Parę dni temu byliśmy całą rodziną w kinie. Nie jest to częste wydarzenie i chyba ostatni raz wszyscy razem byliśmy na „Pasji” niemal dwa lata temu. Ale tak, jak poprzednio, tak teraz zmobilizował nas do tego niezwykły film.
Przemysł filmowy kręci tak dużo chłamu, że jak się trafi jakiś diament między tymi wszystkimi śmieciami, uważam, że należy go odkryć i zobaczyć. Gdy Hollywood zacznie zarabiać na ortodoksyjnych, pozytywnych chrześcijańskich filmach, a tracić miliony na szmirach wypaczających prawdziwe chrześcijaństwo, to może będziemy mieli więcej takich filmów jak Pasja czy Opowieści z Narni. Uważam więc, że należy popierać takie pozytywne filmy.
Same „Opowieści” są bajką. Sfilmowaną książką C S Lewisa, napisaną podczas II Wojny Światowej. Ale ponieważ C S Lewis był pisarzem chrześcijańskim, jest to baśń o bardzo wyraźnym przesłaniu chrześcijańskim. Lewis był przyjacielem Tolkiena i G K Chestertona. Sam nie był katolikiem, był członkiem kościoła anglikańskiego, ale w swych poglądach był bardzo katolicki. Tolkien był katolikiem, a Chestertona był konwertytą na katolicyzm z wyznania anglikańskiego i obaj mieli spory wpływ na to, w co wierzył Lewis.
„Lew, czarownica i stara szafa” jest pierwszą opowieścią z Narni, choć nie pierwszą chronologicznie. Inaczej mówiąc Lewis napisał ją najpierw, ale później napisał przygody dzieci z wcześniejszego okresu. Ja jednak polecam tak czytać książkę Lewisa, jak on ją pisał, gdyż inaczej straci się trochę z niespodziewanych efektów i dramatyzmu tych historii. Czytając te baśni po raz drugi można chyba jednak zmienić kolejność. W najnowszym amerykańskim wydaniu „Narni” właśnie tak, chronologicznie, poukładano kolejne części.
Film jednak na razie jest tylko jeden. O lwie, czarownicy i starej szafie. I muszę powiedzieć, że mnie się on naprawdę podobał. Przede wszystkim jest bardzo bliski pierwowzorowi literackiemu. Są pewne niewielkie różnice, ale w sumie nie bardzo istotne dla prawidłowego odbioru filmu. Sama książka nie jest długa i jej historia nie bardzo skomplikowana, wiec producenci filmu nie musieli wybierać, co wyciąć, żeby się zmieścić w dwugodzinnym filmie. A samo przesłanie filmu jest bardzo chrześcijańskie. Aslan jest tam typem Zbawiciela, biała czarownica jest odpowiednikiem szatana.
Oczywiście nie każdy film o magii i o czarach jest godny polecenia. Dyskusje w Ameryce na temat Harrego Pottera się nie kończą. Czy chrześcijanin może te książki czytać? Czy grozi mu jakieś niebezpieczeństwo? Ja sam nie bardzo wiem, jak na to odpowiedzieć, wiem jednak, ze jest zasadnicza rocznica miedzy baśnią o Narni, a Harrym Potterem. Mianowicie w Opowieściach z Narni moc czynienia czarów ma wiedźma. Ludzie nie mają takiej możliwości. Czarownica, choć nazywa się „Biała”, jest czarnym charakterem. Zbawienie może przyjść tylko od Aslana, innej bajkowej postaci, będącej lwem.
Problem z Harrym polega na tym, że uczy, że człowiek może posiąść wiedzę umożliwiającą mu czynienie magii. Najgorsze jest to, że nie kończy się to wcale na książkach i filmie. Powstają poradniki, jak zostać czarnoksiężnikiem, były kolonie letnie dla dzieci z Harrym, gdzie uczono czarów, magii i zaklęć itd., itp. Może ktoś powiedzieć, że jest to tylko zabawa. Jasne. Ale problem polega na tym, że z takimi rzeczami zabawa jest niebezpieczna. Bo kudłaty naprawdę istnieje. I czasem, gdy mu uchylimy drzwi, wsadzi w nie swe kopyto i wepcha się w nasze życie.
Przed chwilą obejrzałem jeszcze inny film. „Egzorcyzmy Emily Rose”. Teraz, gdy piszę te słowa, dochodzi trzecia w nocy. Emily miała zawsze największe problemy o 3 rano. To właśnie trzecia, a nie północ, to prawdziwa godzina duchów, a raczej szatana. Bo jest to przeciwieństwo 3 po południu, godziny, o której nasz Zbawiciel oddał za nas życie. A kudłaty zawsze stara się naśladować, ale to jego naśladownictwo jest wypaczeniem i negatywem tego, co robi Bóg.
To nie zachowanie Emily spowodowało jej opętanie. W tym przypadku nie było jej winy. Jednak gdy czytamy o innych, podobnych wypadkach, bardzo często osoby opętane przez szatana bawiły się w różne okultystyczne praktyki. Z takimi rzeczami jednak nie ma, nie powinno być zabawy. Ja nawet nie czytam horoskopów i nie układam pasjansów, aby poznać przyszłość. Po prostu nie wiem, jak mała szpara wystarczy kudłatemu, żeby wcisnął swoje kopyto. Moje życie jest dla niego zamknięte.
Ponieważ nie wątpię, że krętacz jest realnym stworzeniem i że, jak pisze Święty Piotr w swym pierwszym liście, „jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć” (1P 5,8b), to będę robił wszystko, żebym to nie ja stał się jego śniadaniem. A sama magia albo jest głupawą zabawą, więc szkoda mi na nią czasu, albo jest zaproszeniem dla kudłatego, więc szkoda mi mojej duszy. Ona należy tylko do Boga. Ufam Mu więc i zawierzam Mu całkowicie swoją przyszłość, a z kudłatym nie chcę mieć nic wspólnego.
Dwa filmy. Jeden to piękna baśń. Baśń zupełnie nieprawdziwa, gdzie szafa jest przejściem do bajkowej krainy, a zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale mówiąca nam o najprawdziwszej rzeczywistości. Film będący doskonałym pretekstem, żeby porozmawiać z dziećmi o naszej wierze, o wielkiej miłości, jaką nas nasz Zbawiciel kocha. Z dziećmi małymi i z całkiem dużymi. Bo my, rodzice, czasem nie wiemy, jak o naszej wierze rozmawiać. Zostawiamy to katechetom, księżom, siostrom zakonnym. Ale to nie wystarcza. Lekcje religii często uczą katechizmu, prawd wiary, ale nie miłości do Boga, nie potrzeby naszego osobistego spotkania z Jezusem. Ten film jest doskonałym pretekstem, żeby o tym z nimi porozmawiać.
Drugi film nie ma nic z baśni. Jest mroczny i ponury. Jest jednak nie mniej prawdziwy w swym przesłaniu. Na pewno nie jest on do polecenia dla małych dzieci, a i te starsze, ale wrażliwsze, powinny go sobie darować. Jednak jest to film ważny, bo mówi o realnej obecności szatana na świecie. Krętacz nie jest średniowiecznym wymysłem Kościoła. On jest tak realny, jak ja i ty. Dlatego i o nim powinniśmy z naszymi dziećmi rozmawiać. O niebezpieczeństwie zabaw okultystycznych, różnych wróżb i gier. To nie są zabawki. Takie igranie z ogniem może się źle skończyć.
Polecam więc oba filmy. Ten pierwszy bez zastrzeżeń. Każdy, młody i stary, wierzący czy nie, może i powinien ten film zobaczyć. Jest on piękną baśnią i bardzo pouczającą. Co wrażliwsi uronią łzę, ale, jak to w każdej baśni, wszystko się dobrze skończy. Bo złe czarownice nie mogą pokonać Aslana, nawet, jak on musi za zwycięstwo zapłacić tak straszną cenę. Ten drugi film także polecam, ale z zastrzeżeniem, że po obejrzeniu go trzecia godzina nad ranem już nigdy nie będzie taka bezpieczna. To film przejmujący, choć nie w takim sensie, jak inne filmy o opętaniu kręcone w Hollywood. Nikomu się głowa nie kreci w kolko i efekty specjalne są raczej stonowane, ale to nie odbiera niczego filmowi. Wprost przeciwnie. Dzięki temu jest to film prawdziwszy. Bo i o prawdziwym niebezpieczeństwie opowiada i dobrze by było się z nim zapoznać. Tym bardziej, że opowiada w sposób zgodny z tym, czego naucza Kościół, a to już naprawdę rzadkość w Hollywood.
Monday, December 26, 2005
Sunday, December 25, 2005
Orędzie z Medjugorie 25 XII 2005
Orędzie Maryi z Medjugorie z 25. grudnia 2005:
Drogie dzieci! Dzisiaj również niosę na ręku Dziecię Jezus Króla Pokoju, by błogosławił was swoim pokojem. Dziatki, w szczególny sposób wzywam was, abyście nieśli mój pokój w tym niespokojnym świecie. Bóg będzie was błogosławił. Dziatki, nie zapomnijcie, jestem waszą Matką. Z Dzieciątkiem Jezus na ręku wszystkich was błogosławię szczególnym błogosławieństwem. Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.
Jakov Colo, który ma objawienia tylko raz w roku, właśnie w dniu 25. grudnia, dzisiaj otrzymał od Maryi takie przesłanie:
Drogie dzieci! Dzisiaj z Jezusem w moich ramionach w szczególny sposób wzywam was do nawrócenia. Dzieci, przez ten cały czas gdy Bóg zezwolił mi, żeby być z Wami, nieustannie wzywam was do nawrócenia. Wiele z waszych serc pozostaje zamkniętych. Dziatki, Jezus jest pokojem, miłością i radością, a więc zdecydujcie się na Jezusa. Zacznijcie się modlić. Módlcie się do Niego o dar nawrócenia. Dziatki, tylko z Jezusem możecie posiąść pokój, radość i serca wypełnione miłością. Dziatki, kocham was. Jestem waszą matką i daję wam moje matczyne błogosławieństwo.
Drogie dzieci! Dzisiaj również niosę na ręku Dziecię Jezus Króla Pokoju, by błogosławił was swoim pokojem. Dziatki, w szczególny sposób wzywam was, abyście nieśli mój pokój w tym niespokojnym świecie. Bóg będzie was błogosławił. Dziatki, nie zapomnijcie, jestem waszą Matką. Z Dzieciątkiem Jezus na ręku wszystkich was błogosławię szczególnym błogosławieństwem. Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.
Jakov Colo, który ma objawienia tylko raz w roku, właśnie w dniu 25. grudnia, dzisiaj otrzymał od Maryi takie przesłanie:
Drogie dzieci! Dzisiaj z Jezusem w moich ramionach w szczególny sposób wzywam was do nawrócenia. Dzieci, przez ten cały czas gdy Bóg zezwolił mi, żeby być z Wami, nieustannie wzywam was do nawrócenia. Wiele z waszych serc pozostaje zamkniętych. Dziatki, Jezus jest pokojem, miłością i radością, a więc zdecydujcie się na Jezusa. Zacznijcie się modlić. Módlcie się do Niego o dar nawrócenia. Dziatki, tylko z Jezusem możecie posiąść pokój, radość i serca wypełnione miłością. Dziatki, kocham was. Jestem waszą matką i daję wam moje matczyne błogosławieństwo.
Wednesday, December 21, 2005
Wesołych Świąt!
Życzę każdemu z Was wesołych, szczęśliwych i błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia i całego zbliżającego się Nowego Roku 2006!!! Piotr
Koniec podróży z karpiem dookoła Ameryki i powrót do domu.
Podróż z karpiem już prawie zakończona. Zdjęć za bardzo nie będzie, bo przez Appalachy przejechałem w nocy. Te poniżej są z Indiany, poniżej Chicago. Tam też nie ma nic, poza niekończącymi się polami uprawnymi, odpoczywającymi pod warstwą śniegu.

Karp już w domowym zamrażalniku. Ja jeszcze muszę jutro dowieź towar do klienta, ale to tylko 150 mil od Charlotte. Wyjadę jutro o świcie i wrócę po południu. Potem wolne do Nowego Roku. Polski ksiądz będzie w Charlotte 1. stycznia, potem jakieś spotkanie naszej lokalnej polonii. Chciałbym zostać. Poza tym winien jestem rodzinie trochę pobytu w domu. Ostatnio coś te moje podróże dookoła Ameryki są coraz dłuższe.
Dziękuję wszystkim za towarzyszenie mi i karpiowi w naszej podróży. Ja się na razie wymeldowuję i zaczynam przesiąkać świąteczną atmosferą. Następny wpis pewnie będzie z życzeniami dla Was, a kolejny już pewnie po świętach. A zatem…
Karp już w domowym zamrażalniku. Ja jeszcze muszę jutro dowieź towar do klienta, ale to tylko 150 mil od Charlotte. Wyjadę jutro o świcie i wrócę po południu. Potem wolne do Nowego Roku. Polski ksiądz będzie w Charlotte 1. stycznia, potem jakieś spotkanie naszej lokalnej polonii. Chciałbym zostać. Poza tym winien jestem rodzinie trochę pobytu w domu. Ostatnio coś te moje podróże dookoła Ameryki są coraz dłuższe.
Dziękuję wszystkim za towarzyszenie mi i karpiowi w naszej podróży. Ja się na razie wymeldowuję i zaczynam przesiąkać świąteczną atmosferą. Następny wpis pewnie będzie z życzeniami dla Was, a kolejny już pewnie po świętach. A zatem…
Sunday, December 18, 2005
Łacina, tradycja i druga rocznica strony www.polon.us. Czyli adwentowej podróży z karpiem ciąg dalszy i chyba przedostatni.
Moja „adwentowa” podróż z karpiem trwa. Opuściłem Kalifornię i przez Nevadę, Utah, Wyoming dotarłem do Nebraski. Przejeżdżam przez najnudniejsze tereny na świecie. Nic, tylko płasko aż po horyzont. W Utah nawet są przydrożne znaki, przypominające znużonym kierowcom, żeby zjechali na pobocze, jak nie mogą opanować senności. Ale nic dziwnego, jak pierwsze 100 kilometrów autostrady w Utah to droga poprzez wyschnięte słone jezioro, a na dodatek pierwszy łagodny zakręt jest dopiero po przejechaniu sześćdziesięciu kilometrów.
Wcześniej z kolei były chyba jedne z piękniejszych widoków, jakie można gdziekolwiek zobaczyć. Ile razy je oglądam dziwię się tym, co nie wierzą w Boga. Dla mnie nie trzeba żadnego innego dowodu na Jego istnienie. Piękno otaczającej nas przyrody jest wystarczającym dowodem. Zresztą sam koncept „piękna” dowodzi istnienia Boga. Jakby Jego nie było, tylko sama naturalna selekcja i przypadkowe powstanie świata i życia, nic nie byłoby piękne, ani brzydkie. Wszystko byłoby „naturalne”, nijakie, neutralne i bez wyrazu.
To właśnie fakt, że Bóg istnieje, że jest On Prawdą, Dobrem i Miłością daje nam „wyznacznik”, wzorzec piękna. Co jest bliskie Boga, jest piękne. Kudłaty jest księciem kłamstwa, oszustem i krętaczem. Ci mistycy, którzy mieli nieszczęście zobaczenia w widzialnej postaci Złego, zawsze podkreślali jak jest on potwornie brzydki i odrażający. Z drugiej strony wizjonerzy w Medjugorie, gdy zapytali Maryję dlaczego jest taka piękna, usłyszeli, że to dlatego, że kocha. Zresztą nawet my, gdy jesteśmy zakochani, chodzimy otoczeni jakąś aurą przydającą nam piękna i widoczną dla każdego spostrzegawczego człowieka.
Piękne widoki, piękno naturalnego świata, fakt, że tak to właśnie odbieramy, zachwycając się nimi dowodzi więc istnienia Boga. A ja w ostatnich dniach miałem tego wiele przykładów. I nie chodzi tu wcale o to, że te widoki muszą się każdemu podobać. Wiem, że dla wielu, łącznie ze mną, nie ma widoku piękniejszego niż panorama Tatr, czy przełom Dunajca, czy nawet samotna wierzba przy miedzy na mazowieckiej równinie. Ale tu nie chodzi o to, co się komu podoba. De gustibus non est disputantum. Chodzi o to, że sam fakt oceny czegoś jako rzeczy pięknej lub odrażającej, nudnej, czy zajmującej potwierdza istnienie jakiegoś standardu, wzorca piękna, którym jest właśnie sam Bóg.
Po przejechaniu przez Salt Lake City to białe koło szosy i na niej samej, to już nie była sól, ale śnieg. Trochę było ślisko i parę aut powylatywało z szosy, ale mną dobry Bóg i mój anioł stróż Bruno się opiekowali. Chyba wcześniej więcej padało, a jak ja się tam zjawiłem, już było odśnieżone. Posypywało ciągle przez całą noc, ale silny wiatr i duży mróz powodowały, że przejeżdżające auta samym swym impetem zdmuchiwały świeży śnieg na pobocza. Dojechałem szczęśliwie do Lincoln w stanie Nebraska, gdzie planowałem iść na mszę.
Jeden z powodów, dla którego w Wyoming sypało, to fakt, że jest to dość wysoki teren. Nawet zrobiłem zdjęcie laptopa z wyświetloną wysokością nad poziomem morza. To w stopach, bo my w Stanach nie zauważyliśmy, że reszta świata zunifikowała swe metody pomiaru otaczającej nas rzeczywistości i dalej stosujemy stopy, mile, stopnie Farenheita, funty i galony. Stopa ma 30,54 cm, czyli byłem na wysokości 2650 metrów. To, o ile pamiętam, 200 metrów wyżej, niż sięgają Rysy. Nic dziwnego, że było -5 Farenheita (-20 w „normalnej” skali Celsjusza) i sypało śniegiem. Wyoming to stan leżący na północ od Kolorado. Góry tam nie są tak majestatyczne, jak w okolicach Denver, wyglądają raczej jak kopce wystające z równiny, z płaskowyża, ale cały ten płaskowyż znajduje się sporo ponad 2 kilometry nad poziomem morza.

Stamtąd już tylko spokojny zjazd na dół. Lincoln, gdzie piszę te słowa, jest na poziomie 350 metrów nad poziomem morza. Chicago, gdzie będę jutro, jeszcze niżej. Przed świętami przejadę jeszcze przez Appalachy, niedaleko Mt. Mitchell, najwyższego ich szczytu, ale tam sama droga nie przebiega tak wysoko. Mt Mitchell ma 6 684 stopy, czy 2037 metrów wysokości, ale sama autostrada przechodzi dużo niżej. Dzisiaj jednak zatrzymałem się w Lincoln, bo zaplanowałem tu iść na mszę.
Na stronie www.masstimes.org, gdzie zawsze szukam kiedy i gdzie jest jakaś msza znalazłem, że w Lincoln są w dwu kościołach msze po południu. Jeden z nich to katedra, (Lincoln jest siedzibą diecezji, z wspaniałym biskupem Fabianem Bruskewitzem), drugi to kościół św. Tomasza z Akwinu. Ten drugi był bliżej naszej bazy, gdzie mogłem zostawić naczepę, ale ponieważ to kościół graniczący z terenami Uniwersytetu, msze popołudniowe ma tylko w czasie roku akademickiego. Ponieważ nie byłem pewien, czy studenci jeszcze mają zajęcia, czy już pojechali na przerwę, zadzwoniłem i dowiedziałem się, że akurat dziś o 15:30 jest msza po łacinie.
Wiadomość ta ucieszyła mnie z kilku względów. Po pierwsze nie musiałem czekać do 18. Po drugie lubię mszę łacińską. Coś jest w tym, że modlimy się w „sakralnym” języku. Żydzi przecież do dziś się modlą po hebrajsku, nawet, jak na co dzień nie używają już tego języka. Gdy szukam mszy, czasem wypisuję oprócz miejscowości język liturgii. Oczywiście najpierw polski, ale jak nie ma polskiej mszy, wpisuję „latin”.
Ostatni raz na łacińskiej mszy byłem parę miesięcy temu w Omaha. To także w stanie Nebraska. Diecezja Lincoln jest częścią archidiecezji Omaha. Wygląda więc na to, że zarówno arcybiskup z Omaha, jak i biskup z Lincoln mają sentyment do tradycji. Co prawda tamta msza była mszą „przedsoborową”, taką, jaką odprawiano, gdy byłem dzieckiem, a ta dzisiejsza była już „Novus Ordo”, msza taka, jaką widzimy codziennie w naszych parafiach, tyle tylko, że wszystkie stałe części mszy odmawiane były po łacinie. Tylko czytania, kazanie i modlitwa wiernych były po angielsku.
Była wszakże jeszcze jedna różnica. Podczas ofiarowania i podniesienia kapłan, wraz z całym zgromadzonym ludem, był zwrócony w stronę ołtarza. A ponieważ był to kościół nowoczesny i ołtarz już nie był przy ścianie, ale od niej odsunięty, tak, ze podczas „normalnej” mszy kapłan mógł być zwrócony w stronę wiernych, to dzisiaj kapłan stał jakby ze złej strony ołtarza.
Oczywiście nie jest to zła strona i takie ustawienie się kapłana ma sporo sensu. Co więcej w żadnym dokumencie Soboru Watykańskiego nie ma słowa na temat tego, że kapłan ma być zwrócony twarzą do wiernych. Msza to nie jest teatr, a ksiądz nie jest aktorem. Co prawda może niektórzy uważają się za gwiazdorów, ale to nie oni są najważniejsi podczas mszy. Oni tylko udzielają, pożyczają Jezusowi swych rąk i w Jego Osobie, „In Persona Christi” ofiarują Bogu tę doskonalą ofiarę.
Jedno słowo do tych, którzy zarzucają katolikom, że my ponownie, na każdej mszy krzyżujemy Jezusa. Albo, że składamy ponownie ofiarę, gdy Biblia wyraźnie mówi, że ofiara Jezusa była doskonała i nie ma już potrzeby składania więcej ofiar. Tym odpowiem krótko, że nie da się ponownie ofiarować tego, co się nigdy nie kończy. Co zawsze trwa. My ofiarujemy Bogu tę samą ofiarę, którą złożył Jezus. Robimy to, bo On sam nam to nakazał w słowach:
Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: To jest Ciało moje za was [wydane]. Czyńcie to na moją pamiątkę! Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę! (1 Kor 11,23b-25)
A to, że ta ofiara trwa poza czasem, trwa wiecznie, wiemy z Apokalipsy Świętego Jana. On właśnie w swej wizji Nieba widzi, że ofiara Jezusa nie skończyła się na Kalwarii, ale trwa wiecznie, a my tylko w czasie uczestnictwa we Mszy, łączymy się i jednoczymy z tą niebiańską liturgią. Nic dziwnego, że Jan miał swą wizję właśnie w „dzień Pański”, czyli w niedzielę. Wygnany, bez możliwości sprawowania mszy dla swego ludu otrzymał łaskę uczestniczenia w mszy, która trwa przez całą wieczność.
Zwolennicy takiego usytuowania ołtarza, jakie mamy teraz w większości kościołów podawali jako argument, że w bazylice św. Piotra w Rzymie, tej „matce” wszystkich kościołów kapłan zawsze był zwrócony twarzą w stronę wiernych. To prawda. Ale przyczyna tego była zupełnie inna, niż tworzenie z ołtarza czegoś na kształt domowego ogniska, przy którym się wszyscy gromadzimy.
Tradycyjnie kościoły zawsze były skierowane ołtarzem na wschód. Wschód symbolizował powstawanie nowego dnia, wzejście Słońca, symbolizował Boga. Mędrcy ujrzeli właśnie na wschodzie gwiazdę, która oznajmiła im przyjście Mesjasza i wskazała właściwe miejsce. Tak, jak Żydzi rozsiani po całym świecie, oraz ci w Izraelu modlą się skierowani w stronę Jeruzalem, a ci w Jerozolimie w stronę, gdzie była kiedyś Świątynia, jak muzułmanie zawsze modlą się skierowani w stronę Mekki, tak my, chrześcijanie modliliśmy się tradycyjnie zwróceni na wschód. W Krakowie na przykład doskonale to widać. Niemal wszystkie stare kościoły są zwrócone w „stronę Nowej Huty”.
Problem z bazyliką Świętego Piotra polegał na tym, że jej ołtarz jest nad grobem Świętego Piotra. Ostatnie wykopaliska archeologiczne potwierdziły zresztą tę tradycję. Ponieważ jednak jest to największy kościół na świecie, nie było po prostu miejsca, żeby zbudować go na zachód od miejsca pochówku pierwszego papieża. Zbudowano więc kościół z ołtarzem po stronie zachodniej, ale nie zmieniło to wcale faktu, że kapłan ofiarował mszę we wschodnią stronę. Dlatego to był on zwrócony twarzą do wiernych. Podczas ofiarowania i podniesienia jednak wszyscy wierni odwracali się w kierunku wschodnim i klęczeli tyłem do ołtarza. Ofiarę bowiem składamy Bogu, a Jego miejsce symbolizował Wschód.
Kościół Św. Tomasza z Akwinu w Lincoln jest zwrócony na wschód. Zauważyłem zresztą wiele innych rzeczy podnoszących mnie na duchu. Przede wszystkim jest piękny. Skromny i nowoczesny, ale urządzony ze smakiem. A piękno to Dobro, Miłość, to sam Bóg.

W samym kościele nikt nie gadał, nie puszczali muzyki przed mszą (co zawsze mi się bardziej kojarzy z kinem, niż ze świątynią), nikt nie musiał szukać Tabernakulum, bo było na samym środku. Każdy przechodzący przed nim przyklękał i każdy przyjmujący komunię przyklękał. Zwłaszcza ta rzeczywistość mnie urzekła, bo w większości kościołów w Stanach do komunii podchodzi się jak do baru szybkiej obsługi. Ilekroć ja przyklękam przed przyjęciem Jezusa, powoduję mały karambol osób za mną, ostro hamujących i wpadających na siebie.
Cóż, dziś nikt na nikogo nie wpadał. Chyba wszyscy po prostu wierzyli, że zaraz przyjmą samego Boga do swoich serc. Nikt się nie spieszył i nikt nie wylatywał zaraz po komunii na parking, żeby zdążyć odjechać zanim się zrobi korek do wyjazdy spod kościoła. A w samym kościele było sporo rodzin z małymi dziećmi. Sporo kobiet miało tradycyjne przykrycia głowy, koronkowe chustki. Mężatki, czy tez wdowy czarne, młode dziewczęta białe. Było uroczyście, podniośle i po Bożemu.
Dla mnie takie oznaki są bardzo optymistyczne. Ja wiem, że to są rodzynki. Pierwsze jaskółki. Że nie ma wiele takich miejsc w Ameryce, a zwłaszcza w zachodniej Europie. Ale od czegoś trzeba zacząć. Cieszę się, że ten zjazd w dół, rozwadnianie chrześcijaństwa się chyba skończył. Ludzie sami pragnął „trudnej wiary”. Jeżeli nasza wiara nie jest warta, aby za nią umrzeć, nie jest warta, aby dla niej żyć. I właśnie wśród młodych widać tę tęsknotę za takim właśnie tradycyjnym chrześcijaństwem. Nic dziwnego, że ta msza, na której byłem dzisiaj miała miejsce właśnie w kościele będącym tuż obok Uniwersytetu. Także chór, przepięknie śpiewający nam podczas tej mszy składał się właśnie z ludzi młodych, zapewne studentów pobliskiej szkoły.
Na koniec jeszcze jedno tylko spostrzeżenie. I to całkiem z innej beczki. Dzisiaj jest (a raczej była wczoraj, bo w Polsce już poniedziałek) dokładnie druga rocznica zamieszczenia pierwszego postu, pierwszej nowiny na tej stronie. To właśnie 18. grudnia 2003. roku napisałem: „Co za miły, choć męczący dzień. Witam na mojej stronce. Miała to być witryna którą sam robię, ale okazało się, że to nie takie proste. Całe szczęście, że nie brakuje życzliwych i mądrych duszyczek, które są gotowe pomóc. Dziękuję…” Minęły dwa lata. Znowu miałem miły, choć męczący dzień. Niewiele więcej umiem, jeżeli chodzi o tworzenie stronek i ciągle mi pomagają życzliwe dusze. Dziękuję. I dziękuję wszystkim odwiedzającym tę stronkę. Każdemu z tych 78 tysięcy, którzy tu trafili, czy to świadomie, czy tez zupełnie przypadkowo.
Pamiętam o każdym z Was w swych modlitwach i zapewniam Was, że nie ma przypadków. Wpadajcie jak najczęściej, zaglądajcie do archiwum, korzystajcie z istniejących tu linków. Jak ktoś mieszka, jak ja, poza Polską, zapraszam do używania linków do rozgłośni radiowych. Teraz można słucha doskonałego Radia Józef, można posłuchać codziennej audycji Radia Watykańskiego i wielu innych wartościowych rozgłośni. Dziękuję jeszcze raz wszystkim. Bóg zapłać!”
Wcześniej z kolei były chyba jedne z piękniejszych widoków, jakie można gdziekolwiek zobaczyć. Ile razy je oglądam dziwię się tym, co nie wierzą w Boga. Dla mnie nie trzeba żadnego innego dowodu na Jego istnienie. Piękno otaczającej nas przyrody jest wystarczającym dowodem. Zresztą sam koncept „piękna” dowodzi istnienia Boga. Jakby Jego nie było, tylko sama naturalna selekcja i przypadkowe powstanie świata i życia, nic nie byłoby piękne, ani brzydkie. Wszystko byłoby „naturalne”, nijakie, neutralne i bez wyrazu.
To właśnie fakt, że Bóg istnieje, że jest On Prawdą, Dobrem i Miłością daje nam „wyznacznik”, wzorzec piękna. Co jest bliskie Boga, jest piękne. Kudłaty jest księciem kłamstwa, oszustem i krętaczem. Ci mistycy, którzy mieli nieszczęście zobaczenia w widzialnej postaci Złego, zawsze podkreślali jak jest on potwornie brzydki i odrażający. Z drugiej strony wizjonerzy w Medjugorie, gdy zapytali Maryję dlaczego jest taka piękna, usłyszeli, że to dlatego, że kocha. Zresztą nawet my, gdy jesteśmy zakochani, chodzimy otoczeni jakąś aurą przydającą nam piękna i widoczną dla każdego spostrzegawczego człowieka.
Piękne widoki, piękno naturalnego świata, fakt, że tak to właśnie odbieramy, zachwycając się nimi dowodzi więc istnienia Boga. A ja w ostatnich dniach miałem tego wiele przykładów. I nie chodzi tu wcale o to, że te widoki muszą się każdemu podobać. Wiem, że dla wielu, łącznie ze mną, nie ma widoku piękniejszego niż panorama Tatr, czy przełom Dunajca, czy nawet samotna wierzba przy miedzy na mazowieckiej równinie. Ale tu nie chodzi o to, co się komu podoba. De gustibus non est disputantum. Chodzi o to, że sam fakt oceny czegoś jako rzeczy pięknej lub odrażającej, nudnej, czy zajmującej potwierdza istnienie jakiegoś standardu, wzorca piękna, którym jest właśnie sam Bóg.
Po przejechaniu przez Salt Lake City to białe koło szosy i na niej samej, to już nie była sól, ale śnieg. Trochę było ślisko i parę aut powylatywało z szosy, ale mną dobry Bóg i mój anioł stróż Bruno się opiekowali. Chyba wcześniej więcej padało, a jak ja się tam zjawiłem, już było odśnieżone. Posypywało ciągle przez całą noc, ale silny wiatr i duży mróz powodowały, że przejeżdżające auta samym swym impetem zdmuchiwały świeży śnieg na pobocza. Dojechałem szczęśliwie do Lincoln w stanie Nebraska, gdzie planowałem iść na mszę.
Jeden z powodów, dla którego w Wyoming sypało, to fakt, że jest to dość wysoki teren. Nawet zrobiłem zdjęcie laptopa z wyświetloną wysokością nad poziomem morza. To w stopach, bo my w Stanach nie zauważyliśmy, że reszta świata zunifikowała swe metody pomiaru otaczającej nas rzeczywistości i dalej stosujemy stopy, mile, stopnie Farenheita, funty i galony. Stopa ma 30,54 cm, czyli byłem na wysokości 2650 metrów. To, o ile pamiętam, 200 metrów wyżej, niż sięgają Rysy. Nic dziwnego, że było -5 Farenheita (-20 w „normalnej” skali Celsjusza) i sypało śniegiem. Wyoming to stan leżący na północ od Kolorado. Góry tam nie są tak majestatyczne, jak w okolicach Denver, wyglądają raczej jak kopce wystające z równiny, z płaskowyża, ale cały ten płaskowyż znajduje się sporo ponad 2 kilometry nad poziomem morza.
Stamtąd już tylko spokojny zjazd na dół. Lincoln, gdzie piszę te słowa, jest na poziomie 350 metrów nad poziomem morza. Chicago, gdzie będę jutro, jeszcze niżej. Przed świętami przejadę jeszcze przez Appalachy, niedaleko Mt. Mitchell, najwyższego ich szczytu, ale tam sama droga nie przebiega tak wysoko. Mt Mitchell ma 6 684 stopy, czy 2037 metrów wysokości, ale sama autostrada przechodzi dużo niżej. Dzisiaj jednak zatrzymałem się w Lincoln, bo zaplanowałem tu iść na mszę.
Na stronie www.masstimes.org, gdzie zawsze szukam kiedy i gdzie jest jakaś msza znalazłem, że w Lincoln są w dwu kościołach msze po południu. Jeden z nich to katedra, (Lincoln jest siedzibą diecezji, z wspaniałym biskupem Fabianem Bruskewitzem), drugi to kościół św. Tomasza z Akwinu. Ten drugi był bliżej naszej bazy, gdzie mogłem zostawić naczepę, ale ponieważ to kościół graniczący z terenami Uniwersytetu, msze popołudniowe ma tylko w czasie roku akademickiego. Ponieważ nie byłem pewien, czy studenci jeszcze mają zajęcia, czy już pojechali na przerwę, zadzwoniłem i dowiedziałem się, że akurat dziś o 15:30 jest msza po łacinie.
Wiadomość ta ucieszyła mnie z kilku względów. Po pierwsze nie musiałem czekać do 18. Po drugie lubię mszę łacińską. Coś jest w tym, że modlimy się w „sakralnym” języku. Żydzi przecież do dziś się modlą po hebrajsku, nawet, jak na co dzień nie używają już tego języka. Gdy szukam mszy, czasem wypisuję oprócz miejscowości język liturgii. Oczywiście najpierw polski, ale jak nie ma polskiej mszy, wpisuję „latin”.
Ostatni raz na łacińskiej mszy byłem parę miesięcy temu w Omaha. To także w stanie Nebraska. Diecezja Lincoln jest częścią archidiecezji Omaha. Wygląda więc na to, że zarówno arcybiskup z Omaha, jak i biskup z Lincoln mają sentyment do tradycji. Co prawda tamta msza była mszą „przedsoborową”, taką, jaką odprawiano, gdy byłem dzieckiem, a ta dzisiejsza była już „Novus Ordo”, msza taka, jaką widzimy codziennie w naszych parafiach, tyle tylko, że wszystkie stałe części mszy odmawiane były po łacinie. Tylko czytania, kazanie i modlitwa wiernych były po angielsku.
Była wszakże jeszcze jedna różnica. Podczas ofiarowania i podniesienia kapłan, wraz z całym zgromadzonym ludem, był zwrócony w stronę ołtarza. A ponieważ był to kościół nowoczesny i ołtarz już nie był przy ścianie, ale od niej odsunięty, tak, ze podczas „normalnej” mszy kapłan mógł być zwrócony w stronę wiernych, to dzisiaj kapłan stał jakby ze złej strony ołtarza.
Oczywiście nie jest to zła strona i takie ustawienie się kapłana ma sporo sensu. Co więcej w żadnym dokumencie Soboru Watykańskiego nie ma słowa na temat tego, że kapłan ma być zwrócony twarzą do wiernych. Msza to nie jest teatr, a ksiądz nie jest aktorem. Co prawda może niektórzy uważają się za gwiazdorów, ale to nie oni są najważniejsi podczas mszy. Oni tylko udzielają, pożyczają Jezusowi swych rąk i w Jego Osobie, „In Persona Christi” ofiarują Bogu tę doskonalą ofiarę.
Jedno słowo do tych, którzy zarzucają katolikom, że my ponownie, na każdej mszy krzyżujemy Jezusa. Albo, że składamy ponownie ofiarę, gdy Biblia wyraźnie mówi, że ofiara Jezusa była doskonała i nie ma już potrzeby składania więcej ofiar. Tym odpowiem krótko, że nie da się ponownie ofiarować tego, co się nigdy nie kończy. Co zawsze trwa. My ofiarujemy Bogu tę samą ofiarę, którą złożył Jezus. Robimy to, bo On sam nam to nakazał w słowach:
Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: To jest Ciało moje za was [wydane]. Czyńcie to na moją pamiątkę! Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę! (1 Kor 11,23b-25)
A to, że ta ofiara trwa poza czasem, trwa wiecznie, wiemy z Apokalipsy Świętego Jana. On właśnie w swej wizji Nieba widzi, że ofiara Jezusa nie skończyła się na Kalwarii, ale trwa wiecznie, a my tylko w czasie uczestnictwa we Mszy, łączymy się i jednoczymy z tą niebiańską liturgią. Nic dziwnego, że Jan miał swą wizję właśnie w „dzień Pański”, czyli w niedzielę. Wygnany, bez możliwości sprawowania mszy dla swego ludu otrzymał łaskę uczestniczenia w mszy, która trwa przez całą wieczność.
Zwolennicy takiego usytuowania ołtarza, jakie mamy teraz w większości kościołów podawali jako argument, że w bazylice św. Piotra w Rzymie, tej „matce” wszystkich kościołów kapłan zawsze był zwrócony twarzą w stronę wiernych. To prawda. Ale przyczyna tego była zupełnie inna, niż tworzenie z ołtarza czegoś na kształt domowego ogniska, przy którym się wszyscy gromadzimy.
Tradycyjnie kościoły zawsze były skierowane ołtarzem na wschód. Wschód symbolizował powstawanie nowego dnia, wzejście Słońca, symbolizował Boga. Mędrcy ujrzeli właśnie na wschodzie gwiazdę, która oznajmiła im przyjście Mesjasza i wskazała właściwe miejsce. Tak, jak Żydzi rozsiani po całym świecie, oraz ci w Izraelu modlą się skierowani w stronę Jeruzalem, a ci w Jerozolimie w stronę, gdzie była kiedyś Świątynia, jak muzułmanie zawsze modlą się skierowani w stronę Mekki, tak my, chrześcijanie modliliśmy się tradycyjnie zwróceni na wschód. W Krakowie na przykład doskonale to widać. Niemal wszystkie stare kościoły są zwrócone w „stronę Nowej Huty”.
Problem z bazyliką Świętego Piotra polegał na tym, że jej ołtarz jest nad grobem Świętego Piotra. Ostatnie wykopaliska archeologiczne potwierdziły zresztą tę tradycję. Ponieważ jednak jest to największy kościół na świecie, nie było po prostu miejsca, żeby zbudować go na zachód od miejsca pochówku pierwszego papieża. Zbudowano więc kościół z ołtarzem po stronie zachodniej, ale nie zmieniło to wcale faktu, że kapłan ofiarował mszę we wschodnią stronę. Dlatego to był on zwrócony twarzą do wiernych. Podczas ofiarowania i podniesienia jednak wszyscy wierni odwracali się w kierunku wschodnim i klęczeli tyłem do ołtarza. Ofiarę bowiem składamy Bogu, a Jego miejsce symbolizował Wschód.
Kościół Św. Tomasza z Akwinu w Lincoln jest zwrócony na wschód. Zauważyłem zresztą wiele innych rzeczy podnoszących mnie na duchu. Przede wszystkim jest piękny. Skromny i nowoczesny, ale urządzony ze smakiem. A piękno to Dobro, Miłość, to sam Bóg.
W samym kościele nikt nie gadał, nie puszczali muzyki przed mszą (co zawsze mi się bardziej kojarzy z kinem, niż ze świątynią), nikt nie musiał szukać Tabernakulum, bo było na samym środku. Każdy przechodzący przed nim przyklękał i każdy przyjmujący komunię przyklękał. Zwłaszcza ta rzeczywistość mnie urzekła, bo w większości kościołów w Stanach do komunii podchodzi się jak do baru szybkiej obsługi. Ilekroć ja przyklękam przed przyjęciem Jezusa, powoduję mały karambol osób za mną, ostro hamujących i wpadających na siebie.
Cóż, dziś nikt na nikogo nie wpadał. Chyba wszyscy po prostu wierzyli, że zaraz przyjmą samego Boga do swoich serc. Nikt się nie spieszył i nikt nie wylatywał zaraz po komunii na parking, żeby zdążyć odjechać zanim się zrobi korek do wyjazdy spod kościoła. A w samym kościele było sporo rodzin z małymi dziećmi. Sporo kobiet miało tradycyjne przykrycia głowy, koronkowe chustki. Mężatki, czy tez wdowy czarne, młode dziewczęta białe. Było uroczyście, podniośle i po Bożemu.
Dla mnie takie oznaki są bardzo optymistyczne. Ja wiem, że to są rodzynki. Pierwsze jaskółki. Że nie ma wiele takich miejsc w Ameryce, a zwłaszcza w zachodniej Europie. Ale od czegoś trzeba zacząć. Cieszę się, że ten zjazd w dół, rozwadnianie chrześcijaństwa się chyba skończył. Ludzie sami pragnął „trudnej wiary”. Jeżeli nasza wiara nie jest warta, aby za nią umrzeć, nie jest warta, aby dla niej żyć. I właśnie wśród młodych widać tę tęsknotę za takim właśnie tradycyjnym chrześcijaństwem. Nic dziwnego, że ta msza, na której byłem dzisiaj miała miejsce właśnie w kościele będącym tuż obok Uniwersytetu. Także chór, przepięknie śpiewający nam podczas tej mszy składał się właśnie z ludzi młodych, zapewne studentów pobliskiej szkoły.
Na koniec jeszcze jedno tylko spostrzeżenie. I to całkiem z innej beczki. Dzisiaj jest (a raczej była wczoraj, bo w Polsce już poniedziałek) dokładnie druga rocznica zamieszczenia pierwszego postu, pierwszej nowiny na tej stronie. To właśnie 18. grudnia 2003. roku napisałem: „Co za miły, choć męczący dzień. Witam na mojej stronce. Miała to być witryna którą sam robię, ale okazało się, że to nie takie proste. Całe szczęście, że nie brakuje życzliwych i mądrych duszyczek, które są gotowe pomóc. Dziękuję…” Minęły dwa lata. Znowu miałem miły, choć męczący dzień. Niewiele więcej umiem, jeżeli chodzi o tworzenie stronek i ciągle mi pomagają życzliwe dusze. Dziękuję. I dziękuję wszystkim odwiedzającym tę stronkę. Każdemu z tych 78 tysięcy, którzy tu trafili, czy to świadomie, czy tez zupełnie przypadkowo.
Pamiętam o każdym z Was w swych modlitwach i zapewniam Was, że nie ma przypadków. Wpadajcie jak najczęściej, zaglądajcie do archiwum, korzystajcie z istniejących tu linków. Jak ktoś mieszka, jak ja, poza Polską, zapraszam do używania linków do rozgłośni radiowych. Teraz można słucha doskonałego Radia Józef, można posłuchać codziennej audycji Radia Watykańskiego i wielu innych wartościowych rozgłośni. Dziękuję jeszcze raz wszystkim. Bóg zapłać!”
Subscribe to:
Posts (Atom)