Sunday, December 25, 2005

Orędzie z Medjugorie 25 XII 2005

Orędzie Maryi z Medjugorie z 25. grudnia 2005:

Drogie dzieci! Dzisiaj również niosę na ręku Dziecię Jezus Króla Pokoju, by błogosławił was swoim pokojem. Dziatki, w szczególny sposób wzywam was, abyście nieśli mój pokój w tym niespokojnym świecie. Bóg będzie was błogosławił. Dziatki, nie zapomnijcie, jestem waszą Matką. Z Dzieciątkiem Jezus na ręku wszystkich was błogosławię szczególnym błogosławieństwem. Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.

Jakov Colo, który ma objawienia tylko raz w roku, właśnie w dniu 25. grudnia, dzisiaj otrzymał od Maryi takie przesłanie:


Drogie dzieci! Dzisiaj z Jezusem w moich ramionach w szczególny sposób wzywam was do nawrócenia. Dzieci, przez ten cały czas gdy Bóg zezwolił mi, żeby być z Wami, nieustannie wzywam was do nawrócenia. Wiele z waszych serc pozostaje zamkniętych. Dziatki, Jezus jest pokojem, miłością i radością, a więc zdecydujcie się na Jezusa. Zacznijcie się modlić. Módlcie się do Niego o dar nawrócenia. Dziatki, tylko z Jezusem możecie posiąść pokój, radość i serca wypełnione miłością. Dziatki, kocham was. Jestem waszą matką i daję wam moje matczyne błogosławieństwo.

Wednesday, December 21, 2005

Wesołych Świąt!

Niech Was nowonarodzony Bóg błogosławi i strzeże! Niech dzieciątko Jezus rozpromieni oblicze swe nad Wami, niech każdego z Was obdarzy swą łaską! Niech zwróci ku Wam oblicze swoje i niech Was wszystkich obdarzy pokojem!



Życzę każdemu z Was wesołych, szczęśliwych i błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia i całego zbliżającego się Nowego Roku 2006!!! Piotr

Koniec podróży z karpiem dookoła Ameryki i powrót do domu.

Podróż z karpiem już prawie zakończona. Zdjęć za bardzo nie będzie, bo przez Appalachy przejechałem w nocy. Te poniżej są z Indiany, poniżej Chicago. Tam też nie ma nic, poza niekończącymi się polami uprawnymi, odpoczywającymi pod warstwą śniegu.

Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to


Karp już w domowym zamrażalniku. Ja jeszcze muszę jutro dowieź towar do klienta, ale to tylko 150 mil od Charlotte. Wyjadę jutro o świcie i wrócę po południu. Potem wolne do Nowego Roku. Polski ksiądz będzie w Charlotte 1. stycznia, potem jakieś spotkanie naszej lokalnej polonii. Chciałbym zostać. Poza tym winien jestem rodzinie trochę pobytu w domu. Ostatnio coś te moje podróże dookoła Ameryki są coraz dłuższe.

Dziękuję wszystkim za towarzyszenie mi i karpiowi w naszej podróży. Ja się na razie wymeldowuję i zaczynam przesiąkać świąteczną atmosferą. Następny wpis pewnie będzie z życzeniami dla Was, a kolejny już pewnie po świętach. A zatem…

Sunday, December 18, 2005

Łacina, tradycja i druga rocznica strony www.polon.us. Czyli adwentowej podróży z karpiem ciąg dalszy i chyba przedostatni.

Moja „adwentowa” podróż z karpiem trwa. Opuściłem Kalifornię i przez Nevadę, Utah, Wyoming dotarłem do Nebraski. Przejeżdżam przez najnudniejsze tereny na świecie. Nic, tylko płasko aż po horyzont. W Utah nawet są przydrożne znaki, przypominające znużonym kierowcom, żeby zjechali na pobocze, jak nie mogą opanować senności. Ale nic dziwnego, jak pierwsze 100 kilometrów autostrady w Utah to droga poprzez wyschnięte słone jezioro, a na dodatek pierwszy łagodny zakręt jest dopiero po przejechaniu sześćdziesięciu kilometrów.

Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to


Wcześniej z kolei były chyba jedne z piękniejszych widoków, jakie można gdziekolwiek zobaczyć. Ile razy je oglądam dziwię się tym, co nie wierzą w Boga. Dla mnie nie trzeba żadnego innego dowodu na Jego istnienie. Piękno otaczającej nas przyrody jest wystarczającym dowodem. Zresztą sam koncept „piękna” dowodzi istnienia Boga. Jakby Jego nie było, tylko sama naturalna selekcja i przypadkowe powstanie świata i życia, nic nie byłoby piękne, ani brzydkie. Wszystko byłoby „naturalne”, nijakie, neutralne i bez wyrazu.

Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to


To właśnie fakt, że Bóg istnieje, że jest On Prawdą, Dobrem i Miłością daje nam „wyznacznik”, wzorzec piękna. Co jest bliskie Boga, jest piękne. Kudłaty jest księciem kłamstwa, oszustem i krętaczem. Ci mistycy, którzy mieli nieszczęście zobaczenia w widzialnej postaci Złego, zawsze podkreślali jak jest on potwornie brzydki i odrażający. Z drugiej strony wizjonerzy w Medjugorie, gdy zapytali Maryję dlaczego jest taka piękna, usłyszeli, że to dlatego, że kocha. Zresztą nawet my, gdy jesteśmy zakochani, chodzimy otoczeni jakąś aurą przydającą nam piękna i widoczną dla każdego spostrzegawczego człowieka.

Piękne widoki, piękno naturalnego świata, fakt, że tak to właśnie odbieramy, zachwycając się nimi dowodzi więc istnienia Boga. A ja w ostatnich dniach miałem tego wiele przykładów. I nie chodzi tu wcale o to, że te widoki muszą się każdemu podobać. Wiem, że dla wielu, łącznie ze mną, nie ma widoku piękniejszego niż panorama Tatr, czy przełom Dunajca, czy nawet samotna wierzba przy miedzy na mazowieckiej równinie. Ale tu nie chodzi o to, co się komu podoba. De gustibus non est disputantum. Chodzi o to, że sam fakt oceny czegoś jako rzeczy pięknej lub odrażającej, nudnej, czy zajmującej potwierdza istnienie jakiegoś standardu, wzorca piękna, którym jest właśnie sam Bóg.

Po przejechaniu przez Salt Lake City to białe koło szosy i na niej samej, to już nie była sól, ale śnieg. Trochę było ślisko i parę aut powylatywało z szosy, ale mną dobry Bóg i mój anioł stróż Bruno się opiekowali. Chyba wcześniej więcej padało, a jak ja się tam zjawiłem, już było odśnieżone. Posypywało ciągle przez całą noc, ale silny wiatr i duży mróz powodowały, że przejeżdżające auta samym swym impetem zdmuchiwały świeży śnieg na pobocza. Dojechałem szczęśliwie do Lincoln w stanie Nebraska, gdzie planowałem iść na mszę.

Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to


Jeden z powodów, dla którego w Wyoming sypało, to fakt, że jest to dość wysoki teren. Nawet zrobiłem zdjęcie laptopa z wyświetloną wysokością nad poziomem morza. To w stopach, bo my w Stanach nie zauważyliśmy, że reszta świata zunifikowała swe metody pomiaru otaczającej nas rzeczywistości i dalej stosujemy stopy, mile, stopnie Farenheita, funty i galony. Stopa ma 30,54 cm, czyli byłem na wysokości 2650 metrów. To, o ile pamiętam, 200 metrów wyżej, niż sięgają Rysy. Nic dziwnego, że było -5 Farenheita (-20 w „normalnej” skali Celsjusza) i sypało śniegiem. Wyoming to stan leżący na północ od Kolorado. Góry tam nie są tak majestatyczne, jak w okolicach Denver, wyglądają raczej jak kopce wystające z równiny, z płaskowyża, ale cały ten płaskowyż znajduje się sporo ponad 2 kilometry nad poziomem morza.

Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to


Stamtąd już tylko spokojny zjazd na dół. Lincoln, gdzie piszę te słowa, jest na poziomie 350 metrów nad poziomem morza. Chicago, gdzie będę jutro, jeszcze niżej. Przed świętami przejadę jeszcze przez Appalachy, niedaleko Mt. Mitchell, najwyższego ich szczytu, ale tam sama droga nie przebiega tak wysoko. Mt Mitchell ma 6 684 stopy, czy 2037 metrów wysokości, ale sama autostrada przechodzi dużo niżej. Dzisiaj jednak zatrzymałem się w Lincoln, bo zaplanowałem tu iść na mszę.

Na stronie www.masstimes.org, gdzie zawsze szukam kiedy i gdzie jest jakaś msza znalazłem, że w Lincoln są w dwu kościołach msze po południu. Jeden z nich to katedra, (Lincoln jest siedzibą diecezji, z wspaniałym biskupem Fabianem Bruskewitzem), drugi to kościół św. Tomasza z Akwinu. Ten drugi był bliżej naszej bazy, gdzie mogłem zostawić naczepę, ale ponieważ to kościół graniczący z terenami Uniwersytetu, msze popołudniowe ma tylko w czasie roku akademickiego. Ponieważ nie byłem pewien, czy studenci jeszcze mają zajęcia, czy już pojechali na przerwę, zadzwoniłem i dowiedziałem się, że akurat dziś o 15:30 jest msza po łacinie.

Wiadomość ta ucieszyła mnie z kilku względów. Po pierwsze nie musiałem czekać do 18. Po drugie lubię mszę łacińską. Coś jest w tym, że modlimy się w „sakralnym” języku. Żydzi przecież do dziś się modlą po hebrajsku, nawet, jak na co dzień nie używają już tego języka. Gdy szukam mszy, czasem wypisuję oprócz miejscowości język liturgii. Oczywiście najpierw polski, ale jak nie ma polskiej mszy, wpisuję „latin”.

Ostatni raz na łacińskiej mszy byłem parę miesięcy temu w Omaha. To także w stanie Nebraska. Diecezja Lincoln jest częścią archidiecezji Omaha. Wygląda więc na to, że zarówno arcybiskup z Omaha, jak i biskup z Lincoln mają sentyment do tradycji. Co prawda tamta msza była mszą „przedsoborową”, taką, jaką odprawiano, gdy byłem dzieckiem, a ta dzisiejsza była już „Novus Ordo”, msza taka, jaką widzimy codziennie w naszych parafiach, tyle tylko, że wszystkie stałe części mszy odmawiane były po łacinie. Tylko czytania, kazanie i modlitwa wiernych były po angielsku.

Była wszakże jeszcze jedna różnica. Podczas ofiarowania i podniesienia kapłan, wraz z całym zgromadzonym ludem, był zwrócony w stronę ołtarza. A ponieważ był to kościół nowoczesny i ołtarz już nie był przy ścianie, ale od niej odsunięty, tak, ze podczas „normalnej” mszy kapłan mógł być zwrócony w stronę wiernych, to dzisiaj kapłan stał jakby ze złej strony ołtarza.

Oczywiście nie jest to zła strona i takie ustawienie się kapłana ma sporo sensu. Co więcej w żadnym dokumencie Soboru Watykańskiego nie ma słowa na temat tego, że kapłan ma być zwrócony twarzą do wiernych. Msza to nie jest teatr, a ksiądz nie jest aktorem. Co prawda może niektórzy uważają się za gwiazdorów, ale to nie oni są najważniejsi podczas mszy. Oni tylko udzielają, pożyczają Jezusowi swych rąk i w Jego Osobie, „In Persona Christi” ofiarują Bogu tę doskonalą ofiarę.

Jedno słowo do tych, którzy zarzucają katolikom, że my ponownie, na każdej mszy krzyżujemy Jezusa. Albo, że składamy ponownie ofiarę, gdy Biblia wyraźnie mówi, że ofiara Jezusa była doskonała i nie ma już potrzeby składania więcej ofiar. Tym odpowiem krótko, że nie da się ponownie ofiarować tego, co się nigdy nie kończy. Co zawsze trwa. My ofiarujemy Bogu tę samą ofiarę, którą złożył Jezus. Robimy to, bo On sam nam to nakazał w słowach:


Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: To jest Ciało moje za was [wydane]. Czyńcie to na moją pamiątkę! Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę!
(1 Kor 11,23b-25)

A to, że ta ofiara trwa poza czasem, trwa wiecznie, wiemy z Apokalipsy Świętego Jana. On właśnie w swej wizji Nieba widzi, że ofiara Jezusa nie skończyła się na Kalwarii, ale trwa wiecznie, a my tylko w czasie uczestnictwa we Mszy, łączymy się i jednoczymy z tą niebiańską liturgią. Nic dziwnego, że Jan miał swą wizję właśnie w „dzień Pański”, czyli w niedzielę. Wygnany, bez możliwości sprawowania mszy dla swego ludu otrzymał łaskę uczestniczenia w mszy, która trwa przez całą wieczność.

Zwolennicy takiego usytuowania ołtarza, jakie mamy teraz w większości kościołów podawali jako argument, że w bazylice św. Piotra w Rzymie, tej „matce” wszystkich kościołów kapłan zawsze był zwrócony twarzą w stronę wiernych. To prawda. Ale przyczyna tego była zupełnie inna, niż tworzenie z ołtarza czegoś na kształt domowego ogniska, przy którym się wszyscy gromadzimy.

Tradycyjnie kościoły zawsze były skierowane ołtarzem na wschód. Wschód symbolizował powstawanie nowego dnia, wzejście Słońca, symbolizował Boga. Mędrcy ujrzeli właśnie na wschodzie gwiazdę, która oznajmiła im przyjście Mesjasza i wskazała właściwe miejsce. Tak, jak Żydzi rozsiani po całym świecie, oraz ci w Izraelu modlą się skierowani w stronę Jeruzalem, a ci w Jerozolimie w stronę, gdzie była kiedyś Świątynia, jak muzułmanie zawsze modlą się skierowani w stronę Mekki, tak my, chrześcijanie modliliśmy się tradycyjnie zwróceni na wschód. W Krakowie na przykład doskonale to widać. Niemal wszystkie stare kościoły są zwrócone w „stronę Nowej Huty”.

Problem z bazyliką Świętego Piotra polegał na tym, że jej ołtarz jest nad grobem Świętego Piotra. Ostatnie wykopaliska archeologiczne potwierdziły zresztą tę tradycję. Ponieważ jednak jest to największy kościół na świecie, nie było po prostu miejsca, żeby zbudować go na zachód od miejsca pochówku pierwszego papieża. Zbudowano więc kościół z ołtarzem po stronie zachodniej, ale nie zmieniło to wcale faktu, że kapłan ofiarował mszę we wschodnią stronę. Dlatego to był on zwrócony twarzą do wiernych. Podczas ofiarowania i podniesienia jednak wszyscy wierni odwracali się w kierunku wschodnim i klęczeli tyłem do ołtarza. Ofiarę bowiem składamy Bogu, a Jego miejsce symbolizował Wschód.

Kościół Św. Tomasza z Akwinu w Lincoln jest zwrócony na wschód. Zauważyłem zresztą wiele innych rzeczy podnoszących mnie na duchu. Przede wszystkim jest piękny. Skromny i nowoczesny, ale urządzony ze smakiem. A piękno to Dobro, Miłość, to sam Bóg.

Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to


W samym kościele nikt nie gadał, nie puszczali muzyki przed mszą (co zawsze mi się bardziej kojarzy z kinem, niż ze świątynią), nikt nie musiał szukać Tabernakulum, bo było na samym środku. Każdy przechodzący przed nim przyklękał i każdy przyjmujący komunię przyklękał. Zwłaszcza ta rzeczywistość mnie urzekła, bo w większości kościołów w Stanach do komunii podchodzi się jak do baru szybkiej obsługi. Ilekroć ja przyklękam przed przyjęciem Jezusa, powoduję mały karambol osób za mną, ostro hamujących i wpadających na siebie.

Cóż, dziś nikt na nikogo nie wpadał. Chyba wszyscy po prostu wierzyli, że zaraz przyjmą samego Boga do swoich serc. Nikt się nie spieszył i nikt nie wylatywał zaraz po komunii na parking, żeby zdążyć odjechać zanim się zrobi korek do wyjazdy spod kościoła. A w samym kościele było sporo rodzin z małymi dziećmi. Sporo kobiet miało tradycyjne przykrycia głowy, koronkowe chustki. Mężatki, czy tez wdowy czarne, młode dziewczęta białe. Było uroczyście, podniośle i po Bożemu.

Dla mnie takie oznaki są bardzo optymistyczne. Ja wiem, że to są rodzynki. Pierwsze jaskółki. Że nie ma wiele takich miejsc w Ameryce, a zwłaszcza w zachodniej Europie. Ale od czegoś trzeba zacząć. Cieszę się, że ten zjazd w dół, rozwadnianie chrześcijaństwa się chyba skończył. Ludzie sami pragnął „trudnej wiary”. Jeżeli nasza wiara nie jest warta, aby za nią umrzeć, nie jest warta, aby dla niej żyć. I właśnie wśród młodych widać tę tęsknotę za takim właśnie tradycyjnym chrześcijaństwem. Nic dziwnego, że ta msza, na której byłem dzisiaj miała miejsce właśnie w kościele będącym tuż obok Uniwersytetu. Także chór, przepięknie śpiewający nam podczas tej mszy składał się właśnie z ludzi młodych, zapewne studentów pobliskiej szkoły.

Na koniec jeszcze jedno tylko spostrzeżenie. I to całkiem z innej beczki. Dzisiaj jest (a raczej była wczoraj, bo w Polsce już poniedziałek) dokładnie druga rocznica zamieszczenia pierwszego postu, pierwszej nowiny na tej stronie. To właśnie 18. grudnia 2003. roku napisałem: „Co za miły, choć męczący dzień. Witam na mojej stronce. Miała to być witryna którą sam robię, ale okazało się, że to nie takie proste. Całe szczęście, że nie brakuje życzliwych i mądrych duszyczek, które są gotowe pomóc. Dziękuję…” Minęły dwa lata. Znowu miałem miły, choć męczący dzień. Niewiele więcej umiem, jeżeli chodzi o tworzenie stronek i ciągle mi pomagają życzliwe dusze. Dziękuję. I dziękuję wszystkim odwiedzającym tę stronkę. Każdemu z tych 78 tysięcy, którzy tu trafili, czy to świadomie, czy tez zupełnie przypadkowo.

Pamiętam o każdym z Was w swych modlitwach i zapewniam Was, że nie ma przypadków. Wpadajcie jak najczęściej, zaglądajcie do archiwum, korzystajcie z istniejących tu linków. Jak ktoś mieszka, jak ja, poza Polską, zapraszam do używania linków do rozgłośni radiowych. Teraz można słucha doskonałego Radia Józef, można posłuchać codziennej audycji Radia Watykańskiego i wielu innych wartościowych rozgłośni. Dziękuję jeszcze raz wszystkim. Bóg zapłać!”

Saturday, December 17, 2005

Czekanie na Święta i podróże z karpiem.

Już się nie mogę doczekać Świąt. Ostatnie tygodnie to podróż dookoła Stanów. Dwukrotnie. Może dobrze. Zleci szybciej i nie muszę wąchać tych smakowitych zapachów, jakich już pełno w domu. Adwent powinien być właśnie takim okresem czekania, ale także okresem przygotowywania się na przyjście Mesjasza.

Żadna (mam nadzieję) gospodyni nie wstaje rano w Wigilię Bożego Narodzenia i nie idzie do lodówki sprawdzić, co tam jest, co by się nadawało na wigilijną wieczerzę. Wtedy jest jakby trochę późno. Przygotowania do Wigilii zazwyczaj trwają wiele dni. Ja mojego karpia wiozę już 5 tysięcy kilometrów, a do domu mam jeszcze niemal drugie tyle. Ćwierć obwodu równika. To się nazywa planowanie!

Z kolei wiem, że w domu już także po niektórych zakupach. Śledzie wymagają dłuższego przygotowania, uszka i pierożki można zamrozić, a więc przyrządzić na wiele dni wcześniej, a w sklepie „U Ruska” nie zawsze wszystko jest. Dobrze więc zaplanować zakupy wcześniej, żeby, w razie gdyby czegoś brakowało, był czas na ponowne zakupy.

Sklep tak naprawdę nie nazywa się „U Ruska”, tylko „A&A International Food”, ale jak to mówić, że się kupiło smaczny baleron i kabanos i wędzoną szynkę i śledzie i krakowską w „ej end ej internaszynal fud”? A „U Ruska” brzmi zupełnie inaczej. Ciepło i rodzinnie. Chwała naszym braciom ze wschodu, że sprowadzają nam do Charlotte nasze polskie przysmaki. Bez nich musielibyśmy chyba jeździć na zakupy do Nowego Jorku, a to jest tysiąc kilometrów. Trochę daleko.

Ale ponieważ do Wigilii tak się przygotowujemy, do samej wieczerzy, posiłku, to tym bardziej powinniśmy się przygotować do samego Święta Bożego Narodzenia. Został jeszcze tydzień do Świąt i jeszcze jest czas. Na wyciszenie się, na post, na odwiedziny kaplicy z Najświętszym Sakramentem, zamiast kolejnego sklepu. Te cztery tygodnie Adwentu symbolizują cztery tysiące lat oczekiwania na Mesjasza. Powiedzmy Mu, jak bardzo i my na Niego czekamy.

Święta bez prezentów mogą istnieć. Pewno, że przyjemnie jest obdarowywać i być obdarowywanym. Taki dzień, jak narodziny naszego Zbawiciela są ku temu doskonałą okazją. Ale nie ustawiajmy wozu przed koniem. To nie prezenty, nie zakupy są najważniejsze. To On, nowonarodzony Jezus, jest tutaj ważny. Nie traćmy nigdy tego z naszych oczu.

A ja nie mogę się doczekać. Troszkę poszczę w ten Adwent i stąd pewnie te uwagi o tych wszystkich wędlinach i karpiu i innych przysmakach. Czekam na wieczerzę wigilijną z utęsknieniem i wiem, że wszystko mi będzie smakować. Ale ta tęsknota za wspaniałymi, tradycyjnymi potrawami jest tylko cieniem, przedsmakiem tęsknoty za Mesjaszem. Ten post ma mi tylko uświadomić, jak musieli tęsknić Izraelici za Mesjaszem.

My już wiemy, że On przyszedł i za tydzień będziemy tylko wspominać coś, co wydarzyło się przed dwoma tysiącami lat. Oni czekali z utęsknieniem na coś, co miało się dopiero wydarzyć. Ale my także ciągle czekamy na powtórne Jego przyjście. I będzie to przyjście zupełnie niepodobne do tego, jakie było w Palestynie dwadzieścia wieków temu.

Wielu Żydów nie uznało w Jezusie oczekiwanego Mesjasza, bo oni czekali na potężnego wodza. Na przywódcę militarnego, który wyzwoli Jerozolimę spod panowania Rzymian. Nie spodziewali się, że Mesjasz narodzi się w ubogiej szopie, będzie żył z pracy swych rąk i umrze najpodlejszą śmiercią, jaką umieli zadawać Rzymianie. Śmiercią, od której obywatele rzymscy byli wolni, bo była tak upokarzająca, że przeznaczona była tylko dla członków podbitych narodów.

Ponowne przyjście Jezusa będzie jednak zupełnie inne. Właśnie takie, na jakie czekali Żydzi. Potężne i tryumfujące. Przybędzie on w swej pełnej chwale i glorii. Nikt nie będzie Go już wyśmiewał, drwił sobie z Niego, pluł na Niego i próbował Go zabić. Sprawiedliwość zatryumfuje. Ale żeby ta sprawiedliwość nie zatryumfowała naszym kosztem, uznajmy w maleńkim dzieciątku, którego narodziny za tydzień będziemy świętować tego potężnego Pana, który ponownie przyjdzie do nas w ostatnich dniach.

Tylko, że On nie mieszka w hipermarkecie, ani w mallu. Nie w centrum handlowym, nie w Wal-Marcie i nawet nie w Powszechnym Domu Towarowym. On czeka na każdego z nas w tej cichej, ciemnej kapliczce w naszym kościele, ukryty pod postacią zwykłego kawałka chleba. Wpadnijmy do Niego między jednym sklepem, a drugim. Dajmy Mu na chwilkę siebie. To będzie wspaniały świąteczny prezent.

Ja siedzę teraz gdzieś w Newadzie i to nie w Las Vegas, czy Reno, ale w środku zamarzniętej i zaśnieżonej pustyni. Przez Reno przejechałem kilka godzin temu, jutro Salt Lake City. Stolica Mormonów. W niedzielę będę w Nebrasce, w poniedziałek wieczór w Chicago. We wtorek mam zabrać ładunek do Północnej Karoliny i w czwartek rano go, jak Bóg da, dostarczę. Stamtąd już tylko z 250 km do domku i w czwartek po południu powinienem być w domku.

Wkleję parę zdjęć z ostatniego tygodnia mojej podróży. Pięknie tu jest. Od wyjazdy z domu pierwszego grudnia byłem w Arizonie, na samej granicy z Kalifornią, wróciłem do Chicago, stamtąd do Memphis, gdzie kupiłem karpia, powrotem do południowej Kaliforni i z San Diego, przez San Francisco i ponownie Chicago wracam do domu. Jak tam dotrę za tydzień, będę miał na liczniku dodatkowe 20 tysięcy kilometrów. W 23 dni.

Ale to dobrze. Nadrobiłem trochę, teraz posiedzę w domku ze dwa tygodnie. To jest najcudowniejszy okres w roku. Polska msza będzie w Nowy Rok, zostanę na nią. A teraz ruszam w dalszą drogę. Jak mi się uda jeszcze zrobić jakieś interesujące zdjęcia, dołączę je później. Na razie będą te do Nevady włącznie. Pozdrawiam i proszę o modlitwę, żebym szczęśliwie i na czas wrócił na Święta do domu. A jak dotrę, złożę Wam wszystkim życzenia.


Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to Image hosted by PicsPlace.to