Tuesday, October 25, 2005

Orędzie z Medjugorie, 25.X.2005


"Dziatki, wierzcie, módlcie się i kochajcie, a Bóg będzie blisko was. Obdarzy was wszystkimi łaskami, o które Go prosicie. Jestem darem dla was, bowiem Bóg, z dnia na dzień, pozwala mi być z wami i kochać każdego z was niezmierną miłością. Dlatego, dziatki, w modlitwie i pokorze otwórzcie wasze serca i bądźcie świadkami mojej obecności. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie."

Monday, October 24, 2005

Prawdziwa wolność

Czym jest prawdziwa wolność? Gdyby przeprowadzić badanie opinii społecznej na ten temat, jestem przekonany, że większość ludzi odpowiedziałaby, że prawdziwa wolność polega na tym, że nie istnieją żadne ograniczenia, prawa i bariery i każdy robi to, na co ma ochotę. Każde ograniczenie bowiem zniewala człowieka.

Jest to dość powszechny pogląd i taka forma wolności zapewne istnieje, ale jest ona niedoskonała. Jest to taka „gorsza”, niższa forma wolności. Co więcej, nie może być powszechna, dostępna dla każdego, gdyż powoduje niewolę pewnej grupy ludzi. To taka pułapka logiczna, jak w przypadku tolerancji. Ludzie tolerancyjni tolerują teoretycznie wszystko i wszystkich, z wyjątkiem osób, które mówią im, że to, co robią jest obiektywnie złe i niemoralne. Wtedy nagle ich tolerancja znika i zaciekle atakują osobę o takich „nietolerancyjnych” poglądach. Udowadniają przy okazji, że sami też wcale tolerancyjni nie są.

Podobnie jest z wolnością. Gdyby tak rozumieć wolność, to musiałoby to doprowadzić do sytuacji, gdy jedna grupa ludzi wykorzystywałaby inną, słabszą i mniej przebojową. Historia ludzkości pełna jest przykładów takiego rozwoju wypadków. Dlatego to właśnie państwa mają prawa broniące interesów wszystkich swych obywateli. Prawdziwa wolność to musi być taka forma wolności, która po zastosowaniu jej w praktyce, przynosiłaby korzyści każdemu bez wyjątku człowiekowi.

Do tej pory chyba wszystko jest jasne i logiczne. Jest naturalną rzeczą, że mniejszości narodowe, ludzie o innym kolorze skóry, kobiety czy osoby w podeszłym wieku muszą mieć ochronę prawną państwa. Nikomu nawet nie przychodzi do głowy, że jest to ograniczenie wolności. Bez takich praw mielibyśmy po prostu do czynienia z anarchią.

Niestety, gdy chodzi o inne aspekty naszego życia, już nie widzimy tak łatwo potrzeby istnienia praw. Mam tu na myśli prawa dotyczące naszej moralności. Te, jeżeli coś ograniczają, uważamy bezwarunkowo za ograniczenie wolności. Uważamy, że to, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami naszej sypialni, nie powinno nikogo ani obchodzić. Zwłaszcza polityków, ale także Kościoła. Niestety jednak to, co robimy za tymi drzwiami, wcale nie jest tylko naszą sprawą. Ma to wpływ na cale społeczeństwo. Jednak nawet, gdyby miało tylko wpływ na nas samych, ciągle Kościół miałby obowiązek uczyć nas o tym negatywnym wpływie.

Mówienie, że jest inaczej, to trochę tak, jak by powiedzieć, że nie życzymy sobie, żeby nas budzono, gdy jesteśmy w nim sami i śpimy w płonącym domu, Co kogo obchodzi, że zginę? To moja sprawa. Tym bardziej, że mam cudowny sen i strażacy mogliby mi go przerwać. Bez sensu? Oczywiście. Tak, jak bez sensu jest mówienie, żeby się nie wtrącać do życia grzesznika. On jeszcze bardziej „śpi w płonącym domu” i nawet, jak jego sen może rzeczywiście być bardzo przyjemny, to przerwanie go wyjdzie mu naprawdę na zdrowie.

Dwa bardzo często używane przykłady dla zilustrowania prawdziwej wolności, to rybka i pociąg. Rybka widząc ludzi chodzących po pokoju mogłaby pomyśleć, ze akwarium jest wiezieniem i tak naprawdę będzie wolna dopiero wtedy, gdy wyskoczy z wody. Oczywiście, gdyby tego spróbowała, przepłaciłaby to życiem. Pociąg także, zazdroszcząc innym pojazdom, gdyby opuścił „ograniczające” go tory, utknąłby bezużytecznie w piachu. Ani woda więc nie ogranicza rybki, ani tory pociągów. Są to niezbędne rzeczy, umożliwiające im szczęśliwe egzystowanie.

W dziedzinie naszego fizycznego świata widzimy to wszystko. Latanie jak ptak jest może pociągające dla wielu, ale ci, którzy chcą tego spróbować, sami się zupełnie dobrowolnie „zniewalają”. Czy to będzie spadochron, czy lotnia, gumowa linka przyczepiona do nogi, czy szybowiec, każdy z tych, którzy zazdroszczą ptakom sam sobie robi ograniczenia. Nikt, poza samobójcami, nie wychodzi po prostu na wysoki budynek i nie skacze machając szybko rękami.

Konstruktor pociągu wie, że jego dzieło, aby funkcjonować prawidłowo, musi mieć odpowiednie tory. Inne urządzenia także mają swoje instrukcje obsługi, pełne wskazówek mających za zadanie pomóc nam jak najwięcej skorzystać z możliwości tych urządzeń. Nie negujemy zakazu wrzucania podłączonej do prądu suszarki do włosów do wanny pełnej wody. Zwłaszcza, gdy my w tej wodzie siedzimy. Ani suszarka, ani my nie przeżylibyśmy takiego eksperymentu.

Dlaczego więc nas zawsze tak dziwią prawa w dziedzinie moralności? Dlaczego z uporem godnym lepszej sprawy upieramy się, że są one ograniczeniem naszej wolności? Człowiek składa się z ciała i duszy. Ciało podlega prawom fizycznym, ale i dusza podlega pewnym prawom. Są one ważniejsze nawet od tych fizycznych, bo determinują gdzie spędzimy wieczność. W naszym więc interesie poznanie tych praw, zrozumienie ich i stosowanie w naszym życiu.

Bóg jest naszym „konstruktorem”. Stworzył nas i cały otaczający nas wszechświat. Przez swe objawienie na przestrzeni wieków, Biblię i Kościół dał nam „instrukcję obsługi”, żebyśmy mogli funkcjonować bez zgrzytów i zgodnie z naszym przeznaczeniem. Wszystkie te przepisy i nakazy w dziedzinie moralnej nie są po to, żeby nam zepsuć zabawę, ale żebyśmy mogli być szczęśliwi. Jako indywidualne osoby i jako całe społeczeństwa.

Zobaczmy tylko, do czego doprowadziła cała ta „rewolucja seksualna”. Rozbite domy, rozwody, miliony dzieci bez ojca, przemysł pornograficzny, przynoszący miliardy dolarów zysku i niszczący miliony istnień. Pornografia nie jest niewinną zabawą. Nikt „ normalny” nie postanawia, że zostanie gwiazdą filmów porno. Są to osoby złamane, zmuszone do tego szantażem, głodem narkotykowym, zastraszeniem. Osoby zdesperowane, niepotrafiące zobaczyć innego wyjścia ze swej sytuacji. A osoby oglądające porn ponoszą za to moralną odpowiedzialność. Gdyby bowiem nie było odbiorców pornografii, nie byłoby i samej produkcji.

Z drugiej strony miliony rodzin cierpi, gdy mają ojca, brata czy syna uzależnionego od pornografii. Kosztuje to rodzinę finansowo i powoduje problemy w pozamaterialnej sferze. Żona mająca męża uzależnionego od pornu nie tylko jest zdradzana wirtualnie, ale najczęściej także faktycznie mąż jej nie jest jej wierny i traktuje ją jak przedmiot, nie jak człowieka. Pornografia upadla ludzi.

Jeżeli zaś chodzi o całe społeczeństwa, to sami widzimy skutki tej „rewolucji”. Europa się wynaradawia i staje się Eurabią. Miasta, gdzie jeszcze 20 lat temu za każdym czlowiekiem o innym kolorze skóry wszyscy się oglądali, stają się miastami, gdzie biali zaczynają być mniejszością. Włosi, naród o najmniejszym przyroście naturalnym spośród krajów europejskich, przestanie istnieć za 150 lat. Inne narody zaraz po nich. Powstaną inne, nie wątpię. Ale nasza, judeochrześcijańska cywilizacja rozpada się na naszych oczach.

Co dziwniejsze i smutniejsze zarazem, my sami jesteśmy tego przyczyną. To kraje europejskie głośno i wyraźnie domagają się wyrzucenia Boga z życia publicznego. Domagają się „praw człowieka”, które tego człowieka unicestwiają. Równocześnie napływa ludność arabska mająca silne poczucie istnienia Boga, dla której nie tylko nie ma „rozdzielności” wiary i życia codziennego, ale także dla tej wiary gotowi są zginąć.

Co zatem się stanie? Nie wiem. Nie jestem prorokiem. Jestem zresztą umiarkowanym optymistą. Uważam, że Bóg kontroluje wszystko. Święty Paweł napisał:


Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
(Rz 5, 20b-21)

Ostatnie wybory są też chyba tego przykładem. Tylu było „pewnych” kandydatów. Kandydat komunistów, jak wreszcie ogłosił, że jednak wystartuje, miał takie poparcie, że niemalże był już mieszkańcem pałacu prezydenckiego. Nie dotrwał nawet do samych wyborów. I później, gdy już było wiadomo, że będzie to rozgrywka między Kaczyński i Tuskiem, temu pierwszemu też nie dawano wielu szans. Wygrał jednak zdecydowanie.

Uważam więc, że wszystko jest możliwe. Ja nie piszę o polityce. Ja piszę o wierze. Przykład wyborów podałem tylko jako ilustracje, że w życiu często niemożliwe staje się rzeczywistością. Historia jest pełna takich przykładów. I nawet, jak historia tak naprawdę nigdy się nie powtarza, to z pewnością lubi się ona rymować.

Prawdziwa wolność zatem to wolność do wyboru tego, co moralne. Tylko taki wybór uniezależni nas od ograniczeń, skaleczeń, chorób i śmierci. Tylko taki wybór uczyni nas naprawdę wolnymi. Nie jest jeszcze za późno na zmianę i jestem przekonany, że Łaska rozlewa się obficie nad nami. Młodzi ludzie są wspaniali i rośnie nam cała rzesza radykalnych chrześcijan. A tylko radykalny chrześcijanin może być człowiekiem wolnym i szczęśliwym.

Natomiast wolność z tej popularnej definicji tego słowa, wolność prowadząca do anarchii, gdy zaaplikowana do naszego życia duchowego, musi doprowadzić do łez, rozczarowań, rozpadu rodziny i całych społeczeństw i w końcu do samounicestwienia. Musimy więc zaufać Bogu. On dokładnie wie, jak zrobić człowieka szczęśliwym. Zna nas dużo lepiej, niż my sami i na zaufaniu do Niego na pewno nie stracimy. A zyskać możemy prawdziwą wolność, szczęście i życie wieczne przy Jego boku.

Friday, October 21, 2005

On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? (Mt 22,20)

W ostatnią niedzielę była interesująca Ewangelia. Opisuje jedną z tych scen, kiedy to faryzeusze przypuszczali, że znaleźli doskonałą zasadzkę, w którą złapią Jezusa. Wymyślili pytanie tak skonstruowane, że bez względu na to, jak On odpowie, myśleli, wpadnie w zastawione sidła. Cóż, nie wierzyli oni, że Jezus jest Bogiem, nie wiedzieli więc, że nie mają szans na odniesienie sukcesu.

Samo pytanie brzmiało:
Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? (Mt 22,17b). Myśleli, że jak Jezus powie, żeby płacić, oskarżą go o kolaborację z okupantem i straci wiele w oczach ortodoksyjnych Żydów, a jak powie, że nie, to doniosą przedstawicielom Rzymu, że namawia do rebelii. Czyli sytuacja bez wyjścia: Tak źle i tak niedobrze. To jest takie „standardowe” tłumaczenie tego tekstu. Używa się go także czasem do uzasadnienia obowiązku płacenia podatków przez chrześcijan. Jezus bowiem odpowiedział tak:

Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.
(Mt 22, 19-21)

Ja jednak uważam, że ta historia wcale nie jest o podatkach. W ogóle nie mówi o finansach, pieniądzach i obowiązkach wobec Ojczyzny. Mówi ona o tym, kto jest naszym Panem. Komu służymy. Czyim dzieckiem jesteśmy. Czyj obraz my w sobie nosimy.

Jestem przekonany, że Jezus mówiąc o „obrazie i napisie”, a raczej obrazie i imieniu, bo to właśnie mówił ten napis, nawiązuje do Księgi Rodzaju. To właśnie tam, na samym początku, czytamy, że:
Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rdz 1,27).

Wątek „obrazu” i „imienia” przewija się później przez całą Biblię. Mamy jakby dwie rodziny ludzkie, dwie gałęzie rodzaju ludzkiego: Bożą i człowieczą. Tych, którzy są dziećmi Bożymi i tych, którzy sami sobie są bogami.

Pierwszy raz spotykamy się z tym już wśród dzieci Adama. Kain, mordując swego brata, odrzuca Boga. Służy tylko sobie. Adam, stworzony na obraz Boga, zbliża się ponownie do żony i Bóg mu daje jeszcze jednego syna, Seta. Set z kolei, mając swego syna, wzywa imienia Pana:


Setowi również urodził się syn; Set dał mu imię Enosz. Wtedy zaczęto wzywać imienia Pana.
(Rdz 4,26)

Widzimy więc wątek rodziny Bożej. Tymczasem wygnany Kain buduje miasto i nazywa je imieniem… Zobaczmy sami:

Kain zbliżył się do swej żony, a ona poczęła i urodziła Henocha. Gdy Kain zbudował miasto, nazwał je imieniem swego syna: Henoch. (Rdz 4,17)


Troszkę później znowu mamy wątek imienia. W historii z wierzą Babel ludzie postanowili:

Nuże, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi! (BW, Gen 11,4)

Użyłem tłumaczenia Biblii Warszawskiej, gdyż Tysiąclatka zastąpiła słowo “imię” “znakiem”. Ludzie odrzucają Boga i chcą sami uczynić sobie imię. Chcą mieć swój, a nie Boży, „napis” na wierzy.

Przykładów jest więcej i pisałem już o tym w „Rozważaniach o Biblii”. Myślę jednak, że te, które podałem, wystarczająco ilustrują moją myśl.

Jak więc widzimy, Jezus, nawiązując do Tory, odwraca zupełnie pułapkę założoną na niego przez faryzeuszy. Pyta ich niejako: Co wam do tego, czy należy płacić, czy nie? Czemu mnie o to pytacie? Moje Królestwo nie jest z tego świata. Dlaczego martwicie się podatkami? Spójrzcie w swoje serca: Czyje imię jest w nich wypisane? Czy waszym bogiem jest Cezar, czy mamona, czy też Bóg prawdziwy? Czy za imieniem cesarza podążacie, czy za wołaniem Boga, które powinno być w waszych sercach?

Podatki trzeba płacić i ja na pewno nikogo do rebelii nie namawiam. Sam Święty Paweł powiedział:


Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy - przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia.[…] Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek - podatek, komu cło - cło, komu uległość - uległość, komu cześć - cześć.
(Rz 13,1-2,7)

Jezus jednak, jestem przekonany, miał zupełnie co innego na myśli. Gdy faryzeusze myśleli o podatkach, a raczej o przyłapaniu Jezusa, On chciał im ukazać, że martwią się nie tym, czym powinni. Każdy bowiem, kto chce to Królestwo osiągnąć, musi mieć „obraz i napis” prawdziwego Boga w swoim sercu. Gdyby byli oni obywatelami Królestwa Niebieskiego, dojrzeliby w Jezusie Mesjasza, a nie próbowaliby łapać Go w zasadzki i zgładzić.

A nauczka dla nas jest taka, że i my powinniśmy się bardziej martwić osiągnięciem Królestwa Bożego, niż naszymi codziennymi troskami. Bo one to właśnie bardzo często przesłaniają nam naszego Boga. A jeżeli bierzemy udział w glosowaniu, co każdy z nas powinien bezwarunkowo uczynić, głosujmy tak, jakby to Jezus był naszym prawdziwym Panem i Królem. Pamiętajmy i o tych Jego słowach:


Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.
(Mt 6:31-33)

Sama zaś niedzielna Ewangelia, przypominam, brzmiała tak:


„Wtedy faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Go w mowie. Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.”
(Mt 22,15-21)

Faust

W ostatni weekend miałem „randkę” z moją córeczką. Pojechaliśmy sobie razem do opery. Wiktoria jest miłośniczką tego typu muzyki. Ja także chętnie słucham muzyki poważnej. Mało kto wie, ale jako dziecko sam śpiewałem w chórze chłopięcym krakowskiej filharmonii. Byłem nawet na tournee w Budapeszcie, Bratysławie i Wiedniu z „Pasją” Krzysztofa Pendereckiego. Do tego z powodu charakteru mojej pracy spędzam z dziećmi o wiele za mało czasu, więc była doskonała okazja, żeby troszeczkę to nadrobić.

Wiktoria wybrała „Fausta” Charlesa Gounoda, operę napisaną na podstawie sztuki Goethego pod tym samym tytułem. Ja, prawdę mówiąc, nie byłem zachwycony tym wyborem. Ona czytała Goethego, ja nie. Faust kojarzył mi się z jakimś diabłem, który dal komuś młodość w zamian za duszę. Coś tam słyszałem, że dzwoniło, ale nie wiedziałem, w którym kościele. Nawet kiedyś nie mogłem się pogodzić z faktem, że święta Faustyna ma takie „szatańskie” imię. Nie wiedziałem, czemu tak ją nazwano, a nie jakoś bardziej „po chrześcijańsku”.

Ponieważ jednak Wiktorii zależało na tej operze, zdecydowałem się jechać z nią i zobaczyć samemu, jak to z tym Faustem jest. Ewentualnie, pomyślałem, będzie temat do dyskusji po samym przedstawieniu. A czasu na dyskusję będziemy mieć wiele, bo opera była w Nashville. 700 kilometrów od naszego domu. Na szczęście w Nashville mieszkają nasi dobrzy znajomi, więc przynajmniej po samym spektaklu nie musieliśmy wracać, ale zostaliśmy u nich do następnego dnia.

Co do samej opery, to okazało się, że wszystkie moje wątpliwości wynikały tylko z mojego nieuctwa. „Faust” okazał się być nie tylko piękny muzycznie, co wiedziałem już wcześniej, ale samo libretto daje nam cudowne chrześcijańskie przesłanie. Co więcej, jest ono właśnie na temat Bożego Miłosierdzia. Nic dziwnego zatem, że żeńską formę imienia Faust dostała „sekretarka Bożego Miłosierdzia”. Teraz wszystko mi dokładnie pasuje.

Opera jest o starym lekarzu imieniem Faust, który pod koniec życia stwierdza, że nie miało ono żadnego sensu, nie znalazł dowodu na istnie nie Boga i wzywa szatana, jeżeli on tylko istnieje, aby się zjawił i spełnił jego życzenie. Pojawia się Mefistofeles i w zamian za duszę Fausta oferuje mu młodość, swoją służbę i piękną Małgorzatę.

Szatanowi nie chodziło wcale o Fausta. Wierzył on, że Faust i tak będzie jego. Ale Małgorzata była dobrą, kochającą Boga dziewczyną i szatan chciał użyć Fausta do złamania jej życia i pozbawienia jej możliwości zbawienia.

Dziewczyna odtrąca najpierw Fausta, teraz już młodego, przystojnego chłopca, ale skuszona klejnotami, zostaje po pewnym czasie jego kochanką. Gdy zostaje matką nieślubnego dziecka, w akcie rozpaczy zabija je. W więzieniu odwiedza ją Faust, wprowadzony przez Mefistofelesa i namawia do ucieczki, ona jednak nie widzi go nawet, rozmawiając z Bogiem i błagając Go o miłosierdzie. Małgorzata umiera i Mefistofeles triumfalnie pragnie porwać jej duszę, ale chór aniołów ogłasza, że została zbawiona.

Oczywiście nie zamieściłem w tym skrócie wszystkich wątków opery. Jest jeszcze motyw jej brata, żołnierza, który chcąc pomścić hańbę siostry wyzywa Fausta, ale ginie w pojedynku. Jest też wspaniała aria Mefistofelesa na temat służenia mamonie, jest parę innych cudownych scen. Główne przesłanie tej opery jest jednak takie: Bez względu na to, jak bardzo namieszamy w naszym życiu, jak wiele złego wyrządzimy, ciągle możemy uzyskać zbawienie. Musimy tylko uznać, że jesteśmy grzesznikami i prosić naszego Zbawiciela o litość.

Mefistofeles popełnił błąd w swej ocenie, bo oceniał to, co Małgorzata zrobiła. Bóg jednak jest miłosierny. Nie waży na wadze dobrych i złych uczynków i która strona „cięższa”, ta zwycięża. Całe szczęście. Bóg szuka niemalże pretekstu, żeby nas zbawić. Nie znaczy to, że odbiera nam wolną wolę, gdy Go świadomie odrzucamy, będziemy mieli to, na co zasługujemy. Ale Małgorzata błagała o miłosierdzie i to Bogu wystarczyło.

Piękna opera, a sama sztuka Goethego, która zawiera więcej jeszcze wątków, mówi nam nawet, że i Faust został zbawiony. W operze umiera on tuż po Małgorzacie i Mefistofeles dostaje jego duszę. Przynajmniej tak było w tej, którą widziałem w Nashville. Polecam więc serdecznie wszystkim Fausta. Mnie tak ta opera zafascynowała, że nawet nie wiedziałem, kiedy te 3 godzinki minęły.

Dodatkową zaletą był fakt, że w operze w Nashville nad sceną jest mały ekran, gdzie cale libretto było tłumaczone na angielski. Opera ta bowiem, jak to jest w zwyczaju, była śpiewana w oryginalnym języku, czyli po francusku. Można więc było dokładnie śledzić akcję, nie odrywając oczu od sceny i nie szukając w programie, co teraz się dzieje na scenie. Bardzo dobry pomysł. Jak oglądanie obcojęzycznego filmu z napisami. A libretto tej opery jest chyba nawet piękniejsze od samej muzyki, bo mówi nam o Bożym Miłosierdziu.

Thursday, October 13, 2005

Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę (Rz 3,28a)

Właśnie wróciłem z kościoła, gdzie usłyszałem, podczas liturgii słowa fragment listu Świętego Pawła do Rzymian mówiący o zbawieniu z wiary. Pisałem o tym już wielokrotnie, więc nic nowego dziś nie będzie. Myślę jednak, że jest to temat, do którego należy powracać.

Paweł mówi:
Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa. (Rz 3, 28). Werset użyty przez Marcina Lutra, aby uzasadnić jego doktrynę „Sola Fide”. Przykład na to, że tekst bez kontekstu jest tylko pretekstem do udowodnienia każdej tezy, jaką sobie sami założymy.

Luter posunął się do tego, że w swym tłumaczeniu Biblii dodał słówko „tylko” do tego wersetu, zmieniając całkowicie jego sens. Nie ukrywał nawet tego faktu, że słowa „tylko” nie ma w greckim oryginale, ale błędnie uważał, że jest ono konieczne dla zrozumienia intencji Świętego Pawła. Cóż, konieczne to ono jest do zrozumienia intencji Lutra, ale Pawła na pewno nie.

Intencje Świętego Pawła wyjaśnia sam kontekst. On to właśnie w następnym wersecie pisze:
Bo czyż Bóg jest Bogiem jedynie Żydów? Czy nie również i pogan? Zapewne również i pogan. (Rz 3,29). Czy więc chodzi tu Pawłowi o tak zwane „dobre uczynki”? Przecież te mogą sprawować wszyscy, Żydzi i poganie. Czemu więc Paweł ich rozgranicza? Robi to, bo mówi on o zupełnie innych uczynkach. To „pełnienie nakazów prawa” to wykonywanie obrzędów nakazanych przez prawo starotestamentowe. Konkretnie w tym przypadku chodzi o obrzezanie. Przeczytanie następnego werset nie pozostawia żadnych co do tego wątpliwości: Przecież jeden jest tylko Bóg, który usprawiedliwia obrzezanego dzięki wierze, a nieobrzezanego - przez wiarę. (Rz 3,30)

Luter więc zupełnie nie zrozumiał intencji apostola. Jego „wyjaśnienie” przez dodanie słówka „tylko” do wersetu 28. wypaczyło zupełnie jego sens. Prawdą jest bowiem, że wierzymy, że usprawiedliwienie osiągamy przez wiarę, a nie przez pełnienie nakazów prawa, ale nie tylko przez wiarę. Prawdziwy jest także ten werset z Listu Świętego Jakuba:
Widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary. (Jk 2,24) A więc słowa „tylko” i „wiara” rzeczywiście znajdują się razem w jednym z biblijnych wersetów, ale mają one do towarzystwa jeszcze inne malutkie słówko „nie”.

Jak wcześniej zaznaczyłem, pisałem już o tym nie raz, ale problem ten powraca w dyskusjach z braćmi odłączonymi na wielu chrześcijańskich forach. Nic dziwnego, bo jest to podstawa całego rozłamu chrześcijaństwa spowodowanego przez Lutra. Gdyby nie jego niezrozumienie nauki Pawła być może nie byłoby tego rozbicia, jakiego jesteśmy teraz świadkami. Nic dziwnego zatem, że bronią oni jak mogą interpretacji Lutra, używając przeróżnych pretekstów i pozorów, jak rozgraniczanie między „usprawiedliwieniem”, a „uświęceniem”. Usprawiedliwienie tylko przez wiarę, a potem uświęcenie przez nasze uczynki. Nie mogą przecież ignorować dziesiątków przykładów, jakie Biblia podaje, mówiąc o konieczności spełniania dobrych uczynków. Sama Biblia nie robi jednak takiego rozgraniczenia i według Niej i nauki Kościoła prawdziwa wiara i dobre uczynki jako wyraz żywej wiary są jak dwie strony tego samego medalu. Nie można ich rozłączyć. Uczynki bez wiary nie mają zbawczej mocy i sami siebie nie potrafimy zbawić, a wiara bez uczynków, jak mówi apostoł Jakub, jest jak ciało bez ducha. Tak samo martwa i bezużyteczna.

Dla nas jednak z tego tekstu powinna wypływać inna nauka. Mianowicie, że nie wystarczy się ochrzcić i zapisać do parafii, przyjąć sakramenty rzucić złotówkę na tacę. Te rzeczy są ważne, tak, jak ważne było obrzezanie w czasach Starego Testamentu, ale nie to nam daje zbawienie. Gdy nie mamy wiary, gdy nie wierzymy sercem, że zbawienie jest darem, jaki otrzymaliśmy od Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa przez Jego śmierć na Krzyżu i Zmartwychwstanie, to żadne rytuały nie będą miały dla nas znaczenia. Są one istotne, ale jako wyraz, znak naszej wiary. Bóg bowiem patrzy w nasze serca i wszystkie rytuały z potrzeby serca muszą wypływać. Jeżeli natomiast wynikają one tylko z kulturowych naleciałości, z presji społeczeństwa czy innych podobnych pobudek, możemy sobie darować. Łudzimy się bowiem tylko i możemy się bardzo rozczarować gdy spotkamy naszego Zbawiciela w momencie naszej śmierci.


Teraz jawną się stała sprawiedliwość Boża niezależna od Prawa, poświadczona przez Prawo i Proroków. Jest to sprawiedliwość Boża przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Bo nie ma tu różnicy: wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania przez wiarę mocą Jego krwi. Chciał przez to okazać, że sprawiedliwość Jego względem grzechów popełnionych dawniej - za dni cierpliwości Bożej - wyrażała się w odpuszczaniu ich po to, by ujawnić w obecnym czasie Jego sprawiedliwość, i [aby pokazać], że On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia każdego, który wierzy w Jezusa. Gdzież więc podstawa do chlubienia się? Została uchylona! Przez jakie prawo? Czy przez prawo uczynków? Nie, przez prawo wiary. Sądzimy bowiem, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa. Bo czyż Bóg jest Bogiem jedynie Żydów? Czy nie również i pogan? Zapewne również i pogan.
(Rz 3,21-29)