Monday, May 08, 2006

Przyczyny popularności „Kodu Leonarda da Vinci”

Dlaczego książka Browna osiągnęła taki olbrzymi sukces wydawniczy? Dlaczego aż 40 milionów egzemplarzy zostało sprzedanych w samych Stanach Zjednoczonych? Zakładając do tego, że średnio każdą książkę czytają dwie, czy trzy osoby, to tę przeczytało około stu milionów czytelników. Do tego książka została przetłumaczona na 44 języki. Także na polski. A przecież, z czym się zgadzają wszyscy krytycy, nie jest to nawet dobra powieść.

Co się złożyło na jej niesamowite powodzenie? Przecież nie jest to ani dobra literatura, ani dobre źródło faktów historycznych. Wręcz przeciwnie. Faktów to tam nie ma niemal wcale. Powstały już strony internetowe publikujące listę błędów i kłamstw w niej zawartych, zawierającą ponad 600 pozycji. To więcej, niż jeden błąd na każdą stronę powieści. Co więc jest przyczyną tak niesamowitej jej popularności?

Wydaje ni się, że przyczyna ta jest dość prosta. W dzisiejszym świecie jest tylko jedna organizacja mówiąca o obiektywnej moralności. Jedna organizacja, która od dwu tysięcy lat niezmiennie głosi tę samą naukę i na dodatek ma czelność mówić, że ceną za nieprzestrzeganie tej nauki jest wieczne potępienie. Tymczasem świat już dawno przestał wierzyć w obiektywną moralność, w naturalne prawa pochodzące od Boga, w dobro i zło. Z pewnością nie wierzy już w piekło, ani w szatana. A gdy nawet mówi, że wierzy w Boga, to jest to nie tyle Bóg prawdziwy, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, Bóg Starego i Nowego Testamentu, ale jest to „bozia”, kochająca każdego bez żadnej dyskryminacji. I grzesznika i jego grzech. A raczej jego każde postępowanie, bo przecież grzechu już nie ma.

Nasza wiara sprowadza się teraz do takiej teologii: Nie jestem złym człowiekiem, nikogo nie zamordowałem, nie napadłem na bank i okradłem ubogiej wdowy. Jeżeli więc mnie jakiś tam Bóg miałby wysłać do piekła, to ja skreślam takiego Boga. Nie jest bowiem on wcale miłością, ale złośliwym starcem, który psuje nam całą zabawę na ziemi i straszy piekłem po śmierci. Ale jeżeli rzeczywiście jest miłością, to kocha mnie niezależnie od tego, co będę robił i z pewnością przygotował dla mnie wieczne szczęście.

Prawda oczywiście jest zupełnie inna. Bóg jest Miłością i faktycznie kocha każdego, ale czym jest prawdziwa Miłość widzimy na Krzyżu. To z miłości do nas Bóg oddal swoje życie w olbrzymich cierpieniach i męce. Bóg nie jest ani złotą rybką, ani świętym Mikołajem z hollywoodzkich filmów, ani dżinnem mieszkającym w lampie i gotowym na każde nasze żądanie spełniać nasze życzenia. Bóg jest kochającym i mądrym Ojcem, który wie dużo lepiej od nas, co jest dla nas dobre. Tak jak żaden nie da dwuletniemu dziecku żyletki do zabawy, niezależnie jak bardzo dwulatek będzie o to prosił, tak Bóg Ojciec nie da nam tego, co wie, że spowoduje tylko ból i cierpienie w naszym życiu.

Do tego Bóg, z samej swej natury jest niezmienny. Gdyby było inaczej, nie byłby Bogiem. Więc nawet jak czasy się zmieniły, to On na pewno się nie zmienił. Ale nie wymagajmy od Niego, żeby to On się nagiął do naszych czasów. Nie jest to ani możliwe, ani potrzebne. To my musimy się powrotem dostosować do Jego praw i Jego nauki. Jeżeli coś było niemoralne dwa tysiące lat temu i sto lat temu, nadal jest niemoralne dzisiaj. Świat się może zmienił, ale na pewno nie zmieniła się prawdziwa moralność.

Nikt nie eksperymentuje z wlewaniem różnych płynów do zbiornika swojego samochodu. Konstruktor przewidział tylko jeden rodzaj paliwa. Albo benzyna, albo olej napędowy, czasem gaz. Musimy zobaczyć w instrukcji obsługi i wierzymy jej na słowo. Nikt nie wie lepiej od projektanta samochodu, jakie to paliwo powinno być. Gdy jest inne, możemy być pewni, że daleko nie zajedziemy. Nikt nie twierdzi, że teraz czasy się zmieniły, benzyna niszczy środowisko i powoduje efekt cieplarniany, więc od dziś ja w swoim samochodzie będę lał do baku wodę. To byłoby śmieszne. Ale właśnie tak śmiesznie postępujemy w sferze naszej moralności. Po prostu można by boki zrywać, gdyby nie konsekwencje takiego postępowania. A te śmieszne wcale nie są.

Bóg jest naszym konstruktorem. On wie doskonale, na jakim paliwie możemy się poruszać. Prawa fizyczne jeszcze sami widzimy i badamy i trudno nam negować fakt, że grawitacja istnieje. Ale prawa moralne, te dotyczące naszej duszy, znacznie trudniej dostrzec. Dlatego musimy uwierzyć Instrukcji Obsługi napisanej przez naszego Konstruktora, czyli Biblii. Inaczej nigdy nie dotrzemy do celu. Przypomina się mi tutaj napis, jaki niedawno widziałem na wielkiej, przydrożnej reklamie. Brzmiał on następująco: „Czy jesteś pewien, że wiesz, dokąd zmierzasz? Bóg.”

Ludzie dzisiaj odrzucają tradycyjną chrześcijańską naukę. Czaty, fora, dyskusje biurowe, nie mówiąc o dziennikarzach i aktorach, pełne są wypowiedzi krytykujących moralne nauczanie Kościoła. Gdy tylko Kościół zajmie się badaniem jakiegokolwiek zagadnienia związanego z seksem to natychmiast rozlegają się głosy nadziei, że wreszcie ten skostniały i nienowoczesny Kościół zaczyna dostrzegać konieczność zmian. Wystarczy przeczytać felieton Franciszka Kucharczaka, który można znaleźć TUTAJ, żeby zrozumieć lepiej, o czym mówię. Gdy więc ukazała się książka podważająca autorytet Kościoła, wszyscy się jej uczepili tak, jak tonący czepia się brzytwy. Książka „The Da Vinci Code” będzie zupełnie zapomniana za pięć lat. Jej chwilowego sukcesu nie tylko nie da się wytłumaczyć jej wartością, bo, szczerze mówiąc, jest to bezwartościowa szmira, ale doskonale można to uzasadnić potrzebą uchwycenia się czegoś przez tonących. Tyle tylko, że pomoże im ona nie więcej, niż tonącemu brzytwa. Albo siekiera lub młyńskie koło.

Kilkanaście lat temu Worthaland Group przeprowadziło badanie opinii publicznej w Stanach na temat różnych wierzeń i praktyk związanych z moralnością wśród społeczeństwa jako całości i wśród dziennikarzy. Wyniki były zdumiewające, choć nie całkiem niespodziewane. Otóż 55% Amerykanów regularnie uczęszcza do jakiejś świątyni lub domu modlitw, tylko 9% dziennikarzy uczęszcza tam choćby sporadycznie. 82% populacji uważa, że aborcja czasem jest niemoralna, a tylko 3% dziennikarzy tak sądzi. To nie błąd, tylko trzy procent uważa, że aborcja może być kiedykolwiek niemoralna. 97% establishmentu dziennikarskiego w Stanach wierzy, że aborcja zawsze i w każdej sytuacji, przez cały okres ciąży powinna być legalna, dopuszczalna i nic w niej nie ma złego. Tylko 5% spośród wszystkich Amerykanów uważa, że nie ma nic złego w zdradzaniu współmałżonka, a 49% dziennikarzy nie widzi w tym nic złego.

Ludzie ci w większości nie są co prawda katolikami, (mówię tu o amerykańskich dziennikarzach), ale nie mogą oni wyrzucić ze swej podświadomości tego, że Kościół, z Jego dwutysięczną historią, z miliardem członków i z takim świadectwem, jakim był pogrzeb Jana Pawła Wielkiego, jest moralnym autorytetem, skałą, odnośnikiem, do którego wszyscy w jakiś sposób musimy się ustosunkować. Gdy więc powstało powieścidło Dana Browna, stał się on ulubionym gościem wszystkich programów telewizyjnych w Ameryce. Całymi miesiącami był hołubiony, stawiany na piedestał i wychwalany jako geniusz pióra i genialny historyk. Całe godzinne programy kulturalno-oświatowe były poświęcone tej powieści, wiele „specjalnych wydań” programów w sieciach CBS, NBC, ABC czy w History Channel. Nikt na świecie, nawet największe domy wydawnicze, nawet najzamożniejsi autorzy, nie mogliby sobie pozwolić na taką akcję reklamową, gdyby musieli sami za nią zapłacić. Dziennikarze zafundowali Brownowi reklamę bezpłatną, bo to im samym zależało na rozpropagowaniu tego „dzieła”.

Ludźmi można stosunkowo łatwo manipulować. Wierzą oni dziennikarzom. Do tego znajomość historii i wiary katolickiej jest żałośnie słaba. Gdy autor powieści mówi w telewizji, że przeprowadził dokładne badania historyczne i że gdyby nie pisał powieści, ale rozprawę naukową, nie zmieniłby ani jednej rzeczy, ani jednego faktu, to dlaczego człowiek nie znający historii miałby temu nie wierzyć? Historycy tylko z politowaniem kiwają głowami i ogarnia ich pusty śmiech. Ale przeciętny Amerykanin, po ukończeniu publicznej amerykańskiej szkoły, nie ma zielonego pojęcia o tych rzeczach. Przyjmuje więc za dobrą monetę wszystko to, co usłyszy w telewizji.

Tym bardziej, że w gruncie rzeczy jemu chodzi dokładnie o to samo, o co chodzi dziennikarzom. O pretekst. O przyzwolenie na prowadzenie niemoralnego sposobu życia. O to, żeby nikt mu nie mówił, że seks pozamałżeński jest niemoralny, że aborcja jest grzechem, nie mówiąc już o antykoncepcji. Może różnią się oni w procentach, ale ciągle miliony ludzi uważa, że wiele powodów może usprawiedliwić aborcję, a niemoralności pigułki antykoncepcyjnej, czy ponownego małżeństwa po rozwodzie nie może już dostrzec niemal nikt.

Gdy więc nagle „okazuje się”, że Jezus nie jest wcale Bogiem, a Kościół to organizacja zajmująca się głównie przemocą, intrygami, morderstwami i oszukiwaniem swych członków, to czemu mielibyśmy postępować tak, jak On głosi? A do tego tak tłamsi i poniża od tysięcy lat kobiety! Zatajając fakt, że Maria Magdalena jest prawdziwą boginką! Tylko czemu ona, boginka, musiała zostać żoną Jezusa, zwykłego człowieka, żeby osiągnąć swą władzę? Czy tylko ja tu widzę logiczną sprzeczność? I czemu Kościół, starający się te „fakty” ukryć i zataić, czci Marię Magdalenę jako Świętą?

Nielogiczności w tej książce jest dużo więcej i zapewne wrócę do nich jeszcze. Sam Dan Brown zapewne bardziej by sprawdzał fakty, gdyby się spodziewał, że pisze najlepiej sprzedającą się powieść w historii cywilizacji. Ale jak mógł to wiedzieć? Gdy historia czasem wynosi miernoty na same wyżyny, to najczęściej zdarza się to ku największemu zdumieniu samych miernot. Zwykle dzieje się to w polityce, co każdy sam może w dzisiejszych czasach zobaczyć, ale i tu mamy więcej polityki niż literatury.

Dla ludzi przerażonych tym, co zobaczyli podczas pogrzebu Jana Pawła Wielkiego, przerażonych wyborem kardynała Ratzingera na papieża, przerażonych popularnością takich filmów jak "Pasja" i "Opowieści z Narni", powieść Browna nie mogła się pojawić szybciej. Uchwycili się jej jak ostatniej deski ratunku. Będą ją wychwalać pod niebiosa i robić nam wodę z mózgu, mówiąc jak jest cudownym dziełem sztuki i źródłem wiedzy o historii Kościoła, bo sami desperacko chcą w to uwierzyć. A jak fakty mówią co innego, to tym gorzej dla faktów. A zresztą to może nie ludzie są tak przerażeni, bo przecież nie z ludźmi ta walka się rozgrywa. Może to przeraził się krętacz i on robi co w jego mocy, żeby tę szmirę promować.

Czasem zapominamy, że cały czas toczy się walka o dusze. Toczy się nie tylko koło nas, ale i w naszych sercach. To, jakich wyborów dokonujemy, nie jest bez znaczenia. Od tych wyborów zależy, gdzie spędzimy wieczność. Nauka Jezusa nie jest nam dana po to, żeby nam zepsuć zabawę, ale żeby nas doprowadzić do zbawienia. A zbawienie to nic innego, niż osiągnięcie stanu niewypowiedzianego szczęścia. Stanu zjednoczenia z samym Bogiem.

Kto dobrowolnie pozbywa się tego dla odrobiny grzesznego zapomnienia, kto wybiera parę groszy, odrzucając wszystkie bogactwa świata, kto odrzuca Boga, bo jakiś pismak powiedział, że Boga nie ma, jest wart dokładnie tego, do czego zmierza. Jest bardziej żałosny i wart politowania, niż afrykańscy tubylcy zamieniający złoto i kość słoniową za szklane paciorki. Oni przynajmniej postępowali logicznie. Złoto i kość znajdowali w lesie, a szklanych paciorków w lesie nie było. Za paciorki trzeba było czymś zapłacić. A tymczasem za nasze zbawienie już została wykonana zaplata. Przelewem. Przelewem Krwi Jezusa na Krzyżu. Dlatego mi ich żal, tych odrzucających naukę Kościoła, bo to też są nasi bracia. Dzieci tego samego Boga, który i za nich oddał życie.

To jest właśnie powód, dla którego piszę o tych sprawach. Żeby ostrzec i żeby pokazać, czemu nie można bluźnić przeciw Bogu. Nie podchodźmy sobie lekceważąco do takich spraw, bo nie są to sprawy nieważne. Wiem, że czasem jesteśmy jak ci mieszkańcy Niniwy z Księgi Jonasza, o których Bóg powiedział, że „
nie odróżniają swej prawej ręki od lewej” (Jon 4,11), i nie zawsze widzimy na czym polega problem. Ale jak już zobaczymy, otwórzmy oczy innym. I nie łudźmy się, w tej walce nie ma pozycji neutralnej. Albo jesteśmy z Bogiem, albo występujemy przeciw Niemu. Bo kudłatemu w zupełności wystarczy, gdy my, ja i ty, nie zrobimy nic.

Kod Leonarda da Vinci

Za parę dni wchodzi na ekrany kin w Stanach ekranizacja powieści Dana Browna „The Da Vinci Code”, czyli „Kod Leonarda da Vinci”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że film ten stanie się kasowym przebojem i że miliony ludzi, także chrześcijan, także katolików, zobaczą go. Jest to tragiczny fakt i zdumiewa mnie, że tak mało słychać głosów oburzenia i sprzeciwu z tego powodu.

Może ktoś zapytać, o co mi w ogóle chodzi. Po co się denerwuję. W końcu w wolnym społeczeństwie każdy ma prawo mówić co chce i wydawać książki, jakie chce, tym bardziej, jak są to po prostu powieści. Prawda? Nieprawda!

Pozwólcie, że to zilustruję na jakimś przykładzie, żeby lepiej wyjaśnić o co mi chodzi. Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że ktoś napisałby książkę o twojej mamie. Na pierwszej stronie, we wstępie, napisałby, że jest to fikcyjna historia, beletrystyka, a nie biografia, ale wszystkie fakty, wszystkie opisy miejsc, budynków, zwyczajów i zachowań ludzi opisanych w tej książce są prawdziwe i zgodne z istniejącą rzeczywistością. Po czym w samej książce był by opis twojej mamy jako najgorszej ladacznicy, osoby złej, podstępnej, niemoralnej i krwiożerczej. Jak byś podszedł do tej powieści? Co byś wtedy zrobił?

Wydaje mi się, że każdy normalny człowiek nie tylko byłby oburzony, ale zrobiłby wszystko, co w jego mocy, żeby zatrzymać rozpowszechnianie takiej książki. I to niezależnie od tego, czy rzeczywiście podawałaby prawdziwe fakty, czy byłaby oszczerstwem. W tym drugim przypadku dodatkowo każdy chyba żądałby ukarania autora za zniszczenie dobrego imienia osoby nie tylko niewinnej, ale dodatkowo bliskiej naszemu sercu.

Książka Browna i film nakręcony na jej podstawie jest właśnie czymś takim. Nie, jest czymś znacznie gorszym. Jest to bowiem nie tylko stek kłamstw obrażających naszą wiarę, nie tylko kpina z historycznych faktów, ale także, a może przede wszystkim jest bluźnierstwem. To, że katolicy i inni chrześcijanie nie tylko nic nie robią, ale sami tę książkę czytają i sami pójdą na film, jest tragedią pokazującą jak bardzo „letnie” i „bezpłciowe” jest nasze chrześcijaństwo. A przecież wśród 40 milionów nabywców tej powieści w samych Stanach, są miliony katolików i innych chrześcijan. Dlaczego więc książka o naszej mamie by nas oburzyła, a książka o Jezusie nie oburza? Czyżbyśmy nasze mamy naprawdę kochali, a naszego Boga tylko mówili, że kochamy?

Niedawno przetoczyła się przez świat fala protestów z powodu wydrukowania karykatur Mahometa w niektórych gazetach. Pisałem już o tym i nie będę tu powtarzał swych argumentów, ale przypomnę w jednym zdaniu, że cokolwiek można by powiedzieć o Islamie, to jego wyznawcy na co dzień pokazują swą wiarę. Na co dzień udowadniają, że Allach jest najważniejszy w ich życiu. Niestety chrześcijanie już dawno schowali swoją wiarę głęboko do szuflady i tylko czasem, może na Boże Narodzenie, albo gdy trzeba ochrzcić dziecko, przypominają sobie, że są katolikami.

Pan Jezus w Kazaniu na Górze powiedział:

Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. (Mt 5, 13-15)

A podczas Objawienia się Św. Janowi dodał:

Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. (Ap 3,14-16)

To nie są więc wcale błahe sprawy. My naprawdę musimy się zacząć zachowywać jak chrześcijanie. Uczniowie Jezusa byli w stanie nawrócić świat, ale nie wahali się przed oddaniem za wiarę swego życia. Chrześcijaństwo wyrosło z krwi męczenników. A teraz wstydzimy się powiedzieć, że przedstawianie naszego Pana, naszego Kościoła w sposób obraźliwy, bluźnierczy rani nasze uczucia i musi się skończyć. Obawiam się, że zostaniemy „wyrzuceni z ust Pańskich”.

Żyjemy teraz w świecie „politycznej poprawności”. Nie można powiedzieć na Cygana Cygan, bo to jest teraz Rom. W Stanach nie ma już „Blacks”, czyli Murzynów, są „African Americans”, czyli Afrykańscy Amerykanie. Co prawda czasem mamy problem, bo jest tu wielu białych przybyłych z RPA, którzy co prawda są afrykańskimi Amerykanami, ale nie są „African Americans”, ale to nikomu nie przeszkadza. Logika jest nieważna, gdy chodzi o polityczną poprawność.

Podczas niedawnych zamieszek we Francji, gdy niezadowoleni imigranci z Północnej Afryki wyszli na ulice i podpalali samochody, usłyszałem w jakiejś audycji telewizyjnej, że to „African Americans” wzniecili te zamieszki. Hmm. A skąd tam się wzięli amerykańscy Murzyni? Czy nie powinni to być „afrykańscy Francuzi”? Albo czy nie lepiej wrócić do tych murzynów? Było jednoznacznie i logicznie. Komu to przeszkadzało?

Dlaczego o tym piszę? Bo w świecie politycznej poprawności nie można już pisać, ani mówić o nikim tak, że ten ktoś mógłby się poczuć urażony. Ani o Żydach, ani o murzynach, kalekach, homoseksualistach, Indianach, Mahometanach, o nikim. Z jednym wyjątkiem. Z wyjątkiem katolików. Katolicy są doskonałym chłopcem do bicia. Siedzą cicho i nie tylko nastawiają drugi policzek, ale sami aktywnie w niego walą.

Gdyby jednak był to tylko ich policzek, niech tak będzie. Ale tu nie chodzi o znoszenie cierpień za wiarę i przekonania. Tu chodzi o to, że policzkowany jest Jezus. Obrażana jest nasza wiara i nasz Kościół. A w takim przypadku mamy psi obowiązek tej wiary, Kościoła i dobrego imienia naszego Zbawiciela bronić. A nie policzkować Go, kupując i czytając tę bluźnierczą powieść i oglądając film.

Do samej powieści i filmu jeszcze pewnie wrócę. Napiszę o przekręcanych faktach i kłamstwach zawartych w tej powieści. Dziś tylko, na zakończenie, chciałbym odwołać się do sumienia każdego z Was: Nie kupujcie biletów na ten film, nie kupujcie tej książki. To minimum, które każdy z nas może zrobić. Ja do tego, z całą rodziną, wybiorę się do kina w dniu premiery „Kodu” na jakiś inny. Żeby dać sygnał producentom filmowym, że nie opłaca się kręcić bluźnierczych filmów, a opłaca się robić te prorodzinne. Tylko czasem czuję się jak Don Kichot walczący z wiatrakami.

Tuesday, May 02, 2006

Święty Sokrates i kalendarz liturgiczny


Oto niedawny wpis do księgi gości na mojej stronie:

„Witam i pozdrawiam, zastanawialem sie ostatnio nad konsekwencja lub nie konsekwencja obchodzenia wielkiego tygodnia nie w 14-16 Nisan, ale dwa czy wiecej dni pozniej jak to jest praktykowane w katolicyzmie, czy prawoslawiu.

Czy ktos zdola to wyjasnic dlaczego 25 grudnia dzien kiedy Jezus sie nie urodzil, co roku obchodzi sie w ten dzien niezaleznie od dnia tygodnia w jaki wypada, a smierc Chrystusa zawsze w piatek co roku, a nie 14 Nisan kazdego roku w inny dzien tygodnia.”


Właśnie. Jak to jest z tymi świętami? Czemu obchodzimy je w takie, a nie inne dni? Wielu braci chrześcijan nienależących do Kościoła Katolickiego, ani do innych „historycznych” kościołów, jak kościoły ortodoksyjne, czy nawet anglikański, kalwiński, czy ewangelicko-augsburski. Te mają rok liturgiczny bardzo zbliżony do naszego. Jednak wiele sekt powstałych w ostatnich paru wiekach, te „Tylko Biblia” zbory, sekty i denominacje, odrzucają nawet dzień 25. grudnia jako Święto Bożego Narodzenia. Biblia przecież nigdzie nie podaje tej daty. Wiemy za to, że było w tym dniu pogańskie święto. Czemu więc katolicy czczą urodziny Jezusa w tym dniu? Czy nie jest to dowód na to, że Kościół Katolicki to pogańska sekta?

Cóż. Zacznijmy więc może od początku. Przede wszystkim sami Żydzi nie byli pewni, kiedy obchodzić Święto Paschy. Przynajmniej w czasach Jezusa. Było wiele sekt w Judaizmie: Esseńczycy, zeloci, faryzeusze, saduceusze. Jedni liczyli kolejne dni od zachodu słońca, inni od wschodu. Jedni zreformowali swój kalendarz, aby się zgadzali z kalendarzem Rzymian, inni trzymali się tradycyjnego kalendarza swych ojców. Kiedy więc tak naprawdę wypada 14. Nisan?

Ja sam, pisząc przed laty mój pierwszy tekst, ten o „Czwartym kielichu” napisałem:


„Chciałbym się jeszcze podzielić z wami ciekawa teoria na temat tego, kiedy odbyła się Ostatnia Wieczerza.

Porównanie Ewangelii Janowej z synoptycznymi nasuwa pewne trudności, gdyż synoptycy wyraźnie mówią, że Ostatnia Wieczerza była Paschą, a Jan podaje, że Jezusa ukrzyżowano o tej godzinie, o której kapłani w Świątyni zaczynali zabijać jagnięta.

Jedno z tłumaczeń, z jakim się spotkałem, to to, że niektórzy liczyli dni od zachodu słońca, do zachodu, a inni od wschodu do wschodu. Tak wiec Jezus mógł po zachodzie słońca w Czwartek zacząć Paschę, gdyż był to już piątek wg ich sposobu liczenia czasu. Natomiast faryzeusze licząc czas od wschodu słońca dopiero w piątek po południu spożywali paschę. Jest to w miarę logiczne i wyjaśnia teoretyczną możliwość, w jaki sposób Jezus mógł odbyć swoją paschalną wieczerzę i równocześnie być Barankiem. Jedyna trudność tego tłumaczenia to wyjaśnienie, w jaki sposób odbyły się te wszystkie sądy nad Jezusem. Był on przesłuchiwany przez co najmniej 5 rożnych sądów, z czego dwa przed dygnitarzami rzymskimi, Piłatem i Herodem, dla których Jezus nie był na pewno nikim tak ważnym, aby rzucać wszystko i lecieć Go przesłuchiwać.

Inne tłumaczenie, z jakim się spotkałem pochodzi od jakiejś francuskiej badaczki, profesora paryskiej Sorbony, nazwiska niestety nie pamiętam, a raczej nie wiem ,jak to napisać, bo tę historię znam tylko ze słyszenia, brzmi to jak Annie Jobert, czy też Jovert, ale mogę się mylić. Otóż twierdzi ona , że w tamtych czasach obowiązywały 2 kalendarze, trochę tak , jak teraz w Kościele Katolickim i Ortodoksyjnym. Faryzeusze i Saduceusze przyjęli kalendarz Rzymian, a Esseńczycy trzymali się tradycyjnego kalendarza Żydowskiego. I wg tego kalendarza Pascha wypadała we wtorek, tak wiec od pojmania Jezusa do Jego śmierci minęłoby prawie 3 dni, a wiec wystarczająco długo, aby te wszystkie sady mogły się odbyć. No cóż, to akurat nie ma większego znaczenia i pewnie dopiero w Niebie dowiemy się, jak było naprawdę. Ale ja myślę, że to ciekawa teoria i że was może zainteresuje.”

Żeby do końca odpowiedzieć na pytanie mojego czytelnika trzeba by dodać, że Wielkanoc wypada w niedzielę, która następuje po pierwszej pełni księżyca po równonocy wiosennej. Jeżeli natomiast pełnia księżyca przypada w niedzielę, to Wielkanoc wypada w następną niedzielę. Tak jest od Pierwszego Soboru Powszechnego w Nicei, od roku 325. A dlaczego zawsze w niedzielę? To proste. Ponieważ Jezus zmartwychwstał właśnie w niedzielę:

Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. (Mt 28,1-6)

Każda niedziela jest więc "Wielkanocą", dniem Zmartwychwstania Pańskiego. Do tego stopnia, że nawet mamy przykład tego w nazwie pierwszego dnia tygodnia w języku rosyjskim. Wszystkie inne dni brzmią podobnie do nazw w naszym języku, ale niedziela to "woskriesjenie", czyli "zmartwychwstanie". Ciekawe tym bardziej, że przywódcy tego raju na ziemi nie mieli żadnych oporów przy zmianach nazw miast i świąt, tworząc "Stalinogrody" i "Leningrady", dziadka Mroza i muzea ateizmu, zmieniając nawet kierunek biegu rzek, a "woskriesjenie" pozostało i w końcu zwyciężyło.

To by rozwiązywało problem Wielkanocy, ale co z tym 25. grudnia? I tu odpowiedź nie jest wcale taka prosta. Przede wszystkim całkiem możliwe, że Pan Jezus rzeczywiście urodził się tego dnia. Nie mamy co prawda na to żadnych bezpośrednich dowodów, ale nie ma to żadnego praktycznego znaczenia. Co prawda parę dni temu słyszałem w radiu, że w jednym z dzieł Ojców Kościoła z pierwszych wieków jest wzmianka o dokumencie mówiącym o dniu 25. grudnia, ale nie jestem jednak w stanie tego zweryfikować. Sam dokument natomiast, jeżeli nawet istniał, dawno zaginął.

Dlaczego więc 25 grudzień? I czy było to rzeczywiście święto pogańskie? Trudno tu w paru zdaniach napisać, jak ta tradycja powstawała. To trwało cale wieki i do tego inaczej w różnych regionach świata. Nie zapominajmy, że Internet ma 20 lat, nie 2 tysiące. Dawniej przepływ informacji był znacznie wolniejszy. Rozwój doktryn, tradycje lokalne, powstawały różnie w różnych miejscach. Ojcowie Kościoła i papieże nie raz wypowiadali się za takim, czy innym terminem świętowania narodzin Jezusa. Jest takie znane kazanie Św. Jana Chryzostoma porównujące Jezusa do słońca. Pisze on w del Solst. Et Æquin." (II, p. 118, ed. 1588):

"Nasz Pan także narodził się w miesiącu grudniu, …ósmego dnia przed styczniem. …Ale oni nazywają ten dzień “Urodzinami Niepokonanego" Kto jednak jest naprawdę Niepokonany, jak nie nasz Pan? Albo jeżeli mówią, że są to narodziny Słońca, On jest Słońcem Sprawiedliwości.”

Zawsze był ten delikatny balans między popadnięciem w herezję uznania za jedno Jezusa i słońca, a przyznaniem, że Jezus jest prawdziwą Światłością i słońce jest tylko Jego symbolem. Nie wydaje mi się jednak, żeby ktokolwiek pozostający wierny Kościołowi miał z tym rozróżnieniem jakiekolwiek problemy. To tylko heretycy mieli inne spojrzenie na te sprawy. Kościół tak wtedy, jak teraz, wie dokładnie komu oddaje cześć w tym dniu.

W Dziejach Apostolskich czytamy taki fragment:

Mężowie ateńscy - przemówił Paweł stanąwszy w środku Areopagu - widzę, że jesteście pod każdym względem bardzo religijni. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: "Nieznanemu Bogu". Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając. (Dz 17, 22-23)

Zabawne, bo znamy jedną osobę z historii, czczącą „nieznanego Boga”. Był to Sokrates. Wiemy też, że Sokrates był rzeźbiarzem, albo raczej kamieniarzem. Nie potrafił tworzyć rzeźb, ale robił ołtarze i napisy. Być może więc ten ołtarz z napisem, jaki zobaczył Św. Paweł był dziełem Sokratesa? Profesor Juliusz Romański tak mówi:

„Czy Sokrates, który w dialogach Platona wygląda na monoteistę z przekonań i który głosi, że lepiej jest doznawać krzywdy, niż ją wyrządzać, a na dodatek jeszcze ponosi śmierć na równi za swoją naukę i swoje postępowanie, jest jeszcze poganinem, czy już stał się świętym, a jeśli się nie stał, to czego mu brakuje do prawdziwej mądrości i prawdziwej doskonałości, czyli świętości? W pismach starożytnych myślicieli chrześcijańskich spotykamy szereg tego rodzaju pytań - i bardzo różne odpowiedzi.”

Dante co prawda umieszcza Sokratesa w "przedsionku piekła", ale ja się wcale nie zdziwię, jeżeli zobaczę go wśród zbawionych w Niebie. W końcu tylko tam, albo w piekle możemy w ostateczności się znaleźć. Nie ma trzeciego miejsca. Jeżeli więc Sokrates nie został potępiony, to jedyne miejsce, gdzie może się znajdować, to Niebo.

Nie ma więc nic złego w „ochrzczeniu” pogańskich świąt. Czym bowiem są pogańskie święta? Czczeniem czegoś, czego się nie zna. Tak, jak Sokrates nie znając pełni Objawienia swym rozumem poszukiwał Boga, i zapewne do Niego doszedł, tak poganie często w stworzeniu czcili Stworzyciela. Ale my, chrześcijanie, wiemy, że Bóg nie jest częścią stworzenia, jest Stwórcą.

Stworzenie jednak nie jest czymś złym. To On, Bóg je stworzył, a wiemy, „że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.” (Rdz 1,31). Jeżeli ludzie zauważyli, że od 25 grudnia zaczyna przybywać dnia, słońce świeci coraz dłużej, i mimo, że jeszcze długie miesiące zimy przed nimi, to światła jest coraz więcej, to nic dziwnego, że czcili ten dzień. I co za piękna symboliczna data dla Prawdziwej Światłości, Jezusa, na celebrację Jego urodzin.

W Polsce kończy się właśnie długi weekend. Dwa święta. Robotnicze, pierwszomajowe, i narodowe, uchwalenia konstytucji znanej dzisiaj jako Konstytucja Trzeciego Maja. Ale także święta kościelne. Św. Józefa, robotnika i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski. Pierwsze święto ustanowił papież Pius XII w roku 1955, drugie papież Pius XI w roku 1923. Oba są „ochrzczonymi świętami pogańskimi”. I bardzo dobrze. Dużo lepiej jest świętować dni związane z rodzicami Jezusa, niż z „pogańskimi”, czy cywilnymi wydarzeniami. Los robotników można poprawić prędzej przez modlitwę do Św. Józefa i oddanie Mu ich losów, niż przez marsze pierwszomajowe. Polska na pewno więcej zawdzięcza swej Królowej, Maryi, niż konstytucji, która była w swych założeniach może i dobrym lekarstwem na ówczesną sytuację, jednak nawet nie dano jej szansy na udowodnienie tego.

Wykazywanie więc, że katolicyzm to pogańska religia, bo świętuje takie dni, jak 25. grudnia, czy niedzielę, „dzień słońca” zamiast szabatu jest w najlepszym razie ignorancję, jeżeli nie żałosną próbą udowodnienia czegoś, co istnieje tylko w głowach wrogów Kościoła.

Oczywiście, że będziemy się zwracać w stronę Boga i Kościoła w dniach siewu i żniw, w dniach urodzin i śmierci świętych, w dniach naszych świąt wewnątrzrodzinnych. To nie jest żadne pogaństwo, skoro to prawdziwemu Bogu dziękujemy za dary od Niego otrzymane i Jego prosimy o łaski i błogosławieństwo. A ci, którzy widzą to inaczej, niech sobie uzmysłowią, że nie są aniołami. Mają także ciało. Ciało, które jest „bardzo dobre”. Nie uciekajmy więc od świata materialnego i nie bójmy się podpatrywać natury, wielbiąc w niej odbicie Boga. Tak nas uczył św. Franciszek i nie ma w tym nic złego. A ja, jak widzę rozgwieżdżone niebo w bezksiężycową i bezchmurną noc, na pustyni w Arizonie, to nie potrzebuję już innych dowodów na to, że Bóg istnieje. Pewnie to „pogański” dowód na Jego istnienie, ale mi to wcale nie przeszkadza.

Franciszek Kucharczak, „Tabliczka sumienia” i Sługa Boża, siostra Maria Dulcissima.

Parę dni temu wpadł mi w oko nagłówek jakiegoś felietonu z „Gościa Niedzielnego” na portalu „Wiara”. Kliknąłem i przeczytałem. Był to cotygodniowy felieton Franciszka Kucharczaka. Ponieważ mi się spodobał, przeczytałem ten sprzed tygodnia. I jeszcze jeden. I jeszcze… przeczytałem wszystkie, jakie są udostępnione w tamtym miejscu. Wszystkie felietony napisane w cyklu „Tabliczka sumienia”.

Dziwna rzecz. Wiele osób pisze tak, że się często z nimi zgadzam. Jeszcze więcej tak, że czasem im przyznaję rację. Najczęściej jednak ludzie wypisują takie brednie, że zgodzić się z nimi mogę bardzo rzadko. Jest też czwarta kategoria: Ludzie, którzy piszą tak, że nigdy nie mogę im przyznać racji. Nigdy jednak nie trafiłem na kogoś, z kim zgodziłbym się zawsze.

Oczywiście, żeby wydać taką opinię o kimś, trzeba by przeczytać wszystko, co ta osoba napisała. Oczywiste jest też, że nie dotyczy to pism osób, posiadających autorytet i wiedzę daleko większą od mojej. Na pewno zgadzam się ze wszystkim, co napisał Jan Paweł II i Benedykt XVI, czy to jako papieże, czy przed wyborem. Zgadzam się też z takimi osobami, jak Scott Hahn, Peter Kreeft, Steve Ray, Tim Staples i wielu innych. Ale to zupełnie inne zagadnienie. Mój stosunek do nich to stosunek ucznia do mistrza. Nie mnie ich oceniać. Ja się mogę tylko od nich uczyć.

Pan Franciszek Kucharczak nie jest jednak teologiem, ani filozofem. To znaczy może z wykształcenia jest, nie wiem. Ale ja go poznałem jako felietonistę i poznałem go tylko z jego tekstów. Jestem więc, w pewnym sensie, jego kolegą po fachu. Zajmujemy się podobnymi rzeczami. Obserwacją otaczającej nas rzeczywistości i przelewaniem na papier swoich spostrzeżeń związanych z tą obserwacją.

Pan Franciszek co prawda jest profesjonalistą i niewątpliwie pisze swe felietony lepiej ode mnie. Ale nie to jest tutaj istotne. Nie chodzi mi o krytykę stylu czy formy, zwłaszcza formy mojej bazgraniny. Jakbym wiedział, jak to zrobić lepiej, to bym po prostu to zrobił. Chodzi mi o to, że czytając felietony pana Kucharczaka łapałem się na tym, że zgadzam się z jego wnioskami za każdym razem. Sto na sto. Perfekcyjny rekord. Przynajmniej dla mnie.

Dlatego właśnie postanowiłem napisać te parę słów. Całkiem możliwe, że są wśród osób, które tutaj trafią osoby, które nie czytają portalu „Wiara”, czy „Gościa Niedzielnego”. Chciałem więc zachęcić gorąco do zwrócenia uwagi na tego autora. Jak komuś podoba się to, co ja piszę, tym bardziej zapewne spodoba mu się to, co pisze pan Kucharczak. Jego felietony można znaleźć TUTAJ. . Przykład innego tekstu Franciszka Kucharczaka, o Słudze Bożej Siostrze Marii Dulcissimie (warto poznać tę niezwykłą osobę) TUTAJ. . A moje teksty tu, gdzie teraz jesteś. Zaraz zabieram się więc i ja do napisania kolejnego felietonu.

Tuesday, April 25, 2006

Orędzie z Medjugorie, 25. IV 2006r.

„Drogie dzieci! Również dziś wzywam was, abyście mieli więcej zaufania do mnie i mojego Syna. On zwyciężył przez swoją śmierć i zmartwychwstanie i wzywa was, abyście przeze mnie byli częścią Jego radości. Dziatki, wy nie widzicie Boga, lecz jeśli się modlicie odczujecie Jego bliskość. Jestem z wami i oręduję przed Bogiem za każdym z was. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”