„Drogie dzieci! Dziatki, nie myślcie teraz jedynie o wypoczynku dla ciała, ale szukajcie też czasu dla duszy. Niech Duch Święty przemawia do was w ciszy i pozwólcie Mu, by was nawracał i przemieniał. Jestem z wami i oręduję przed Bogiem za każdym z was. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”
Tuesday, July 25, 2006
Orędzie z Medjugorie 25. lipca 2006
Sunday, July 16, 2006
Ozeasz i Gomer, czyli niewierna Oblubienica
W ubiegłym tygodniu czytaliśmy w Kościele fragmenty Księgi Proroka Ozeasza. Jest to pierwsza spośród dwunastu ksiąg „proroków mniejszych”, a znaleźć je można w Biblii tuż przed Nowym Testamentem. Prorocy ci nie są „mniejsi” dlatego, że są mniej ważni, ale dlatego, że księgi opisujące ich życie i nauczanie są mniejsze objętościowo od ksiąg Izajasza, Jeremiasza, Ezechiela i Daniela.
Lubię Księgę Ozeasza, bo pokazuje ona, że głosić słowo Boże można nie tylko słowem, ale i czynami. Jest taki słynny cytat ze św. Franciszka z Asyżu: „Zawsze ewangelizuj. Gdy konieczne, używaj słów.” Ozeasz nie musiał używać słów. On musiał ożenić się z prostytutką.
No dobrze, ale co to ma wspólnego z ewangelizacją? Otóż bardzo wiele. Biblia przedstawia nam stosunek Boga do Narodu Wybranego jako związek małżeński. Bóg zaślubił Izrael, ale Jego oblubienica nie okazała się wierna. Zdradzała go wielokrotnie z baalami, z bożkami. Bóg jest zazdrosny i nie toleruje zdrady, dlatego dzieci Gomer, żony Ozeasza, kazał nazwać „Nie mój lud” i „Nie ma miłosierdzia”. Gomer nawet po ślubie zdradza Ozeasza, ale Bóg mu nakazuje przyjąć ją z powrotem. Bóg pozostaje wierny, mimo niewierności swej oblubienicy.
Dla lepszego zrozumienia tego proroctwa należy pamiętać, że Izrael był podzielony na dwa Królestwa: Judeę i Królestwo Północne, które znamy z czasów Jezusa jako Samarię. Samarytanie byli tacy znienawidzeni przez Żydów, bo byli to ich bracia, ale bracia niewierni. Zawierali mieszane małżeństwa, oddawali cześć różnym bożkom, a ci, którzy nadal czcili Boga Jahwe, robili to nie w Świątyni w Jerozolimie, ale w innej świątyni. Ale wymowa Księgi Ozeasza jest taka, że Bóg nie odrzuca swej oblubienicy i gdy ona się nawróci, wszystko będzie dobrze. Bóg okaże jej swe miłosierdzie.
Oczywiście trudno tu nie zauważyć analogii do naszych czasów. Oblubienicą Jezusa jest Kościół, a nowym Izraelem, nowym Narodem Wybranym my wszyscy. Trudno też nie zauważyć, że Oblubienica dalej zdradza swego Oblubieńca. Nie brakuje w Kościele skandali, nie brakuje czarnych kart w historii Kościoła. Cóż, taka jest nasza natura, a Kosciół to także Ty i ja. I nie każdy człowiek, nie każdy biskup, czy nawet papież jest taki święty jak Jan Paweł Wielki, czy B 16. Ale nie traćmy ducha, bo Bóg na pewno pozostanie wierny swej Oblubienicy i na pewno Jej nie opuści. Nawróćmy się tylko wszyscy i powróćmy do Niego, a wszystko będzie dobrze:
Zapraszam też do ponownego przeczytania o spotkaniu Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakuba. Pisałem o tym TUTAJ.
Wczoraj w Kościele obchodziliśmy wspomnienie Św. Bonawentury. Biskupa i kardynała, doktora Kościoła i przyjaciela św. Tomasza z Akwinu. Jeden z ciekawszych faktów z życia tego świętego mówi nam, że gdy wbrew swej woli został mianowany kardynałem przez papieża Grzegorza X, wysłannicy papiescy przywożący mu kardynalski kapelusz zostali poinstruowani, żeby powiesić go na pobliskim drzewie, bo Bonawentura ma ręce brudne od tłuszczu i mydła. Zmywa bowiem naczynia po swoich braciach-zakonnikach ze zgromadzenia Braci Mniejszych. Braciach, których był przełożonym. A samo zgromadzenie, rzecz jasna, to to samo, które założył św. Franciszek z Asyżu i dzięki którego wstawienniczej modlitwie w dzieciństwie Bonawenturze Bóg przywrócił zdrowie.
Gdy wszyscy będziemy tacy, jak Święty Franciszek, jak Święty Bonawentura, jak Matka Teresa, jak JP Wielki, to i Oblubienica, nasz Kościół, będzie bez skazy. Ale nie poprawiajmy wszystkich naokoło, nie krytykujmy i nie pouczajmy, bo i tak ich nie zmienimy. Możemy zmienić tylko jedną osobę. Módlmy się za Kościół i za naszych braci, ale reformę Kościoła zacznijmy od nas samych. Bo każdy z nas chciałby się dostać do nieba, ale jakoś nie bardzo nam idzie to osiąganie świętości. Tam jednak, w Niebie, przyjmują tylko świętych. Ten drugi rodzaj idzie w zupełnie inne miejsce. Pomyślmy o tym i zabierajmy się do roboty. Za reformę. I niech każdy zacznie od siebie. Mnie, rzecz jasna, nie wyłączając.
Lubię Księgę Ozeasza, bo pokazuje ona, że głosić słowo Boże można nie tylko słowem, ale i czynami. Jest taki słynny cytat ze św. Franciszka z Asyżu: „Zawsze ewangelizuj. Gdy konieczne, używaj słów.” Ozeasz nie musiał używać słów. On musiał ożenić się z prostytutką.
No dobrze, ale co to ma wspólnego z ewangelizacją? Otóż bardzo wiele. Biblia przedstawia nam stosunek Boga do Narodu Wybranego jako związek małżeński. Bóg zaślubił Izrael, ale Jego oblubienica nie okazała się wierna. Zdradzała go wielokrotnie z baalami, z bożkami. Bóg jest zazdrosny i nie toleruje zdrady, dlatego dzieci Gomer, żony Ozeasza, kazał nazwać „Nie mój lud” i „Nie ma miłosierdzia”. Gomer nawet po ślubie zdradza Ozeasza, ale Bóg mu nakazuje przyjąć ją z powrotem. Bóg pozostaje wierny, mimo niewierności swej oblubienicy.
Dla lepszego zrozumienia tego proroctwa należy pamiętać, że Izrael był podzielony na dwa Królestwa: Judeę i Królestwo Północne, które znamy z czasów Jezusa jako Samarię. Samarytanie byli tacy znienawidzeni przez Żydów, bo byli to ich bracia, ale bracia niewierni. Zawierali mieszane małżeństwa, oddawali cześć różnym bożkom, a ci, którzy nadal czcili Boga Jahwe, robili to nie w Świątyni w Jerozolimie, ale w innej świątyni. Ale wymowa Księgi Ozeasza jest taka, że Bóg nie odrzuca swej oblubienicy i gdy ona się nawróci, wszystko będzie dobrze. Bóg okaże jej swe miłosierdzie.
Oczywiście trudno tu nie zauważyć analogii do naszych czasów. Oblubienicą Jezusa jest Kościół, a nowym Izraelem, nowym Narodem Wybranym my wszyscy. Trudno też nie zauważyć, że Oblubienica dalej zdradza swego Oblubieńca. Nie brakuje w Kościele skandali, nie brakuje czarnych kart w historii Kościoła. Cóż, taka jest nasza natura, a Kosciół to także Ty i ja. I nie każdy człowiek, nie każdy biskup, czy nawet papież jest taki święty jak Jan Paweł Wielki, czy B 16. Ale nie traćmy ducha, bo Bóg na pewno pozostanie wierny swej Oblubienicy i na pewno Jej nie opuści. Nawróćmy się tylko wszyscy i powróćmy do Niego, a wszystko będzie dobrze:
1. Samaria odpokutuje za bunt przeciw Bogu swojemu: poginą od miecza, dzieci ich będą zmiażdżone, a niewiasty ciężarne rozprute.
2. Wróć, Izraelu, do Pana Boga twojego, upadłeś bowiem przez własną twą winę.
3. Zabierzcie ze sobą słowa i nawróćcie się do Pana! Mówcie do Niego: Przebacz nam całą naszą winę, w ten sposób otrzymamy dobro za owoc naszych warg.
4. Asyria nie może nas zbawić - nie chcemy już wsiadać na konie ani też mówić "nasz Boże" do dzieła rąk naszych. U Ciebie bowiem znajdzie litość sierota.
5. Uleczę ich niewierność i umiłuję ich z serca, bo gniew mój odwrócił się od nich.
6. Stanę się jakby rosą dla Izraela, tak że rozkwitnie jak lilia i jak topola rozpuści korzenie.
7. Rozwiną się jego latorośle, będzie wspaniały jak drzewo oliwne, woń jego będzie jak woń Libanu.
8. I wrócą znowu, by usiąść w mym cieniu, i zboża uprawiać będą, winnice sadzić, których sława będzie tak wielka, jak wina libańskiego.
9. Co ma jeszcze Efraim wspólnego z bożkami? Ja go wysłuchuję i Ja nań spoglądam, Ja jestem jak cyprys zielony i Mnie zawdzięcza swój owoc.
10. Któż jest tak mądry, aby to pojął, i tak rozumny, aby to rozważył? Bo drogi Pańskie są proste: kroczą nimi sprawiedliwi, lecz potykają się na nich grzesznicy. (Oz 14:1-10)
Zapraszam też do ponownego przeczytania o spotkaniu Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakuba. Pisałem o tym TUTAJ.
Wczoraj w Kościele obchodziliśmy wspomnienie Św. Bonawentury. Biskupa i kardynała, doktora Kościoła i przyjaciela św. Tomasza z Akwinu. Jeden z ciekawszych faktów z życia tego świętego mówi nam, że gdy wbrew swej woli został mianowany kardynałem przez papieża Grzegorza X, wysłannicy papiescy przywożący mu kardynalski kapelusz zostali poinstruowani, żeby powiesić go na pobliskim drzewie, bo Bonawentura ma ręce brudne od tłuszczu i mydła. Zmywa bowiem naczynia po swoich braciach-zakonnikach ze zgromadzenia Braci Mniejszych. Braciach, których był przełożonym. A samo zgromadzenie, rzecz jasna, to to samo, które założył św. Franciszek z Asyżu i dzięki którego wstawienniczej modlitwie w dzieciństwie Bonawenturze Bóg przywrócił zdrowie.
Gdy wszyscy będziemy tacy, jak Święty Franciszek, jak Święty Bonawentura, jak Matka Teresa, jak JP Wielki, to i Oblubienica, nasz Kościół, będzie bez skazy. Ale nie poprawiajmy wszystkich naokoło, nie krytykujmy i nie pouczajmy, bo i tak ich nie zmienimy. Możemy zmienić tylko jedną osobę. Módlmy się za Kościół i za naszych braci, ale reformę Kościoła zacznijmy od nas samych. Bo każdy z nas chciałby się dostać do nieba, ale jakoś nie bardzo nam idzie to osiąganie świętości. Tam jednak, w Niebie, przyjmują tylko świętych. Ten drugi rodzaj idzie w zupełnie inne miejsce. Pomyślmy o tym i zabierajmy się do roboty. Za reformę. I niech każdy zacznie od siebie. Mnie, rzecz jasna, nie wyłączając.
Saturday, July 08, 2006
Idze, idze, bajoku!
Zawsze myślałem, że mówię poprawnie po polsku. To znaczy takim „literackim językiem”. Jak pan redaktor z polskiego radia. Tymczasem niedawno trafiłem na ciekawy temat na forum mojej byłej szkoły, VIII LO w Krakowie, dotyczący krakowskiej gwary, i okazało się, że wcale tak z moją polszczyzną nie jest dobrze, jak mi się wydawało.
Okazuje się bowiem, że ja po wykąpaniu się w łazience wyłożonej flizami, ubieram buty i kurtkę, idę na pole, żeby pójść na nogach, bo auto w warsztacie, załatwić parę spraw. Ubiorę też krawatkę i wezmę parasolkę. Po drodze kupie se bajgla, popatrzę na fiakry i zjem sznycla w barze. W drodze powrotnej kupię wekę i wypiję krachlę prosto z flaszki. Odbiorę też ubranie od krawca i kupię cwibak, placek z borówkami, serowiec i andruty na piszingera dla mamy. Kupię też jarzynę na kleparzu podleję szlaufem grządki. W domu ubiorę pantofle, i powieszę bańki na choince. Odbiorę też od sąsiada hebel i druszlak. Pooglądam też stare zdjęcia, jak w chałacie chodziłem do szkoły i robiłem figle tercjanowi. Później sprawdzę, czy szabaśnik jest wyłączony, bo piekłem kajzerki, usmażę chrust, dam cumla dziecku, zgaszę lampkę stojącą na nakastliku, odsunę kapę z łóżka i pójdę spać, żeby po ciemku nie wpaść na jakieś szpeje. Oglądnę tylko jeszcze jakiś film.
Tymczasem ktoś, na drugim końcu Polski po kąpieli w łazience wyłożonej glazurą, założy buty i kurtkę, wyjdzie na dwór, żeby pójść piechotą, bo samochód w warsztacie, załatwić parę spraw. Założy też krawat i weźmie parasol. Po drodze kupi sobie obwarzanka, popatrzy na dorożki i zje kotleta mielonego w barze. W drodze powrotnej kupi bułkę paryską i wypije oranżadę prosto z butelki. Odbierze też garnitur od krawca i kupi keks, ciasto z jagodami, sernik i wafle na torcik czekoladowy dla mamy. Kupi też włoszczyznę na targu i podleje wężem grządki. W domu założy papucie i powiesi bombki na choince. Odbierze też od sąsiada strug i cedzak. Poogląda też stare zdjęcia, jak w fartuchu chodził do szkoły i robił figle woźnemu. Później sprawdzi, czy piekarnik jest wyłączony, bo piekł bułki, usmaży faworki i i da smoczka dziecku, zgasi lampkę stojącą na nocnym stoliku, odsunie narzutę na łóżko i pójdzie spać, żeby po zmroku nie wpaść na jakieś rzeczy. Obejrzy jeszcze tylko jakiś film.
A to tylko przykłady powszechnego używania innych słów, dochodzi do tego jeszcze specyficzny akcent i odpowiednie przekręcanie. Jak np. „zimioki” zamiast „ziemniaki”. Polecam monolog Maćka Stuhra o tym, czym się różni mężczyzna od kobiety… gdy rozmawiają przez komórkę. Fragment o kobiecie może niezbyt oryginalny, na festiwalu w Opolu w 2003. Marcin Daniec w monologu pt. „Taką konstrukcją jest kobita” miał podobne spostrzeżenia (to tekst o mistrzostwach świata w pilce w Korei, jakby znowu stal się aktualny. Niestety.) I jasne, że nie wszystkie z tych powiedzonek są tylko krakowskie, niektóre są znane i na Śląsku i w Kieleckim i w innych regionach. Ale niektóre z nich są tak krakowskie, jak Lajkonik i Sukiennice. Na przykład to „wychodzenie na pole”, „ubieranie płaszcza”, zamiast zakładania go, czy „chodzenie na nogach”, zamiast na piechotę.
A co ma to wszystko wspólnego z apologetyką, ewangelizacją i głoszeniem Ewangelii? Absolutnie nic! Ale rodzinka jest na wakacjach w Krakowie, więc dzwonię tam po trzy razy dziennie i dopadła mnie nostalgia. Bo można Krakusa wyrwać z Krakowa, ale nie da się Krakowa wydrzeć z serca Krakusa. Posłucham sobie chyba jeszcze raz monologu Stuhra. To tak, jakbym w mieszkaniu u mamy otworzył okno na pole i słuchał sąsiada, który siedzi przy piwku na ławeczce, pod płaczącą wierzbą i gada przez komórkę.
Monolog Stuhra jest na TEJ STRONIE, a mp3 z monologiem Dańca jest TUTAJ. Można od razu posłuchać, albo ściągnąć, klikając prawym klikaczem, ale to dość duży plik, 50 MB. Polecam oba, bo naprawdę śmieszne.
Okazuje się bowiem, że ja po wykąpaniu się w łazience wyłożonej flizami, ubieram buty i kurtkę, idę na pole, żeby pójść na nogach, bo auto w warsztacie, załatwić parę spraw. Ubiorę też krawatkę i wezmę parasolkę. Po drodze kupie se bajgla, popatrzę na fiakry i zjem sznycla w barze. W drodze powrotnej kupię wekę i wypiję krachlę prosto z flaszki. Odbiorę też ubranie od krawca i kupię cwibak, placek z borówkami, serowiec i andruty na piszingera dla mamy. Kupię też jarzynę na kleparzu podleję szlaufem grządki. W domu ubiorę pantofle, i powieszę bańki na choince. Odbiorę też od sąsiada hebel i druszlak. Pooglądam też stare zdjęcia, jak w chałacie chodziłem do szkoły i robiłem figle tercjanowi. Później sprawdzę, czy szabaśnik jest wyłączony, bo piekłem kajzerki, usmażę chrust, dam cumla dziecku, zgaszę lampkę stojącą na nakastliku, odsunę kapę z łóżka i pójdę spać, żeby po ciemku nie wpaść na jakieś szpeje. Oglądnę tylko jeszcze jakiś film.
Tymczasem ktoś, na drugim końcu Polski po kąpieli w łazience wyłożonej glazurą, założy buty i kurtkę, wyjdzie na dwór, żeby pójść piechotą, bo samochód w warsztacie, załatwić parę spraw. Założy też krawat i weźmie parasol. Po drodze kupi sobie obwarzanka, popatrzy na dorożki i zje kotleta mielonego w barze. W drodze powrotnej kupi bułkę paryską i wypije oranżadę prosto z butelki. Odbierze też garnitur od krawca i kupi keks, ciasto z jagodami, sernik i wafle na torcik czekoladowy dla mamy. Kupi też włoszczyznę na targu i podleje wężem grządki. W domu założy papucie i powiesi bombki na choince. Odbierze też od sąsiada strug i cedzak. Poogląda też stare zdjęcia, jak w fartuchu chodził do szkoły i robił figle woźnemu. Później sprawdzi, czy piekarnik jest wyłączony, bo piekł bułki, usmaży faworki i i da smoczka dziecku, zgasi lampkę stojącą na nocnym stoliku, odsunie narzutę na łóżko i pójdzie spać, żeby po zmroku nie wpaść na jakieś rzeczy. Obejrzy jeszcze tylko jakiś film.
A to tylko przykłady powszechnego używania innych słów, dochodzi do tego jeszcze specyficzny akcent i odpowiednie przekręcanie. Jak np. „zimioki” zamiast „ziemniaki”. Polecam monolog Maćka Stuhra o tym, czym się różni mężczyzna od kobiety… gdy rozmawiają przez komórkę. Fragment o kobiecie może niezbyt oryginalny, na festiwalu w Opolu w 2003. Marcin Daniec w monologu pt. „Taką konstrukcją jest kobita” miał podobne spostrzeżenia (to tekst o mistrzostwach świata w pilce w Korei, jakby znowu stal się aktualny. Niestety.) I jasne, że nie wszystkie z tych powiedzonek są tylko krakowskie, niektóre są znane i na Śląsku i w Kieleckim i w innych regionach. Ale niektóre z nich są tak krakowskie, jak Lajkonik i Sukiennice. Na przykład to „wychodzenie na pole”, „ubieranie płaszcza”, zamiast zakładania go, czy „chodzenie na nogach”, zamiast na piechotę.
A co ma to wszystko wspólnego z apologetyką, ewangelizacją i głoszeniem Ewangelii? Absolutnie nic! Ale rodzinka jest na wakacjach w Krakowie, więc dzwonię tam po trzy razy dziennie i dopadła mnie nostalgia. Bo można Krakusa wyrwać z Krakowa, ale nie da się Krakowa wydrzeć z serca Krakusa. Posłucham sobie chyba jeszcze raz monologu Stuhra. To tak, jakbym w mieszkaniu u mamy otworzył okno na pole i słuchał sąsiada, który siedzi przy piwku na ławeczce, pod płaczącą wierzbą i gada przez komórkę.
Monolog Stuhra jest na TEJ STRONIE, a mp3 z monologiem Dańca jest TUTAJ. Można od razu posłuchać, albo ściągnąć, klikając prawym klikaczem, ale to dość duży plik, 50 MB. Polecam oba, bo naprawdę śmieszne.
Sunday, July 02, 2006
Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł: (...) Nie bój się, wierz tylko! (Mk 5,36)
Dzisiejsza Ewangelia mówi nam o wierze, zaufaniu i odpowiedzi Jezusa na nasze modlitwy. Jezus spotyka dwoje nieszczęśliwych ludzi na swej drodze. Kobietę , która cierpi od 12 lat i Jaira, przełożonego synagogi, szukającego desperacko ratunku dla chorego dziecka.
Kobieta „wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej.” Nie pogodziła się jednak nigdy ze swym cierpieniem i zapewne nieustannie modliła się do Boga o cud uzdrowienia. Ewangelia przytacza nam jej słowa: „żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa.”
Jair z kolei dowiaduje się w pewnym momencie, że jego chora córeczka zmarła. Jednak, podtrzymany na duchu słowami samego Jezusa, nie wątpi, lecz wierzy, że nawet w tak, wydawałoby się, beznadziejnej sytuacji, Bóg może wszystko uczynić.
Ewangelia ta uczy nas więc, że po pierwsze w modlitwie powinniśmy być wytrwali, a po drugie nie wątpić nawet wtedy, gdy pozornie wszystko już przepadło. Bóg ani nie jest ograniczony naszym ziemskim czasem, ani naszym niedoskonałym zrozumieniem spraw. Z Jego punktu widzenia wszystko wygląda inaczej. Dla Niego nie ma „wczoraj” i „jutro”. Nie ma przeszłości, nie ma następstwa wypadków. On jest teraz w każdym czasie. Gdy żona modli się za swego męża, który zmarł przed laty, gdy stara matka modli się o nawrócenie dzieci, które są tak daleko od Boga jak tylko daleko można od Niego odejść, to wcale nie są to „beznadziejne przypadki” Nie dla wszechmogącego Boga.
On widzi nasze modlitwy teraz. I te, które ofiarowaliśmy Mu przed laty, i te, które dopiero ofiarujemy Mu w przyszłości. Z Jego punktu widzenia one wszystkie są „teraz”. Nie traćmy więc nigdy nadziei, nie popadajmy w desperację, ale zaufajmy Mu. On wszystko może i dla Niego nigdy na nic nie jest za późno.
Poza tym On wie, co jest nam potrzebne. My czasem prosimy o rzeczy, które nam tylko mogą zaszkodzić. Jak dziecko, które prosi o nóż. Bóg wysłuchuje każdej modlitwy, ale wysłuchuje jej tak, by przyniosła największą korzyść, a nie tak, by nam zaszkodzić. On nie jest złotą rybką, ale kochającym nas Ojcem.
Kolejne zwrotki hymnu, o którym pisałem w poprzednim poście brzmią tak:
Bo dla Boga tylko jedna rzecz jest ważna. Nasze zbawienie. A więc i dla nas tylko to powinno być ważne. Zdrowie, majątek, rodzina - to wszystko jest także istotne. To wszystko Jego dary dla nas. Ale są to tylko środki do celu, którym jest On sam. Nigdy nie zapominajmy o tym.
Święta Teresa Wielka powiedziała kiedyś, że wszystkie cierpienia tego świata w porównaniu do chwały życia wiecznego to jak jedna noc w niezbyt wygodnej gospodzie. Wszyscy jesteśmy pielgrzymami i wszyscy spędzamy tę noc w różnych zajazdach. Jedni trafili lepiej, inni gorzej, jeszcze inni całkiem źle. Jak Maryja z Józefem, którzy nie mogli znaleźć w ogóle miejsca w gospodzie. Ale to tylko jedna noc… Bóg nam da siłę wytrwania, a nagroda Jego jest wielka. Zaufajmy Mu więc, a na pewno się nie rozczarujemy.
Kobieta „wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej.” Nie pogodziła się jednak nigdy ze swym cierpieniem i zapewne nieustannie modliła się do Boga o cud uzdrowienia. Ewangelia przytacza nam jej słowa: „żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa.”
Jair z kolei dowiaduje się w pewnym momencie, że jego chora córeczka zmarła. Jednak, podtrzymany na duchu słowami samego Jezusa, nie wątpi, lecz wierzy, że nawet w tak, wydawałoby się, beznadziejnej sytuacji, Bóg może wszystko uczynić.
Ewangelia ta uczy nas więc, że po pierwsze w modlitwie powinniśmy być wytrwali, a po drugie nie wątpić nawet wtedy, gdy pozornie wszystko już przepadło. Bóg ani nie jest ograniczony naszym ziemskim czasem, ani naszym niedoskonałym zrozumieniem spraw. Z Jego punktu widzenia wszystko wygląda inaczej. Dla Niego nie ma „wczoraj” i „jutro”. Nie ma przeszłości, nie ma następstwa wypadków. On jest teraz w każdym czasie. Gdy żona modli się za swego męża, który zmarł przed laty, gdy stara matka modli się o nawrócenie dzieci, które są tak daleko od Boga jak tylko daleko można od Niego odejść, to wcale nie są to „beznadziejne przypadki” Nie dla wszechmogącego Boga.
On widzi nasze modlitwy teraz. I te, które ofiarowaliśmy Mu przed laty, i te, które dopiero ofiarujemy Mu w przyszłości. Z Jego punktu widzenia one wszystkie są „teraz”. Nie traćmy więc nigdy nadziei, nie popadajmy w desperację, ale zaufajmy Mu. On wszystko może i dla Niego nigdy na nic nie jest za późno.
Poza tym On wie, co jest nam potrzebne. My czasem prosimy o rzeczy, które nam tylko mogą zaszkodzić. Jak dziecko, które prosi o nóż. Bóg wysłuchuje każdej modlitwy, ale wysłuchuje jej tak, by przyniosła największą korzyść, a nie tak, by nam zaszkodzić. On nie jest złotą rybką, ale kochającym nas Ojcem.
Kolejne zwrotki hymnu, o którym pisałem w poprzednim poście brzmią tak:
But when I think that God, his Son not sparing,
sent him to die-I scarce can take it in
that on the cross, our burden gladly bearing,
he bled and died to take away our sin;
When Christ shall come with shout of acclamation
and take me home-what joy shall fi1l my heart!
Then shall I bow in humble adoration,
and there proclaim: My God, how great thou art!
Lecz kiedy rozważam, że ten Bóg nie oszczędził swego Syna,
Posłał Go na śmierć, z trudem mogę to pojąć.
Że na Krzyżu, nasze winy chętnie cierpiąc
Wykrwawił się i umarł oczyszczając nas z grzechów;
Gdy Chrystus przyjdzie z triumfalnym okrzykiem
I weźmie mnie do domu-co za radość wypełni moje serce!
Wtedy pokłonię się w pokornym uwielbieniu
I ogłoszę: Mój Boże, jakiś Ty wspaniały!
Bo dla Boga tylko jedna rzecz jest ważna. Nasze zbawienie. A więc i dla nas tylko to powinno być ważne. Zdrowie, majątek, rodzina - to wszystko jest także istotne. To wszystko Jego dary dla nas. Ale są to tylko środki do celu, którym jest On sam. Nigdy nie zapominajmy o tym.
Święta Teresa Wielka powiedziała kiedyś, że wszystkie cierpienia tego świata w porównaniu do chwały życia wiecznego to jak jedna noc w niezbyt wygodnej gospodzie. Wszyscy jesteśmy pielgrzymami i wszyscy spędzamy tę noc w różnych zajazdach. Jedni trafili lepiej, inni gorzej, jeszcze inni całkiem źle. Jak Maryja z Józefem, którzy nie mogli znaleźć w ogóle miejsca w gospodzie. Ale to tylko jedna noc… Bóg nam da siłę wytrwania, a nagroda Jego jest wielka. Zaufajmy Mu więc, a na pewno się nie rozczarujemy.
Saturday, July 01, 2006
Bóg istnieje, bo istnieje muzyka Bacha.
W książce Petera Kreefta i Ronalda Tacelli „Handbook of Christian Apologetics” jest dwadzieścia argumentów na to, że Bóg istnieje. Jeden z nich, zdecydowanie najkrótszy, brzmi tak: „There is a God, because there is a Music of Johann Sebastian Bach. Either you get it, or you don’t.” Co znaczy mniej więcej tyle: “Bóg istnieje, bo istnieje muzyka Jana Sebastiana Bacha. Albo to widzisz, albo nie.” Koniec argumentu. Autorzy tamtej książki stwierdzili, że żadne słowa już nie są tu potrzebne.
Ja jednak, zamiast zrobić podobnie, znowu popełnię grzech gadulstwa i będę pisał o tym, co dla jednych jest oczywiste, a dla innych zupełnie niezrozumiale. Ci pierwsi nie potrzebują mojego tłumaczenia, tym drugim ono i tak nie pomoże. Ale muszą przecież być jacyś ludzie „po środku” i może któregoś z nich przekona moje argumentowanie?
Piszę te słowa w aucie, gdzieś w Minnesocie, powracając z Vancouver. Mieszka tam od lat mój przyjaciel z klasy. Nie widzieliśmy się chyba z 30 lat i tylko od czasu do czasu dzwoniliśmy do siebie, mówiąc, że kiedyś, skoro jesteśmy na jednym kontynencie, na pewno się spotkamy. Problem polega jednak na tym, że z Charlotte do Vancouver jest 5 tysięcy kilometrów. Łatwiej trafić na siebie w Krakowie, niż tu wybrać się w taką podróż.
Gdy więc dostałem ładunek do Richmond w Kolumbii Brytyjskiej, zapytałem go, czy to daleko od miejsca, gdzie on mieszka. Zapytał mnie o dokładny adres i zaczął się śmiać. Okazało się bowiem, że mam ładunek do firmy mającej swą siedzibę na tej samej ulicy, na której on pracuje. Pięć minut spacerkiem od jego biura.
Spędziłem uroczy dzień z przyjacielem i zakochałem się w Vancouver. Niewiele jest miast na świecie, które są połączeniem Sopotu i Zakopanego. Z jednej strony wysokie góry, śnieg, niedźwiedzie i kolejka linowa, a z drugiej ocean, rybacy, plaże i porty. Widoki zapierające dech w piersiach i do tego trafiła mi się wspaniała pogoda. Jedyną bowiem chyba wadą Vancouver jest to, że czasem deszcz pada tam nieustannie przez kilka miesięcy. Ja jednak miałem cudowne słońce i bezchmurne niebo.
Ale co to ma wspólnego z Bachem i dowodami na istnienie Boga? Otóż moim zdaniem wiele. Nie da się wytłumaczyć zachwytu nad pięknem przyrody, czy nad brzmieniem toccaty i fugi d-mol Bacha procesami ewolucyjnymi. Żadne zwierzę nie zatrzymuje się z zachwytem nad widokiem zachodu słońca, żadne nie zdumiewa się brzmieniem koncertu fortepianowego. Niektóre psy wyją słuchając fortepianu, ale to zupełnie inne zjawisko.
Ilekroć jestem na koncercie w filharmonii, wzruszam się tak, że nie potrafię powstrzymać łez. Tak działa na mnie muzyka. Widoki przyrody co prawda łez ze mnie nie wycisną, ale czasem opada mi szczena z zachwytu. Zdumiewające jest piękno naszej planety. Tylko skąd się to w nas bierze? I co to znaczy „piękno”? Z jednej strony mamy bardzo mądrą sentencję mówiącą, że „De gustibus non est disputantum”, ale z drugiej wszyscy się zgadzamy, że nieskażona niczym, dzika przyroda jest piękna, a wysypisko śmieci obrzydliwe. Że Bach, Mozart i Beethoven tworzyli cudowną muzykę, a disco polo to tylko sieczka i rąbanka.
Dla mojego psa jednak nie istnieje takie rozgraniczenie. Będzie wył tak samo słuchając Topless, czy Boys, jak „Czterech Pór Roku” Vivaldiego. A wysypisko śmieci może wzbudzić u niego nawet większe zainteresowanie, bo tak interesująco pachnie. To tylko człowiek dostrzega piękno. Tylko nas ono zachwyca, czasem wręcz wprowadzając nas w stan ekstazy. Ale ponieważ piękno stworzenia jest tylko cieniem Stworzyciela, jak piękny musi być Stworzyciel?
„Either you get it, or you don’t”. Albo to widzisz, albo nie. Ale dla mnie piękno przyrody, rozgwieżdżone niebo, wyniosłe szczyty gór, wzburzone morze i piękna muzyka są dowodami na to, że Bóg istnieje. Zachwyt nad pięknem nie pomaga w procesach ewolucyjnych. Nie służy niczemu. Zadumanie nad cudownym widokiem, zasłuchanie się w urocze dźwięki najwyżej mogłoby spowodować nagle pożegnanie się z życiem, gdyby było udziałem dzikich zwierząt. A tworzenie muzyki to już tylko atrybut człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo swego Stworzyciela. Stworzyciela, który jest Pięknem doskonałym.
PS. Siedzę w aucie na parkingu przed kościołem pod wezwaniem Świętego Zachariasza w Chicago. Wyszedłem przed chwilą z mszy świętej. Końcowy hymn, jaki odśpiewaliśmy doskonale wyraził to, co ja chciałem wyrazić w powyższym tekście, więc postaram się tu, bardzo nieudolnie, przetłumaczyć te parę wersów:
Samego hymnu można posłuchać klikając TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, albo TUTAJ. Wiem, że nie każdy komputer jest w stanie odtworzyć każdy plik, więc jak jeden nie działa, spróbujcie inny.
Pierwsze wykonanie to sam król rock and roll’a Elvis Presley, ale inne, choć czasem diametralnie odmienne, są równie piękne. I przy słuchaniu niektórych z tych wykonań naprawdę trudno powstrzymać łzy wzruszenia.
How great Thou art, how great Thou art!
Ja jednak, zamiast zrobić podobnie, znowu popełnię grzech gadulstwa i będę pisał o tym, co dla jednych jest oczywiste, a dla innych zupełnie niezrozumiale. Ci pierwsi nie potrzebują mojego tłumaczenia, tym drugim ono i tak nie pomoże. Ale muszą przecież być jacyś ludzie „po środku” i może któregoś z nich przekona moje argumentowanie?
Piszę te słowa w aucie, gdzieś w Minnesocie, powracając z Vancouver. Mieszka tam od lat mój przyjaciel z klasy. Nie widzieliśmy się chyba z 30 lat i tylko od czasu do czasu dzwoniliśmy do siebie, mówiąc, że kiedyś, skoro jesteśmy na jednym kontynencie, na pewno się spotkamy. Problem polega jednak na tym, że z Charlotte do Vancouver jest 5 tysięcy kilometrów. Łatwiej trafić na siebie w Krakowie, niż tu wybrać się w taką podróż.
Gdy więc dostałem ładunek do Richmond w Kolumbii Brytyjskiej, zapytałem go, czy to daleko od miejsca, gdzie on mieszka. Zapytał mnie o dokładny adres i zaczął się śmiać. Okazało się bowiem, że mam ładunek do firmy mającej swą siedzibę na tej samej ulicy, na której on pracuje. Pięć minut spacerkiem od jego biura.
Spędziłem uroczy dzień z przyjacielem i zakochałem się w Vancouver. Niewiele jest miast na świecie, które są połączeniem Sopotu i Zakopanego. Z jednej strony wysokie góry, śnieg, niedźwiedzie i kolejka linowa, a z drugiej ocean, rybacy, plaże i porty. Widoki zapierające dech w piersiach i do tego trafiła mi się wspaniała pogoda. Jedyną bowiem chyba wadą Vancouver jest to, że czasem deszcz pada tam nieustannie przez kilka miesięcy. Ja jednak miałem cudowne słońce i bezchmurne niebo.
Ale co to ma wspólnego z Bachem i dowodami na istnienie Boga? Otóż moim zdaniem wiele. Nie da się wytłumaczyć zachwytu nad pięknem przyrody, czy nad brzmieniem toccaty i fugi d-mol Bacha procesami ewolucyjnymi. Żadne zwierzę nie zatrzymuje się z zachwytem nad widokiem zachodu słońca, żadne nie zdumiewa się brzmieniem koncertu fortepianowego. Niektóre psy wyją słuchając fortepianu, ale to zupełnie inne zjawisko.
Ilekroć jestem na koncercie w filharmonii, wzruszam się tak, że nie potrafię powstrzymać łez. Tak działa na mnie muzyka. Widoki przyrody co prawda łez ze mnie nie wycisną, ale czasem opada mi szczena z zachwytu. Zdumiewające jest piękno naszej planety. Tylko skąd się to w nas bierze? I co to znaczy „piękno”? Z jednej strony mamy bardzo mądrą sentencję mówiącą, że „De gustibus non est disputantum”, ale z drugiej wszyscy się zgadzamy, że nieskażona niczym, dzika przyroda jest piękna, a wysypisko śmieci obrzydliwe. Że Bach, Mozart i Beethoven tworzyli cudowną muzykę, a disco polo to tylko sieczka i rąbanka.
Dla mojego psa jednak nie istnieje takie rozgraniczenie. Będzie wył tak samo słuchając Topless, czy Boys, jak „Czterech Pór Roku” Vivaldiego. A wysypisko śmieci może wzbudzić u niego nawet większe zainteresowanie, bo tak interesująco pachnie. To tylko człowiek dostrzega piękno. Tylko nas ono zachwyca, czasem wręcz wprowadzając nas w stan ekstazy. Ale ponieważ piękno stworzenia jest tylko cieniem Stworzyciela, jak piękny musi być Stworzyciel?
„Either you get it, or you don’t”. Albo to widzisz, albo nie. Ale dla mnie piękno przyrody, rozgwieżdżone niebo, wyniosłe szczyty gór, wzburzone morze i piękna muzyka są dowodami na to, że Bóg istnieje. Zachwyt nad pięknem nie pomaga w procesach ewolucyjnych. Nie służy niczemu. Zadumanie nad cudownym widokiem, zasłuchanie się w urocze dźwięki najwyżej mogłoby spowodować nagle pożegnanie się z życiem, gdyby było udziałem dzikich zwierząt. A tworzenie muzyki to już tylko atrybut człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo swego Stworzyciela. Stworzyciela, który jest Pięknem doskonałym.
PS. Siedzę w aucie na parkingu przed kościołem pod wezwaniem Świętego Zachariasza w Chicago. Wyszedłem przed chwilą z mszy świętej. Końcowy hymn, jaki odśpiewaliśmy doskonale wyraził to, co ja chciałem wyrazić w powyższym tekście, więc postaram się tu, bardzo nieudolnie, przetłumaczyć te parę wersów:
O Lord my God, When I in awesome wonder,
Consider all the worlds Thy Hands have made;
I see the stars, I hear the rolling thunder,
Thy power throughout the universe displayed.
When through the woods, and forest glades I wander,
And hear the birds sing sweetly in the trees.
When I look down, from lofty mountain grandeur
And hear the brook, and feel the gentle breeze.
Then sings my soul, My Saviour God, to Thee,
How great Thou art, How great Thou art.
Then sings my soul, My Saviour God, to Thee,
How great Thou art, How great Thou art!
O Panie, Boże Mój, kiedy oniemiały ze zdumienia
Rozważam wszystkie światy, które uczyniły Twe Ręce;
Widzę gwiazdy, słyszę odlegle grzmoty,
Twą moc objawioną we wszechświecie,
Gdy przez lasy i leśne polany wędruję,
I słyszę ptaki słodko śpiewające w drzewach,
Kiedy spoglądam w dół z wyniosłego szczytu
I słyszę potok i czuje łagodny powiew wiatru;
Wtedy śpiewa moja dusza, Mój Boże Zbawicielu, do Ciebie.
Jakiś Ty wspaniały, jakiś Ty wspaniały!
Wtedy śpiewa moja dusza, Mój Boże, Zbawicielu, do Ciebie.
Jakiś Ty wspaniały, jakiś Ty wspaniały!
Samego hymnu można posłuchać klikając TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, albo TUTAJ. Wiem, że nie każdy komputer jest w stanie odtworzyć każdy plik, więc jak jeden nie działa, spróbujcie inny.
Pierwsze wykonanie to sam król rock and roll’a Elvis Presley, ale inne, choć czasem diametralnie odmienne, są równie piękne. I przy słuchaniu niektórych z tych wykonań naprawdę trudno powstrzymać łzy wzruszenia.
How great Thou art, how great Thou art!
Subscribe to:
Posts (Atom)