Thursday, September 14, 2006

Jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu. (Lb 21,9b)

Dzisiaj obchodzimy w Kościele Święto Podwyższenia Krzyża świętego. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy słowa z Księgi Liczb, mówiące o niezadowoleni Izraelitów uchodzących z Egiptu. W sumie nie bardzo się im dziwię. W Egipcie było im jak u faraona za piecem, a na pustyni nic, tylko manna, przepiórki i jeszcze te węże, które zaczęły ich kąsać, powodując śmierć wielu z nich. Gdy Mojżesz wstawił się za ludem u Pana, Ten nakazał mu sporządzenie drewnianego pala i umieszczenie na nim miedzianego węża. Od tego czasu każdy śmiertelnie zaatakowany przez węża mógł, spoglądając na to drzewo, uzyskać zbawienie.

W owych dniach podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość. I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi: Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła. Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc: Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże. I wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu. (Lb 21,4b-9)

Oczywiście te kąsania węży, choć to historyczne wydarzenie, ma przede wszystkim znaczenie symboliczne. Prawdziwe ukąszenie węża to pokusy szatana. Gdy im ulegamy, umieramy duchowo. Jezus na Krzyżu jednak daje nam zbawienie i życie wieczne. Taką interpretację daje nam zresztą sama Biblia. Czytaliśmy także ten fragment w czasie dzisiejszej liturgii:

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. (J3,14-15)

Ja jednak chciałem zwrócić uwagę na coś innego. Wielu naszych braci chrześcijan, którzy nie są katolikami, uważa, że wystarczającą rzeczą jest Jezus i Biblia. Nie potrzebują tego, jak to sami nazywają, „dodatkowego bagażu”, jakim jest Kościół, relikwie, obrazy, pośrednictwo świętych. Uważają wręcz, że te rzeczy przeszkadzają, a nawet są zabronione przez Biblię. Tymczasem dzisiejsze czytania pokazują, że od początku było właśnie tak, jak teraz uczy Kościół. Że Bóg używał materii i pośrednictwa świętych dla przekazywania swoich łask.

Izraelici mogli, rzecz jasna, modlić się bezpośrednio do Boga. Mogli, powinni i na pewno to robili. Ale jak widać w dzisiejszym czytaniu, dopiero pośrednictwo Mojżesza przyniosło pomoc. Dopiero gdy Mojżesz wstawił się za swymi braćmi, Bóg wysłuchał próśb. Wysłuchał, ale nakazał sporządzenie tego drzewca z umocowanym miedzianym wężem, jako narzędzia, przy pomocy którego będą przekazywane łaski. Dlaczego? Czyżby Bóg zapomniał, że sam tego wcześniej zakazał?


Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! (Wj 20,4)

Jakże to więc? Bóg nie wiedział, że robienie „rzeźby tego, co jest na ziemi nisko”, węża, jest zabronione pierwszym przykazaniem? Oczywiście, że nie wiedział, bo nigdy tego nie zabraniał. Pierwsze przykazanie nigdy nie zabraniało tworzenia rzeźb. Zabronili tego dopiero fundamentaliści chrześcijańscy, szukając argumentów przeciw Kościołowi. Aby bowiem zrozumieć przykazanie Boże, należy przeczytać je całe, a nie tylko fragment, z pominięciem kontekstu. Kontekst natomiast brzmi tak:


Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!
Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
(Wj 20,3-5)

Czyli to nie tworzenie rzeźb, wizerunków i obrazów jest problemem. Widzimy to tu, widzimy to także np. przy nakazie uczynienia cherubów osłaniających Arkę Przymierza. Problemem jest, gdy zaczynamy tym wizerunkom oddawać cześć boską. Aby to lepiej sobie uświadomić, wyobraźmy sobie kogoś, kto oddaje cześć boską, powiedzmy, nodze stołowej. Czy to jest grzech? Oczywiście, że tak. Oddawanie czci boskiej czemukolwiek, poza samym Bogiem jest grzechem. Ale czy to znaczy, że każdy, który ma w domu stół, łamie pierwsze przykazanie? Nonsens. Nawet ten, kto ma przepiękny, antyczny stolik, bogato zdobiony i podziwia go często, nie grzeszy. Nie grzeszy, dopóki nie zrobi sobie z tego stolika bożka.

Także ilustrację tego możemy zobaczyć w Biblii. Bowiem dopóki wąż na słupie był tylko narzędziem, kanałem łaski, wszystko było w porządku. Ale po zakończonej pielgrzymce Izraelici zostawili sobie tego miedzianego węża na pamiątkę i z czasem zaczęli go traktować jak bożka. Była to ta sama rzecz, ale ich podejście do niej stało się diametralnie róże. Zamiast być narzędziem, stało się przedmiotem kultu. Otrzymał swe imię i zaczęto mu składać ofiary:

[…] Ezechiasz, syn Achaza, został królem judzkim.[…] Czynił on to, co jest słuszne w oczach Pańskich, zupełnie tak jak jego przodek, Dawid. On to usunął wyżyny, potrzaskał stele, wyciął aszery i potłukł węża miedzianego, którego sporządził Mojżesz, ponieważ aż do tego czasu Izraelici składali mu ofiary kadzielne - nazywając go Nechusztan. (2 Krl 18,1-4)

Bóg wie, że my, będąc ludźmi, posiadając zmysły, potrzebujemy materialnych pomocy w naszej wierze. Rozważając Mękę Pańską przed Krucyfiksem, łatwiej nam się skoncentrować i możemy lepiej, głębiej przeżyć modlitwę. Takie filmy, jak „Pasja” pomagają nam wyobrazić sobie wydarzenia sprzed lat i wzbogacają nasze życie modlitewne. I także taki cel ma dzisiejsze święto.

Krzyż nie jest naszym bożkiem. Nie oddajemy boskiej czci relikwiom Krzyża. Ale czcimy go, bo był on narzędziem, które wykorzystał nasz Bóg, aby nam dać zbawienie. Przekazy historyczne mówią nam, że w dalszym ciągu drzewo Krzyża jest źródłem wielu łask. Od momentu odkrycia go przez św. Helenę, aż po dzień dzisiejszy.

Nie bójmy się więc oddawania szacunku świętym, czci relikwiom i wywyższania Krzyża. Pamiętajmy, że Biblia podaje nam przykłady, gdy relikwie uzdrawiały i przywracały życie. I to zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie:


Elizeusz umarł i pochowano go. Oddziały zaś Moabitów wpadały do kraju każdego roku. Zdarzyło się, że grzebiący człowieka ujrzeli jeden oddział [nieprzyjacielski]. Wrzucili więc tego człowieka do grobu Elizeusza i oddalili się. Człowiek ten dotknął kości Elizeusza, ożył i stanął na nogi. (2 Krl 13,20-21)

Bóg czynił też niezwykłe cuda przez ręce Pawła, tak że nawet chusty i przepaski z jego ciała kładziono na chorych, a choroby ustępowały z nich i wychodziły złe duchy. (Dz 19,11-12)

Oddając cześć świętym, oddając cześć relikwiom, wielbimy jedynego Boga, który takie wielkie rzeczy nam uczynił. I nie jest to niemiłe Bogu, tak, jak nie jest niemiłe malarzowi, gdy na wernisażu jego prac, podziwiamy jego obrazy. Zdziwiłby się on zapewne, gdybyśmy ignorowali je zupełnie, wpatrując się tylko w jego twarz. Te obrazy są jego dziełem i jest on z nich dumny. Pragnie, by były podziwiane. Podobnie Bóg. Cieszy się, gdy podziwiamy Jego dzieła, jeżeli tylko nie zaczynamy mylić tych dzieł z Nim samym.

Thursday, September 07, 2006

Marine Lance Corporal Cliff Golla 1985-2006

Niektórzy z nas, jak ja, wybrali Stany Zjednoczone za naszą przybraną Ojczyznę. Wybraliśmy ją, bo oferowała nam wolność, pracę, bezpieczeństwo. Wielu z nas przyjechało tu jeszcze w czasach, gdy w Polsce rządził narzucony przez obce mocarstwo reżim. Stany Zjednoczone były jak powiew świeżego powietrza. Jedną z rodzin, którzy w tamtych czasach także przybyli do Stanów, najpierw do Buffalo w stanie Nowy Jork, potem w 1988 roku do Charlotte w Północnej Karolinie, byli państwo Iwona i Krzysztof Golla.

Gdy po paru latach pobytu zaczynaliśmy się uczyć historii tego kraju, aby zdać egzaminy na obywatelstwo, uczyliśmy się o bohaterach, takich jak Washington, Pułaski, czy Kościuszko. Niektórzy z nich zapłacili najwyższą cenę, oddali swe życie. Ale ucząc się historii uczymy się o generałach, przywódcach. Rzadko kiedy wspominani są zwykli żołnierze. Jednak żadne generał nie wygra bez nich wojny. I oni także płacą najwyższą cenę za naszą wolność.

Wolność raz zdobyta musi być broniona. Taka jest nasza rzeczywistość i ciągle muszą być ludzie gotowi za nią oddać swe życie. Wszyscy jesteśmy ich wielkimi dłużnikami. To nasi bohaterowie. To dzięki nim możemy bez strachu wyjść na ulicę, planować przyszłość naszych dzieci. Ale niektórzy musieli za to zapłacić najwyższą cenę.

Krzysztof i Iwona, rodzice Cliffa, już nie mogą planować jego przyszłości. Cliff bowiem oddał nam swój najcenniejszy dar, swe młode życie, za to, żebyśmy my mogli myśleć o spokojnej przyszłości swoich dzieci. Dziękujemy Wam za to. Jesteśmy Wam niezmiernie wdzięczni. Przyjmijcie nasze najserdeczniejsze wyrazy współczucia z powodu tej niewypowiedzianej tragedii. Trudno nam sobie wyobrazić Wasz ból i obiecujemy modlitwy. Za Was i Waszego syna. Jednak nie wątpcie ani przez chwilę, że nie doceniamy tego, co Wasz syn i Wy zrobiliście dla nas wszystkich, dla naszej nowej Ojczyzny.

Image Hosting by PicsPlace.to

Kapral Cliff Golla, żołnierz piechoty morskiej, najbardziej prestiżowej formacji amerykańskich sil zbrojnych, miał tylko 21 lat. Dopiero zaczynał życie. Ja Cliffa widziałem ostatni raz może 10 lat temu, więc w mojej pamięci pozostanie on w ogóle młodym chłopcem. Trochę zadziornym i niesfornym, wolącym rozrabiać na basenie i bawić się z psem, niż sprzątać swój pokój, ale przecież wszyscy chłopcy są tacy. Cliff jednak już nie był dzieckiem. Ukończył Providence High, zdał maturę i stał się żołnierzem. Udowodnił, że jest odpowiedzialnym mężczyzną. Mógł wiele osiągnąć w swym młodym życiu. Wybuch bomby-zasadzki w pobliżu Habbaniyah w centralnym Iraku przerwał wszystko.

W piątek, 15. września w kościele Św. Mateusza w godzinach od 19 do 21 trumna z jego zwłokami będzie wystawiona w kaplicy, abyśmy mogli ostatni raz go pożegnać. Najprościej dojechać do tego kościoła autostradą I-485, exit 59 i jadąc na południe po Rea Road zobaczymy kościół po prawej stronie. Następnego dnia, w sobotę o godzinie 11 w głównym kościele odbędzie się msza żałobna, po czym będzie odprowadzenie zwłok na cmentarz Crown Memorial przy 9620 Rodney Street w Pineville. Cliff będzie pochowany w Alei Zasłużonych. Później powrócimy do kościoła Św. Mateusza, by podziękować rodzinie Cliffa i złożyć im wyrazy naszego najszczerszego współczucia.

Cliff, dziękujemy Ci. Odpoczywaj w pokoju, żołnierzu. Wypełniłeś swój obowiązek. Niech miłosierny Bóg da Ci wieczny odpoczynek po tym żołnierskim trudzie. Bóg zapłać.

Saturday, August 26, 2006

Wybuchła bomba demograficzna. Teraz musimy policzyć straty

W ostatni wtorek słuchałem audycji radiowej „Open Line” w rozgłośni EWTN. Jest to codzienna, godzinna audycja na żywo, polegająca na odpowiedzi na pytania radiosłuchaczy. Każdego dnia prowadzi ją inna osoba: W poniedziałki apologeta John Martignoni, we wtorki Barbara McGuigan, zajmująca się głównie tematyką obrony poczętego życia i życiem w czystości, w środy ojciec Mitch Pacwa, jezuita, teolog, znawca Pisma Świętego, znający 12 języków i jedyny Polak w tym towarzystwie, (no, przynajmniej syn polskich imigrantów i to na dodatek syn kierowcy ciężarówki), w czwartki Patrick Madrid, wydawca miesięcznika Envoy i apologeta, a w piątki Colin Donovan, teolog, wiceprezydent radia EWTN do spraw teologii.

Gdy tylko mam możliwość, zawsze słucham tych audycji, ale wyjątkiem jest ta wtorkowa. Nie dlatego, że się nie zgadzam z poglądami pani Barbary, ale dlatego, że niewiele mi ona daje. W inne dni wiele się uczę, bo daleko mi do posiadania takiej wiedzy, jaką ma ojciec Mitch, czy Colin Donovan. Zapewne do końca życia jej nie posiądę. Ale we wtorki najczęściej są dyskusje na tematy aborcji, życia w czystości, eutanazji, homoseksualizmu itp. Trudno tu się dowiedzieć czegoś nowego. Zgadzam się z autorką programu, a telefony od osób o odmiennych poglądach tylko mnie irytują.

W poprzedni wtorek włączyłem jednak radio i okazało się, że zamiast zwykłej audycji jest wywiad z kimś. Nie pamiętam nazwiska tego człowieka, ale opowiadał takie ciekawe rzeczy, że postanowiłem się niektórymi z nich z Wami podzielić.

W 1979. roku studiował on na Uniwersytecie w Stanford, jednej z najznakomitszych prywatnych uczelni w Stanach, zlokalizowanej kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od San Francisco. Na rok akademicki 1979-80 został wysłany do Chin, aby zbierać materiały do swej pracy doktorskiej. Zamieszkał w jakiejś odległej wiosce i przez rok obserwował jej mieszkańców.

Przypomnę tutaj, że Uniwersytet Stanford jest znany ze swych liberalnych poglądów. Początek lat 80. to był okres otwierania się na Chiny. Celem, który miał służyć wysłaniu tego studenta, było powstanie pracy doktorskiej gloryfikującej postępowe przemiany w komunistycznych Chinach. A sam student nie miał nic przeciw takiemu podejściu, sam był ateistą o lewicowych przekonaniach.

Trzydzieści, czy czterdzieści lat temu Chiny nie były jeszcze taką potęgą gospodarczą jak teraz. „Wielki skok” przewodniczącego Mao był niewypałem i spowodował głodową śmierć milionów ludzi. Liczba ludności zwiększała się mimo to gwałtownie, gospodarka kierująca się zasadami centralnego planowania kulała, a komitet centralny partii zamiast zająć się gospodarką postanowił wprowadzić politykę planowanej ilości dzieci.

Ilość narodzin była ustalana w Pekinie i dane te wysyłano na prowincję. Tam lokalny sekretarz partii pilnował, by nie przekraczano tych kwot. Kobiety niezamężne nie mogły w ogóle rodzić, a mężatki mogły mieć najwyżej jedno dziecko. Te fakty znamy wszyscy i ta polityka istnieje w Chinach do dzisiaj. Jednak nigdy nie słyszałem ani o tym, jak to w praktyce wprowadzano w życie, ani nie myślałem o skutkach demograficznych i społecznych takiej polityki. O tym opowiadał gość Barbary McGuigan.

Opowiadał, jak młode kobiety w ciąży były aresztowane i osadzane w więzieniach. Ponieważ ukrywały często swą ciąże, ze strachu przed prześladowaniami, najczęściej były już w siódmym miesiącu lub jeszcze później, zanim wydawało się, że są ciężarne. Po aresztowaniu zostawały zmuszane do aborcji. Polegała ona na wstrzyknięciu trucizny nienarodzonemu dziecku. Miało to spowodować jego śmierć i zacząć poród martwego już dziecka. Nie zawsze to się udawało i czasem dziecko przeżywało zastrzyk, a wtedy po zabiegu cesarskiego cięcia zabijano dziecko już po porodzie. Od czasu wprowadzenia tego bestialskiego prawa szacuje się, że zabito w Chinach około czterystu milionów dzieci.

Gdy gość wtorkowej audycji wrócił do Stanford, chciał właśnie o tym napisać swoją pracę doktorską. O łamaniu praw człowieka i o zmuszaniu kobiet do aborcji wbrew ich woli. Ale w Stanford jeszcze nie widzieli aborcji, której by nie lubili. Przekonanie o przeludnieniu świata było wtedy bardzo popularnym poglądem. Do tego rząd Chin, obawiając się negatywnej opinii, oskarżył tego młodego człowieka o szpiegostwo. Przypominam, że Chiny były wtedy bardzo zamkniętym państwem i opinie o tym, co się dzieje wewnątrz były bardzo ostrożnie modelowane i kontrolowane przez propagandę chińską. Uniwersytet przez pięć lat prowadził dochodzenie w sprawie swego studenta, blokując mu możliwość napisania pracy doktorskiej i podjęcia pracy nauczycielskiej na swym terenie.

On sam chciał wszystkim mówić o tym, czego był świadkiem, ale nikt go nie chciał słuchać. Legalizacja aborcji w Stanach odbyła się zaledwie kilka lat wcześniej i takie opinie mąciły tylko błogość zwolenników „praw kobiet”. Aż pewnego razu otrzymał on telefon od katolickiego księdza, zapraszający go na konferencję rodzącego się ruchu „Pro Life”. Zgodził się, choć nadal był ateistą. I nigdy wcześniej nie rozmawiał z żadnym księdzem. Nie chciał mówić o tym z religijnego punktu widzenia, ale ze zwykłego, ludzkiego. Każdy człowiek bowiem, niezależnie od swych poglądów religijnych, musi być oburzony takimi praktykami.

Od tego czasu minęło 25 lat. Od napisania encykliki „Humanum Vitae” 40. I teraz nagle okazuje się, że wystarczy się porozglądać, żeby zobaczyć skutki, jakie spowodowała aborcja, antykoncepcja i cala kultura śmierci.

Zacznijmy choćby od Chin. Po pierwsze jest to najszybciej starzejące się społeczeństwo na świecie. Nie trzeba było być Einsteinem, żeby to przewidzieć. Jak czworo dziadków, dwoje rodziców, ma tylko jednego potomka, to gdy osiągną oni wszyscy wiek emerytalny, zaczynają się poważne społeczne i ekonomiczne problemy. W Chinach zresztą nikt nie ukrywa, że to problem i że za dużo tych „nieproduktywnych starców”. Co gorsze, w społeczeństwie, które nie ma problemu z zabijaniem swych dzieci nikogo nie zdziwi, gdy komitet centralny partii postanowi, że tak samo można rozwiązać „problem nieproduktywnych członków społeczeństwa”. Obawiam się, że wymuszona eutanazja w Chinach to tylko kwestia czasu. Prawdopodobnie już jest po cichu stosowana.

Drugim poważnym problemem jest fakt, że sto milionów chłopców nie ma szans na znalezienie żony. Ponieważ uważa się tam chłopca za „lepsze dziecko” niż dziewczynkę, wiele rodzin decydowało się na aborcję, gdy spodziewali się córeczki. Teraz jest zachwiana równowaga płci. To powoduje kolejne problemy, bo nie tylko nadal obowiązuje prawo, ze małżeństwa mogą mieć tylko jedno dziecko, ale wiele mężczyzn nie może nawet mieć tyle, bo nie ma kandydatek na żony. Są próby rozwiązania tego problemu, przez sprowadzanie dziewcząt z Korei i innych państw, ale jest ich niewiele i bardzo często zamiast na ślubnym kobiercu lądują one w domach rozpusty. Zazwyczaj wcale nie dobrowolnie. W końcu te miliony mężczyzn bez szans na małżeństwo niesamowicie zwiększają popyt na tego typu usługi.

Co smutniejsze, okazało się, że same przyczyny wprowadzenia tej drastycznej polityki już dawno zniknęły. Gospodarka Chin rozwija się niesamowicie dynamicznie, a rolnicze produkty Państwa Środka można znaleźć na stołach całego świata. Gdyby te 400 milionów dzieci się urodziło, na pewno nie cierpiałoby głodu. A to, że Chińczyków jest miliard, czy półtora, to także nie powinno być problemem. To ciągle jest kraj miejscami wręcz wyludniony. Miliard ludzi ustawionych ramię w ramię zmieściłby się w granicach administracyjnych Krakowa.

Zdumiewającym faktem jest, że gdyby każdemu mieszkańcowi Ziemi dać 110 m kwadratowych powierzchni, tyle, ile miał typowy domek jednorodzinny w Polsce, to cała ludność świata zmieściłaby się w „mieście” wielkości Teksasu. Gęstość zaludnieni a tego miasta byłaby gdzieś między Bronxem a San Francisco. A Teksas, choć to wielki stan, to przecież nie jest to cały świat. Jest zaledwie dwa razy większy od Polski. Z czego wynika inny prosty fakt: Gdyby każdemu człowiekowi na świecie dać 50 metrów kwadratowych, powierzchnia typowego polskiego M3, to wszyscy mieszkańcy planety Ziemi zmieściliby się w Nadwiślańskim Kraju.
Nie dajmy się więc zwariować i nie ulegajmy bezmyślnie panicznym wołaniom zwolenników aborcji.

Inne kraje także borykają się z poważnymi demograficznymi problemami. Japończycy zaczęli już „eksportować” swoich emerytów. Ponieważ Japonia także ma wielu starszych ludzi, wymagających opieki, a nie ma wystarczającej ilości ludzi do jej sprawowania, wysyłają ich do Filipin, gdzie ciągle rodzą się dzieci. Ale Filipiny to jedyne katolickie państwo w Azji, i to katolickie nie tylko z nazwy, ale także w praktyce.

W Europie zachodniej co mamy, każdy widzi. Turcy w Niemczech, mieszkańcy północnej Afryki we Francji, imigranci z Ameryki Łacińskiej w Hiszpanii, arabowie we Włoszech i Anglii, itd., itp. Ilość meczetów przewyższyła już ilość kościołów w wielu europejskich metropoliach. I w przeciwieństwie do kościołów, nie świecą pustkami. A gdy nawet ktoś jest w kościołach, to często ma albo ciemną skórę, albo słowiańskie rysy. Zachodni Europejczycy zapomnieli o Bogu. I wymierają w tym zapomnieniu.

Powiecie, że przesadzam? Włosi już osiągnęli statystycznie jedno dziecko na małżeństwo. Pomyślcie wiec sami. Co pokolenie, to ilość ludzi się zmniejsza o połowę. Gdy wymierają starsze pokolenia, liczba członków danego narodu zaczyna gwałtownie spadać. To prosty rachunek. Gdy się cos nie zmieni, za 150-200 lat nie będzie Włochów. A przecież inne kraje, jak Niemcy, Hiszpanie, Anglicy, nie mają dużo lepszych perspektyw. Sytuację pogarsza dodatkowo fakt, że ludzie zawierają małżeństwa później i dłużej odwlekają decyzję o dziecku, a to jeszcze dodatkowo przyspiesza cały ten proces.

Czy te kraje się wyludnią? Nie sądzę. Zostaną zaludnione imigrantami, z Azji, z Afryki, z Ameryki Łacińskiej. Może ze wschodniej Europy, ale tu nie jest wiele lepiej z tą demografią. Polaków już jest dwa miliony mniej, niż przed laty.

Najniższy przyrost naturalny mają jednak Żydzi. Tu statystycznie nie ma nawet jednego dziecka na rodzinę. Tyle słyszymy o terrorystach zabijających Izraelitów. Ale w ostatnich latach średnio terroryści zabijali 50 osób rocznie. Izraelskie matki zabijały rocznie po 45 tysięcy swoich dzieci. Tam nie trzeba wojen. Wystarczy, że Arabowie zaczekają sto, czy dwieście lat. Opustoszale żydowskie miasta będą stały otworem i czekały na ich wprowadzenie się.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej rozumiem, jakim geniuszem był papież Paweł VI. On to wszystko przewidział w swej encyklice. Z tego, co wiem, także biskup Karol Wojtyła miał wpływ na tę encyklikę. Ale największy wpływ zapewne miał Duch Święty. Czas już pokazał, że była to prorocza nauka. Czas zacząć mówić o tym głośno i czas chyba robić wszystko, co w naszej mocy, aby przywrócić modę na rodziny wielodzietne. To naprawdę patriotyczny obowiązek Polek i Polaków. To obowiązek wszystkich chrześcijan na całym świecie, wszystkich ludzi. Trochę smutne bowiem, że muzułmanie, mający tylko bardzo zniekształcony obraz Boga i bardzo przewrotną naukę, akurat tę część, mówiącą o tym, że każde dziecko jest błogosławieństwem, nie tylko zrozumieli, ale stosują ją w praktyce. Chrześcijanie natomiast, katolicy, którzy mają nieomylną naukę, pełnię Objawienia, mniej lub bardziej świadomie okazują się rebeliantami i odrzucają ten dar, jakim zawsze jest każde dziecko. Ale nikomu nie zrobią na złość, najwyżej sobie. I zadumają się nasi praprawnukowie nad naszą głupotą, gdy będą „ostatnimi Mohikaninami” w świecie bez Boga, bez chrześcijaństwa i bez białych ludzi.

Czy musi się tak stać? Nie musi i wierzę, że się tak nie stanie. Wierzę, że Bóg ciągle kontroluje sytuację. Wierzę, że Apokalipsa nie kłamie i że ostateczne zwycięstwo będzie nasze. Widzę już pierwsze odznaki odwilży. Wierzę, że gdy Jan Paweł Wielki powtarzał „Nie bójcie się”, to coś wiedział i coś widział, czego my może jeszcze nie dostrzegamy. Ale Bóg nie ma rąk, nie ma ust, nie ma portfela. To my musimy być Jego rękami. To my musimy wspomagać te rodziny, które myślą o kolejnym dziecku i te, zwłaszcza te, które mają ich wiele. To nasi bohaterowie. Te dzieci będą płaciły nasze emerytury. Te dzieci spowodują, że i za następne tysiąc lat nad Wisłą będą mieszkali ludzie o niebieskich oczach i włosach koloru lnu. Że będzie tu powiewała biało-czerwona flaga. To musi być nasz powszechny obowiązek. Obowiązek Polaka i chrześcijanina.

Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie.
Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, wysiadywać do późna - dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; tyle daje On i we śnie tym, których miłuje.
Oto synowie są darem Pana, a owoc łona nagrodą.
Jak strzały w ręku wojownika, tak synowie za młodu zrodzeni.
Szczęśliwy mąż, który napełnił nimi swój kołczan. Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie.
(Psalm 127)

Friday, August 25, 2006

Orędzie z Medjugorie 25. sierpnia 2006

„Drogie dzieci! Również dziś wzywam was: módlcie się, módlcie się, módlcie się. Jedynie przez modlitwę będziecie bliżej mnie i mojego Syna i zobaczycie jak krótkie jest to życie. W waszym sercu zrodzi się pragnienie nieba. Radość zapanuje w waszym sercu, a modlitwa popłynie jak rzeka. W waszych słowach będzie jednie wdzięczność dla Boga, że was stworzył, a pragnienie świętości stanie się dla was rzeczywistością. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

Thursday, August 24, 2006

Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. (J 6,55)

Przez ostatnie parę tygodni w czasie niedzielnych czytań słyszymy fragmenty szóstego rozdziału Ewangelii Janowej. Jest to niezwykle ważny fragment Pisma Świętego i dlatego postanowiłem napisać o tym parę słów.

Przede wszystkim istotny jest czas, w którym Kościół przypomina nam te słowa. W Kościele mamy trzy cykle czytań , tzw. lata liturgiczne A, B i C. Teraz jesteśmy w połowie drugiego roku liturgicznego, a więc niemal dokładnie w połowie całego cyklu. W roku „B” niedzielne czytania zazwyczaj są z Ewangelii Świętego Marka, ale właśnie w połowie tego roku, w samym centrum trzyletniego okresu przerywamy zwyczajną kolej czytań, aby zwrócić uwagę na coś, co jest, jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, "źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego”- na Eucharystię.

Ewangelia św. Jana jest nazywana czasem Ewangelią znaków. Święty Jan pisze tylko o siedmiu cudach, jakie uczynił Jezus i nazywa je właśnie „znakami”. Liczba ta jest niewątpliwie symboliczna, ta znaki, jakie nam przybliża ewangelista, są wybranymi cudami, symbolizującymi całą działalność Jezusa. W końcu on sam przypomina nam w zakończeniu swej Dobrej Nowiny:

Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać. (J 21,25)

To centralne umieszczenie znaku rozmnożenia chleba w Ewangelii Świętego Jana i fakt, że w samym środku cyklu czytań Kościół nam ten znak przypomina świadczy właśnie o tym, jak ważny jest on w procesie naszego zbawienia i jak istotne jest, byśmy nie przespali tej nauki i zrozumieli ją dobrze.

Siedem to symbol pełni, kompletności, pełni, a także słowo w języku hebrajskim oznaczające przymierze. Struktura tych siedmiu wybranych znaków ma nam też uświadomić, ze znak centralny, środkowy, jest wśród nich najważniejszy. To jakby piramida, gdzie pierwszy i ostatni znak tworzą podstawę, a czwarty znak jest właśnie "źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego”. Co więcej, w pierwszym czytaniu poprzedniej niedzieli, z Księgi Przysłów, słyszymy te słowa:

Mądrość zbudowała sobie dom i wyciosała siedem kolumn, nabiła zwierząt, namieszała wina i stół zastawiła. Służące wysłała, by wołały z wyżynnych miejsc miasta: Prostaczek niech do mnie tu przyjdzie. Do tego, komu brak mądrości, mówiła: Chodźcie, nasyćcie się moim chlebem, pijcie wino, które zmieszałam. Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodźcie drogą rozwagi! (Prz 9,1-6)

Znowu siedem kolumn i znowu symbole eucharystyczne. Przymierze, wołanie o mądrość, ofiarowanie i zaproszenie do Uczty. A jakie te znaki przekazał nam św. Jan? Są to kolejno zamiana wody w wino (J 2,1-11), uleczenie syna urzędnika królewskiego (J 4,46-54), uzdrowienie paralityka (J 5,1), rozmnożenie chleba (J 6, 1-14), spacerowanie po wodzie (J 6, 15-21), uzdrowienie ślepca (J 9,1-41) i przywrócenie życia Łazarzowi (J 11,1-57). Dlaczego jednak rozmnożenie chleba miałoby być ważniejszym znakiem, niż uzdrowienie ślepca, czy przywrócenie życia przyjacielowi? Sam Jezus tłumaczy nam to w drugiej części szóstego rozdziału Ewangelii Jana.

Dwa tygodnie temu, 6. sierpnia akurat w niedzielę wypadło Święto Przemienienia Pańskiego. Zamiast zwykłych czytań na XVI Niedzielę Zwykłą mieliśmy czytanie o spotkaniu Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem na „wysokiej górze”. Zazwyczaj w ten dzień jest czytanie z Ewangelii Jana J 6,24-35. Nie ma to jednak, prawdę mówiąc, większego znaczenia, bo jedno i drugie czytanie wskazuje na Jezusa jako na nowego Mojżesza.

W czasie Niedzieli Przemienienia Pańskiego Jezus spotkał się z Mojżeszem, reprezentującym Prawo Starego Przymierza i z Eliaszem, reprezentującym Proroków. Symboliczne znaczenie tego spotkania jest takie, że Jezus wypełnił Prawo i jak nowy Mojżesz, podczas Kazania na Górze (Ewangelia Mateusza 5-7) ukazuje nam, jak naprawdę trzeba Prawo interpretować. Pokazuje nam On także, że jest Tym, którego zapowiadali Prorocy. Gdyby nie było w tym dniu uroczystości Przemienienia Pańskiego, usłyszelibyśmy te słowa:

Rzekli do Niego: „Jakiego więc dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: «Dał im do jedzenia chleb z nieba»”. Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu”. Rzekli więc do Niego: „Panie, dawaj nam zawsze tego chleba”. Odpowiedział im Jezus: „Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie”. (J 6,30-35)

Jezus podkreśla tu, że Jego znak jest większy od tego, który uczynił Mojżesz. Pozornie bowiem jest odwrotnie: Mojżesz „z niczego” dawał Izraelitom chleb na pustyni, i to być może przez cale lata, Jezus zaś „zaledwie” rozmnożył parę bochenków chleba. Jednak chleb na pustyni, nawet jak pojawiał się w cudowny sposób, był tylko zwykłym pokarmem. Ci, co go jedli, pomarli. Chleb-dar Jezusa jest czymś więcej: Typem Eucharystii, znakiem pokazującym, w jaki sposób będziemy mogli spożywać Ciało Jezusa, które jest prawdziwym pokarmem dającym nam życie wieczne.

Nikt tego jeszcze nie rozumie i nie każdy chce w to uwierzyć. Większość tych, którzy słuchają Jezusa, odchodzi. Usłyszymy to w najbliższą niedzielę. Pewną ciekawostką, choć zapewne bez żadnego znaczenia teologicznego jest fakt, że to werset z trzema szóstkami, „znakiem bestii”, mówi o odejściu uczni:

Odtąd wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. (J 6,66)

Ale o ile numeracja wersetów nie jest częścią natchnionego Słowa Bożego, pochodzi od zwykłych mnichów kopiujących Biblię przed wiekami i ma nam tylko ułatwić znalezienie odpowiednich fragmentów Pisma, to trudno nie zauważyć, że właśnie w tym kontekście Jezus wspomina, że „jeden z was jest diabłem”, a Jan wyjaśnia, że „mówił o Judaszu”.

Inni apostołowie też nie rozumieli. Nikt wtedy nie rozumiał słów Jezusa. Żydzi dyskutowali miedzy sobą pytając:

Jak On może nam dać /swoje/ ciało do spożycia? (J 6, 52b)

Apostołowie jednak po prostu przyjęli te słowa na wiarę. Wszyscy, z wyjątkiem Judasza, jak można się domyśleć z komentarza uczynionego przez Jezusa. Dopiero za rok zrozumieli w jaki sposób będą mogli spożywać prawdziwe Ciało i Krew Jezusa. Stało się to podczas ich ostatniej wspólnej Paschy, gdy w wieczerniku Jezus powiedział te słowa:

A gdy oni jedli, Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje. Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. (Mt 26,26-28)

Święty Paweł w Liście do Koryntian pisze niezwykłe słowa:

Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije. Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też umarło. (1Kor 11,26-30)

Każdy, kto uważa, że Jezus mówił symbolicznie o spożywaniu swego Ciała, musi mieć poważny problem z tą interpretacją Świętego Pawła. Jeżeli Eucharystia jest tylko symbolem, to czemu niegodne Jej spożywanie ma być „winny Ciała i Krwi Pańskiej”? Czemu „wyrok sobie spożywa i pije”? Czemu wreszcie z powodu niegodnego przyjmowania Eucharystii wielu jest chorych, a nawet umarło? Paweł niewątpliwie mówi tu o śmierci duchowej, o grzechu śmiertelnym, jaki przyjmujemy na siebie niegodnie przyjmując Jezusa w Eucharystii.

Ale co z tym wersetem?

Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. (J 6,63)

Protestanci i fundamentaliści często używają go, żeby pokazać, że jednak Jezus mówił symbolicznie, że słowa są życiem, nie samo ciało, nie chleb. Cóż, jak ktoś nie widzi tego, co czyta, ale stara się przy pomocy tekstu udowodnić to, co sam sobie wymyślił, to szuka każdego pretekstu, aby potwierdzić swoją błędną interpretację. Ale nie można podczas egzegezy tekstu przekreślić kilkudziesięciu wersetów tylko dlatego, że mamy jeden mówiący coś, co pozornie jest sprzeczne z całym poprzednim tokiem narracyjnym. Pozornie, bo Jezus wcale nie mówi tu o swoim Ciele, ale o „cielesności” swych słuchaczy. Mówi, że zrozumieć Go można tylko, gdy podejdzie się do nich duchowo, gdy zrozumie się głębię tego, co On chce nam przekazać, a nie tylko „kulinarnie”, skupiając się na pozornej absurdalności wyobrażenia przeżuwania Ciała naszego Pana.

Święty Paweł także mówi w swych listach o tym rozgraniczeniu, miedzy człowiekiem „cielesnym”, a „duchowym”:

Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. (Rz 7,14)

A ja nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie. Mleko wam dałem, a nie pokarm stały, boście byli niemocni; zresztą i nadal nie jesteście mocni. Ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni. Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku? (1 Kor 3,1-3)

O tym właśnie mówił Jezus na zakończenie swej nauki o Eucharystii. O duchowym zrozumieniu faktu, że spożywanie Jego Ciała jest konieczne do zbawienia, bo daje nam życie wieczne.

Tylko taka interpretacja jest logiczna i nie powoduje sprzeczności z tymi wszystkimi wcześniejszymi słowami Jezusa. Zresztą, gdyby było inaczej, czy nie powiedziałby On sam tego, gdy tysiące nakarmionych przez niego uczni odeszło? Oni wszyscy doskonale wiedzieli, że Jezus nie używa tu wcale symbolicznego języka. Odeszli, bo nie tylko nie rozumieli w jaki sposób mają spożywać Jego Ciało, ale wiedzieli też, że każdy, kto spożywa krew będzie wyrzucony z Synagogi. Mówi to wyraźnie Prawo:

Bo życie wszelkiego ciała jest we krwi jego - dlatego dałem nakaz synom Izraela: nie będziecie spożywać krwi żadnego ciała, bo życie wszelkiego ciała jest w jego krwi. Ktokolwiek by ją spożywał, zostanie wyłączony. (Kpł 17,14)

Tylko, że to jest właśnie dokładnie to, o co chodzi naszemu Panu. Żeby przyjąć Nowe Przymierze, odejść od skorumpowanej religii skupionej wokół Świątyni Jerozolimskiej i stać się członkiem Nowego Jeruzalem. Przyjąć Krew Jezusa, która naprawdę zawiera życie wieczne i stać się członkiem Kościoła Powszechnego, który jest wypełnieniem Starego Przymierza i w którym mamy prawdziwą Ofiarę Baranka i prawdziwą ucztę dającą nam pokarm gwarantujący życie wieczne.