Boga właśnie o tym mówi. Że Jezus jest Jeden. Ma dwie natury, Boską i ludzką, ale jest Jedną Osobą. Jest Synem Bożym, trzecią Osobą Trójcy Świętej i nie ma jakiegoś innego Jezusa,który byłby tylko człowiekiem, nie będąc Bogiem. A więc dogmat o tym, że Maryja jest Matką Boga jest nie tyle dogmatem Maryjnym, ile chrystologicznym, nauczającym nas o Jezusie. To, że Ona jest Matką Boga jest tylko zwykłą konsekwencją faktu, że Jezus rzeczywiście tym Bogiem jest. Zawsze i niepodzielnie.
Drugiego stycznia słuchaliśmy 1. Listu św. Jana:
Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca. Wy zaś zachowujecie w sobie to, co słyszeliście od początku. Jeżeli będzie trwało w was to, co słyszeliście od początku, to i wy będziecie trwać w Synu i w Ojcu. A obietnicą tą, daną przez Niego samego, jest życie wieczne. (1 J 2, 22-25)
A w Ewangelii św. Jan, umiłowany uczeń Jezusa przytacza słowa św. Jana Chrzciciela:
Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. (J 1,26-27)
Słowa człowieka, który został nazwany przez Jezusa „Największym spośród narodzonych z niewiast” (por. Mat 11,11). Jeżeli więc ten największy spośród narodzonych w naturalny sposób nie jest godzien nawet odwiązać rzemyka w sandałach Jezusa, to kim On jest?
Jezus to nie jest syn Boży w takim samym znaczeniu jak ja i Ty. W takim znaczeniu, o jakim mówi dzisiejsze czytanie w Kościele. Nawiasem mówiąc kolejny z moich ulubionych wersetów:
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1)
Nasze synostwo, choć rzeczywiste, zostało nam dane przez adopcję. My przez wiarę, w Jezusie, staliśmy się dziećmi Bożymi, a Jezus jest Nim z samej swojej natury. Uczy nas o tym św. Paweł:
Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi - w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. (Ga 3,26-27)
… i mówi nam o tym sam Pan Jezus:
Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J 10,30)
Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? (J 14,9)
A skoro Jezus i Ojciec są Jednym, skoro każdy, kto widział Jezusa widział także Ojca, to jasne jest, że Jezus jest Prawdziwym Bogiem. Nic więc dziwnego, że Kościół nadał Jego Matce tytuł, który potwierdza tylko niezaprzeczalny fakt: Maryja urodziła Boga, który stał się człowiekiem, abyśmy my wszyscy mogli stać się dziećmi Bożymi.
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. […]
Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1-5,10-14)
Pierwszy stycznia to nie tylko Nowy Rok i Światowy Dzień Pokoju, ale przede wszystkim święto Maryi, Świętej Bożej Rodzicielki. Czyli Matki Boga. W tym dniu usłyszeliśmy tak znane z moich stronek błogosławieństwo:
Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. (Lb 6,24-26)
Błogosławieństwo rzeczywiście piękne, ale co z tą Matką Boga? Jak to Matka Boga? Jak Maryja, która jest tylko człowiekiem może być matką Kogoś, kto istnieje od zawsze? Kto nie ma początku? Często takie zarzuty stawiane są nam, katolikom. „Przesadzacie z tym uwielbianiem Maryi, nadając jej jakieś niezrozumiałe i wręcz bluźniercze tytuły”. Ale negowanie tego, że Maryja jest Matką Boga jest negowaniem tego, że Jezus jest Bogiem. Ten tytuł ma bowiem niewiele wspólnego z Maryją, za to bardzo dużo z tym, kim naprawdę jest Jezus.
Sam tytuł („Theotókos”) został Jej nadany na soborze powszechnym w Efezie w roku 431. Nestroriusz, patriarcha Konstantynopola i Cyryl, patriarcha Aleksandrii, nie tylko inaczej interpretowali słowa, że „Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”, ale także walczyli ze sobą o to, kto ma być przywódcą Kościoła na Wschodzie. Zwalczali się także w sferze politycznej, walcząc o wpływy w tamtym rejonie świata. (Więcej zainteresowani mogą przeczytać choćby tutaj: http://apologetyka.katoli...nt/view/387/56/ ) W wielkim skrócie powiem tylko, że pogląd Nestoriusza został potępiony i herezja ta znana jest dzisiaj jako „nestorianizm”. Nestorianizm to doktryna głosząca, że Jezus Chrystus składa się z dwóch odrębnych bytów: ludzkiego i boskiego. Według Nestoriusza więc Maryja urodziła „Jezusa-człowieka”, ale nie Boga. Cyryl nauczał, że Jezus jest jedną Osobą, Boską, ale mającą dwie natury: Boską i ludzką. Nie da się więc „dzielić” Jezusa na Boga i na człowieka. On jest cały czas, niepodzielnie, jednym i drugim. Zatem Maryja rodząc Go musiała urodzić Boga.
Pamiętam raz, jak przysłuchiwałem się debacie między Timem Staples i jakimś wrogo nastawionym do Kościoła Katolickiego fundamentalistą. Tim, sam były Zielonoświątkowiec, były pastor, aktywnie w swoim czasie zwalczający Kościół Katolicki, a teraz wielki obrońca Kościoła Katolickiego, zadał pytanie swemu adwersarzowi: „Czy Jezus był Bogiem zanim anioł Gabriel zwiastował Maryi, że pocznie i porodzi Syna?” „Tak, oczywiście”, odpowiedział jego rozmówca. „A czy Jezus był nadal Bogiem w minutę po Zwiastowaniu?” „Tak”. „A później… pięć miesięcy później, czy dziewięć, na moment przed Bożym Narodzeniem… Czy Jezus był ciągle Bogiem?” „Taaak… myślę, że tak…na pewno tak” z rozmysłem odpowiedział protestant, czując, że pakuje się w jakąś pułapkę. „A czy Jezus był Bogiem minutę po tym jak go urodziła Maryja?” „Tak”. To czy nie jest prawdą, że Maryja urodziła Boga, a więc jest Matką Boga?” „Nie!” –brzmiała natychmiastowa odpowiedź. Tak to bywa, jak nasze uprzedzenia są ważniejsze od logicznego myślenia.
Nikt w Kościele nie twierdzi, że boskość Jezusa jest w jakikolwiek sposób darem Maryi. Ale też nikt nie twierdzi, że, powiedzmy, moja mama dała mi duszę. Moja mama dała mi ciało, a duszę dostałem od Boga. Ale ja nie nazywam mojej mamy „Mamą mojego ciała”. Moja mama jest moją mamą. Urodziła mnie. I niezależnie skąd otrzymałem duszę, ciągle jest ona (mama, nie dusza) mamą całej mojej osoby. Bo ja nie jestem ciałem, w którym telepie się dusza, ( która zresztą zazwyczaj siedzi na ramieniu). Nie jestem też duszą uwięzioną w ciele. Jestem urodzonym przez kobietę człowiekiem.
Dogmat o Maryi, matce Boga właśnie o tym mówi. Że Jezus jest Jeden. Ma dwie natury, Boską i ludzką, ale jest Jedną Osobą. Jest Synem Bożym, trzecią Osobą Trójcy Świętej i nie ma jakiegoś innego Jezusa,który byłby tylko człowiekiem, nie będąc Bogiem. A więc dogmat o tym, że Maryja jest Matką Boga jest nie tyle dogmatem Maryjnym, ile chrystologicznym, nauczającym nas o Jezusie. To, że Ona jest Matką Boga jest tylko zwykłą konsekwencją faktu, że Jezus rzeczywiście tym Bogiem jest. Zawsze i niepodzielnie.
Drugiego stycznia słuchaliśmy 1. Listu św. Jana:
Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca. Wy zaś zachowujecie w sobie to, co słyszeliście od początku. Jeżeli będzie trwało w was to, co słyszeliście od początku, to i wy będziecie trwać w Synu i w Ojcu. A obietnicą tą, daną przez Niego samego, jest życie wieczne. (1 J 2, 22-25)
A w Ewangelii św. Jan, umiłowany uczeń Jezusa przytacza słowa św. Jana Chrzciciela:
Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. (J 1,26-27)
Słowa człowieka, który został nazwany przez Jezusa „Największym spośród narodzonych z niewiast” (por. Mat 11,11). Jeżeli więc ten największy spośród narodzonych w naturalny sposób nie jest godzien nawet odwiązać rzemyka w sandałach Jezusa, to kim On jest?
Jezus to nie jest syn Boży w takim samym znaczeniu jak ja i Ty. W takim znaczeniu, o jakim mówi dzisiejsze czytanie w Kościele. Nawiasem mówiąc kolejny z moich ulubionych wersetów:
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1)
Nasze synostwo, choć rzeczywiste, zostało nam dane przez adopcję. My przez wiarę, w Jezusie, staliśmy się dziećmi Bożymi, a Jezus jest Nim z samej swojej natury. Uczy nas o tym św. Paweł:
Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi - w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. (Ga 3,26-27)
… i mówi nam o tym sam Pan Jezus:
Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J 10,30)
Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? (J 14,9)
A skoro Jezus i Ojciec są Jednym, skoro każdy, kto widział Jezusa widział także Ojca, to jasne jest, że Jezus jest Prawdziwym Bogiem. Nic więc dziwnego, że Kościół nadał Jego Matce tytuł, który potwierdza tylko niezaprzeczalny fakt: Maryja urodziła Boga, który stał się człowiekiem, abyśmy my wszyscy mogli stać się dziećmi Bożymi.
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. […]
Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1-5,10-14)
Subscribe to:
Posts (Atom)