Wczoraj przysłał mi ktoś link do ciekawego filmu pokazującego kuluary kuchni politycznej w Polsce. Generalnie stronię od polityki, bo ona powoduje tylko to, że się niepotrzebnie zaczynam denerwować. Ponieważ jednak czekam teraz na rozładunek i nie mam nic innego do roboty, zobaczyłem ten film. Bardzo pouczająca historia.
Oczywiście nie dowiedziałem się niczego nowego. Albo raczej powiedziałbym, że słyszałem już, że się tak dzieje. Od lat słyszy się opinię o tym, że demokracja w Polsce jest sterowana z góry, że podział miejsc w parlamencie i stanowisk w rządzie jest ustalany przy zielonym stoliku itd., itp. Człowiek jednak nigdy do końca nie jest pewien ile jest w tym prawdy. Ci, którzy odnoszą porażkę w wyborach zawsze starają się znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla tej przegranej. Dużo łatwiej jest oskarżyć prasę, układy polityczne, historię itd., niż własną nieudolność. Z drugiej jednak strony ktoś, kto ma dostęp do prasy, do radia i telewizji, może manipulować faktami. Wystarczy przecież jedne przemilczeć a inne uwypuklić i nieproporcjonalnie nagłośnić.
Dlatego tak dobrze mi się pisze o Królestwie Bożym. Tam wszystko jest proste. Dobro jest dobrem, a zło złem. Będąc wiernym Kościołowi nie można zbłądzić i wpaść w pułapkę zastawioną przez szatana. W polityce niestety tak nie jest.
Będę więc w pewnym sensie niekonsekwentny i zamieszczę link do filmu Jacka Kurskiego „NOCNA ZMIANA”. Warto go zobaczyć, bo pokazuje w jaki sposób politycy nami manipulują. Ale ma ten film także optymistyczny wydźwięk. Wynika z niego, że ich siła jest jednak ograniczona. Pewne mechanizmy demokratyczne są teraz realną rzeczywistością i tylko od głosujących, od nas, zależy jak wpływowe będą „pewne siły” w parlamencie i rządzie. Jak nie oddamy na nich głosów, nie będą mogli już nikim manipulować. Wystarczy spojrzeć na listę nieobecnych po ostatnich wyborach.
Film ten chyba także tłumaczy, czemu tak naturalna, wydawałoby się, koalicja PiS-u i Platformy się nie zawiązała. Gospodarcze programy mogą mieć te partie zbliżone i podobne podejście do wielu innych spraw, ale mają zupełnie inne korzenie. Jeżeli film Kurskiego jest obiektywny i prawdziwy, to koalicja PiS-Platworma byłaby w pewnym sensie zaprzeczeniem tego, o co bracia Kaczyńscy walczyli od lat.
Nie wiem, jak wiele osób widziało ten film przed wyborami. Nie wiem, czy miał on wpływ na wynik wyborów. Ja nie śledzę dokładnie polskiej sceny politycznej, choć zawsze mnie bolało, że tacy ludzie jak członkowie SLD, jak Kwaśniewski są u władzy i cieszą się poparciem społeczeństwa, a tacy, jak Korwin-Mikke i Olszewski są marginesem na scenie politycznej i są uważani za „ekstremy” i za dziwaków i Don Kichotów walczących z wiatrakami. Film ten jednak nie mówi o SLD, czy innych sierotach po PZPRze, ale o osobach, które były w pewnym okresie życia moimi bohaterami. Dlatego, być może, czasem tak trudno uwierzyć w pewne fakty. Inaczej jednak się podchodzi do nich, gdy się je zobaczy na własne oczy.
To tyle mojego wprowadzenia, więcej wyjaśni sam film. Chciałoby się powiedzieć za tekstem pewnego kabaretu „rozpasana demokracja w natarciu”. Trochę ponad godzina oglądania, ale myślę, że warto. Choćby po to, żeby się trochę dokształcić i przestać być tak naiwnym. Przypominam tylko, że manipulować może każdy. Nie ma czegoś takiego jak „obiektywna historia”. Producent godzinnego filmu pokazującego okres kilku miesięcy musi dokonywać subiektywnych wyborów. Ale nie jest to wcale wadą, to po prosty stwierdzenie faktu. Ja osobiście się sporo z tego filmu nauczyłem.
Nie twierdzę też wcale, że program gospodarczy tej, czy innej partii jest lepszy, czy gorszy. To nie o gospodarkę tu chodzi, ale o jakąś elementarną uczciwość. Uważam, że jeżeli ktoś kolaborował z rządem, czy państwem, czy ustrojem, który poniżał jego rodaków, jeżeli ktoś pluł swym braciom w twarz przez lata, dla korzyści majątkowych i różnych przywilejów, powinien przynajmniej mieć na tyle dużo cywilnej odwagi, żeby się po cichu wycofać. I być wdzięcznym, że nie musi za te upokarzania innych odpowiadać przed sądem.
I jeszcze jedna uwaga. Nie oceniam tu żadnej indywidualnej osoby. Nie mam do tego prawa. Nie znam wszystkich okoliczności historycznych, nie wiem, jaka presja była na nich wywierana, nie wiem, jak ja bym postąpił w ich sytuacji. Wiem jedno. Jeżeli rzeczywiście ktoś, z takich, czy innych względów współpracował ze służbami bezpieczeństwa PRL-u, powinien mieć cywilną odwagę przyznania się do tego i powinien wycofać się z polityki. Atakowanie ludzi, którzy się nigdy nie ugięli tylko dlatego, żeby uratować swój kawałek żłobu jest, moim zdaniem, obrzydliwe.
Zapraszam do oglądania, wystarczy kliknąć na poniższy link:
Jacek Kurski. NOCNA ZMIANA.
Tuesday, December 13, 2005
Saturday, December 10, 2005
W 50 dni dookoła świata. I karp. I wola Boża.
Trochę ponad siedem tygodni temu kupiliśmy nową ciężarówkę. Stara miała poważny problem, rozleciała się w niej skrzynia biegów. Naprawa wyniosłaby więcej, niż mógłbym sobie w tej chwili pozwolić, zdecydowałem więc, że po prostu zamienię tę zepsutą na nową. Sprzedawca, dealer ciężarówek Volvo w Charlotte będzie ją mógł naprawić w swoim warsztacie dużo taniej i oboje będziemy zadowoleni.

W nowej ciężarówce zalecana jest wymiana oleju co 25 tysięcy mil, czyli co 40 tysięcy kilometrów. Właśnie wymieniłem parę dni temu olej i uświadomiłem sobie, że ten okres od jednej wymiany oleju do drugiej to tyle, ile wynosi obwód kuli ziemskiej. Długość równika. Objechałem świat dookoła w siedem tygodni.
Tutaj w ogóle się sporo jeździ. Drogi są dobre, 90% przebiegu przypada na autostrady. Gdy zamieniam czteroletnie auto na nowe, zazwyczaj ma ono około miliona kilometrów przebiegu. Ostatnio jednak jakbym jeździł nawet trochę więcej. Widać to nawet po tej stronce, gdzie z braku czasu nowe teksty nie zjawiają się czasem przez parę tygodni.
Oczywiście jest sporo tekstów archiwalnych i zapraszam do ich przeczytania. Jednak nie wszystkich takie zalecenie satysfakcjonuje. Moja ukochana teściowa dawno wszystkie stare teksty poznała i dopytuje się ciągle o nowe. Mnie tematów i pomysłów na nie nie brakuje i chętnie bym coś nowego napisał. Brakuje mi tylko czasu.
40 tysięcy kilometrów w niecałe siedem tygodni. Do tego parę dni, prawie tydzień, stałem na bazie wojskowej z wodą dla ofiar huraganu. Zakładając więc, że średnio przejeżdżam 6 dni z każdego tygodnia wychodzi, że w te dni, w które jadę, przejeżdżam każdego z nich ponad tysiąc kilometrów. Wiedząc, że czasem muszę także się załadować i rozładować, zatankować i zrobić codzienną obsługę samochodu, to sami widzicie, że czasem doba jest zbyt krótka, żeby to wszystko zdążyć zrobić.
Dlatego proszę moich stałych czytelników o wyrozumiałość. Ja przede wszystkim jestem kierowcą. To ta praca pozwala nam na kupno chleba i zapewnienie dachu nad głową. Pisanie na tej stronce, aczkolwiek przyjemne, nie daje mi nic, poza satysfakcją. Nie ma tu żadnych reklam i nie ma żadnych dochodów. „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8b). Nie znaczy to wcale, że nie jest ona dla mnie ważna. Wprost przeciwnie. Ale przede wszystkim muszę pilnować pracy, a pisaniem mogę się zajmować tylko w wolnych chwilach.
W poprzednim felietonie poratowałem się cytatem. Skopiowałem to, co sam zamieściłem rok wcześniej. Wynikało to z faktu, że samo wydarzenie, „Godzina Łaski dla całego świata” było znowu aktualne i, moim zdaniem, ważne.
Nam, według amerykańskiego prawa, wolno jechać 11 godzin, po czym musimy zrobić 10 godzin przerwy. Po przerwie ponownie możemy jechać 11, aż wyczerpiemy limit 70 godzin na 8 dni. Wtedy, żeby móc zacząć od nowa, musimy zrobić przerwę 34-godzinną. Ja właśnie teraz mam taką przerwę.
Jestem w West Memphis, Arkansas. To małe miasteczko na zachód od tego słynnego Memphis w stanie Tennessee, ale z drugiej strony rzeki Mississippi. Połowę swojej przerwy przespałem, nadrabiając zaległości z ostatnich dni, potem poszedłem na długi spacer. Tak najlepiej odmawia mi się różaniec, gdy nie mogę iść do kościoła i odmówić przed Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie. Chciałem też zobaczyć, gdzie jest kościół, ale tu trochę się przeliczyłem. Po godzinie spaceru ciągle byłem od niego jakieś 3 kilometry. Jutro podjadę po prostu ciężarówką.
Po drodze zobaczyłem sklep ze świeżymi rybami. West Memphis to bardzo biedne miasteczko, ludność przeważnie murzyńska, a ryby słodkowodne są relatywnie tanie. Sklep więc był pełen ludzi, robiących zakupy. Wszedłem i ja do niego.

Ponieważ ja teraz nie jeżdżę już między Nowym Jorkiem a Chicago, martwiłem się skąd wziąć karpia na wigilijną wieczerzę. Karp nie jest tu popularną rybą i jest uznawany za „chwast”. Spotyka się go w jeziorach, ale niewiele osób go łowi. W miastach o dużej koncentracji Polonii sklepy sprzedają go przed świętami, ale poza polonijnymi ośrodkami trudno na niego trafić. Zapytałem jednak i okazało się, że dobrze zrobiłem.
Był. Jeden rodzynek pośród dziesiątek innych ryb. Prawie trzy kilo karpia. Kupiłem jeszcze drugą rybę, z wyglądu i (podobno) smaku bardzo podobną, a którą zwą tu „buffalo”, rybki mi wyczyścili i usunęli kręgosłupy i większe ości i obie powędrowały do zamrażalnika w lodówce mojej ciężarówki. Zanim trafią do Charlotte objadą jeszcze ze mną do Kalifornii.
A dla mnie jest to jeszcze jeden przykład na to, żeby zaufać Bogu we wszystkim, nawet w najmniejszych rzeczach, a nie martwić się niepotrzebnie na zapas. Skoro jest tradycja postnych wigilijnych posiłków i skoro tradycyjnie karp jest jednym z dań na tej wieczerzy, to najlepiej wziąć różaniec do ręki i iść na spacer. Jak tradycja ta jest mila Bogu, to postawi na naszej drodze sklep z jednym karpiem wśród tysięcy ryb, abyśmy mogli tę tradycję podtrzymać.
Wiem, że niektórzy się postukali teraz po głowach z komentarzem, że temu hiobowi z Ameryki się coś poprzestawiało pod sufitem. Wiem, że to, co powiedziałem w poprzednim akapicie wygląda dla niektórych na opinię tępego i zaślepionego fundamentalisty. Ale uwierzcie mi, jest ona prawdziwa. Bóg naprawdę robi nam takie prezenty. Każdego dnia. My tylko ich najczęściej niezauważany.
Jedno, musimy pamiętać, jest tylko ważne. To Bóg nam daje to, co On uważa za stosowne. To Jego woli musimy się poddać. Nie można Boga mylić ze złotą rybką (skoro temat o rybach), ani z dobrą wróżką, spełniającymi każde nasze życzenia. Ja nie powiedziałem Bogu: „Słuchaj, Panie! Ja odmówię różaniec, a Ty mi skombinuj karpia, dobra? Umowa stoi?” Ja po prostu przemogłem wrodzone lenistwo i mimo, że na polu zimno i West Memphis nie należy do miejsc zbytnio atrakcyjnych, postanowiłem, że tak, jak obiecałem przed laty Bogu przez Maryję, tak i dziś odmówię różaniec. A odmawiając go będę powtarzał: „…Bądź wola Twoja…”. A Jego wola widocznie była taka, że i w tym roku będziemy jedli karpia na wigilię. Zaufajmy mu więc we wszystkim i róbmy swoje. A On już nam da dokładnie to, co jest dla nas najlepsze. Nawet, jak czasem myślimy, że potrzebujemy czegoś zupełnie innego.
Ojciec Mitch Pacwa, o którym nie raz już tu pisałem, porównał kiedyś to spełnianie naszych życzeń przez Boga do swego doświadczenia z dzieciństwa. Całe życie chciał mieć konia. Choćby kucyka. Problem tylko polegał na tym, że mieszkał on w Chicago i do tego w domu na kołach, w przyczepie. Nie jest to przyczepa kempingowa, ani nawet wóz Drzymały. Są to domy o typowych wymiarach 4,2m na 21 metrów, czasem nawet większe i czasem podwójnej szerokości. Mogą mieć więc do 160 m kwadratowych powierzchni, choć przypuszczam, że jak ojciec Pacwa był młody, te domki były mniejsze. Ustawia się je jednak w specjalnych „trailer parks” tworząc miasteczka podobne do kampingów. Są one podłączone do prądu, wody i kanalizacji, ale konia naprawdę nie ma gdzie w nich trzymać.
Mały Miecio Pacwa jednak nie rozumiał tego i miał całe lata żal do rodziców, że mu tego konia nie kupili. My właśnie czasem tak traktujemy Boga. Koniecznie chcemy konia, nie widząc, że mieszkamy w małym domu na kółkach.
Przyjmujmy więc wszystko to, co Bóg nam daje, bo On wie najlepiej, co nam jest potrzebne i co nam da korzyść. A czasem dostaniemy także i to, czego sami pragniemy. Jak ja mojego karpia na wigilię. Może nie jest to rzecz wielka, ale jak ktoś się nie umie cieszyć z małych rzeczy, to z dużych też się nie będzie umiał. Ja w każdym razie jestem dziś człowiekiem szczęśliwym.
Przy okazji, nawiązując do tego, że nie mam dużo czasu na pisanie, chciałem zareklamować inną stronkę. Jest ona relatywnie nowa i jej autor zaprosił mnie do współpracy. Ma ona polegać na tym, że jeżeli spodoba mu się któryś z moich tekstów, skopiuje je i zamieści u siebie. Taka współpraca i mnie pasuje, bo nie angażuje mnie zupełnie, a pozwala dotrzeć mojej pisaninie do szerszego grona osób. Strona ta nazywa się www.theologos.pl . Podobną współpracę nawiązała ze mną autorka strony www.angelus.pl i na nią także zapraszam.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Linki, które zamieszczam u góry strony www.polon.us są od czasu do czasu modyfikowane. Niektóre z nich znikają, jak linki do strony ojca Barnaby, strony Mateusza, Arkitów czy Eliasza. Jednak w Menu po lewej są do nich linki. Można na nie kliknąć i tak się dostać na te wartościowe stronki. A ja muszę ograniczać ilość informacji u góry i stad te „przeprowadzki”.
Chciałbym też zwrócić uwagę na dwa nowe linki właśnie tam zamieszczone. Jeden to TU ES PETRUS , oratorium Zbigniewa Książka i Piotra Rubika w formie audio do posłuchania przy pomocy komputerowego łącza, drugi to Gabriela Bossis „ON i ja”. dzienniczek francuskiej mistyczki. Jeżeli ktoś lubi tego typu literaturę, polecam. Nie są to chyba jeszcze słowa zatwierdzone przez Kościół, więc trzeba zachować ostrożność, ale też nie spotkałem się z żadną negatywną opinią. Może więc warto raczej rozpropagować Gabrielę Bossis, a nie Marię Valtortę czy Vassulę Ryden, których słowa są potępione przez Kościół. Gdyby jednak ktoś zauważył coś niezgodnego z nauczaniem Kościoła w jej słowach, zwróćcie na to moją uwagę.
Rozpisałem się, jak zwykle. Miało być o ciężarówce, która objechała świat, a było o rybie, woli Boga i zmianach na stronce. Cóż, najczęściej właśnie tak to wychodzi. Piszę zupełnie o czym innym, niż planowałem. Zobaczymy, czy mi się uda z następnym felietonem. Planuję go napisać o encyklice papieża Piusa XI ”Casti Connubi” Za parę tygodni mija 75. rocznica jej ogłoszenia. Jest to zupełnie nieznana szerzej encyklika, a moim zdaniem jedna z ważniejszych, jakie dal nam XX wiek. Może jak dojadę do Kalifornii, będę miał czas na napisanie o niej, ale nie wiem, jaka tu będzie wola Boga. Zobaczymy. W międzyczasie zapraszam każdego, aby ją przeczytał. Można ją znaleźć TUTAJ.
W nowej ciężarówce zalecana jest wymiana oleju co 25 tysięcy mil, czyli co 40 tysięcy kilometrów. Właśnie wymieniłem parę dni temu olej i uświadomiłem sobie, że ten okres od jednej wymiany oleju do drugiej to tyle, ile wynosi obwód kuli ziemskiej. Długość równika. Objechałem świat dookoła w siedem tygodni.
Tutaj w ogóle się sporo jeździ. Drogi są dobre, 90% przebiegu przypada na autostrady. Gdy zamieniam czteroletnie auto na nowe, zazwyczaj ma ono około miliona kilometrów przebiegu. Ostatnio jednak jakbym jeździł nawet trochę więcej. Widać to nawet po tej stronce, gdzie z braku czasu nowe teksty nie zjawiają się czasem przez parę tygodni.
Oczywiście jest sporo tekstów archiwalnych i zapraszam do ich przeczytania. Jednak nie wszystkich takie zalecenie satysfakcjonuje. Moja ukochana teściowa dawno wszystkie stare teksty poznała i dopytuje się ciągle o nowe. Mnie tematów i pomysłów na nie nie brakuje i chętnie bym coś nowego napisał. Brakuje mi tylko czasu.
40 tysięcy kilometrów w niecałe siedem tygodni. Do tego parę dni, prawie tydzień, stałem na bazie wojskowej z wodą dla ofiar huraganu. Zakładając więc, że średnio przejeżdżam 6 dni z każdego tygodnia wychodzi, że w te dni, w które jadę, przejeżdżam każdego z nich ponad tysiąc kilometrów. Wiedząc, że czasem muszę także się załadować i rozładować, zatankować i zrobić codzienną obsługę samochodu, to sami widzicie, że czasem doba jest zbyt krótka, żeby to wszystko zdążyć zrobić.
Dlatego proszę moich stałych czytelników o wyrozumiałość. Ja przede wszystkim jestem kierowcą. To ta praca pozwala nam na kupno chleba i zapewnienie dachu nad głową. Pisanie na tej stronce, aczkolwiek przyjemne, nie daje mi nic, poza satysfakcją. Nie ma tu żadnych reklam i nie ma żadnych dochodów. „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8b). Nie znaczy to wcale, że nie jest ona dla mnie ważna. Wprost przeciwnie. Ale przede wszystkim muszę pilnować pracy, a pisaniem mogę się zajmować tylko w wolnych chwilach.
W poprzednim felietonie poratowałem się cytatem. Skopiowałem to, co sam zamieściłem rok wcześniej. Wynikało to z faktu, że samo wydarzenie, „Godzina Łaski dla całego świata” było znowu aktualne i, moim zdaniem, ważne.
Nam, według amerykańskiego prawa, wolno jechać 11 godzin, po czym musimy zrobić 10 godzin przerwy. Po przerwie ponownie możemy jechać 11, aż wyczerpiemy limit 70 godzin na 8 dni. Wtedy, żeby móc zacząć od nowa, musimy zrobić przerwę 34-godzinną. Ja właśnie teraz mam taką przerwę.
Jestem w West Memphis, Arkansas. To małe miasteczko na zachód od tego słynnego Memphis w stanie Tennessee, ale z drugiej strony rzeki Mississippi. Połowę swojej przerwy przespałem, nadrabiając zaległości z ostatnich dni, potem poszedłem na długi spacer. Tak najlepiej odmawia mi się różaniec, gdy nie mogę iść do kościoła i odmówić przed Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie. Chciałem też zobaczyć, gdzie jest kościół, ale tu trochę się przeliczyłem. Po godzinie spaceru ciągle byłem od niego jakieś 3 kilometry. Jutro podjadę po prostu ciężarówką.
Po drodze zobaczyłem sklep ze świeżymi rybami. West Memphis to bardzo biedne miasteczko, ludność przeważnie murzyńska, a ryby słodkowodne są relatywnie tanie. Sklep więc był pełen ludzi, robiących zakupy. Wszedłem i ja do niego.
Ponieważ ja teraz nie jeżdżę już między Nowym Jorkiem a Chicago, martwiłem się skąd wziąć karpia na wigilijną wieczerzę. Karp nie jest tu popularną rybą i jest uznawany za „chwast”. Spotyka się go w jeziorach, ale niewiele osób go łowi. W miastach o dużej koncentracji Polonii sklepy sprzedają go przed świętami, ale poza polonijnymi ośrodkami trudno na niego trafić. Zapytałem jednak i okazało się, że dobrze zrobiłem.
Był. Jeden rodzynek pośród dziesiątek innych ryb. Prawie trzy kilo karpia. Kupiłem jeszcze drugą rybę, z wyglądu i (podobno) smaku bardzo podobną, a którą zwą tu „buffalo”, rybki mi wyczyścili i usunęli kręgosłupy i większe ości i obie powędrowały do zamrażalnika w lodówce mojej ciężarówki. Zanim trafią do Charlotte objadą jeszcze ze mną do Kalifornii.
A dla mnie jest to jeszcze jeden przykład na to, żeby zaufać Bogu we wszystkim, nawet w najmniejszych rzeczach, a nie martwić się niepotrzebnie na zapas. Skoro jest tradycja postnych wigilijnych posiłków i skoro tradycyjnie karp jest jednym z dań na tej wieczerzy, to najlepiej wziąć różaniec do ręki i iść na spacer. Jak tradycja ta jest mila Bogu, to postawi na naszej drodze sklep z jednym karpiem wśród tysięcy ryb, abyśmy mogli tę tradycję podtrzymać.
Wiem, że niektórzy się postukali teraz po głowach z komentarzem, że temu hiobowi z Ameryki się coś poprzestawiało pod sufitem. Wiem, że to, co powiedziałem w poprzednim akapicie wygląda dla niektórych na opinię tępego i zaślepionego fundamentalisty. Ale uwierzcie mi, jest ona prawdziwa. Bóg naprawdę robi nam takie prezenty. Każdego dnia. My tylko ich najczęściej niezauważany.
Jedno, musimy pamiętać, jest tylko ważne. To Bóg nam daje to, co On uważa za stosowne. To Jego woli musimy się poddać. Nie można Boga mylić ze złotą rybką (skoro temat o rybach), ani z dobrą wróżką, spełniającymi każde nasze życzenia. Ja nie powiedziałem Bogu: „Słuchaj, Panie! Ja odmówię różaniec, a Ty mi skombinuj karpia, dobra? Umowa stoi?” Ja po prostu przemogłem wrodzone lenistwo i mimo, że na polu zimno i West Memphis nie należy do miejsc zbytnio atrakcyjnych, postanowiłem, że tak, jak obiecałem przed laty Bogu przez Maryję, tak i dziś odmówię różaniec. A odmawiając go będę powtarzał: „…Bądź wola Twoja…”. A Jego wola widocznie była taka, że i w tym roku będziemy jedli karpia na wigilię. Zaufajmy mu więc we wszystkim i róbmy swoje. A On już nam da dokładnie to, co jest dla nas najlepsze. Nawet, jak czasem myślimy, że potrzebujemy czegoś zupełnie innego.
Ojciec Mitch Pacwa, o którym nie raz już tu pisałem, porównał kiedyś to spełnianie naszych życzeń przez Boga do swego doświadczenia z dzieciństwa. Całe życie chciał mieć konia. Choćby kucyka. Problem tylko polegał na tym, że mieszkał on w Chicago i do tego w domu na kołach, w przyczepie. Nie jest to przyczepa kempingowa, ani nawet wóz Drzymały. Są to domy o typowych wymiarach 4,2m na 21 metrów, czasem nawet większe i czasem podwójnej szerokości. Mogą mieć więc do 160 m kwadratowych powierzchni, choć przypuszczam, że jak ojciec Pacwa był młody, te domki były mniejsze. Ustawia się je jednak w specjalnych „trailer parks” tworząc miasteczka podobne do kampingów. Są one podłączone do prądu, wody i kanalizacji, ale konia naprawdę nie ma gdzie w nich trzymać.
Mały Miecio Pacwa jednak nie rozumiał tego i miał całe lata żal do rodziców, że mu tego konia nie kupili. My właśnie czasem tak traktujemy Boga. Koniecznie chcemy konia, nie widząc, że mieszkamy w małym domu na kółkach.
Przyjmujmy więc wszystko to, co Bóg nam daje, bo On wie najlepiej, co nam jest potrzebne i co nam da korzyść. A czasem dostaniemy także i to, czego sami pragniemy. Jak ja mojego karpia na wigilię. Może nie jest to rzecz wielka, ale jak ktoś się nie umie cieszyć z małych rzeczy, to z dużych też się nie będzie umiał. Ja w każdym razie jestem dziś człowiekiem szczęśliwym.
Przy okazji, nawiązując do tego, że nie mam dużo czasu na pisanie, chciałem zareklamować inną stronkę. Jest ona relatywnie nowa i jej autor zaprosił mnie do współpracy. Ma ona polegać na tym, że jeżeli spodoba mu się któryś z moich tekstów, skopiuje je i zamieści u siebie. Taka współpraca i mnie pasuje, bo nie angażuje mnie zupełnie, a pozwala dotrzeć mojej pisaninie do szerszego grona osób. Strona ta nazywa się www.theologos.pl . Podobną współpracę nawiązała ze mną autorka strony www.angelus.pl i na nią także zapraszam.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Linki, które zamieszczam u góry strony www.polon.us są od czasu do czasu modyfikowane. Niektóre z nich znikają, jak linki do strony ojca Barnaby, strony Mateusza, Arkitów czy Eliasza. Jednak w Menu po lewej są do nich linki. Można na nie kliknąć i tak się dostać na te wartościowe stronki. A ja muszę ograniczać ilość informacji u góry i stad te „przeprowadzki”.
Chciałbym też zwrócić uwagę na dwa nowe linki właśnie tam zamieszczone. Jeden to TU ES PETRUS , oratorium Zbigniewa Książka i Piotra Rubika w formie audio do posłuchania przy pomocy komputerowego łącza, drugi to Gabriela Bossis „ON i ja”. dzienniczek francuskiej mistyczki. Jeżeli ktoś lubi tego typu literaturę, polecam. Nie są to chyba jeszcze słowa zatwierdzone przez Kościół, więc trzeba zachować ostrożność, ale też nie spotkałem się z żadną negatywną opinią. Może więc warto raczej rozpropagować Gabrielę Bossis, a nie Marię Valtortę czy Vassulę Ryden, których słowa są potępione przez Kościół. Gdyby jednak ktoś zauważył coś niezgodnego z nauczaniem Kościoła w jej słowach, zwróćcie na to moją uwagę.
Rozpisałem się, jak zwykle. Miało być o ciężarówce, która objechała świat, a było o rybie, woli Boga i zmianach na stronce. Cóż, najczęściej właśnie tak to wychodzi. Piszę zupełnie o czym innym, niż planowałem. Zobaczymy, czy mi się uda z następnym felietonem. Planuję go napisać o encyklice papieża Piusa XI ”Casti Connubi” Za parę tygodni mija 75. rocznica jej ogłoszenia. Jest to zupełnie nieznana szerzej encyklika, a moim zdaniem jedna z ważniejszych, jakie dal nam XX wiek. Może jak dojadę do Kalifornii, będę miał czas na napisanie o niej, ale nie wiem, jaka tu będzie wola Boga. Zobaczymy. W międzyczasie zapraszam każdego, aby ją przeczytał. Można ją znaleźć TUTAJ.
Thursday, December 08, 2005
Godzina Łaski dla całego świata
Matka Boża, objawiając się pielęgniarce Pierinie Gilli. we Włoszech, w Montichiari, w święto Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1947 r. powiedziała:
"Życzę sobie, aby mnie czczono jako Maryję Róże Mistyczną, Matkę Kościoła".
"Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe miała miejsce Godzina Łaski dla całego świata".
"Dzięki modlitwie zanoszonej w tej godzinie ześlę niezliczone łaski dla duszy i ciała. Będą liczne nawrócenia".
"Pan Mój, Boski Syn Jezus okaże wielkie miłosierdzie jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za swych grzesznych braci".
"Ci, którzy nie mogą przyjść do Kościoła, niech modlą się w domu".
"Jest moim życzeniem, aby ta Godzina Łaski była praktykowana na całym świecie".
"Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski".
Więcej na temat tych objawień można przeczytać TUTAJ.
"Życzę sobie, aby mnie czczono jako Maryję Róże Mistyczną, Matkę Kościoła".
"Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe miała miejsce Godzina Łaski dla całego świata".
"Dzięki modlitwie zanoszonej w tej godzinie ześlę niezliczone łaski dla duszy i ciała. Będą liczne nawrócenia".
"Pan Mój, Boski Syn Jezus okaże wielkie miłosierdzie jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za swych grzesznych braci".
"Ci, którzy nie mogą przyjść do Kościoła, niech modlą się w domu".
"Jest moim życzeniem, aby ta Godzina Łaski była praktykowana na całym świecie".
"Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski".
Więcej na temat tych objawień można przeczytać TUTAJ.
Friday, December 02, 2005
Polska Msza w Charlotte
Pani Ela Spytkowska zawiadomiła mnie, że będziemy mieli w Charlotte polską mszę. Odbędzie się ona w kościele św. Mateusza , w sam Nowy Rok, 1 stycznia. o 3:30 po południu. Spowiedź po polsku rozpocznie się o 14:00.
Gdyby ktoś posiadał informacje o polskojęzycznej mszy w dniu Bożego Narodzenia w Raleigh, Greensboro, Greenville, czy innym pobliskim mieście, proszę o powiadomienie mnie. Zamieszczę informację i jestem pewien, że wiele osób chętnie pojechałoby dwie lub trzy godziny, żeby w ten szczególny dzień wielbić Boga w naszym ojczystym języku.
Także gdyby ktoś słyszał o przyjeździe kapłana mówiącego po polsku w te okolice na święta, proszę o kontakt ze mną, albo z panią Elą. Może udałoby się zorganizować dodatkową mszę w okolicach Bożego Narodzenia.
Telefon do pani Eli to 704-948-1678, do nas 704-814-9181. Dziękuję i zapraszam wszystkich z Charlotte i okolic na tę uroczystość. Proszę też o zawiadomienie innych rodaków. Wiele starszych osób i tych w średnim wieku nie korzysta z Internetu. Ich trzeba zawiadomić telefonicznie. Wiele numerów jest w książce telefonicznej na stronie www.charlotte.alleluja.pl .
Gdyby ktoś posiadał informacje o polskojęzycznej mszy w dniu Bożego Narodzenia w Raleigh, Greensboro, Greenville, czy innym pobliskim mieście, proszę o powiadomienie mnie. Zamieszczę informację i jestem pewien, że wiele osób chętnie pojechałoby dwie lub trzy godziny, żeby w ten szczególny dzień wielbić Boga w naszym ojczystym języku.
Także gdyby ktoś słyszał o przyjeździe kapłana mówiącego po polsku w te okolice na święta, proszę o kontakt ze mną, albo z panią Elą. Może udałoby się zorganizować dodatkową mszę w okolicach Bożego Narodzenia.
Telefon do pani Eli to 704-948-1678, do nas 704-814-9181. Dziękuję i zapraszam wszystkich z Charlotte i okolic na tę uroczystość. Proszę też o zawiadomienie innych rodaków. Wiele starszych osób i tych w średnim wieku nie korzysta z Internetu. Ich trzeba zawiadomić telefonicznie. Wiele numerów jest w książce telefonicznej na stronie www.charlotte.alleluja.pl .
Thursday, December 01, 2005
Adwent i (nowa) tradycja
Kilka dni temu rozpoczął się w Kościele nowy rok liturgiczny. Rozpoczął się okresem adwentowym. Tradycyjnie był to okres postu i wyrzeczeń w oczekiwaniu na przyjście Jezusa. Ta tradycja trochę zanika ostatnio, chyba z powodu wszechobecnej komercjalizacji w naszym życiu.
Gdy przyjechałem do Stanów 25 lat temu, nie byłem przyzwyczajony do takiego podejścia do okresu Adwentu i Świąt. Tradycyjnie w naszym domu choinkę ubierało się w wigilię Bożego Narodzenia. Do tego czasu ani się nie śpiewało kolęd, ani nie żyło się okresem świątecznym. Święta zaczynały się właśnie wieczerzą wigilijną i uroczystą pasterką o północy z 24 na 25. grudnia.
Chcąc tę tradycję podtrzymać w nowej ojczyźnie ignorowaliśmy te wszystkie wszechobecne przejawy nachalnej reklamy produktów związanych ze świętami i dopiero w wigilię rano poszliśmy kupić choinkę, stojak, lampki, bańki i inne akcesoria. Niestety czekało nas spore rozczarowanie. Stoiska sklepowe z akcesoriami świątecznymi były już zlikwidowane. Żadnych lampek, baniek i aniołków nie można już było kupić. Trochę lepiej nam się powiodło z choinką, bo co prawda uliczni sprzedawcy także już zawiesili działalność, ale te choinki, które nie były sprzedane, każdy mógł sobie po prostu zabrać. Były one już tylko śmieciami.
W drugi dzień świąt, który tutaj nie jest w ogóle nawet dniem wolnym od pracy, przed wieloma domami są już wystawione rozebrane choinki. Skoro stały w domach już od Święta Dziękczynienia, to i tak cud, że nie obleciały im wszystkie igły w Adwencie. Nasza choinka stojąca w oknie i mrugająca lampkami do \święta Trzech Króli wygląda co roku niemal jak wyrzut sumienia. Nie przejmuję się tym jednak wcale. Ja, cała nasza rodzina, okres świąteczny obchodzimy od, nie do Bożego Narodzenia.
Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że ta codzienna rzeczywistość nie miała na nas żadnego wpływu. Choinkę ubieramy teraz w połowie Adwentu i w tym samym czasie dekorujemy dom kolorowymi lampkami. W końcu Adwent to okres oczekiwania na Boże Narodzenie. Nie ma wielkiej tragedii, jak lampki koło domu rozbłysną wcześniej i jak choinka stanie parę tygodni przed wigilią. Nie to w sumie jest istotne. Te zwyczaje i tak są zmienne, inaczej wyglądały sto lat temu i inaczej będą wyglądać za sto lat. Istotne jest zupełnie co innego.
Adwent, jako okres oczekiwania powinien być właśnie tym, czekaniem. Samo łacińskie słowo „adventus” znaczy „przyjście”, „nadejście”. Powinien być okresem wyczekiwania na coś wspaniałego. Dzień Bożego Narodzenia powinno być dniem, na który się czekało z utęsknieniem, na który człowiek nie mógł się doczekać. Tymczasem największym problemem z przesyceniem symbolami bożonarodzeniowymi w okresie Adwentu jest to, że gdy wreszcie święta nadejdą, wszyscy mamy ich już dosyć.
Gdy słuchamy kolęd przez cały Adwent, w radiu i w każdym sklepie, gdy w każdym domu towarowym pełno świątecznych dekoracji i grubasów ze sztucznymi brodami w strojach krasnoludków udających świętego Mikołaja, to nic dziwnego, że się wywala choinkę wieczorem 25. grudnia. Ile w końcu można świętować. Nam jednak, wydaje mi się, udało się oddzielić te dwa okresy. Co więcej, w naszym domu wszyscy z utęsknieniem czekamy na same Święta, wigilię i Boże Narodzenie. Jak? Przez nową tradycję, jaką mamy w naszej rodzinie.
Przed paru laty, zdegustowany faktem, że to handel, a nie Kościół decydują o okresach liturgicznych, postanowiliśmy, że sami zaczniemy inaczej w okresie Adwentu postępować. „Postanowiliśmy” to może trochę za dużo powiedziane. Prawdę mówiąc to ja postanowiłem, ku rozpaczy pozostałych członków rodziny. Dzieci miały do wyboru: Albo rezygnacja z oglądania telewizji, albo z jedzenia słodyczy. Tak długo wybierały, zmieniając zdanie co parę godzin, że się po prosty zdenerwowałem i sam za nie wybrałem. Wybrałem obie rzeczy. Nie będzie ani słodyczy, ani telewizora. Wyjdzie nam to na pewno na zdrowie.
W pierwszym roku było trochę płaczu i zgrzytania zębami, ale jakoś to przeżyliśmy. Dzieci z nudów zaczęły więcej czytać i lepiej się uczyć. Nasze sylwetki wyszczuplały. Same zalety. I okres adwentu był rzeczywiście okresem oczekiwania. Wszyscy odliczaliśmy dni dzielące nas od wigilii i od Świąt i z utęsknieniem na te Święta wyczekiwaliśmy. A jak wspaniale po tych postach i wyrzeczeniach wszystko nam w święta smakowało! I jaki był dobry program w telewizji, po czterech tygodniach wyłączonego odbiornika!.
W okresie Wielkiego Postu powtórzyliśmy ten sam eksperyment i tak powstała nowa tradycja w naszym domu. Teraz już nikt nie protestuje i nikt się nie dziwi. Już się rozumie „samo przez się”, że pewnych rzeczy w naszym domu nie robi się ani w Wielkim Poście ani w Adwencie. I myślę, że jest nam z tym dobrze. Poza innymi zaletami takiego zachowania, takie tradycje cementują rodziny. To jest coś, co robimy razem. Wszyscy. Nie ma wyjątków. Wszyscy pościmy, nikt nie ogląda telewizji. Komputery tylko służą do pracy. Nie ma czatów, nie ma gadu-gadu. Znowu przybędzie nam przeczytanych książek, znowu się poprawią oceny dzieci w szkole i znowu uda nam się pozbyć paru zbędnych kilogramów. I częściej po prostu znajdziemy czas na zwykłą rozmowę ze sobą.
Oczywiście w Polsce jest pewnie trochę inaczej. Bardziej tradycyjnie. Ja piszę o tutejszych, amerykańskich realiach. Ale obawiam się, że w związku z rozwojem wolnego rynku, w związku z wieloma promocjami i walką o każdego klienta taki rozwój wypadków jaki widzimy tutaj jest nie do uniknięcia także w Polsce. Przecież w handlu chodzi o zysk, a ten się bierze ze sprzedaży. Żeby jednak sprzedać, trzeba reklamować, trzeba tworzyć odpowiednią atmosferę, trzeba grać na uczuciach. Choinki, śnieg, kolędy tworzą odpowiednią atmosferę i właściciele sklepów na pewno wykorzystają to do końca.
Parę lat temu, właśnie na Adwent, napisałem tekst pod tytułem „Dlaczego pościmy?”. Myślę, że jest on nadal aktualny. Kościół prawosławny, ortodoksyjny zaczął w poprzednią niedzielę 40-dniowy okres postu. U nich Boże Narodzenie wypada niemal dwa tygodnie później niż w Kościele Rzymsko-katolickim, gdyż u nich obowiązuje niezreformowany, tradycyjny kalendarz. (To dlatego też rocznicę Rewolucji Październikowej zawsze obchodziliśmy w listopadzie. Ona wybuchła w czasach, gdy w Rosji obowiązywał oficjalnie ten sam kalendarz). Współcześnie bardziej spostrzegamy okres Adwentu jako okres radosnego oczekiwania, ale dawniej także tradycja Kościoła zachodniego była taka, że był to okres „małego postu”. Nawet kolor szat liturgicznych na to wskazuje. W czasach, gdy komercjalizacja w stylu amerykańskim zawitała już także do Polski, może warto sobie tę tradycję Kościoła przypomnieć.
A ja na koniec chciałbym tylko dodać, że jestem bardzo dumny z moich dzieci. Wiem, że im na pewno jest trudno wytrzymać te parę tygodni bez telewizji, gier komputerowych i słodyczy. Dumny też jestem z pozostałych członków rodziny. I cieszę się, że udało nam się wprowadzić taką nową tradycję w naszej rodzinie.
Jakby jeszcze jakoś udało się zmienić klimat… Charlotte leży na tej samej mniej-więcej szerokości geograficznej, co Teheran, Bagdad, Algier, Tunis czy Ateny. Bałwana udaje nam się ulepić średnio raz na trzy lata, gdyż to tak często nam sypnie jakiś „uczciwy” śnieg. Chyba, że zaczniemy jeszcze inną tradycję bożonarodzeniową… wyjazdy na plażę. Temperatura wody ciągle wynosi jeszcze koło 15 stopni, powietrze ma często koło 20, prawie jak w lipcu nad Bałtykiem. W 1982. roku, zaraz po naszym przyjeździe tutaj, w drugi dzień Świąt pływaliśmy w Atlantyku. I co prawda do najbliższej plaży tylko cztery godziny jazdy, ale z drugiej strony jadąc w przeciwnym kierunku już po dwóch godzinach jesteśmy w Appalachach. A tam i śnieg można znaleźć i atmosferę dużo bardziej świąteczną. Zostawmy więc chyba plażę w spokoju i może kiedyś zaczniemy wyjeżdżać na wigilijne wieczory w Appalachy. W tym roku natomiast, miejmy nadzieję, zjawi się jakiś mroźny wyż znad Kanady i przynajmniej trochę przypomni, jak to w Polsce szczypał mróz w policzki w tę najpiękniejszą ze wszystkich nocy.
Gdy przyjechałem do Stanów 25 lat temu, nie byłem przyzwyczajony do takiego podejścia do okresu Adwentu i Świąt. Tradycyjnie w naszym domu choinkę ubierało się w wigilię Bożego Narodzenia. Do tego czasu ani się nie śpiewało kolęd, ani nie żyło się okresem świątecznym. Święta zaczynały się właśnie wieczerzą wigilijną i uroczystą pasterką o północy z 24 na 25. grudnia.
Chcąc tę tradycję podtrzymać w nowej ojczyźnie ignorowaliśmy te wszystkie wszechobecne przejawy nachalnej reklamy produktów związanych ze świętami i dopiero w wigilię rano poszliśmy kupić choinkę, stojak, lampki, bańki i inne akcesoria. Niestety czekało nas spore rozczarowanie. Stoiska sklepowe z akcesoriami świątecznymi były już zlikwidowane. Żadnych lampek, baniek i aniołków nie można już było kupić. Trochę lepiej nam się powiodło z choinką, bo co prawda uliczni sprzedawcy także już zawiesili działalność, ale te choinki, które nie były sprzedane, każdy mógł sobie po prostu zabrać. Były one już tylko śmieciami.
W drugi dzień świąt, który tutaj nie jest w ogóle nawet dniem wolnym od pracy, przed wieloma domami są już wystawione rozebrane choinki. Skoro stały w domach już od Święta Dziękczynienia, to i tak cud, że nie obleciały im wszystkie igły w Adwencie. Nasza choinka stojąca w oknie i mrugająca lampkami do \święta Trzech Króli wygląda co roku niemal jak wyrzut sumienia. Nie przejmuję się tym jednak wcale. Ja, cała nasza rodzina, okres świąteczny obchodzimy od, nie do Bożego Narodzenia.
Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że ta codzienna rzeczywistość nie miała na nas żadnego wpływu. Choinkę ubieramy teraz w połowie Adwentu i w tym samym czasie dekorujemy dom kolorowymi lampkami. W końcu Adwent to okres oczekiwania na Boże Narodzenie. Nie ma wielkiej tragedii, jak lampki koło domu rozbłysną wcześniej i jak choinka stanie parę tygodni przed wigilią. Nie to w sumie jest istotne. Te zwyczaje i tak są zmienne, inaczej wyglądały sto lat temu i inaczej będą wyglądać za sto lat. Istotne jest zupełnie co innego.
Adwent, jako okres oczekiwania powinien być właśnie tym, czekaniem. Samo łacińskie słowo „adventus” znaczy „przyjście”, „nadejście”. Powinien być okresem wyczekiwania na coś wspaniałego. Dzień Bożego Narodzenia powinno być dniem, na który się czekało z utęsknieniem, na który człowiek nie mógł się doczekać. Tymczasem największym problemem z przesyceniem symbolami bożonarodzeniowymi w okresie Adwentu jest to, że gdy wreszcie święta nadejdą, wszyscy mamy ich już dosyć.
Gdy słuchamy kolęd przez cały Adwent, w radiu i w każdym sklepie, gdy w każdym domu towarowym pełno świątecznych dekoracji i grubasów ze sztucznymi brodami w strojach krasnoludków udających świętego Mikołaja, to nic dziwnego, że się wywala choinkę wieczorem 25. grudnia. Ile w końcu można świętować. Nam jednak, wydaje mi się, udało się oddzielić te dwa okresy. Co więcej, w naszym domu wszyscy z utęsknieniem czekamy na same Święta, wigilię i Boże Narodzenie. Jak? Przez nową tradycję, jaką mamy w naszej rodzinie.
Przed paru laty, zdegustowany faktem, że to handel, a nie Kościół decydują o okresach liturgicznych, postanowiliśmy, że sami zaczniemy inaczej w okresie Adwentu postępować. „Postanowiliśmy” to może trochę za dużo powiedziane. Prawdę mówiąc to ja postanowiłem, ku rozpaczy pozostałych członków rodziny. Dzieci miały do wyboru: Albo rezygnacja z oglądania telewizji, albo z jedzenia słodyczy. Tak długo wybierały, zmieniając zdanie co parę godzin, że się po prosty zdenerwowałem i sam za nie wybrałem. Wybrałem obie rzeczy. Nie będzie ani słodyczy, ani telewizora. Wyjdzie nam to na pewno na zdrowie.
W pierwszym roku było trochę płaczu i zgrzytania zębami, ale jakoś to przeżyliśmy. Dzieci z nudów zaczęły więcej czytać i lepiej się uczyć. Nasze sylwetki wyszczuplały. Same zalety. I okres adwentu był rzeczywiście okresem oczekiwania. Wszyscy odliczaliśmy dni dzielące nas od wigilii i od Świąt i z utęsknieniem na te Święta wyczekiwaliśmy. A jak wspaniale po tych postach i wyrzeczeniach wszystko nam w święta smakowało! I jaki był dobry program w telewizji, po czterech tygodniach wyłączonego odbiornika!.
W okresie Wielkiego Postu powtórzyliśmy ten sam eksperyment i tak powstała nowa tradycja w naszym domu. Teraz już nikt nie protestuje i nikt się nie dziwi. Już się rozumie „samo przez się”, że pewnych rzeczy w naszym domu nie robi się ani w Wielkim Poście ani w Adwencie. I myślę, że jest nam z tym dobrze. Poza innymi zaletami takiego zachowania, takie tradycje cementują rodziny. To jest coś, co robimy razem. Wszyscy. Nie ma wyjątków. Wszyscy pościmy, nikt nie ogląda telewizji. Komputery tylko służą do pracy. Nie ma czatów, nie ma gadu-gadu. Znowu przybędzie nam przeczytanych książek, znowu się poprawią oceny dzieci w szkole i znowu uda nam się pozbyć paru zbędnych kilogramów. I częściej po prostu znajdziemy czas na zwykłą rozmowę ze sobą.
Oczywiście w Polsce jest pewnie trochę inaczej. Bardziej tradycyjnie. Ja piszę o tutejszych, amerykańskich realiach. Ale obawiam się, że w związku z rozwojem wolnego rynku, w związku z wieloma promocjami i walką o każdego klienta taki rozwój wypadków jaki widzimy tutaj jest nie do uniknięcia także w Polsce. Przecież w handlu chodzi o zysk, a ten się bierze ze sprzedaży. Żeby jednak sprzedać, trzeba reklamować, trzeba tworzyć odpowiednią atmosferę, trzeba grać na uczuciach. Choinki, śnieg, kolędy tworzą odpowiednią atmosferę i właściciele sklepów na pewno wykorzystają to do końca.
Parę lat temu, właśnie na Adwent, napisałem tekst pod tytułem „Dlaczego pościmy?”. Myślę, że jest on nadal aktualny. Kościół prawosławny, ortodoksyjny zaczął w poprzednią niedzielę 40-dniowy okres postu. U nich Boże Narodzenie wypada niemal dwa tygodnie później niż w Kościele Rzymsko-katolickim, gdyż u nich obowiązuje niezreformowany, tradycyjny kalendarz. (To dlatego też rocznicę Rewolucji Październikowej zawsze obchodziliśmy w listopadzie. Ona wybuchła w czasach, gdy w Rosji obowiązywał oficjalnie ten sam kalendarz). Współcześnie bardziej spostrzegamy okres Adwentu jako okres radosnego oczekiwania, ale dawniej także tradycja Kościoła zachodniego była taka, że był to okres „małego postu”. Nawet kolor szat liturgicznych na to wskazuje. W czasach, gdy komercjalizacja w stylu amerykańskim zawitała już także do Polski, może warto sobie tę tradycję Kościoła przypomnieć.
A ja na koniec chciałbym tylko dodać, że jestem bardzo dumny z moich dzieci. Wiem, że im na pewno jest trudno wytrzymać te parę tygodni bez telewizji, gier komputerowych i słodyczy. Dumny też jestem z pozostałych członków rodziny. I cieszę się, że udało nam się wprowadzić taką nową tradycję w naszej rodzinie.
Jakby jeszcze jakoś udało się zmienić klimat… Charlotte leży na tej samej mniej-więcej szerokości geograficznej, co Teheran, Bagdad, Algier, Tunis czy Ateny. Bałwana udaje nam się ulepić średnio raz na trzy lata, gdyż to tak często nam sypnie jakiś „uczciwy” śnieg. Chyba, że zaczniemy jeszcze inną tradycję bożonarodzeniową… wyjazdy na plażę. Temperatura wody ciągle wynosi jeszcze koło 15 stopni, powietrze ma często koło 20, prawie jak w lipcu nad Bałtykiem. W 1982. roku, zaraz po naszym przyjeździe tutaj, w drugi dzień Świąt pływaliśmy w Atlantyku. I co prawda do najbliższej plaży tylko cztery godziny jazdy, ale z drugiej strony jadąc w przeciwnym kierunku już po dwóch godzinach jesteśmy w Appalachach. A tam i śnieg można znaleźć i atmosferę dużo bardziej świąteczną. Zostawmy więc chyba plażę w spokoju i może kiedyś zaczniemy wyjeżdżać na wigilijne wieczory w Appalachy. W tym roku natomiast, miejmy nadzieję, zjawi się jakiś mroźny wyż znad Kanady i przynajmniej trochę przypomni, jak to w Polsce szczypał mróz w policzki w tę najpiękniejszą ze wszystkich nocy.
Subscribe to:
Posts (Atom)