Monday, February 28, 2005
Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie. (Ef 4,32)
Usłyszałem niedawno słowa, że tak naprawdę Boga kochamy tylko tyle, ile kochamy najbardziej znienawidzoną przez nas osobę. Zdanie to jakoś zapadło mi w serce i myślę o nim od kilku dni. Najgorsze jest to, że im więcej o nim myślę, tym prawdziwsze mi się wydaje, a nie jest to wcale dobrym dla mnie znakiem. Zresztą co tam znienawidzeni przez nas wrogowie. Jakże często mamy problem z naszymi bliskimi, z osobami, które kochamy, z członkami naszych rodzin.
Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. (1J 4,20)
Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, gdy wszystko jest dobrze. Wszyscy się uśmiechamy, mamy wspaniałe humory, pomagamy sobie wzajemnie i promieniejemy miłością. W takiej sytuacji każdy z nas jest aniołem. Ale nie zawsze tak jest. Czasem są złe dni. Czy to wina pogody, czy zmęczenia, złego samopoczucia czy hormonów- nie ważne. Czasem są dni takie, że czego nie powiemy, czego nie zrobimy, wszystko jest źle. Więc w złości wyrzucamy z siebie słowa, które ranią, kaleczą, zabijają miłość. A słowo raz wypowiedziane nie wróci. Albo wraca odbite w krzywym zwierciadle skrzywdzonej osoby, jeszcze cięższe, jeszcze okrutniejsze i bardziej raniące.
Jeżeli ktoś uważa się za człowieka religijnego, lecz łudząc serce swoje nie powściąga swego języka, to pobożność jego pozbawiona jest podstaw. (Jk 1,26)
I o co są te śmiertelne spory? Z jakiego powodu te ciężkie słowa wylatują, jak pociski z haubicy? Bo ukochana osoba się krzywo popatrzyła? Wycisnęła pastę z tubki ściskając ją w środku? Bo nie opuściła deski klozetowej? Czy zapomniała kupić papierosy? A może warto by przypomnieć sobie inną sytuację, kiedy to pewna znana nam wszystkim Osoba miała rzeczywiste prawo przygadać paru swoim oprawcom. Ale jednak powiedziała Ona te słowa:
Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. (Łk 23,34a)
Jeżeli On wybaczył w takiej sytuacji, to czy nie znaczy to, że my nie powinniśmy wybaczać w KAŻDEJ sytuacji?
Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie. (Łk 6, 37-38)
Ile razy czytam ten werset, mam przed oczami przekupkę z Kleparza, sprzedającą maliny, czy inne owoce. Ma ona garnuszek i sprzedając, sypie do niego z kopką i jeszcze utrzęsie, żeby się więcej zmieściło. Zawsze lubiłem kupować u takich, bo człowiek miał poczucie, że za wyznaczoną cenę dostał uczciwą ilość towaru. I nie ma tu znaczenia, że to ona tę cenę wyznaczała. I tak się czułem lepiej, bo zgadzając się na cenę widziałem, że dostaję uczciwą miarę.
A my? Jakże często przypominamy tego kelnera ze starego dowcipu, który przyniósł klientowi setkę wódki. Klient wziął szklaneczkę, patrzy i mówi: „Panie kelner, tu jest włos!” „To nie jest włos, to jest miarka.” – Odpowiedział kelner. Klient na to: „To dolej pan, z łaski swojej, do miarki!
Nasza sprawiedliwość jest właśnie taka. Oszukać troszeczkę, nie dać za wiele. Znaleźć drzazgę w oku bliźniego, ignorując swoje belki. Niech on, czy ona daje nam utrzęsioną miarę, ja może dam, no… troszkę pod kreskę. Bo to nie była moja wina. Nie ja zacząłem. I ona zawsze… I ja nigdy… Sto razy już mieliśmy tę rozmowę…Więc i tak okazałem dość cierpliwości i serca, aż za dużo. Tylko… czy to była wina Jezusa, że był przybity do Krzyża? On jeden był naprawdę bez winy. A jednak przebaczył.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego… (1 Kor 13,4-5)
Każdy z nas, nawet ten, co modli się niewiele, odmawia czasem modlitwę „Ojcze nasz”. Nawet ten, kto nie modli się w ogóle, ale jest czasem na mszy, odmawia ją w kościele. Warto byłoby się czasem zastanowić nad słowami tej modlitwy, bo kończy się ona słówkiem „Amen”, które jest zaprzysiężeniem. Mówiąc „Amen” mówimy: „Niech się tak stanie”. Zgadzamy się ze wszystkim, co powiedzieliśmy. A wśród siedmiu petycji do Boga Ojca, jedna jest warunkowa. Warto, żebyśmy nad tym warunkiem czasem pomyśleli.
[Ojcze nasz] przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili. […] Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6,12,14-15)
Czy to znaczy, że nasze wybaczenie spowoduje, że ta osoba, której nie możemy ścierpieć i która nam taką wielką krzywdę wyrządziła, nie spuszczając tej deski klozetowej, uniknie ognia piekielnego? Cóż. Większą krzywdą były słowa przez nas wypowiedziane, większą krzywdę powoduje kłótnia, niż jej przyczyna, więc to i tak my na ten ogień bardziej zasługujemy. Uważajmy na to, co mówimy, język jest okrutną bronią.
Języka natomiast nikt z ludzi nie potrafi okiełznać, to zło niestateczne, pełne zabójczego jadu. (Jk 3,8)
Nie naszą jest rzeczą sądzić. Sąd należy do Boga. I fakt, że my darowaliśmy, czy też nie, nie ma dla tamtej osoby żadnego znaczenia. Ma to znaczenie dla nas. To, że nie darujemy komuś win, rzeczywistych, czy urojonych, powoduje tylko to, że zamykamy drogę Bożemu Miłosierdziu do naszego serca. Odbieramy Bogu możliwość litości nad nami, nie nad naszym bliźnim. Nie domagajmy się więc aż tak sprawiedliwości, bo możemy ją otrzymać.
Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki. (1J 1,8-10)
A jakie ja mam prawo tak tu truć i umoralniać innych? Już widzę paru moich wiernych czytelników, szykujących się do ataku, ze zjadliwym uśmiechem na ustach, zaczynających ironicznym „Piotrusiu…” Otóż chciałem ich i was wszystkich zapewnić, że nie mam żadnego. Ten felieton jest o mnie. To ja mam problem i ja chciałem tu teraz wszystkich, których skrzywdziłem, przeprosić.
Łatwo jest umoralniać i głosić różne prawdy na necie, trudniej żyć tymi prawdami. I nie mówię tu nawet o różnych osobach, z którymi miałem jakieś spięcia i zażarte dyskusje na tej stronie. Do tych osób nie mam żalu, modlę się za nie każdego dnia, tak, jak za wszystkich odwiedzających tą stronkę. Niektórych z nich nie zrozumiałem, niektóre mają może jakieś inne problemy, są pewnie i takie, co po prostu chcą mi zrobić na złość. Ale to normalne. Skoro zdecydowałem się na taki ekshibicjonizm, jaki tu uprawiam, to muszę się liczyć z jego skutkami.
Problemem jest mój stosunek do osób „realnych”. Moich bliskich w domu, moich szefów w pracy. Pisałem niedawno, nawet dwukrotnie, że powinniśmy tak żyć, żeby nasze życie było niezbitym dowodem na to, że jesteśmy chrześcijanami. Ja mam z tym czasem bardzo poważne trudności.
Oczywiście, że można się usprawiedliwiać. Jestem nerwus i jak „wyjdę z nerw”, to nie panuję nad sobą. Nie moja wina. Takiego mnie Bóg stworzył. Trudność jest tylko taka, że każdego z nas Bóg stworzył z jakąś bolączką. Albo raczej, że w konsekwencji grzechu pierworodnego każdy z nas ma jakieś skłonności do złego. Jeden do alkoholu, inny do pornografii, trzeci ma problem z kartami, czy innym hazardem, a są tacy, co mają problem z opanowaniem nerwów.
Dlatego też mamy nie oceniać innych. Łatwo jest mi potępić homoseksualistę, ja nie mam w tym kierunku żadnych skłonności. Łatwo mi potępić alkoholika, od lat jestem abstynentem. Równocześnie usprawiedliwiam moje wybuchy złości, „bo przecież takiego mnie Bóg stworzył”. Że też pozostaniemy przy tych tylko przykładach, pomijając inne skłonności milczeniem.
Nie porównujmy się więc do innych, każdy z nas ma swój krzyż do niesienia. I nie znaczy to wcale, że mamy być tolerancyjni w stosunku do grzechów innych ludzi. Biblia i Kościół, a raczej sam Bóg, wyraźnie nas uczą, co jest grzechem. I to musimy głośno powiedzieć. Także grzesznikowi. Zwrócić mu uwagę, gdy błądzi. Z miłością wskazać mu drogę. Ale nie oceniajmy jego duszy, nie odsądzajmy od czci i wiary i nie posyłajmy go do piekła. To nie nasza rola. Dziękujmy Bogu, że nie mamy jego krzyża do dźwigania i módlmy się za niego.
Jedyna osoba, jaką nam wolno oceniać i jaką oceniać powinniśmy jesteśmy my sami. A ocena musi być sprawiedliwa i surowa. Jedyny grzech, jakiego nam Bóg nie odpuści, „grzech przeciw Duchowi Świętemu”, to grzech odrzucenia Boga. A odrzucamy Go dlatego, że uważamy, że nie jest nam On potrzebny.
Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal. (J 9,40-41)
Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego. (Mk 3,28-29)
Katechizm Kościoła Katolickiego tak wyjaśnia, czym jest ten grzech bluźnierstwa przeciw Duchowi Świętemu:
1864 "Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu nie będą odpuszczone" (Mt 12,31). Miłosierdzie Boże nie zna granic, lecz ten, kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego. Taka zatwardziałość może prowadzić do ostatecznego braku pokuty i do wiecznej zguby.
Nie zmieniajmy więc wszystkich naokoło i nie spowiadajmy się z grzechów żony, czy męża. Przypatrzmy się sobie. Pamiętajmy, że każdy z nas należy do jednej z dwóch grup ludzi: Albo jesteśmy grzesznikami, uważającymi się za świętych, albo świętymi, uważającymi się za grzeszników. Tak czy inaczej potrzebujemy Zbawiciela, sakramentu spowiedzi i odmiany naszych serc. Przynajmniej ja.
A wszystkich tych, których skrzywdziłem w swym życiu serdecznie przepraszam. Wybaczcie mi, a ja obiecuję, że postaram się poprawić. Wiem, ze to nie pierwsza taka obietnica, ale cóż. Nie jest to prosta sprawa. Ale nie jest to też wcale niemożliwe:
Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. (Flp 4,13)
Ale czy to znaczy, że moje felietoniki będą już miały całkiem stępione ostrze satyry? Czy znaczy to, że nie będę już nigdy sarkastyczny i złośliwy? Nie obawiajcie się. Ja nie potrafię pisać inaczej, niż piszę. Więc albo będę pisał tak, jak do tej pory, albo biorę zabawki i idę do domu. Ale jest zasadnicza różnica między stosowaniem form literackich, czasem mających nawet na celu ośmieszenie kogoś, a powiedzeniem w złości słów, których nigdy powiedzieć nie powinniśmy.
Jak ktoś, kto jest osobą publiczną bredzi, to ja z chęcią mu to wypomnę. Jak ktoś mnie zarzuca, że to ja bredzę, to będę się bronił. Także stosując sarkazm i starając się oponenta ośmieszyć. Inna sprawa na ile mi się to udaje osiągnąć. Ale to jest zupełnie co innego, niż celowe, lub mimowolne ranienie kogoś bliskiego przez poniżanie, czy próbę ośmieszenia.
Jaka więc różnica? Spróbuję wytłumaczyć. Gdy ktoś ma problem i prosi mnie o pomoc, a ja go wyśmieję, to na pewno jest brak miłości i grzeszne działanie. Gdy zaślepiony złością rzucam kalumnie na bliskich, czy czytelników, to na pewno grzech. Ale dysputa publiczna, odpieranie zarzutów, publicznie postawionych, to coś zupełnie innego. Tak mi się wydaje.
Czy nie znaczy to, że mogę kiedyś przekroczyć granicę i naprawdę zranić kogoś? Na pewno. Ale nie mam takich intencji. Powróćmy do przykładów z poprzedniego akapitu. Wyśmiewanie tych, którzy mnie proszą o pomoc jest czysto akademickim przykładem i na pewno się to tu nie wydarzy. Ale w sytuacji złości na bliskich celem moim jest ich zranienie. Taka jest smutna rzeczywistość. W kłótni używamy takich słów i takich wyrażeń, intonacji głosu i gestów, żeby sprawić tym, z którymi się kłócimy, ból. I nie ma większego znaczenia, że robimy to w złości i bez zastanowienia. Tak, czy inaczej, kłótnia jest namiastką rękoczynów i rani często bardziej niż uderzenie. Zostawia też czasem blizny na całe życie.
A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. (Mt 25:40)
Dyskusje na tej stronie nigdy nie mają na celu zranienie nikogo. Ośmieszenie? Zapewne czasami tak. A czy ośmieszenie nie może zranić? Może. Ale wydaje mi się, że ktoś, kto pierwszy stara się mnie ośmieszyć, zgadza się na taką „potyczkę słowną”. Jest to więc zupełnie inna sytuacja. Ale jeżeli kiedykolwiek kogoś skrzywdziłem tutaj użyciem słów, które raniły, przepraszam. Nie miałem takich intencji.
Czasem jednak granica jest płynna i zdaję sobie z tego sprawę, że mogłem ją przekroczyć. Zwłaszcza, że niektórzy z moich czytelników używali naprawdę chwytów poniżej pasa. Do dziś istnieje blog, który jest „antystroną” polonusa, z kopią linków, stacji radiowych itd., z moimi adresami, ale z jakimiś bzdurnymi tekstami, skopiowanymi niewiadomo skąd. Co i tak jest lepsze, niż stronki, o których pisałem już kiedyś, więc nie będę powtarzał. Tylko, że dochodzimy ponownie do tego samego pytania: Czy to, co mnie tu czasem spotyka jest gorsze od tego, co przeżył Jezus? Porównanie tak absurdalne, że aż śmieszne. A jeżeli On mógł wybaczyć, to czy ja nie powinienem?
Człowiek, czy ludzie, którzy mi starali się dokuczyć mają jakiś problem. A ja, jako chrześcijanin, mam obowiązek im pomóc. Choćby modlitwą. Nie wiem, dlaczego to robią i nie moja to sprawa. Może są chorzy. Może odebrali inne wychowanie. Może jest inna przyczyna. Ale celem nas wszystkich, skoro jesteśmy członkami tego samego Mistycznego Ciała, naszego Kościoła, którego głową jest Jezus, jest pomoc tym zbłąkanym owieczkom. Bo celem nas wszystkich musi być wspólne spędzenie wieczności.
Jezus usłyszał to i rzekł do nich: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (Mk 2,17)
Ten felieton jest jednak o czym innym. O krzywdzie wyrządzanej w złości najbliższym. Moje zachowanie w stosunku do nich nie może mieć usprawiedliwienia. Przynajmniej w moich oczach. Ja, znając Biblię na tyle, na ile ją znam, i naukę Jezusa, powinienem wiedzieć lepiej. I dlatego napisałem ten felieton. Głównie, żeby sobie samemu uświadomić pewien problem. I żebym mógł powrócić do niego i przeczytać, gdy następny raz stracę nad sobą panowanie. A was wszystkich proszę o modlitwę za mnie. I za wszystkich grzeszników, zmagających się ze swymi nawykami. Ja ze swej strony mogę to samo wam obiecać.
Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. (Rz 7,18-20)
Friday, February 25, 2005
Sprawa Terri Schindler-Schiavo. Najnowsze wiadomości.
Są najnowsze wiadomości w sprawie Terri, ale niestety niezbyt optymistyczne. Sędzia George Greer zadecydował dzisiaj, że mąż może odłączyć rurkę karmiącą Terri, ale nie przed 18. marca. Miejmy nadzieję, że rodzinie uda się w tym czasie coś uzyskać.
W międzyczasie znalazłem ciekawy artykuł o kościele scjentologicznym, kulcie dość rozpowszechnionym w USA, zwłaszcza wśród aktorów. John Travolta jest chyba najbardziej znaną postacią związaną z tym kultem, Tom Cruise także jest scjentologiem. Duchową stolicą tego kultu jest właśnie Clearwater na Florydzie, gdzie przebywa Terri. Także sędzia decydujący o jej życiu tam urzęduje.
Scjentolodzy są potężną grupą w tym mieście, posiadają wiele hoteli i innych budynków, mają wpływ na lokalną gospodarkę, a więc i na lokalne władze. Prawdopodobnie politycy i sędziowie siedzą im w kieszeni, a przynajmniej zdają sobie sprawę, że bez poparcie scjentologów ich szanse na ponowny wybór są znikome. Być może także mąż Terri jest członkiem tego kultu. Tłumaczyłoby to jego zachowanie.
Scjentologia nie tylko uczy, że śmierć jest wyzwoleniem duszy z ciała, które jest jej więzieniem i że w cierpieniu nie ma żadnej wartości, ale aktywnie walczy z katolicyzmem. Terri i jej rodzice są katolikami. Więcej o powiązaniu scjentologów ze sprawą Terri, po angielsku, można znaleźć w tym artykule. O samym „kościele” scjentologów po polsku tutaj.
Wspomagajmy nadal rodzinę Schindlerów naszymi modlitwami i miejmy nadzieję, że uda się zmienić w ciągu tych trzech tygodni decyzję sędziego. Ja was będę informował w dalszym ciągu o rozwoju tej sprawy, bo dotyczy ona nas wszystkich. To kwestia tego, kto ma decydować o naszym życiu. Jak Terri przegra, stworzy to precedens, na który wiele spraw będzie się powoływało i to sądy, nie rodziny i nie my sami, będą decydowały o naszym życiu i śmierci.
Orędzie Maryi z 25. lutego 2005
Dzisiaj Maryja w Medjugorie przekazała nam takie słowa:
“Drogie dzieci! Dziś wzywam was byście byli moimi wyciągniętymi rękoma w świecie, który umieszcza Boga na ostatnim miejscu. Dziatki, umieśćcie Boga na pierwszym miejscu w waszym życiu. Bóg będzie was błogosławił i da wam siłę, byście dawali świadectwo Boga miłości i pokoju. Jestem z wami i oręduję za wami. Dziatki, nie zapominajcie, że kocham was delikatną miłością. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”
Jak zawsze Maryja przekazuje nam to, co już znamy z Biblii i nauki Kościoła. Przypomina nam jednak pewne rzeczy, o których często zapominamy. Umieszczenie Boga na pierwszym miejscu to nic innego, jak uznanie właśnie w Nim naszego Pana. Biblia wyraźnie nas uczy, że:
Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie. (Mt 6,24)
A tymczasem niemalże każdy z nas zapomina o Bogu w pogoni za „złotym cielcem”. Pewnie, że nie ogłaszamy, że to dobra materialne są naszymi bogami, większość z nas twierdzi, że należymy do Boga i Jemu służymy, ale zastanówmy się, czy nie są to tylko puste słowa? Jak pisałem wczoraj, w zakończeniu rozmyślań o Ewangelii z nadchodzącej niedzieli, powinniśmy tak żyć, żeby prokurator nie miał problemów z udowodnieniem naszej „winy”, gdyby chrześcijaństwo zostało zdelegalizowane.
Thursday, February 24, 2005
Rozmowa Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakuba. (J 4,5-42)
W najbliższą niedzielę czytanie z ewangelii Janowej o spotkaniu Jezusa z Samarytanką przy studni Jakuba. Pozwólcie mi się podzielić z wami przemyśleniami na temat tego wydarzenia.
Święty Jan pisze w bardzo ciekawy sposób. Ci, co znają grekę twierdzą, że czwarta Ewangelia jest napisana bardzo prostym językiem. Święty Jan ma raczej ubogie słownictwo, ale treści nam przekazywane mają niesamowitą głębię i wiele ukrytych znaczeń. Nie wiemy nawet, czy on sam do końca poznał te wszystkie niuanse. Na pewno my wszystkich nie poznamy w naszym doczesnym życiu. Czasem natchniony pisarz jest zaledwie narzędziem, choć aktywnie współpracującym z Duchem Świętym, pod którego inspiracją przekazuje nam Słowo Boże. Ale wiemy na pewno, choćby z „Apokalipsy”, że święty Jan jest także mistykiem, więc być może był on świadomy tych pokładów ukrytych znaczeń w swej Dobrej Nowinie.
Oczywiście to główne, pierwszoplanowe znaczenie jest raczej proste i zrozumiałe dla wszystkich. Jezus, który jest „drogą i prawdą, i życiem” ma „żywą wodę”. To Jego nauka, Jego słowa i woda, która wypłynęła z Jego boku na Krzyżu. Ale święty Jan ma nam tu do powiedzenia dużo więcej.
Przede wszystkim trzeba by przypomnieć, czemu Żydzi nie rozmawiali z Samarytanami. Było to wynikiem wojny domowej, która miała miejsce niemalże 1000 lat wcześniej. My dzisiaj używamy słów „Żyd” i „Izraelita” zamiennie, głównie dlatego, że ojczyzna Żydów nazwana została Izraelem. Ale w czasach Jezusa nikt tych pojęć nie mylił. Każdy Żyd był Izraelitą, ale nie każdy Izraelita był Żydem.
Po śmierci króla Salomona jego syn, następca tronu Roboam postanowił podnieść wysokie już podatki i 10 pokoleń Izraela zbuntowało się. Odłączyli się oni od pokolenia Judy pod przewodnictwem Jeroboama, a jedyne pokolenie, jakie zostało z Judejczykami to mały szczep Beniamina, zbyt słaby i zbyt blisko związany terytorialnie z Jerozolimą, żeby mógł się odłączyć. Żydami byli właśnie członkowie plemienia Judy. Sam święty Paweł, gdy mówił o swym pochodzeniu, nazywał się w 2Kor 11,22, Rz11,1, czy Flp 3;5 „Izraelitą”, gdyż on sam był właśnie członkiem pokolenia Beniamina. Jedynie wtedy nazywa siebie Żydem, gdy chce podkreślić swoją wiarę, gdy ma na myśli wspólnotę wierzeń z tymi, do których przemawia.
Od czasu odłączenia się 10 pokoleń trwała nienawiść między Judeą a Izraelem. Nie tylko bowiem nawzajem oskarżali się oni o rozbicie jedności Narodu Wybranego, to jeszcze Samarytanie nie uznawali Jerozolimy za miejsce, gdzie powinno się oddawać cześć Bogu. Ustanowili swą stolicę w Samarii. Zaczęli też oddawać cześć złotym cielcom, bożkom, na górze Garizim. Co gorsze, Samarytanie nie zachowali „czystości krwi”. Nie zawierali małżeństw między sobą, wewnątrz swych pokoleń, ale byli na wpół Babilończykami, czy też Asyryjczykami. Po prostu ich terytorium po rozpadzie Izraela na dwa królestwa zostało podbite przez Babilończyków, a następnie przez Asyrię w 722. roku. Część mieszkańców wysiedlono, przywieziono ludność z innych podbitych krajów i zmuszono ich do mieszanych małżeństw. Była to zwykła ówczesna praktyka stosowana przez Asyrię, gdyż ułatwiała rządzenie podbitymi narodami. Traciły one swe poczucie narodowościowe i swą religię, więc łatwiej wtapiały się w nowy organizm państwowy.
Samarytanie jednak nie utracili do końca swej religii. Nie uznawali oni całej Biblii, jak Żydzi, ale uznawali Torę, Pięcioksiąg. Pierwsze pięć ksiąg Starego Testamentu. To właśnie za pewnymi wersetami z Księgi Rodzaju uważali, że Bogu należy oddawać cześć na Górze Garizim, nie w Jerozolimie. Żydzi, zwłaszcza kapłani, rzecz jasna, nie zgadzali się z tym, z wielu względów. Teologicznych przede wszystkim, ale i materialnych, czerpiąc spore korzyści materialne z obowiązku wykonywania nakazów prawa przez wiernych.
Jezus, rozmawiając z Samarytanką, powiedział, że gdyby wiedziała ona kim jest, prosiłaby Go o „żywą wodę”. Ona, zdziwiona, że ten Żyd rozmawia z nią, Samarytanką i do tego kobietą, pyta: Czyżbyś był większy od Jakuba, który nam dał tą studnię? Możliwe, że nawet pokpiwała sobie trochę, bo Samarytanie bynajmniej nie mieli poczucia niższości w stosunku do Żydów. Uważali się, słusznie poniekąd, za potomków Jakuba i uważali, że potomkowie Judy, który był zaledwie jednym z synów Jakuba są narodem niejako mniej ważnym. Niemniej jednak poprosiła Go o tę „żywą wodę”, może chcąc go wystawić na próbę. Jezus na to powiedział jej, żeby przyprowadziła męża. Ona odpowiedziała, że nie ma męża. Na to Jezus: To prawda, miałaś pięciu, ale ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem.
Do tej pory wszystko było raczej dość jasne. Ale teraz odpowiedź Samarytanki jest zdumiewająca. Mówi ona: „ Panie, jesteś plotkarzem. Kto ci te plotki naopowiadał?” Nie, żartuję oczywiście. Samarytanka mówi: „Widzę, że jesteś prorokiem.” Ale co w tym zdumiewającego? Skoro Jezus znał jej życie, mimo, że zobaczyli się pierwszy raz, to czy to nie wskazuje na dar proroctwa? Być może. Ale prorok miał bardzo konkretne znaczenie dla Samarytan. Oni nie uznawali żadnych proroków, uznanych przez Judejczyków. Głównie zresztą dlatego, że ci nie mieli dla Izraela innych słów, niż słowa potępienia. Wszyscy prorocy potępiali Samarię za opuszczenie Jerozolimy, za łączenie swej religii z religiami sąsiednich narodów, za mieszanie się z innymi ludami i poddawanie się innym królom. Oczekiwali oni tylko na jednego proroka, bo w Pięcioksięgu jest obietnica jego przyjścia.
Mojżesz w Księdze Powtórzonego Prawa 18,15 mówi: „Pan, Bóg twój, wzbudzi ci proroka spośród braci twoich, podobnego do mnie. Jego będziesz słuchał.” Ten Prorok, obiecany przez Mojżesza, był utożsamiany z Mesjaszem. Także Żydzi czekali na niego, co widzimy choćby w 6. rozdziale Ewangelii Jana, gdy po nakarmieniu pięciu tysięcy mężczyzn pięcioma chlebami (symbol Tory, Pięcioksięgu) pozostało 12 koszy ułomków (symbol dwunastu pokoleń Izraela). Prorok był obiecany w Pięcioksięgu, przez Mojżesza, autora Tory, człowieka, który nakarmił manną 12 pokoleń Izraela. Nic dziwnego, że gdy Żydzi zobaczyli cud Jezusa zawołali: A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Także Filip, jeden z dwunastu apostołów, rozpoznał w Jezusie tego proroka: Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy - Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. (J 1,45)
I Samarytanka uznała w Jezusie tego proroka, a przynajmniej zaczyna wierzyć, widzi, że to jakiś autorytatywny Nauczyciel. Dlatego też pyta Go, gdzie należy oddawać cześć Bogu: Na tej górze, czy w Jerozolimie? Jezus odpowiada, że Żydzi posiadają prawdę, a Samarytanie są wyznawcami pogańskich religii, czcząc to, czego nie znają, ale zapowiada też, że nadszedł czas, gdy wszyscy będą czcić Boga nie na tej, czy innej górze, ale w swych sercach, w Duchu i prawdzie.
Przypatrzmy się bliżej temu dialogowi Samarytanki z Jezusem: „…kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem.” Słowa Jezusa można przetłumaczyć troszkę inaczej, mianowicie: „Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, z którym jesteś teraz, nie jest twoim mężem”. Albo, inaczej mówiąc, słowa Samarytanki były nie tylko słowami opisującymi jej osobistą sytuację rodzinną, ale sytuację całego jej narodu. I Jezus mówiąc, że „ten, z którym teraz jesteś nie jest Twoim mężem” miał na myśli siebie samego. Pozwólcie, że szerzej to wytłumaczę:
Cały kontekst rozmowy Jezusa z kobietą wskazuje na to, że chodzi tu o coś więcej, niż jej matrymonialną sytuację. Przewija się przez tą rozmowę wątek oddawania czci Bogu. Samo słowo „mąż”, baal może oznaczać mąż, ale także pan, bożek, czy Bóg. W 2.Księdze Królewskiej rozdział 17 czytamy, że Izrael czcił Baalów, bożków z pięciu krain, czcił też co prawda Boga, ale nie tak, jak Bóg nakazał, a więc nie poddając się Mu, odrzucając Jerozolimę jako miejsce, gdzie Mu należy oddawać cześć. „Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem.” Ozeasz prorokował Izraelowi:
„I stanie się w owym dniu - wyrocznia Pana - że nazwie Mnie: Mąż mój, a już nie powie: Mój Baal. Usunę z jej ust imiona Baalów i już nie będzie wymawiać ich imion. W owym dniu zawrę z nią przymierze, ze zwierzem polnym i ptactwem powietrznym, i z tym, co pełza po ziemi. Łuk, miecz i wojnę wyniszczę z jej kraju, i pozwolę jej żyć bezpiecznie. I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana.” (Oz 2:18-22 )
Nic dziwnego, że po wysłuchaniu słów Jezusa, że miała ona pięciu mężów, (baalim) a ten, którego ma teraz, nie jest jej mężem, zrozumiała, że Jezus jest Mesjaszem, Prorokiem, na którego oczekiwali tyle lat. Do tego warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Cała ta rozmowa miała miejsce przy Studni Jakuba. Pamiętacie, gdzie ostatni raz byliśmy przy niej? Jakub przy tej studni znalazł swoją żonę, Rachelę. Cały więc kontekst tej opowieści jest matrymonialny.
Co przypomina mi raz jeszcze, że Bóg bardzo często używa porównań tego typu. Kościół jest Jego Oblubienicą. Osoby konsekrowane, siostry zakonne, ale także bracia i kapłani, są mistycznie zaślubieni Bogu. I przede wszystkim nasze małżeństwa, które są obrazem Boga. Najlepszym przykładem na zrozumienie istoty Boga, faktu, że jest On Trójcą, to obraz rodziny. Małżeństwo jest święte i dlatego powinniśmy walczyć o rodzinę. O tradycyjną rodzinę, nie jakieś chore związki. Bo naszym Panem jest Bóg, nie oddawajmy czci żadnym baalom.
Dalszy kontekst tej Ewangelii też jest ciekawy. Jezus, po dwudniowym pobycie wśród Samarytan, którzy uznali w Nim Zbawiciela Świata, powraca do Kany Galilejskiej, (znowu wskazówka zwrócona w stronę „małżeńskiej symboliki”) i uzdrawia syna królewskiego urzędnika, a więc poganina. Przypomina się nakaz Jezusa, jaki zostawił uczniom, odchodząc do Nieba po zmartwychwstaniu:
Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi. (Dz 1,8)
Święty Jan pokazał w swej Ewangelii, w czwartym rozdziale, że sam Jezus głosił Dobrą Nowinę i niósł uzdrowienie dusz i ciał w Jerozolimie, Judei, Samarii i aż po krańce świata takiego, jaki znali ówcześni ludzie.
Ewangelia ta uczy nas jeszcze jednej rzeczy. Że nie powinniśmy się bać ewangelizować. Głosić Dobrej Nowiny. Także tym, którzy są „beznadziejnymi przypadkami”. Trudno sobie wyobrazić bardziej beznadziejny przypadek, niż Samarytanin. Tysiąc lat nienawiści, potężny bagaż historyczny. Oskarżanie się wzajemne o najgorsze przestępstwa i grzechy. I na skutek nauczania Jezusa cale miasteczko uznało w Nim, Żydzie, Zbawiciela Świata. To wskazuje nam na fakt, że nie wiemy, kto otrzyma łaskę nawrócenia i kiedy. I nie jest to nasza sprawa. My pracujemy w dziale sprzedaży, tamte decyzje to sprawa Zarządu. Ale Święty Paweł nas uczy:
Jakże więc mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił? (Rz 10:14)
Oraz:
Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost. Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost - Bóg. (1 Kor 3,6-11)
Nie przejmujmy się zbytnio więc i nie traćmy ducha, ale głośmy Dobrą Nowinę. Także tym, a może raczej zwłaszcza tym, którzy ją najmniej znają, nie rozumieją jej i nie pragną jej usłyszeć. I nie znaczy to wcale, że musimy im skakać do oczu z wersetami. Ale stosujmy sami naukę Jezusa w naszym życiu, z radością i uśmiechem, a oni widząc nasze życie sami się zapytają, co nami kieruje. Żyjmy tak, aby prokurator nie miał problemów z udowodnieniem nam naszej „winy”, gdyby zdelegalizowano Chrześcijaństwo. Bo coś mi się wydaje, że w przypadku wielu z nas, mnie nie wyłączając, adwokat miałby aż zbyt łatwe zadanie.
J 4,5-42:
Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić - prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? - lub: - Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata.
Bogacz i żebrak imieniem Łazarz. (Łk 16, 19-31)
Dzisiejsza Ewangelia była z Łukasza 16, wersety 19-31. Pisałem już o niej we wrześniu na stronie www.polon.us, ale nie każdy ją odwiedza, więc skopiuję ten tekst tutaj:
"Słuchając dzisiejszej Ewangelii nasunęło mi się kilka spostrzeżeń, z którymi chciałbym się z wami podzielić. Czytania były z Ewangelii Łukasza ((Łk 16,19-31). Jest to przypowieść o żebraku i bogaczu. Ciekawostką jest to, że jest to jedyna przypowieść w całej Biblii, gdzie jeden z bohaterów jest nazwany po imieniu. Co więcej, Jezus nazwał go imieniem swego przyjaciela, Łazarza. Myślę, że nie zrobił tego bez powodu.
Bogacz z przypowieści prosi Abrahama o to, żeby posłał on Łazarza na ziemię, aby ten ostrzegł jego braci przed tragizmem swej sytuacji. Wywiązuje się ciekawa wymiana zdań: Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie - odrzekł tamten - lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą.
Jest to dlatego ciekawe, że prawdziwy Łazarz, przyjaciel Jezusa, powstał z umarłych. Zobaczmy więc, jak na to zareagowali „bracia bogacza”:
Jn 12,9-10: Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.
Jak więc widzimy cud przywrócenia do życia Łazarza pomógł w uwierzeniu w Jezusa wielu prostym ludziom, ale establishment, bogacze, przywódcy ludu, byli tak zaślepieni, że tylko jednym się przejęli…stratą swych wpływów. I jedynym rozwiązaniem, jakie im przyszło do głowy, była próba zgładzenia nie tylko Jezusa, przyczyny cudu, ale i samego Łazarza..
Nic dziwnego, że Jezus zapłakał tuż przed wskrzeszeniem swego przyjaciela. Myślę, że nie dlatego zapłakał, że przyjaciel zmarł. Wiedział On przecież, że go za moment przywróci do życia. Ja myślę, że łzy naszego zbawiciela były z spowodowane żalem, że cud ten nie przyniesie owoców, że zostanie odrzucony przez faryzeuszów.
Nawiasem mówiąc słowa te, ( ”Jezus zapłakał”, J 11,35) tworzą najkrótszy werset w całej Biblii. Nie ma to, rzecz jasna, merytorycznego znaczenia, ale podaję to jako ciekawostkę."
Ewangelia według Świętego Łukasza 16, 19-31:
Jezus powiedział do faruzeuszów: Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie - odrzekł tamten - lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą.
Subscribe to:
Posts (Atom)